Racjonalista - Strona głównaDo treści
Irracjonalizm i potrzeba buddyzmu.

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Religie
NapisanoAutorTytuł
11-07-2009 11:12Sledziu (1058 punktów)Irracjonalizm i potrzeba buddyzmu.
Ocena 3 na 5

W innym wątku, dotyczącym wiarygodności młodego Buddy, padło niebłahe pytane - czy to bajka? Rozciągając je na kwestię wartości buddyzmu jako takiego, odpowiadam następująco:

Owszem, jest to bajka, i to taka dla wiecznie małych dzieci, które wcale a wcale nie chcą dorosnąć. Wiele razy w przeszłości słyszałem o tym, że buddyzm to jakoby bardziej filozofia, niż religia, doktryna dalece mniej dogmatyczna, niż lepiej nam znane wyznania. Dziś, zapoznawszy się z podstawowymi tezami i preskrypcjami praktycznymi buddyzmu, zachodzę w głowę, kto u licha wymyślił i spopularyzował owo niedorzeczne mniemanie.

Pod względem dogmatyzmu, przewyższa buddyzm nawet chrześcijaństwo, bowiem o ile następcy Chrystusa rozwinęli teozoficzną spekulację o charakterze stricte racjonalnym, o tyle nauka Buddy pozostała do dziś czystym mistycyzmem, zbiorem twierdzeń weryfikowalnych tylko na gruncie osobistego doświadczenia wewnętrznego. Znamienny jest tu brak ekwiwalentu logiki u dobrotliwych mnichów - oznacza on ni mniej, ni więcej, jak niedyskursywność buddyzmu, która niewątpliwie odbiera mu prawo do bycia tytułowanym filozofią.

Brak zastosowania w buddyzmie podstawowych zasad metalogicznych (niesprzeczności, wyłączonego środka, tożsamości etc.) ma też inne znaczenie - dla człowieka wychowanego w naszym kręgu kulturowym musi być on kompletnie niezrozumiały, co wyklucza wszelką racjonalność.

Nadto: jeżeli ktoś wierzy, że jego duchowy przywódca mógłby li tylko siłą woli wyzwolić kraj spod okupacji sąsiedniego militaryzmu, druzgocąc cały jego potencjał zbrojny jednym przeciągłym ziewnięciem, a nie robi tego ze znanych sobie, dobrych powodów, jeżeli ten sam osobnik dowierza także chłopakowi, który ponoć nie je i nie pije, tylko nie sposób tego sprawdzić, gdyż nie wolno się doń zbliżyć, to jak nazwiemy takiego kogoś? Naiwniakiem? Głupkiem?

Osobiście przypuszczam, że dzisiejsza fascynacja buddyzmem, jaką możemy zaobserwować u wielu członków społeczeństw zachodnich, to pokłosie aktualnych warunków ekonomicznych i wyrastającego z nich paradygmatu moralnego, określanego często jako konsumpcjonizm. Znany z książek Zygmunta Baumana "wieczny turysta", tak emblematyczny dla naszych czasów, spędza swoje życie na usilnym poszukiwaniu wrażeń i doznań, dlatego też nie w smak mu jest etyczny absolutyzm i chorobliwa drobiazgowość charakterystyczne dla wielkich religii monoteistycznych. Wariantem znacznie bardziej komfortowym okazuje się wybór buddyzmu - jego wyznawca rozporządza szczegółową koncepcją eschatologiczną, podstawowym zarysem moralności oraz gotową i wyczerpującą wizją świata, jednocześnie nie będąc obarczonym takim nadmiarem obowiązków, jaki narzuca choćby chrześcijaństwo. Opowiedzenie się po stronie buddyzmu nie jest zatem dowodem powszechnej racjonalizacji, jak chcieliby niektórzy - to tylko oznaka upowszechnienia się nawyków wygodnickich także w sferze religijnej.

