Racjonalista - Strona głównaDo treści
Bóg i materia

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
18-10-2008 23:08diogenes (42753 punktów)Bóg i materia
Dla wielu - to sprzeczność.
Ale coś ważnego łaczy te pojęcia: otóż jedno i drugie jest często ostatecznym punktem odniesienia w charakterystyce człowieka. Z jednej strony teiści chcą określic człowieka poprzez coś, co nim nie jest. Z drugiej zaś, podobnie, chce się świadomośc człowieka zinterpretowac w terminach dalekich od świadomości. Dlaczego w określaniu samego siebie odwołujemy się do innych bytów? Czy to forma ucieczki? Dlaczego chcemy być albo iskrą bożą, albo drobiną prochu? Dlaczego nie określamy się, a jesli, to tylko okazjonalnie, poprzez wybór samego siebie? Czy tak postawione pytanie nie otwiera drogi do niezależnej antropologii?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

@ffe? (3233 punktów)
Jeśli chcemy się określić, to możemy to zrobić tylko w odniesieniu do czegoś innego. Ac wtedy trudno się ustrzec pytań o przyczynę tych relacji.

Rozum to umiejętność naginania poglądów do faktów
Michał Aleksy Mentrak (10573 punktów)
>Czy tak postawione pytanie nie otwiera drogi do niezależnej antropologii?

Nie.
Aby stwierdzić i opisać ruch musisz mieć minimum 2 punkty odniesienia.
Tak samo jest z nami (ludźmi). Nie istniejemy w próżni. Zatem o naszych cechach (człowieczeństwie) decydują konteksty, w których występujemy (geograficzne, klimatyczne, historyczne, społeczne, polityczne, kulturowe itd., itp.). Nie odnosząc się do tych uwarunkowań nie opiszesz człowieka. To niemożliwe.

fides ex necessitate esse non debet
Rutkiewicz (1290 punktów)
>Tak samo jest z nami (ludźmi). Nie istniejemy w próżni. Zatem o naszych cechach (człowieczeństwie) decydują konteksty, w których występujemy (geograficzne, klimatyczne, historyczne, społeczne, polityczne, kulturowe itd., itp.). Nie odnosząc się do tych uwarunkowań nie opiszesz człowieka. To niemożliwe.

A ja się nie zgodzę. Niektóre konteksty spośród tych, o których Pan mówi są wtórne - to one wypływają z antropologii i są jej symptomami, i nie znajdują się poziomie kontekstu istnienia człowieka. Kontekstem jest zawsze coś bardziej ogólnego. Zjawiska przyrodnicze owszem, zgoda; czynniki historyczne, społeczne, polityczne i kulturowe mogą być kontekstem istnienia indywidualnego człowieka, ale nie całej ludzkości.

Pozdrawiam

PS. Poza tym. Nawet biorąc pod uwagę uwarunkowania przyrodnicze, antropologia nadal może być niezależna metodologicznie, a przede wszystkim genetycznie.
20-10-2008 14:19 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Zatem o naszych cechach (człowieczeństwie) decydują konteksty, w których występujemy (geograficzne, klimatyczne, historyczne, społeczne, polityczne, kulturowe itd., itp.). Nie odnosząc się do tych uwarunkowań nie opiszesz człowieka. To niemożliwe.

Nigdzie nie sugerowałem, że chodzi mi o człowieka jako leibnizjańską monadę bez okien, czy też - mówiąc nieco przystepniej - o sytuację Robinsona wyrzuconego właśnie na brzeg. Nie ma mozliwości opisania (a być może i przeżycia) człowieka poza kontekstami. Ale tu chodzi o ontologię owych kontekstów: czy sa to konteksty bezpośrednie (ja dopuszczam tylko takie), czy też transcendentne wobec doświadczenia (np. boga, materię, abstrakty typu społeczeństwo, naród, itp.)
Kurczewski (2471 punktów)
Tak jak napisali koledzy- trudno charakteryzować nie mając punktu odniesienia, stąd próby odwołań do bytów zewnętrznych czy bardziej ogólnych norm. Jeśli chodzi o określanie się przez wybory czy wewnętrzne obrazy samych siebie- oczywiście nieustannie dokonujemy tego rodzaju samookreślenia, ale równocześnie nieustannie dokonujemy autokreacji, co może w znaczący sposób ograniczać możliwości badań tego zagadnienia. Ot- perpetum mobile. Nie posiadając dystansu nie jesteśmy obiektywnymi obserwatorami (czy tego chcemy czy nie oceniając siebie zwykle kłamiemy) ,a to sprawia że nasze analizy czy autoanalizy będą już na starcie obciążone "grzechem pierworodnym". Na dodatek będą wpływać na nasze postawy czy naszą wizję samych siebie, tym samym zmieniając i dezaktualizując wyniki ustaleń... i tak wkoło.

