 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
| Napisano | Autor | Tytuł | | 01-12-2008 17:11 | machejno (761 punktów) | Nowa elita dziedziczna
1 na 1 | Podejrzewam, ze wątek o podobnej treści już w FR funkcjonował, ale w przypływie jesiennej fali wolnego czasu proponuję taki temat. Niektóre środowiska zawodowe (prawnicy, lekarze, filmowcy, aktorzy) zaczynają funkcjonowac w oparciu o dziedziczenie stanowisk. Można oczywiście założyć, że jest w tym jakiś związek z genetyką, ale bardzo niewielki; byłoby to zbyt proste dla przyrody. Może to być efekt wpływu atmosfery w domu, która u dorastających, potencjalnych następców, uruchamia odpowiednie zasoby świadomości, niezbędne do bycia dobrym w konkretnym zawodzie. Wszystko byłoby "OK", gdyby nie fakt, że dostęp do coraz większej ilości zawodów zostaje prawnie ograniczany przez "tatusiów" dbających o przyszłość swych pociech. Czy nie sądzicie, że w przypadku zawodów wykonywanych w oparciu o wykształcenie w jakiś sposób kontrolowane przez instytucje państwa, konieczną byłaby rezygnacja z jakichkolwiek ograniczeń? A jeśli tak, to jak to zrobić? | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
5 na 5 belvedere (5304 punktów) (zablokowany) | >Niektóre środowiska zawodowe (prawnicy, lekarze, filmowcy, aktorzy) zaczynają funkcjonowac w oparciu o dziedziczenie stanowisk. >dostęp do coraz większej ilości zawodów zostaje prawnie ograniczany przez "tatusiów" dbających o przyszłość swych pociech.
Gdy syn piekarza zostaje piekarzem to jest to tradycją. Gdy syn aktora zostanie aktorem, bądź dziennikarza dziennikarzem to są to już znajomości. Taką mamy mentalność. Im bardziej prestiżowy zawód, tym większe podejrzewamy znajomości przy jego zdobywaniu, gdy widzimy to samo nazwisko figurujące przy dwu lub większej ilości osób. Zawiść nic więcej. Sławne nazwisko nie otworzy wszystkich drzwi, jeśli tylko to ma kandydat do wykonywania wymienionych w cytacie zawodów.
|
|
 | 1 na 1 | machejno (761 punktów) | >Sławne nazwisko nie otworzy wszystkich drzwi, jeśli tylko to ma kandydat do wykonywania wymienionych w cytacie zawodów.
I to byłby stan właściwy i jeśli spełniony jest warunek >jeśli tylko to to niechaj drzwi się nie otwierają. Ale ja sugeruję (być może z zazdrości, raczej nie z zawiści), że złym rozwiązaniem jest ograniczanie dostępu do zawodu, nie zaś jego dziedziczenie. Swoją drogą można szukać dalej i znaleźć przykłady pokazujące, że nowoprzyjęci do grona szczęściarzy stają się najzagorzalszymi (coś dziwne to słowo, ale mam nadzieję, ze poprawne) bojownikami o ograniczenie dostępu do ...
|
|
 | 1 na 1 | rysiek (4593 punktów) | > Gdy syn piekarza zostaje piekarzem to jest to tradycją. Gdy syn aktora zostanie aktorem, bądź dziennikarza dziennikarzem to są to już znajomości. Taką mamy mentalność.
Błąd! Piekarzem może zostać każdy (prawie), natomiast do tych zawodów trzeba o wiele więcej predyspozycji czy talentu (które dziedziczą tylko nieliczni) i starań. Poza tym w temacie chodzi głównie o ustawowe ograniczenia dla innych i przywileje dla swoich, które to, te grupy zawodowe - rzekomo w trosce o poziom usług - wprowadziły lub usiłują wprowadzić.
|
|
| ingenue (123 punktów) |
>Niektóre środowiska zawodowe (prawnicy, lekarze, filmowcy, aktorzy) zaczynają funkcjonowac w >oparciu o dziedziczenie stanowisk.
podczas rekrutacji na studia dużo słyszałam o tym, że 'niektórym ' jest łatwiej się dostać. Uważam jednak, że jeśli komuś zależy i jest na tyle zdolny to bez względu na status rodziców może to osiągnąć.
|
|
 | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>podczas rekrutacji na studia dużo słyszałam o tym, że 'niektórym ' jest łatwiej się dostać. Uważam jednak, że jeśli komuś zależy i jest na tyle zdolny to bez względu na status rodziców może to osiągnąć. Naprawdę dobre: komu się nie powiodło, widać nie był "na tyle" zdolny albo po prostu mu nie zależało.