Jestem ciekaw, czy podzielacie moją opinię dotyczącą buddyzmu - wyznania dziś już na tyle popularnego, że niepodobna, by racjonalista nie ustosunkował się do niego.

Pozdrawiam.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

11-07-2009 12:09
 Ocena 10 na 10
Sylwek (15472 punktów)
Przedmiot można ująć na dwa sposoby:
-jaki współczesny buddyzm jest?
-co oferuje sama doktryna (i różne jej wersje jakie mniej lub bardziej skutecznie daje się zrekonstruować na przestrzeni kolejnych wieków)

Co do pierwszego pytania - na wschodzie, tam gdzie buddyzm jest tradycyjna forma religijności cierpi on na wszystkie bolączki tradycyjnych form religijności - jest dogmatyczny, fundamentalnie skorumpowany (czytałem raz książkę, napisaną zresztą przez buddyjskiego mnicha, który krytykując szereg nagannych zjawisk we współczesnej therawadzie wspominał o takich kwiatkach jak kupowanie przez mnichów najdroższych tkanin za kasę wydartą wiernym, a następnie kawałkowanie tych tkanin na fragmenty, które po zszyciu spełniały religijny standard "skromnego" odzienia, rozumianego jako szmaty pozszywane z resztek materiałów). Albo przyjmowanie monet przez tkaninę, ponieważ ręce mnicha nie mogą się zetknąć z pieniędzmi. Na zachodzie z kolei buddyzm to zwykle bliski krewny New Age czy innej Kabały.

Bardziej ostrożny byłbym w deprecjonowaniu samej doktryny.
Ale i tu pojawia się szereg problemów - przede wszystkim powiedzieć, że doktryna jest nieracjonalna czy nie jest filozofią o buddyzmie, to tak jakby powiedzieć, że zachodnia filozofia nie jest racjonalna bez brania pod uwagę zmian jakim ulegała w kolejnych okresach swego rozwoju.

Wedle obecnej wiedzy buddyzm rzeczywiście narodził się jako wytwór jednego człowieka, który w jakimś sensie odszedł świadomie od wiary przodków, zachowując jednak wiele wspólnych elementów, na przykład ideę karmana. W każdym razie mówienie o tym pierwotnym buddyzmie jako nieracjonalnym i nie filozoficznym jest przynajmniej częściowo wyważaniem otwartych (przez samego Sakjamuniego) drzwi - wszak podkreślał on, że jego nauka nie służy wyjaśnianiu świata (w której to dziedzinie nie można uzyskać ostatecznych odpowiedzi) ale pokazywaniu właściwego postępowania prowadzącego do wyzwolenia.

I teraz - czy buddyjska "metodologia" wyzwolenia jest równie czysto religijnym mitem jak na przykład chrześcijańska eschatologia? Wątpliwe. Przede wszystkim, opiera się na dosyć racjonalnej, choć nie materialistycznej koncepcji ludzkiej jaźni jako zbioru zdarzeń (dharm). Samo wyzwolenie, chociaż szczególnie z czasem było coraz bardziej przenoszone w sferę religijno-symbolicznych wyobrażeń, początkowo rozumiane było jako ustanie cierpienia. A cierpienie ustawało, gdy agregat zdarzeń przestawał siebie postrzegać jako substancjalna jaźń, i zaczynał rozumieć, że nie ma nikogo kto by cierpiał, jest co najwyżej samo cierpienie bez podmiotu. Oczywiście do takiego stanu sama racjonalna refleksja nie jest w stanie doprowadzić - tu wchodzą różne techniki medytacyjne. Oraz, skrytykowana przez ciebie weryfikacja na bazie introspekcji. Zarzut ten jest i nie jest zasadny. Jest o tyle, że introspekcja nie jest dobrą metodą weryfikacji twierdzeń o świecie. Ale buddyzm jakby nie było skupiał się na zagadnieniu życia psychicznego, wątpliwe jest by dało się tutaj stosować inne metody oceny wartości danych rozwiązań.