erka.ovh.org/
19-10-2008 23:05 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>trudno charakteryzować nie mając punktu odniesienia, stąd próby odwołań do bytów zewnętrznych ...

Wciąż mam kłopoty z określeniem bytu zewnętrznego, a więc podziału świata na wewnętrzny i zewnętrzny. Uważam ten podział za wielce problematyczny. Czy doświadczyłeś kiedyś bytu zewnętrznego? Czy np. akt widzenia czegoś jest wenątrz czy na zewnątrz ciebie? Czym jest to, na zewnątrz czego byłby ten akt?
Kurczewski (2471 punktów)
Pułapka solipsyzmu. Możemy założyć że całość naszych doznań to produktu naszego mózgu ale wówczas przyjęcie jakiejkolwiek postawy badawczej wobec "otaczającego nas" świata będzie bardzo utrudnione. Nie oznacza to oczywiście w żadnym razie że jest to podejście błędne (moim zdaniem jest jedną z najbardziej fascynujących możliwości), po prostu na potrzeby "użytku codziennego" prościej jest wychodzić od innych założeń.

erka.ovh.org/
20-10-2008 09:07 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Pułapka solipsyzmu.

Sam mózg jest "solipsystyczny".
W końcu mój mózg, to nie twój.
Moje widzenie, nie jest twoim widzeniem, itd.
A mój świat nie jest światem nikogo.
Kurczewski (2471 punktów)
Fakt, pytanie tylko czy tabliczki mnożenia nauczył Cię "Twój" mózg czy też to że ją znasz jest wynikiem interakcji ze światem "zewnętrznym".

erka.ovh.org/
sceptymucha (moderator, 11470 punktów)
>Ale coś ważnego łaczy te pojęcia: otóż jedno i drugie jest często ostatecznym punktem odniesienia w charakterystyce człowieka.
Tak jak odniesieniem ostatecznym prawie w każdej kwestii może być to, że istniejemy we wszechświecie. Niewiele takie odniesienie zmienia, ale jako wielkie uogólnienie dobrze brzmi.
Była kiedyś ankieta, z której wynikało, że jeśli mówiący w dyskusji użyje słowa "mózg", to drugi dyskutant i/lub widzowie oceniają go jako mądrzejszego i lepiej dyskutującego niż w przypadku gdyby nie powiedział "mózg". I nieważne, czy tym słowem coś wnosił do argumentacji.
> Z drugiej zaś, podobnie, chce się świadomośc człowieka zinterpretowac w terminach dalekich od świadomości. Dlaczego w określaniu samego siebie odwołujemy się do innych bytów?
Odwoływanie się do bytów zewnętrznych jest próbą przekazania siebie (swojej świadomości, odczuć), bo mamy problemy w dzieleniu się swoim wnętrzem.
> Czy tak postawione pytanie nie otwiera drogi do niezależnej antropologii?
Otwiera. Poproszę teraz o zrozumiałą dla czytelnika definicję miłości, sposób na opis gradacji uczuć, drzewko stanów uświadamiamiania sobie rzeczy (od 5% do 100% uświadomienia sobie czegoś- np. że lekkomyślne zużywanie energii powiększa efekt cieplarniany) w sensie rozpoznania tych stanów. To na początek.
Albo jeśli się nie da, proszę mi napisać, że się nie da.
Jeśli nie wiadomo, czy się da- też proszę o tym wspomnieć.
Pozdrawiam
19-10-2008 23:00 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Tak jak odniesieniem ostatecznym prawie w każdej kwestii może być to, że istniejemy we wszechświecie.

