Takie refleksje po niedawnej "wojnie" w Gruzji.
Abstrahując od kwestii "kto zaczął". Zastanawia mnie to co powoduje to że jeden ośrodek władzy może mieć zwierzchnictwo nad powiedzmy 300-500 km od siebie a drugi na rozciągłość całego kontynentu ? Co tym wszystkim reguluje. Ludzie jak widziałem komentarze to traktują to jako jakąś świętość. Nie ruszać, nie dotykać, nie przesuwać granic, nie tworzyć nowych ośrodków władzy, nie likwidować starych... Ale dlaczego ? No właśnie bo wypuścimy jakiegoś dziwnego, niezrozumiałego i przerażającego dżina z butelki. Jakąś dziwną właściwość którą ludzie mają że nagle wpadają w amok i zaczynają się zabijać. I jest to przyczyna śmierci ludzi która może rywalizować swoją liczbą zabitych poprzez wieki z liczbą tych którzy zostali zarąbani za to że nie wierzyli w tego prawdziwego boga.
Niestety przydałby się jakiś Dawkins na ten temat bo tak naprawdę nie spotkałem się z żadnym spójnym i racjonalnym opracowaniem tego tematu. Dominuje filozofia nie dotykać bo "ziazi". To jest jakieś wielkie tabu. Przy tym operuje się tutaj specyficznym językiem. Słowa takie jak separatyzm są kierowane wobec tych którzy chcą się wybić na niepodległość ale z drugiej strony nasze własne wybicie się jest określane mianem patriotyzmu. Jakie reguły tym rządzą że ktoś jeden może a ktoś inny nie ?
Przecież jakby kampania przeciwko polskości się powiodła to połowa naszych terenów mówiłaby po niemiecku, połowa po rosyjsku i nikt, łącznie z ludźmi którzy żyliby na tych terenach w takim wypadku nie żałowałby naszego nieistnienia. Tak jak nikt nie żałuje teraz Jadźwingów i wielu innych plemion które były wcześniej a które brutalną siłą zostały włączone do polskości. Ciekawy jestem czy li ludzie chcieliby widzieć taką przyszłość dla swojej kultury, tzn. żadną, kompletne rozpłynięcie się w okolicznych ludach ? Czy my chcemy widzieć taką przyszłość dla siebie ?
Z drugiej strony to jest tak że przynależność językowa do większej grupy ludzi niesie ze sobą ogromne korzyści dla jednostki. Osoba z wyspy na Oceanii która mówi od dziecka po angielsku bo taka kolonia była tam wcześniej, bo tak koloniści siłą narzucili lokalnej ludności ma dużo większe możliwości własnego rozwoju przez to niż jeśli by się wychowała na wyspie która mówi jakimś kompletnie marginalnym językiem.
Przecież popatrzmy na naszą sytuację. Teraz dzięki internetowi najbardziej widać to zapóźnienie jakie mamy w stosunku do reszty świata właśnie z powodu małej relatywnie liczby ludzi którzy mówią po polsku. Popatrzcie sobie na wszelkie fora tematyczne, np. nie wiem filateliści, na rozmiary poszczególnych edycji Wikipedii. Ile więcej treści szczególnie niszowych jest w stanie znaleźć osoba mówiąca po angielsku a ile mówiąca innymi językami. I ile z tego to jest bezproduktywne powtarzanie treści. O ile szybciej byśmy się rozwinęli jako ten region świata jakby np. Cesarstwo Rzymskie nie upadło lub było na tyle silne że mogłoby wyrugować wszystkie języki z Europy i zostawić tylko łacinę. Jaka niesamowita wymiana idei by to była gdyby te języki ludu nie powróciły z powrotem tworząc bariery komunikacji między ludźmi.
Ale istnieje też ciemniejsza strona tej sprawy. Co by było gdyby takie przetrwałe od starożytności państwo jak Cesarstwo Rzymskie było w dzisiejszych czasach rządzone przez jakiegoś współczesnego Nerona lub Kaligulę ? Przecież takim państwem są Chiny ! Co by było jakby to właśnie Chiny miały takiego Kin Dzong Ila który zmilitaryzowałby cały kraj i miał przy tym broń atomową ? Co by było jakby siły komunistyczne wygrały wojnę i byłaby tylko jedna komunistyczna Korea, na ile większy byłby to problem dla świata ? A Wietnam ? Jakby była taka sytuacja jak teraz w Korei ? Ile by się mógł przysłużyć taki Wietnam Południowy do wspólnej gospodarki na świecie ? Taki wielki obszar gdzie ludzie nabywają wspólną identyfikację staje się od razu groźny dla świata. Podczas drugiej wojny światowej Niemcy miały od razu wielki problem z zaopatrzeniem, z rezerwami ludzkimi, z wielością wrogów. Ale co by było jakby np. państwo Karola Wielkiego dotarło do naszych czasów - tragedia na skalę światową w przypadku takiego Hitlera. Co by było jakby w wyniku przecież nie tak znowu nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności cała Ameryka Południowa była jednym państwem i zacząłby rządzić tam jakiś lewicujący lub prawicujący dyktator ? Ludzie którzy zamieszkują takie wielkie obszary wspólnej identyfikacji potrafią kierowani szaloną ręką zrobić naprawdę gigantyczne tragedie i nikt nie jest się w stanie temu sprzeciwić. I to niebezpieczeństwo pozostaje do dzisiaj. Jakby Rosja całkowicie zmafijniała i udałoby się do tamtejszego społeczeństwa wrzuć jakąś paskudną ideologię to ratuj się kto może. Tak samo Chiny czy Indie.
Takie wielkie obszary będą zawsze zagrożeniem dla świata nie dlatego że prowadzą taką a nie inną polityką ale dlatego że są wielkie i potrafią prowadzić zintegrowane działania za pomocą setek milionów ludzi.
Dlatego moim zdaniem polityka światowa powinna prowadzić właśnie do wzrostu separatyzmów lub ładniej powiedziane patriotyzmów w takich wielkich krajach, najlepiej aby one zniknęły tzn. rozpadły się na mniejsze jednoski. Np. taki Kaliningrad idealnie nadaje się do takich działań. Interesy ludzi w tym regionie są całkowicie inne niż interesy Moskwy. Tak samo Kurdowie, Ujgurzy, Baskowie ale już nie Tajwan który by wzmocnił dominację wielkiego kolosa.
|