Tak czy inaczej to był sam początek buddyzmu. Ważne jest by zauważyć jaką bolączkę dzielił on z innymi wytworami religio-filozofii indyjskiej - mianowicie zależność od religii właśnie. Europejska filozofia rodziła się jako de facto opozycja dla religijno-mitologicznego myślenia (choć już na początku religijne czy mitologiczne motywy były z powodzeniem inkorporowane w obręb filozoficznej refleksji). Dopiero potem popadła w zależność od religii, i to jednej religii, z czego po jakimś czasie znowu się wyzwoliła.
W Indiach z kolei prawie wszystkie kierunki były religijnego pochodzenia i z religią pozostały do dziś związane. W tym względzie indyjska refleksja jest w sposób fundamentalny mniej autonomiczna i racjonalna niż europejska w najlepszych swych chwilach. Z drugiej strony, międzyreligijna konkurencja wymagała by filozoficzne "racjonalizacje" poszczególnych doktryn były znacznie bardziej krytyczne, także co do podstawowych, pozornie dogmatycznych założeń, niż cokolwiek w Europie w czasach Średniowiecza, w pewnym stopniu i później, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy podważać założenia o istnieniu Boga, czy wiary jako wystarczającego źródła poznania. W Indiach zwykle jedna szkoła z lubością krytykowała założenia innej. Nawet tak fundamentalne twierdzenia jak karman były poddawane w wątpliwość przez indyjskich materialistów.

Wracając do współczesnego buddyzmu - ile z tej filozofii zostało we współczesnych naukach serwowanych dla spragnionych wschodniej mądrości mieszkańców zachodu? Pewno tyle, ile nauk św. Tomasza uświadczymy w spotkaniach ruchu oazowego.
11-07-2009 13:20 
 Ocena 2 na 4
Sledziu (1058 punktów)

>-co oferuje sama doktryna (i różne jej wersje jakie mniej lub bardziej skutecznie daje się zrekonstruować na przestrzeni kolejnych wieków)
>(...)o takich kwiatkach jak kupowanie przez mnichów najdroższych tkanin za kasę wydartą wiernym, a następnie kawałkowanie tych tkanin na fragmenty, które po zszyciu spełniały religijny standard "skromnego" odzienia, rozumianego jako szmaty pozszywane z resztek materiałów). Albo przyjmowanie monet przez tkaninę, ponieważ ręce mnicha nie mogą się zetknąć z pieniędzmi.

Jakby to powiedzieli bohaterowie "South Parku" - słodko.

>Ale i tu pojawia się szereg problemów - przede wszystkim powiedzieć, że doktryna jest nieracjonalna czy nie jest filozofią o buddyzmie, to tak jakby powiedzieć, że zachodnia filozofia nie jest racjonalna bez brania pod uwagę zmian jakim ulegała w kolejnych okresach swego rozwoju.

Nie to miałem na myśli. Buddyzm nie jest i nie będzie filozofią, albowiem nie jest spekulatywny. Tam, gdzie nie zachodzi dyskurs oparty na rozumowych kryteriach, w tym także na formalnych standardach poprawności wywodu, a jest jedynie nauczanie moralne powiązane z mistycyzmem, nie ma żadnej filozofii - to religia.