Może, ale na ogół nie jest. Ilu ludzi bierze serio pod uwagę banalna prawdę, że żyje na ziemi, że to istota wrażliwa, którą można zniszczyć? Dlaczego tak się dzieje? Jaki model bycia pozwala być właśnie w taki niedopowiedzialny sposób?

>Była kiedyś ankieta, z której wynikało, że jeśli mówiący w dyskusji użyje słowa "mózg", ... I nieważne, czy tym słowem coś wnosił do argumentacji.

Wyczuwam w tych słowach pewną rezerwę do zbyt ogólnego dyskursu. Faktycznie: umieściłem ten wątek w dziale, który usprawiedliwia ogólność (chociaż to betka w porównaniu do niejednego filozoficznego forum).

>...mamy problemy w dzieleniu się swoim wnętrzem.

Skąd ten podział? Skąd wiesz o czymś, co jest na zewnątrz tego, co doświadczasz, skoro nie sposób tego doświadczyć?

>Poproszę teraz o zrozumiałą dla czytelnika definicję miłości,...

Badanie czegoś nie liczy się z tym, czy będzie zrozumiałe dla jakiegoś abstrakcyjnego czytelnika. To sprawa jego wysiłku i zaangażowania, czy lektura zachęci go i ewentualnie zainspiruje do przemysleń. Ponadto: kto powiedział, że rezultaty poznania mają kończyć się definicją? W sprawie miłości - kogoś, kto chce się czegos o niej dowiedzieć nie wysyłałbym do biblioteki. Są lepsze miejsca.

W innych sprawach - należałoby zmienić tymczasowo dział.
jarcio (1198 punktów)
>Dlaczego w określaniu samego siebie odwołujemy się do innych bytów?

Robimy to, aby nadać sens swojemu życiu.

>Czy to forma ucieczki?

Platon lubił myśleć o człowieku jako istocie zaciemnionej przez ziemską rzeczywistość, ale która, w świecie idealnym, odzyskuje swój pełny obraz. W socjalizmie, podobnie, tłumaczono niepowodzenia dialektycznie. To ta sama para kaloszy - zmienia się jedynie forma. Religie funkcjonują podobnie z tym iż są znacznie silniejsze i bardziej pożyteczne dla narodów. Zarówno religie jak i pochodne systemy łączy jedna rzecz - przeniesienie punktu ciężkości ponoszenia odpowiedzialności za własne działania na pewien zbiór wartości (taki konformizm), który zrzesza wszystkich wierzących.
19-10-2008 22:43 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>>Dlaczego w określaniu samego siebie odwołujemy się do innych bytów?
>Robimy to, aby nadać sens swojemu życiu.

Jeśli więc ktoś utożsami świadomość i życie pscychiczne z mózgiem, to uważasz, że znalazł sens życia? Albo jeśli komuś przed oczami majaczy wizja zbawienia - to również? Oddychasz bez względu na to, czy znalazłeś sens życia, czy nie. Sens życia wydaje się być jedynie formą jakiegoś zadowolenia, satysfakcji. Czymś ze sfery emocji, a nie czyms leżącym poza życiem, jego doznawaniem.

jarcio (1198 punktów)
>Jeśli więc ktoś utożsami świadomość i życie pscychiczne z mózgiem, to uważasz, że znalazł sens życia? Albo jeśli komuś przed oczami majaczy wizja zbawienia - to również? Sens życia wydaje się być jedynie formą jakiegoś zadowolenia, satysfakcji. Czymś ze sfery emocji, a nie czyms leżącym poza życiem, jego doznawaniem.