Ale tu nie chodzi o przyjmowanie na studia, lecz o wolny rynek pracy. Bo nie jest wolny. .
|
|
|  | 1 na 1 | ingenue (123 punktów) |
>Naprawdę dobre: komu się nie powiodło, widać nie był "na tyle" zdolny albo po prostu mu nie zależało.
Jesli komuś zależy to nie odpuści po jednej nie udanej próbie. Jeśli nie znam się na biologii czy chemii to nie wybiorę sie na medycynę, bo nie mam zdolności w tym kierunku, jak również mi nie zależy.
>Ale tu nie chodzi o przyjmowanie na studia, lecz o wolny rynek pracy. Bo nie jest wolny. Tyle, że aby zacząć uczestniczyć w tym rynku jako prawnik czy lekarz trzeba najpierw skończyć odpowiednie studia, tak więc studia są wstępem do tego rynku.
|
|
| |  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>Jesli komuś zależy to nie odpuści po jednej nie udanej próbie. Tym bardziej nie przepuści okazji, by tej jednej próbie poprzestać.
>Jeśli nie znam się na biologii czy chemii to nie wybiorę sie na medycynę, bo nie mam zdolności w tym kierunku, jak również mi nie zależy. Mylisz się, na intratnej posadce zależy prawie każdemu, a miernotom zwykle bardziej.
>aby zacząć uczestniczyć w tym rynku jako prawnik czy lekarz trzeba najpierw skończyć odpowiednie studia, tak więc studia są wstępem do tego rynku. I właśnie już na tym wstępie się ów rynek psuje praktykując branżowy nepotyzm rekrutacyjny. .
|
|
1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>Czy nie sądzicie, że w przypadku zawodów wykonywanych w oparciu o wykształcenie w jakiś sposób kontrolowane przez instytucje państwa, konieczną byłaby rezygnacja z jakichkolwiek ograniczeń? Byłaby, ale utrzymanie ograniczeń zapewnia im władzę. A jakie kuriozalne mają wytłumaczenie: ograniczamy dostęp do zawodu w trosce o jakość świadczonych usług. Tak eliminuje się konkurencję, co w istocie jest przejmowaniem kontroli nad kolejnymi sferami naszego życia. Niby powinno się ten stan rzeczy zaskarżyć, ale do tego trzeba prawnika. A ten prędzej wyśle Cię do psychiatry...
>A jeśli tak, to jak to zrobić? Jak odebrać władzę klasie panującej? Rewolucją.
(Ale jeszcze nie dziś.) .
|
|
| sztejkat (4743 punktów) | >(....)Czy nie sądzicie, że w przypadku zawodów wykonywanych w oparciu o wykształcenie w jakiś sposób kontrolowane przez instytucje państwa, konieczną byłaby rezygnacja z jakichkolwiek ograniczeń?
Zapewne masz na myśli tak zwane "zawody zaufania publicznego". Pełna lista tych zawodów nie jest mi znana - o ile się nie mylę jest ona rozproszona po wielu ustawach o samorządach zawodowych. Wedle mojej wiedzy jest tych zawodów kilkanaście.
I tu pewien kłopot - do kontroli kwalifikacji powołane są w tym wypadku nie organy państwowe, a organy samorządu zawodowego. Jako, że to samorząd zawodowy ponosi odpowiedzialność za dopuszczenie do wykonywania zawodu (choć chyba wyłącznie moralną a nie karną), ustawa zaś jedynie "przyklepuje" jego decyzje.
Być może pamiętasz próby, nie wiem czy udane, wprowadzenia państwowych egzaminów adwokackich itp.
Dzisiejsze samorządy zawodowe są dziedzicami cechów. A cech, jak wiadomo, dbał o swoich członków między innymi kształcąc czeladników i chroniąc rynek. W wielu wypadkach cechy pozyskiwały prawa monopolisty - jak dziś samorządy zawodowe - wykonywanie zawodu objętego monopolem jest dopuszczalne wyłącznie dla członków cechu. W zamian za strzeżenie tego monopolu przez państwo cechy (dziś samorządy zawodowe) zobowiązują się do strzeżenia jakości usług.
Wszystkim pozostałym zawodom wystarczają dyplomy ukończenia odpowiednich szkół, egzaminy państwowe oraz odpowiedzialność cywilna i karna przez sądami.
Zaś co do dziedziczenia zawodów: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Rodzice zwykle "przynoszą pracę do domu" - nie koniecznie w sensie wykonywania pracy, ale w sensie rozmów, literatury, materiałów informacyjnych, wykonywania niektórych prac domowych itp. Dziecko jest od małego otoczone pewną specyfiką zawodową - u mnie na przykład: przeróżnymi narzędziami.
Jeśli do tego rodzice wykonują swój zawód z pasją - dziecko raczej na pewno się nią zarazi.
Myślę, że jeśli rodzic lub otoczenie nie wzbudzi w dziecku w sposób celowy innych zainteresowań, nie odsunie go od zainteresowań rodziców, wówczas "dziedziczenie zawodu" jest drogą jak najbardziej naturalną.