Jak już pisałem, szalenie istotny i znamienny jest tu brak wypracowanej logiki w doktrynach buddyzmu. Powstanie logiki, tak jak to było w Grecji u Sokratesa i Arystotelesa, jest miarą dojrzałości dyskursu - gdy dyskurs rozwija się i poszerza o coraz to nowsze problematy i stanowiska, jego uczestnicy pytają w końcu o to, jakie są elementarne kryteria poprawności wypowiedzi, jakie są zasady, zgodnie z którymi ma toczyć się gra ich intelektów. Działa to bardzo podobnie, jak na przykład w piłce nożnej: powstała w połowie XIX wieku i stopniowo liczba oraz złożoność jej reguł się zwiększała - do końca stulecia wymyślono rzut karny i spalonego, zakazano bramkarzom łapania futbolówki poza polem szesnastu metrów, a dopiero całkiem niedawno odebrano im możliwość wychwytywania rękami podań własnych obrońców. Jeśli ktoś w jakimś miejscu na świecie nie zna żadnej z tych zasad, to znaczy, że albo absolutnie nic w jego kraju nie wiadomo o istnieniu piłki nożnej, albo też sport ten dopiero raczkuje. Analogicznie, jeżeli ktoś nie zna logiki, bądź czegoś na jej kształt, to z całą pewnością nie filozofuje - on co najwyżej naucza.

>W każdym razie mówienie o tym pierwotnym buddyzmie jako nieracjonalnym i nie filozoficznym jest przynajmniej częściowo wyważaniem otwartych (przez samego Sakjamuniego) drzwi - wszak podkreślał on, że jego nauka nie służy wyjaśnianiu świata (w której to dziedzinie nie można uzyskać ostatecznych odpowiedzi) ale pokazywaniu właściwego postępowania prowadzącego do wyzwolenia.

To było dawno - jakieś 2500 lat temu. Dziś, zamiast tego skromnego założyciela, mamy całe zastępy apologetów i apologetek, którzy drzwi zamknęli. Aczkolwiek, prawdą jest, że nie wszyscy buddyści odznaczają się aż taką butą. Czytałem swego czasu książkę jakiegoś lamy (Ole Nadal, Nydal? Tak bardzo mnie bawił, że złośliwie nie zapamiętałem nazwiska), który utrzymywał, że buddyzm dlatego nie jest filozofią, że jest arcypraktyczny, podczas gdy filozofia to zawsze papierkowe doktryny, kurzące się na półkach w klatce opasłych tomów w twardych oprawach. W tym akurat coś jest, przynajmniej niekiedy.

>(...)Oczywiście do takiego stanu sama racjonalna refleksja nie jest w stanie doprowadzić - tu wchodzą różne techniki medytacyjne.

Dlatego też to, co nie do końca fortunnie nazywam eschatologią (etymologia tego słowa prowadzi do pojęcia ostateczności) buddyzmu, jest religijne i irracjonalne. Spekulatywny charakter ma tylko koncepcja podmiotu jako konglomeratu doświadczeń, a to jeszcze nie jest nauka o tym, co post mortem. Podobne idee mieli Heidegger, Merleau-Ponty i Gombrowicz - ateiści.

>Oraz, skrytykowana przez ciebie weryfikacja na bazie introspekcji. Zarzut ten jest i nie jest zasadny. Jest o tyle, że introspekcja nie jest dobrą metodą weryfikacji twierdzeń o świecie.

I tylko na tej płaszczyźnie sformułowałem krytykę.

>W Indiach z kolei prawie wszystkie kierunki były religijnego pochodzenia i z religią pozostały do dziś związane. W tym względzie indyjska refleksja jest w sposób fundamentalny mniej autonomiczna i racjonalna niż europejska w najlepszych swych chwilach. Z drugiej strony, międzyreligijna konkurencja wymagała by filozoficzne "racjonalizacje" poszczególnych doktryn były znacznie bardziej krytyczne, także co do podstawowych, pozornie dogmatycznych założeń, niż cokolwiek w Europie w czasach Średniowiecza, w pewnym stopniu i później, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy podważać założenia o istnieniu Boga, czy wiary jako wystarczającego źródła poznania. W Indiach zwykle jedna szkoła z lubością krytykowała założenia innej. Nawet tak fundamentalne twierdzenia jak karman były poddawane w wątpliwość przez indyjskich materialistów.

To bardzo ciekawe, przyznaję, że nie znam się na tym. O filozofii indyjskiej nie wiem nic ponadto, że zainspirowała Pyrrona do stworzenia sceptycyzmu. Miejmy nadzieję, że studia rozjaśnią trochę ten mrok w mojej głowie.