Tego to się dowiemy dopiero po śmierci. Natomiast to co wiemy teraz to fakt iż wiara w sens "wyższy" życia, a nie jedynie przyziemski, tworzy spoiwo narodów i pozwala im trwać. Zniszczysz mity społeczeństwa to zniszczysz i społeczeństwo. Wbrew pozorom ateizm, jest najmniej pragmatycznym spojrzeniem na rzeczywistość jaki udało się ludzkość wynaleźć - zbyt szybko ginie. Najstarsze cywilizacje świata to te, które od tysiącleci pielęgnują swoje dawne mity (cywilizacja żydowska i chińska). Nie znajdziesz społeczeństwa w historii, które dało się zabić w imię tolerancji, równości i pokoju na świecie. Natura wyposażyła nas w naturalną skłonność do trwania przy życiu i zapewne temu, od dawien dawna, podporządkowujemy wyobrażenie sensu życia. Właśnie dlatego w imię religii skłonni jesteśmy się nawzajem powyrzynać - sens życia z reguły przewyższa wartością życie doczesne i ludzie się temu poświęcają. Oczywiście, w dobie obecnej, Europa Zachodnia jest mocno laicka i Twoje słowa opisują ją właściwie. Na tym kontynencie nie ma sensu, jest tylko wielkie żarcie, ale do czasu ...
20-10-2008 10:44 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>wiara w sens "wyższy" życia, a nie jedynie przyziemski, tworzy spoiwo narodów i pozwala im trwać.

Kulturę w przeważającej części nie tworzy żadna wiara, lecz elementarne potrzeby: nawet jeśli w jakimś mieście jest o sto kościołów czy meczetów za dużo, to i tak ilość domów, zwykłego dachu nad głową, jest większa. W Polsce również wypieka się więcej chleba niz hostii i chleje więcej bimbru niż mszalnego wina. To, że religia stanowi u nas jakieś konieczne spoiwo narodowego trwania, to mit.

>Zniszczysz mity społeczeństwa to zniszczysz i społeczeństwo.

Tego eksperymentu nigdzie nie udało się przeprowadzić z róznych powodów. Mozna jedynie wskazać na wiele osobowości i grup społecznych, które pozbyły się religijnych mitów i maja się dobrze.

>Wbrew pozorom ateizm, jest najmniej pragmatycznym spojrzeniem na rzeczywistość jaki udało się ludzkość wynaleźć...

Ateizm uważam za doktrynę wtórną do teizmu, która dzidziczy wiele jego nonsensów. Chodzi o to, że religia jest czymś, co nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Nie mamy nic przeciw skansenom, w którym pokazuja nam, jak żyli niegdyś ludzie. Ale nikt, albo prawie nikt, nie ma ochoty wracać pod strzechy z xvii stulecia. Religia jest już intelektualnym skansenem, tylko że sami zainteresowani jeszcze o tym nie wiedzą.

>Najstarsze cywilizacje świata to te, które od tysiącleci pielęgnują swoje dawne mity (cywilizacja żydowska i chińska)

Taka tezę należałoby uzasadnić, o co będzie trudno. Jest wiele czynników, które zapewniają narodom historyczne trwanie. Religia jest jednym z nich ALE dopóki się jej bliżej nie przyjrzymy: okazuje się grą politycznych interesów, jak wszystko w tej materii. A co do żydowskiej cywilizacji: pielęgnuje wiele dawnych mitów, z których najważniejszym jest mamona.

>sens życia z reguły przewyższa wartością życie doczesne i ludzie się temu poświęcają.

Tak uważają najczęściej ci, których udało się wmanewrować w róznego rodzaju polityczne gierki.Uważam, że talerz zupy ważniejszy jest niż apel poległych lub msza.

>Na tym kontynencie nie ma sensu, jest tylko wielkie żarcie, ale do czasu ...

Zauważ, że jadłospis obejmuje również sens.
jarcio (1198 punktów)
>Kulturę w przeważającej części nie tworzy żadna wiara, lecz elementarne potrzeby. To, że religia stanowi u nas jakieś konieczne spoiwo narodowego trwania, to mit.

Polscy laicy na ogół nie chcą być Polakami; wolą być Europejczykami. Natomiast katolicy, z natury rzeczy zakorzenieni w tradycji, zupełnie na odwrót. Poza tym monokauzalizm historyczny nie jest narzędziem odpowiednim do badania czegokolwiek: nie ma tak iż to zawsze gospodarka buduje kulture. Konkretne zachowania gospodarcze mają podłoże religijne. To udowodniono wiele lat temu. Zresztą sama autobiografia Williama Bradforda już nam wiele mówi o naturze i przyczynach zachowania wczesnych kolonizatorów przybywających do wybrzeży późniejszego USA.

