>Wydaje mi się że prof.Helena Eilstein w swej książce zrobiła znakomitą analize tekstów biblijnych >pokazując ogrom niedorzeczności i absurdow znajdujących się w tej książce, która dla wielu >wierzacych jest fundamentalnym odnosnikiem zarówno aksjologicznym ale równiez światopoglądowym.
Swiete ksiegi maja to do siebie, ze nie musza miec zadnego sensu. Gdyby opieraly sie tylko i wylacznie na przeslankach naukowych i faktach stracilyby moc, ktora w nich drzemie. Cóż z tego, że Abraham i patriarchowie nie mogli handlować wielbłądami, bo udomowiono je dopiero w I tys. p.n.e? Nie takich informacji szuka się w Biblii. Dlatego Nostradamus, Daeniken, Mahomet, czy Luter znajdują tylu czytelnikow swoich dzieł, że nie tworzyli encyklopedii dla umyslów łaknących naukowej wiedzy, a celowali w ludzi, którzy liczą na jakieś duchowe doznania. Albo inaczej: celowali w duchowe doznania wszystkich ludzi, nawet tych, którzy we wszystkim chca widzieć poparty badaniami ciąg przyczynowo-skutkowy, a nie boską ingerencję. I dlatego fizyk badający Wielki Wybuch jest w stanie wierzyc, że zainicjowało go (w jakis sposob, niekoniecznie bezposredni) jakies bostwo. Pole do interpretacji swietych ksiag jest tak ogromne, ze w tej samej ksiedze w zaleznosci od intencji czytajacego mozna zobaczyc dzialanie magiczną rożdżką w postaci ulepienia człowieka z gliny, ale także skomplikowane reakcje, które doprowadziły do powstania życia.
|