Pozdrawiam.
11-07-2009 14:50 
 Ocena 5 na 5
Sylwek (15472 punktów)

>Nie to miałem na myśli. Buddyzm nie jest i nie będzie filozofią, albowiem nie jest spekulatywny. Tam, gdzie nie zachodzi dyskurs oparty na rozumowych kryteriach, w tym także na formalnych standardach poprawności wywodu, a jest jedynie nauczanie moralne powiązane z mistycyzmem, nie ma żadnej filozofii - to religia.
Masz i nie masz racji. W rzeczywistości, podstawowym błędem jest usilna próba zastosowania dychotomii religia- filozofia, która dosyć dobrze funkcjonuje w Europie, w Indiach nie miałaby natomiast żadnego sensu. Tam poszczególne doktryny (zwane darśanami) to nie spekulatywne systemy wyjaśniania świata (a więc filozofia w znaczeniu europejskim), ale tez nie czysto dogmatyczne systemy wierzeń. Pewnie w jakimś sensie najbliższe prawdy byłoby ujęcie indyjskiej filozofii jako poszukiwania właściwego sposobu życia i wyzwolenia z cierpienia właściwego życiu, w których to poszukiwaniach między innymi stosuje sie krytyczna refleksję. Jej celem nigdy jednak nie było (za wyjątkiem kilku pomniejszych szkół, które zniknęły prawie bez śladu) wyjąsnienie świata jako takiego. A juz szczególnie buddyzm uznawał dociekania nad tym "co?" i "jak?" za złudna stratę czasu.
Ponownie trzeba podkreślić, że zależność między religią a filozofią w Indiach miała zupełnie inny charakter niż to co w Europie za czasów panowania tzw. filozofii chrześcijańskiej, lub też, w islamie w czasach świetności islamskiej myśli filozoficznej.
U nas polegało to na podporządkowaniu myśli filozoficznej dogmatom religijnym. W Indiach, refleksja filozoficzna służyła obronie dogmatów jednej religii czy szkoły przed zarzutami innej. Już to samo w sobie zapewniło znaczny poziom krytycyzmu. I czyni niesprawiedliwym zarzut o czysto religijnym charakterze indyjskich doktryn - bo w przeciwieństwie do religii, wszelkie założenia były poddawane krytyce. Co do logiki - to taka też powstała i nawet bywało że przyjmowała formę sformalizowaną. Logika czterowartościowa, tudzież świadoma rezygnacja z zasady wyłączonego środka (zrodzona jak mnie pamięć nie myli w buddyjskiej szkole Madhjamaki), stają się mniej absurdalne, gdy uświadomimy sobie ich ontologiczny i teoriopoznawczy składnik, który, w takim przynajmniej zakresie, jest nieobecny w logice jaką rozwijano w Europie. A co do składnika mistycznego - jakoś nie widzę, byś na przykład arystotelizm uznawał za religię, tylko dlatego, że podstawa poznania empirycznego to czysto intuicyjny (żeby nie powiedzieć mistyczny) wgląd w istotę rzeczy, niepodległy jakimkolwiek sformalizowanym regułom. Sformalizowana logika Arystotelesa pozwala jedynie korzystać z już posiadanej wiedzy o istotach rzeczy (przynajmniej ja tak to rozumiem, z chęcią zostanę wyprowadzony z błędu).

>To było dawno - jakieś 2500 lat temu.
Nie przypadkiem coś wspominałem o ruchu oazowym w kontekście tomizmu. Myślę, że relacja jest podobna.