>Mozna jedynie wskazać na wiele osobowości i grup społecznych, które pozbyły się religijnych mitów i maja się dobrze.

Na przykład ? I co konkretnie znaczy iż mają sie dobrze ?

>Chodzi o to, że religia jest czymś, co nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

W takim razie rozumiem iż Max Weber, pisząc o racjonalnych zachowaniach gospodarczych wśród społeczeństw protestanckich od początku do końca się mylił, a potęgę i trwanie największych narodów utrzymywali ludzie niespełna rozumu ? Do tego takie stwierdzenie się sprowadza.

>Ale nikt, albo prawie nikt, nie ma ochoty wracać pod strzechy z xvii stulecia.

Laicyzm to panuje w Europie. Chiny, USA, Indie czy kraje arabskie nie mają nic przeciwko "ciemnogrodowi" - wręcz przeciwnie. Kultura jaka trwa w tych regionach świata nie jest tworzona przez "nikogo". Europa już dawno przestała wyznaczać kurs jakim powinien podążać świat - zastanawiając się nad przyszłością świata to akurat w stronę Europy spojrzał bym na ostatnim miejscu.

>Tak uważają najczęściej ci, których udało się wmanewrować w róznego rodzaju polityczne gierki.Uważam, że talerz zupy ważniejszy jest niż apel poległych lub msza.

Dlaczego, zatem, ludzie zawsze zdolni są przelewać krew dla maniakalnych wizji takiego Hitlera, a w imię tolerancji i równości nikt karku nie nastawi ?
Scorp (5381 punktów)
>Dlaczego w określaniu samego siebie odwołujemy się do innych bytów?

Bo to jest normalne ustalanie zakresu pojęcia w relacyjnej sieci pojęciowej

>Czy to forma ucieczki?

Nie, nic takiego

>Dlaczego chcemy być albo iskrą bożą, albo drobiną prochu?

Tłuczemy się tak od ściany do ściany, na skutek źle określonego paradygmatu: sama materia to za mało a iskra boża to całkiem nie to.

>Dlaczego nie określamy się, a jesli, to tylko okazjonalnie, poprzez wybór samego siebie?

Jeżeli 'określić' się miałoby znaczyć sporządzić jakąś definicję człowieka, to nie obejdzie się bez redukcji do samych podstaw.

>Czy tak postawione pytanie nie otwiera drogi do niezależnej antropologii?

Co to jest niezależna antropologia?
-
19-10-2008 22:30 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Bo to jest normalne ustalanie zakresu pojęcia w relacyjnej sieci pojęciowej..

OK. Ale dlaczego to, co bezpośrednie wyjaśniamy czymś, co leży poza doświadczeniem, a nie na odwrót?

>Jeżeli 'określić' się miałoby znaczyć sporządzić jakąś definicję człowieka, to nie obejdzie się bez redukcji do samych podstaw.

Czym są jednak owe podstawy? Czy to nie jest tak jak w wierszu (zdaje się) Staffa, że trzeba czasem zacząć budować od dymu z komina? Tzn. od ulotnych danych doświadczenia potocznego.

>Co to jest niezależna antropologia?

Niezależna od religii, ale i od nauki, chociaż otwierająca drogę do naukowj ścisłości.
Scorp (5381 punktów)
>OK. Ale dlaczego to, co bezpośrednie wyjaśniamy czymś, co leży poza doświadczeniem, a nie na odwrót?

Wyjaśniamy zawsze tylko pojęcia przez inne pojęcia. Nieporozumienie kryje się w użyciu sformułowania 'wyjaśniamy to, co bezpośrednie'.
To, co 'bezpośrednie' nie zaistnieje w umyśle, dopóki nie stanie się informacją, reprezentacją jakiegoś stanu. Sformułowanie to ukrywa przeskok między reprezentacją przedumysłową jakiegoś bezpośredniego stanu (bólu, poczucia tożsamości) a jego reprezentacją umysłową: pojęciem tożsamości, radości, bólu.
Umysł nie zna niczego, co nie jest pojęciem, a pojęcia, które są jego surowcem i produktem, leżą poza doświadczeniem, nie są 'bezpośrednio' nami, są obiektami informacji.

