Czy w przypadku komunizmu i faszyzmu rzeczywiście mówimy o braku wiary? Więc zapytam w ten sposób: jaki argument miałby sprawić, aby ludzie niewierzący zaufali Hitlerowi lub Stalinowi? Jaka siła miałaby ich przekonać do kultu jednostki, silnie zhierarchizowanej struktury wspartej brutalną przemocą?
Osobiście nie umiem wyobrazić sobie czegoś takiego, aby człowiek, który nie bierze rzeczy na wiarę, nagle zaczął ufać innemu człowiekowi w to, do czego ten go nakłania lub co mu proponuje. Krytyczny rozum domaga się dowodów, możliwości nieskrępowanego badania, prawa do krytyki.
Według mnie zasugerowano właśnie, że człowiek kierujący się nie wiarą a rozumem, nie wiadomo z jakich powodów, przyczyn, poparłby dyktaturę, wizję podbojów, państwową przemoc itp.
Według mnie sprawy mają się zupełnie inaczej, aby taka sytuacja mogła mieć miejsce, aby zrodził się kult jednostki (praktycznie niewiele różniący się od kultu bóstwa, a być może nawet bardziej interesujący, bo oto obiekt kultu stał się czymś namacalnym, realnie istniejącym), potrzebny jest odpowiedni grunt. A tym gruntem jest bezrefleksyjne społeczeństwo, skłonne brać rzeczy na wiarę, społeczeństwo zabobonne, ludzie, którzy nie potrzebują dowodu, tacy, którym do analizy wystarczą jedynie słowa, społeczeństwo, które przywykło, zostało wychowane w kulcie autorytetów.
Aby udowodnić swoją tezę, że niewiara może być przyczyną zrodzenia się takich zbrodniczych systemów, musiałbyś dowieść, że brak wiary prowadzi do zaufania i ślepego posłuszeństwa.
Niesłusznie skupiasz się na takich manipulantach jakimi byli Hitler czy Stalin, zupełnie pomijasz środowisko, które pozwoliło im zaspokoić dosyć powszechną w środowisku ludzkim rządzę władzy, dominacji. Nietrafnie również stawiasz tezę, że Stalin i Hitler byli niewierzący, bo nawet pomijając fakt ich życia w zindoktrynowanej religią społeczności, ufasz manipulantom w to, co wyrażali publicznie, ufasz pomimo ewidentnej skłonności tych ludzi do kłamstwa. Nie możemy dzisiaj ustalić, co w tym wypowiedzianym przez nich oceanie kłamstw jest prawdą a co fałszem, natomiast według mnie jednego możemy być pewni - tylko odpowiednio uformowane społeczeństwo, społeczeństwo skłonne do wiary (ślepego zaufania w słowa i autorytety, posłuszne im) mogło pozwolić takim ludziom sięgnąć po władzę.
Brak wiary nie jest stanem biernym podobnym do wiary, rzeczy nie pozostają na poziomie słów. Brak wiary nie jest zaprzeczeniem wiary, gdzie człowiek coś akceptuje, nie mając dowodu i odrzuca wszystko inne, co przeczy wierze. Człowiek, który nie kieruje się wiarą, nie stwierdza - nie wierzę, mając za podstawę jedynie słowa; ty mi coś mówisz, a ja niewierzący odpowiadam - nie wierzę, i odchodzę. Tak nie jest. Przeciwnie, za brakiem wiary idzie trud dojścia do konkretu, a nie odrzucenie (bo nie wierzę), i jeśli uda się ten konkret osiągnąć, jeżeli wyrażone słowa staną się namacalną rzeczywistością, jeżeli pojawią się dowody, które będzie można badać, pomiędzy niewierzącym a przestawiającym tezę dojdzie do porozumienia. Inaczej mówiąc - brak wiary nie pozostawia człowieka w stanie, w jakim był wcześniej, w stanie niezmienności, lecz zapowiada przemianę.
Niewiara, której nie towarzyszy pragnienie zbadania rzeczy takimi jakie one są w rzeczywistości, jest jedynie inną formą wiary, bo trudno wyobrazić sobie sytuację, aby krytyczny umysł, któremu umożliwiono wgląd w naturę rzeczy, odrzucił taką okazję i postanowił nadal nie wierzyć. Aby tak się stało, musi mieć on inne priorytety, którym zaufał, w które wierzy i o które się martwi, by nie runęły.
I jeśli już jest problem z niewierzącym, to ten, że od czasu do czasu porzuca on swój pragmatyzm, inaczej mówiąc - zaczyna w coś wierzyć, przeplata swoją naturę badacza wygodną formą zaufania. Człowiekowi nadal jest niezwykle trudno otrząsnąć się ze swojej wiary na całym obszarze własnego życia. Mamy nie tylko społeczności ideologicznie i religijnie zindoktrynowane, ale i indywidualnych badaczy, którzy nie są nadal wewnętrznie spójni, którzy wierzą w przyszłość, opaczność, siłę pieniądza, ucieczkę ludzi z ziemi na inne planety itd.
Twierdzę, że człowiek, który w tym względzie zrobił porządek, stał się w pełni wewnętrznie uczciwy, nie może ufać dyktatorom lub innym ludziom zawłaszczającym sobie prawa do autorytetu, nie może, gdyż część jego pracy polega na podważaniu wniosków, do których sam doszedł, czyli nie jest to jedynie aktywność skierowana na zewnątrz, ale także do wewnątrz.
|