>>(...)Oczywiście do takiego stanu sama racjonalna refleksja nie jest w stanie doprowadzić - tu wchodzą różne techniki medytacyjne.
>Dlatego też to, co nie do końca fortunnie nazywam eschatologią (etymologia tego słowa prowadzi do pojęcia ostateczności) buddyzmu, jest religijne i irracjonalne. Spekulatywny charakter ma tylko koncepcja podmiotu jako konglomeratu doświadczeń, a to jeszcze nie jest nauka o tym, co post mortem. Podobne idee mieli Heidegger, Merleau-Ponty i Gombrowicz - ateiści.
Dodałbym Hume'a, który chyba pierwszy mówił o tym w sposób jawnie zbliżony do buddyjskiej koncepcji agregatu wrażeń i stanów psychofizycznych. Pominę techniczny szczegół, że doktryna buddyjska jest fundamentalnie ateistyczna (tzn, są tam bogowie, ale w istotny sposób ich egzystencjalny i ontologiczny status jest taki sam jak ludzi i innych nieoświeconych istot)
Ale trzeba odróżnić irracjonalne, czy mistyczno-introspekcyjne techniki "urzeczywistniania" (cokolwiek ma to znaczyć) prawdy o bezjaźniowości z całkiem racjonalną i dyskursywną argumentacja za brakiem jaźni. Ta druga była niezbędna w intelektualnych i dyskursywnych starciach ze zwolennikami istnienia podmiotowej jaźni - atmana, których niewiele interesowały wewnętrzne doświadczenia buddystów, szczególnie, że sami mieli własne, skłaniające ich do zupełnie przeciwnych wniosków.

>Miejmy nadzieję, że studia rozjaśnią trochę ten mrok w mojej głowie.
Gdyby ci się nie chciało czekać - polecam "Filozofię wschodu" pod redakcją Beaty Szymańskiej wydaną nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagielońskiego. Jest to rodzaj syntetycznego przekroju przez zagadnienia filozofii indyjskiej, chińskiej i w mniejszym stopniu innych krajów. Wydano tez komplementarny tom z tekstami źródłowymi.

Pozdrawiam.
11-07-2009 18:00 
 Ocena 2 na 2
Głąbiński (3538 punktów)
>...błędem jest usilna próba zastosowania dychotomii religia- filozofia, która dosyć dobrze funkcjonuje w Europie, ...
mam tu dwie uwagi:
1. Zdanie powinno chyba brzmieć: "... próba traktowania religii i filozofi jako przeciwieństw, ...", gdyż dychotomia wg mnie oznacza podział całej rzeczywistości na dwie części, podczas gdy np. matematyki, któa też jest składnikiem ludzkiego świata pojęć, ani do f, ani do religii nie zaliczamy.
2. Nie sądzę, by Europie powszechne było przekonanie o przeciwstawności r i f, nawet jeżeli przyjmujemy, że rozróżnienie traktujemy nie jako całkowite wykluczenie wzajemne, podobnie jak to jest w zestawieniu religijności z materializmem (przypadek przekonanego materialisty, który jednak widzi jakiś sens -polityczny, psychoterapetyczny itp. - w praktykowaniui religii, choć rzadki, jednak zdarza się). Np. łatwo mogę sobie wyobrazić religię, której elementy filozofii są istotnym składnikiem i nie przypuszczam, by takie podejście było w Europie nietypowe. Te dwie kategorie uważamy za należące każda do innego prządku klasyfikacyjnego.

Stach M. G.
11-07-2009 22:58 
 Ocena 1 na 1
Sledziu (1058 punktów)

>Masz i nie masz racji.

Typowo buddyjska odpowiedź

>W rzeczywistości, podstawowym błędem jest usilna próba zastosowania dychotomii religia- filozofia, która dosyć dobrze funkcjonuje w Europie, w Indiach nie miałaby natomiast żadnego sensu. Tam poszczególne doktryny (zwane darśanami) to nie spekulatywne systemy wyjaśniania świata (a więc filozofia w znaczeniu europejskim), ale tez nie czysto dogmatyczne systemy wierzeń.