>>Jeżeli 'określić' się miałoby znaczyć sporządzić jakąś definicję człowieka, to nie obejdzie się bez redukcji do samych podstaw.
>Czym są jednak owe podstawy?

Dużo by o tym, ale jeżeli chcesz, diogenesie, przyślę Ci opracowanko, w którym ta kwestia, problem psychofizyczny i inne takie, znajduje, moim zdaniem, dobre wyjaśnienie.

>Czy to nie jest tak jak w wierszu (zdaje się) Staffa, że trzeba czasem zacząć budować od dymu z komina? Tzn. od ulotnych danych doświadczenia potocznego.

Zaczynając od dymu zbuduje się obiekty (obrazy albo wiersze), które z tego dymu powstają. Od ulotnych doświadczeń trzeba przejść do zjawisk a od nich do mechanizmów i dopiero tam szukać wyjaśnień.

>>Co to jest niezależna antropologia?
>Niezależna od religii, ale i od nauki, chociaż otwierająca drogę do naukowj ścisłości.
>

Naukowa ścisłość bez nauki?
-
20-10-2008 13:47 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Wyjaśniamy zawsze tylko pojęcia przez inne pojęcia.

Doznaję bólu, a nie pojęcia bólu. Wyjaśniś chcę owo doznanie, a nie pojęcie. Tzn. wskazać na takie doświadczenie lub ich kompleks, które są z moim doznaniem w jakims związku.

>To, co 'bezpośrednie' nie zaistnieje w umyśle, dopóki nie stanie się informacją, reprezentacją jakiegoś stanu.

Nic, czego doswiadczam, nie wskauzje na to, że reprezentuje coś. To pewien (naiwny) model percepcji zakłada, że to, co widzę, reprezentuje coś na zewnątrz widzenia (analogicznie inne wrażenia zmysłowe). Ten model zaciemnia stan rzeczy.

>przeskok między reprezentacją przedumysłową jakiegoś bezpośredniego stanu (bólu, poczucia tożsamości) a jego reprezentacją umysłową: pojęciem tożsamości, radości, bólu.

Co to takiego "reprezentacja przeumysłowa"? Czy chodzi o rzecz samą w sobie, materię?

>Umysł nie zna niczego, co nie jest pojęciem,...

To kwestia terminologii. Pojecia tworzone są w wyniku złożonych procesów, i to natury nie tylko poznawczej. Ważne jest też manipulowanie przedmiotami, a więc praktyka. Nie ma w gruncie rzeczy mowy o czystych pojęciach. To pewne kompleksy zjawisk.

>a pojęcia, które są jego surowcem i produktem, leżą poza doświadczeniem,...

Nie bardzo rozumiem. Poza doświadczeniem może leżeć tylko jedno: możliwe doświadczenie. Ten surowiec, o którym piszesz, to zdaje się dla jednych materia, dla innych bóg.

>>Czym są jednak owe podstawy?
>Dużo by o tym, ale jeżeli chcesz, diogenesie, przyślę Ci opracowanko, w którym ta kwestia, problem psychofizyczny i inne takie, znajduje, moim zdaniem, dobre wyjaśnienie.

Chcę kwintesencji twojego rozumienia, a nie książek.

>Zaczynając od dymu zbuduje się obiekty (obrazy albo wiersze), które z tego dymu powstają.

Otóż to. Ale konstrukcja ta nie zmieni ontologii surowca: nie można od zjawisk przejść do np. substancji czy rzeczy, chyba że rozumieć je będziemy jako konglomeraty zjawisk. To tak jak z dodawaniem w zbiorze liczb naturalnych: operacja ta nie wyprowadzi poza N.

>>>Co to jest niezależna antropologia?
>>Niezależna od religii, ale i od nauki, chociaż otwierająca drogę do naukowj ścisłości.

>Naukowa ścisłość bez nauki?

