Kasa nostra
Żeglując po internecie, na katolickim portalu e.kai.pl napotkałem taką oto informację: „Słowenia – dobrobyt materialny powoduje kryzys wiary (...). Dobra sytuacja gospodarcza Słowenii powoduje coraz większą obojętność wobec wiary chrześcijańskiej”. A mówi to metropolita lublański Alojz Uran. Dalej arcybiskup ubolewa, że konsumpcjonizm wyparł praktyki religijne, choć przyznaje, że „nawet ci, którzy są daleko od Kościoła, potrafią rozpoznawać wartości chrześcijańskie”. Czyli ludzie nie stali się gorsi, a jedynie przestali chodzić na msze.
Związek wiary z pieniędzmi jest tak stary jak religie. Wiąże się z relacjami państwo–Kościół, a dokładnie z wieczną walką między czarownikami a władzą świecką o prymat. Bo władza to pieniądze. Tyle że przedstawiciele i wybrańcy narodu – obojętnie czy to wódz plemienia, król czy prezydent – na ogół dbają o siłę swego państwa i potrzeby obywateli, choćby w interesie własnej elekcji czy partii politycznej. Wśród z natury merkantylnie nastawionych Kościołów są, oczywiście, chwalebne wyjątki, np. wyznania protestanckie, które niosą ze sobą idee przedsiębiorczości, pracowitości dla dobra społeczeństwa. Generalnie jednak ksiądz, pastor, pop myślą i działają w interesie swojej organizacji religijnej, czemu sprzyja ich oderwanie od reszty społeczności. A ponieważ nie przestają oni być tylko ludźmi, często robią przy tym własne kariery finansowe, bo naród nie skąpi grosza lekarzowi i dobrodziejowi. Bywa, że czarownik sam traci wiarę, bo ciągłe wzywanie Boga, który nie odpowiada, nie wszyscy dobrze znoszą, zwłaszcza na dłuższą metę. Wtedy pozostaje już tylko interes, a kasa staje się jedynym bożkiem. Jako ksiądz sam widziałem, że takich duchownych są setki, tysiące, pewnie nawet większość. Strzygą oni owieczki równo i bez żadnego zmiłuj się, poklepując tylko co tłustsze kąski po ramieniu. Zapewniają przy tym, że oddają się Bogu i wiernym bez reszty, spalają się dla Królestwa Bożego. Przypomina to hodowanie mszyc przez pewien gatunek mrówek. Tyle że te ostatnie naprawdę dbają o swoich małych żywicieli, z których później spijają słodki nektar. Zawsze tam, gdzie czarownik zdobywał przewagę, plemię czy państwo słabło, a społeczność biedniała. Nie tylko z powodu ściągania danin, dziesięcin i innych ofiar na potrzeby kleru i świątyń. Rzecz cała zasadza się w mentalności – ten, kto szuka szczęścia wyłącznie w niebie, jest średnio zainteresowany pomnażaniem na ziemi narodowych czy nawet własnych dóbr. Jest też bardziej skłonny budować kościoły, meczety czy piramidy niż drogi, akwedukty i domy. Czy jednak człowiek religijny jest bardziej moralny i w ogóle w czymkolwiek lepszy od agnostyka czy ateisty? Skądże znowu! Bardzo często bywa odwrotnie, i nie myślę tu wcale o dewiantach w rodzaju islamskich terrorystów czy katolickich bojowników z IRA. Popatrzmy globalnie – w Chinach, gdzie narodową religią jest pieniądz, panuje o wiele mniejsza przestępczość niż w bogobojnych USA, Włoszech czy Brazylii. Najwyższe standardy moralne są powszechne właśnie w krajach „bezbożnych”, np. w Japonii, nie mówiąc już o totalnie zeświecczonej Skandynawii. Dlaczego tak jest? Ponieważ bycie dobrym dla drugiego człowieka wyłącznie ze strachu przed sądem bożym i w interesie własnego zbawienia jest egoistyczne i nieszczere; nie sprawdza się w praktyce. Nie ma tu miejsca na tolerancję i w ogóle na humanizm, który zawsze wygrywa z klerykalizmem. Ale o tym może w którymś z następnych komentarzy. Wróćmy do arcybiskupa Urana. Ma on oczywiście rację, że człowiek syty i bogaty na ogół (jest wiele wyjątków) mniej myśli o własnym zbawieniu, a przede wszystkim mniej praktykuje. Bogaci ludzie podchodzą do życia bardziej pragmatycznie (dlatego są bogaci). Stać ich też po prostu na większe atrakcje niż słuchanie zawodzenia organisty i wtórujących mu moherowych beretów. Bogaty często oznacza: lepiej wykształcony, nie zawsze więc przemawiają do niego mądrości proboszcza skierowane do szarej masy parafian, którzy to „mają za wszystko zdrowie, co im ksiądz na kazaniu powie”. Bogacz woli również jechać na gorące wyspy do hotelu z dancingiem niż do Lourdes, nie mówiąc o drałowaniu na piechotę do Częstochowy. I powtórzę się: nie znaczy to, że ludzie, którzy m.in. mniej poszczą, a częściej się bawią – są w ludzkim rozumieniu gorsi. Może takimi są dla katolickiego Boga, ale przecież Jezus, mówiąc o Bogu, wskazywał na drugiego człowieka: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. Odrzucił natomiast w religii przerost formy nad treścią, czyli praktykowanie religijne nad praktykowanie miłości. Nie będą przez Boga wysłuchani ci, „którzy często wołają Panie, Panie”, albo ci, którzy myślą, że będą wysłuchani „przez wzgląd na swoje wielomówstwo” (czyżby Jezus przewidział modlitwę na różańcu?). Naturalnie, bywa, że niektórym od pieniędzy odbija – zdradzają, rozwodzą się dla młodszych partnerów, biorą narkotyki, piją – i być może robią to (grzeszą) nieco częściej od mniej zamożnych od siebie. Ale równie wielu, a może i więcej jest takich, których zamożność rozwija intelektualnie i duchowo. Tacy ludzie robią się bardziej wrażliwi na ludzką biedę, angażują się w akcje charytatywne. A poza wszystkim nie muszą już po trupach walczyć o dobrobyt (bo go mają). Oczywiście, od wszystkich tych przykładów są wyjątki, generalnie jednak wszelkie sondaże dowodzą, że samo praktykowanie takiej czy innej religii nie czyni człowieka lepszym. Podobnie jak pieniądz nie czyni go gorszym. Tylko dla ograniczonych PiSuarów każdy bogacz to złodziej. Natomiast zdecydowanie biedniejszym, czyli gorszym, czyni państwo gadanie biskupów i księży o potrzebie ubóstwa. To m.in. klerykalizm i katolicki kult ubóstwa (oczywiście, tylko dla świeckich) sprawił, że Polska jest dziś najbardziej zadłużonym krajem świata (na jednego mieszkańca), a zamiast setek stadionów i tysięcy kilometrów autostrad mamy setki sanktuariów i tysiące kościołów. Rozumieć należy, że polscy biskupi popierają zdanie swojego słoweńskiego kolegi po fachu i zawsze ubolewają, ilekroć poziom życia Polaków nieznacznie się polepsza. To bowiem w konsekwencji oznacza osłabienie praktyk religijnych, czyli mniej złota na klamkach biskupich pałaców. Rozumiemy i my również ubolewamy...
--- Rzecz jasna, tekst nie jest moj, ale przytaczam go, bo mysle, ze warto go przeczytac. |