Jeżeli treści pojęć odnoszących się do terminów "buddyzm" i "filozofia" nie krzyżują się, to tytułowanie buddyzmu filozofią jest bezzasadne.

>U nas polegało to na podporządkowaniu myśli filozoficznej dogmatom religijnym. W Indiach, refleksja filozoficzna służyła obronie dogmatów jednej religii czy szkoły przed zarzutami innej.

Ależ identyczna sytuacja miała miejsce w chrześcijaństwie, zwłaszcza wczesnośredniowiecznym! Pomijając już mniej znane dzieła pomniejszych apologetów, wyraźnie polemiczny charakter ma nawet sławne "Państwo Boże" św. Augustyna.

>Co do logiki - to taka też powstała i nawet bywało że przyjmowała formę sformalizowaną.

W Indiach. Mówimy o buddyzmie.

>A co do składnika mistycznego - jakoś nie widzę, byś na przykład arystotelizm uznawał za religię, tylko dlatego, że podstawa poznania empirycznego to czysto intuicyjny (żeby nie powiedzieć mistyczny) wgląd w istotę rzeczy, niepodległy jakimkolwiek sformalizowanym regułom.

Pierwsze słyszę. Intuicja występuje u Stagiryty jedynie jako prowizoryczna odpowiedź na zagadnienie kryteriów poprawności rozumowania indukcyjnego. Intuicyjne poznanie bytów empirycznych to komponent epistemologii Platońskiej, w micie jaskini wyrażony poprzez cienie naścienne (doksa - fałszywe, pozorne poznanie zmysłowe) i znajdujące się na zewnątrz posągi (wiara - prawdziwe poznanie bytów zmysłowych).

Oczywiście, Twój zarzut można z powodzeniem odnieść także do Platona. Jedyne, co mogę odpowiedzieć, to to, że nie od razu Rzym, tudzież gmach spekulacji europejskiej, zbudowano. Mimo, że Platon jako pierwszy explicite wyartykułował postulat stworzenia nauki czysto dyskursywnej, to sam, wraz ze swoją myślą, nie stanął na wysokości ustanowionego przez siebie ideału. Już sama fundamentalna przesłanka uzasadniająca potrzebę "drugiego żeglowania" jako rozszerzenia dawnych dociekań presokratyków, związana z rzekomą niesamowystarczalnością świata materialnego, należy raczej do świata wierzeń Greka, aniżeli do obszaru racjonalnej spekulacji. Mało tego, Platon w swoich dialogach snuje rozliczne opowieści mitologiczne na temat Hadesu, metempsychozy czy ujeżdżaczy rączych rumaków, z których wcale nie tak wiele stanowi ilustrację tez filozoficznych.

Należy wszakże pamiętać, że w Europie trud oddzielenia dociekań filozoficznych od wierzeń religijnych przynajmniej podjęto - poza Starym Kontynentem nic takiego nie nastąpiło.

>Dodałbym Hume'a, który chyba pierwszy mówił o tym w sposób jawnie zbliżony do buddyjskiej koncepcji agregatu wrażeń i stanów psychofizycznych.

Owszem, aczkolwiek unikałbym określenia "jawnie zbliżony", gdyż sugeruje ono, że Hume pozostawał pod wpływem buddyzmu. Ponadto, Hume zaprezentował rzeczoną koncepcję w sposób dalece doskonalszy od buddystów - za pomocą krytyki pojęcia przyczynowości, położył konieczny pomost pomiędzy dostrzeżeniem nieautarkiczności jaźni, a jej całkowitą negacją. Tezy buddyjskie, pozbawione tegoż pomostu, były teoretycznie nieuprawnione.

>Gdyby ci się nie chciało czekać - polecam "Filozofię wschodu" pod redakcją Beaty Szymańskiej wydaną nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagielońskiego.

Dziękuję. Książka już zamówiona i oczekuje na mnie w bibliotece regionalnej

Pozdrawiam.

Wróć do listy wątków działu Religie
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365