Jest coś takiego, jak ścisłość i krytycyzm zdrowego rozsądku. Oto o świcie widzę na tle okna kontur kota. Przyglądam mu się. W pewnym momencie stwierdzam, że ciemna plama nie porusza się. To raczej nie kot (myślę). Robi się nieco jaśniej i z mojego kota robi się poduszka. Tak funkcjonuje (o ile funkcjonuje) zdrowy rozsądek. Gdybyśmy bardzo dokładnie przeanalizowali ten rodzaj poznania i przedstawili go w formalnej postaci, otrzymamy kawałek teorii doświadczenia. Nie byłoby w nim miejsca na cuda.
Scorp (5381 punktów)
>>Wyjaśniamy zawsze tylko pojęcia przez inne pojęcia.
>Doznaję bólu, a nie pojęcia bólu. Wyjaśniś chcę owo doznanie, a nie pojęcie. Tzn. wskazać na takie doświadczenie lub ich kompleks, które są z moim doznaniem w jakims związku.

Dobrze. Doznajesz głodu. Możesz go zaspokoić (procedura materialno - umysłowa) albo wyjaśnić (znaleźć przyczynę, określić, porównać) - procedura czysto umysłowa. W umyśle operujesz pojęciami, nie kartoflami, zgoda? I nie długością światła czerwonego, ale pojęciem czerwieni.
Czyli: jeżeli mówisz 'wyjaśnić' to nie wychodzisz poza funkcjonowanie umysłu. Jak chcesz wyjaśnić 'doznanie' (czym ono jest?) a nie jego umysłową reprezentację?

>>To, co 'bezpośrednie' nie zaistnieje w umyśle, dopóki nie stanie się informacją, reprezentacją jakiegoś stanu.
>Nic, czego doswiadczam, nie wskauzje na to, że reprezentuje coś.

Doświadczasz bólu palca, czy to nie wskazuje, że uciąłeś się nożem? To dlaczego odrzucasz nóż i rozglądasz się za opatrunkiem?

>To pewien (naiwny) model percepcji zakłada, że to, co widzę, reprezentuje coś na zewnątrz widzenia (analogicznie inne wrażenia zmysłowe). Ten model zaciemnia stan rzeczy.
U mnie ten model działa: widzę szklankę i wiem, że to co widzę, reprezentuje to, co tam stoi na biurku, które też widzę w sposób adekwatnie je reprezentujący. Czy Ty masz problemy z tak pojmowana naiwną reprezentacją?

>>przeskok między reprezentacją przedumysłową jakiegoś bezpośredniego stanu (bólu, poczucia tożsamości) a jego reprezentacją umysłową: pojęciem tożsamości, radości, bólu.
>Co to takiego "reprezentacja przeumysłowa"? Czy chodzi o rzecz samą w sobie, materię?

To wszystkie kolejne szczeble przetworzonej informacji od miejsca jej powstania (np. przeciętego nożem naskórka), zanim stanie się uświadomioną ranką na palcu.
Z 'rzeczą samą w sobie' (dziwaczne określenie, doprawdy...) nie ma to nic wspólnego. I nie chodzi o materię, tylko o informację.

>>Umysł nie zna niczego, co nie jest pojęciem,...
>To kwestia terminologii. Pojecia tworzone są w wyniku złożonych procesów, i to natury nie tylko poznawczej. Ważne jest też manipulowanie przedmiotami, a więc praktyka. Nie ma w gruncie rzeczy mowy o czystych pojęciach. To pewne kompleksy zjawisk.

Nie definiujmy pojęć, bo nie skończymy rozmawiać...

>>a pojęcia, które są jego surowcem i produktem, leżą poza doświadczeniem,...
>Nie bardzo rozumiem. Poza doświadczeniem może leżeć tylko jedno: możliwe doświadczenie. Ten surowiec, o którym piszesz, to zdaje się dla jednych materia, dla innych bóg.

W tym sensie, jak symbol leży poza przedmiotem oznaczanym, mapa poza krajobrazem.

>>Dużo by o tym, ale jeżeli chcesz, diogenesie, przyślę Ci opracowanko, w którym ta kwestia, problem psychofizyczny i inne takie, znajduje, moim zdaniem, dobre wyjaśnienie.
>Chcę kwintesencji twojego rozumienia, a nie książek.

To nie jest książka, ale ok.

>>>>Co to jest niezależna antropologia?
>>>Niezależna od religii, ale i od nauki, chociaż otwierająca drogę do naukowj ścisłości.
>>Naukowa ścisłość bez nauki?

>Jest coś takiego, jak ścisłość i krytycyzm zdrowego rozsądku. Oto o świcie widzę na tle okna kontur kota. Przyglądam mu się. W pewnym momencie stwierdzam, że ciemna plama nie porusza się. To raczej nie kot (myślę). Robi się nieco jaśniej i z mojego kota robi się poduszka. Tak funkcjonuje (o ile funkcjonuje) zdrowy rozsądek.

To raczej działają procedury rozpoznawania obrazu a nie zdrowy rozsądek.

>Gdybyśmy bardzo dokładnie przeanalizowali ten rodzaj poznania i przedstawili go w formalnej postaci, otrzymamy kawałek teorii doświadczenia. Nie byłoby w nim miejsca na cuda.

Chyba że byłby to kot z Ceshire
Rutkiewicz (1290 punktów)
>Dlaczego w określaniu samego siebie odwołujemy się do innych bytów? Czy to forma ucieczki?

Nie. Moim zdaniem, to wynika ze sposobu funkcjonowania ludzkiego umysłu. Moja odpowiedź może Pana nie zadowolić, bo jeśli nie opiera się na już istniejącej antropologii, to czyni założenia antropologiczne.

Ludzki umysł, analizując zjawiska, posługuje się schematem przyczynowo-skutkowym. Wiedząc, że każda przyczyna ma swój skutek, w refleksji nad światem przechodzimy od widocznego skutku, do przyczyny, która może być, albo widoczna (nauki przyrodnicze), albo niekoniecznie (filozofia, teologia, religia). Siebie samego, człowiek postrzega jako skutek, ponieważ wie, że nie jest przyczyną wszystkiego, a tylko taka przyczyna (już od Anaksymandra, ucznia Talesa) sama nie jest skutkiem. Dlatego, to naturalne, że człowiek, jako najbardziej zaaferowany sobą, poszukuje wyjaśnienia własnego bytu. A ponieważ nie uważa siebie, za własną przyczynę, szuka swojego pochodzenia na zewnątrz siebie.

>Czy tak postawione pytanie nie otwiera drogi do niezależnej antropologii?

Nie wiem, co Pan rozumie przez niezależność. Antropologia nigdy nie będzie niezależna np. od wyników biologii (tzn. może być, ale to będą bzdury. Nawet jeśli się z nią niezgodzi, to musi się do niej odnieść). Natomiast jeśli chodzi o poszukiwanie przyczyn, to "wynalazłem" kiedyś podejście, które pozwala pogodzić antropologów filozoficznych, co do tego faktu. Wystarczy przyjąć, że człowiek nie jest stwórcą siebie, ale nie określać, czego jest stworzeniem. Nazwałem to roboczo antropologią zależności, ponieważ została ona utworzona contra koncepcjom nadającym człowiekowi nieskończoną wolność w działaniu - które raczej można zrekonstruować z czyichś poglądów, niż spotkać je jako ukonstytuowane systemy - ale dla Pana może to być antropologia niezależności metodologicznej.

Pozdrawiam
Odlogik (78 punktów)
Poznanie siebie ma wiele zakresów. Właściwie dopóki nie zapalisz fajki, nie będziesz wiedział jak na nią reagujesz. Ale znasz już część gdy nie paliłeś. Całość siebie jest w takim ujęciu cholernie trudna do poznania, bo musielibyśmy niejednego doświadczyć. Jakby to zminimalizować - odrzucić te wszystkie nasze czynności, ciekawe co by zostało?
20-10-2008 10:58 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>Całość siebie jest w takim ujęciu cholernie trudna do poznania, bo musielibyśmy niejednego doświadczyć.

Jeśli wyruszysz w daleką podróż, dowiesz się, że woda wszędzie jest mokra, chociaż ma inne odcienie, które znasz równiez ze swego dzieciństwa. Tego rodzaju mnożenie doświadczeń nie jest poznaniem samego siebie. Biura podróży oferują przyjemność, a nie poznanie siebie.
Odlogik (78 punktów)
Tak, ale są sytuacje, które poznajemy po raz pierwszy, i wcale nie jest ich tak mało, by wszystko było jedynie powtarzaniem.

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365