Kwestia dostępu do wykonywania zawodu wymaga, z punktu widzenia usługobiorców, wyłącznie wprowadzenia egzaminu państwowego. Oznacza to jednak, że w strukturze edukacji nie może być mowy o wymogu odbycia praktyk, stażu itp - chyba, że organizacją takowych zajęłoby się państwo. Dziś samorząd zawodowy odpowiada za egzaminowanie i w wielu wypadkach wymaga, drogą poniekąd tradycyjnie słuszną, nabycia określonych umiejętności poprzez odbycie stażu. I także samorząd jest odpowiedzialny za zorganizowanie takowego.
Zmiana przynależności do samorządu na ogólnie dostępny egzamin państwowy, gdyby wymagał takowy odbycia stażu, wymusza zapytanie o to gdzie, jak, kto, dla kogo i za co ma się ten staż odbyć. Oczywiście musiałoby to na siebie wziąć państwo ewentualnie uczelnie przygotowujące do zawodu.
Gdyby zaś egzamin nie wymagał stażu.... trudno sobie to czasem wyobrazić.
Pozdrawiam,
Tomasz Sztejka
|
|
 | 1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
> Zapewne masz na myśli tak zwane "zawody zaufania publicznego". Pełna lista tych zawodów nie jest mi znana - o ile się nie mylę jest ona rozproszona po wielu ustawach o samorządach zawodowych.Z Wikipedii. Obecnie istnieją następujące samorządy zawodów zaufania publicznego: * adwokatów, * aptekarzy, * architektów, * biegłych rewidentów, * doradców podatkowych, * diagnostów laboratoryjnych, * inżynierów budownictwa, * komorników, * kuratorów sądowych, * lekarzy i lekarzy dentystów, * lekarzy weterynarii, * notariuszy, * pielęgniarek i położnych, * psychologów * radców prawnych * rzeczników patentowych * urbanistów > W zamian za strzeżenie tego monopolu przez państwo cechy (dziś samorządy zawodowe) zobowiązują się do strzeżenia jakości usług.Jakości usług najlepiej strzeże wolny rynek. A samorządy strzegą i poszerzają zakres swojej władzy. Co niestety dzieje się kosztem jakości usług, np. kodeks etyki lekarskiej zabrania lekarzowi krytykować innego lekarza. > Zmiana przynależności do samorządu na ogólnie dostępny egzamin państwowy, gdyby wymagał takowy odbycia stażu, wymusza zapytanie o to gdzie, jak, kto, dla kogo i za co ma się ten staż odbyć. Oczywiście musiałoby to na siebie wziąć państwoPrzecież ostatecznie i tak ciężar ponosi państwo. (Czyli my - gdy trzeba płacić, państwo to właśnie my.) > Gdyby zaś egzamin nie wymagał stażu.... trudno sobie to czasem wyobrazić.Ja sobie wyobrażam, że gdy egzamin nie wymaga stażu, wystarczy zdać egzamin. .
|
|
|  | | machejno (761 punktów) |
>Jakości usług najlepiej strzeże wolny rynek. A samorządy strzegą i poszerzają zakres swojej władzy.
To jest właśnie to czego brak ujawnia się przy wprowadzaniu ograniczeń w dostępie do zawodu. Rynkowa konkurencja. Ograniczony dostęp do wykonywania zawodu nie z powodu braku odpowiedniego przygotowania, a z powodu widzimisię samorządu, prowadzi do rozleniwiania się wykonujących ten zawód i niepodejmowania starań o pokonanie konkurencji. Jednym słowem marazm i zadowolenie z siebie. Nie wspomnę o rosnących niewspółmiernie do jakości świadczonych usług cenach za towary czy usługi. Kto za to płaci? Nie państwo, tylko klienci. >Przecież ostatecznie i tak ciężar ponosi państwo. (Czyli my - gdy trzeba płacić, państwo to właśnie my.)
A państwo dysponuje tylko tym co do wspólnej kasy wnieśli jego (państwa) uczestnicy. I dalej, czy fakt funkcjonowania "sądów" przy izbach zawodowych nie jest przypadkiem tworzeniem kilku kategorii ludzi? Oczywiście w ten sam sposób można patrzeć na różnego rodzaju immunitety i przywileje grupowe. Generalnie śmiem zauważyć (wielu wytknie mi po raz wtóry zazdrość, czy zawiść), że wzrastająca liczebność grup uprzywilejowanych pracowników zawiera w sobie jakiś element proroctwa Orwella. Tym bardziej niebezpieczne, że coraz częściej zauważam opanowywanie pewnych profesji przez "rody", czy klany. Za bardzo to pachnie socjalizmem w stylu pełnej kontroli nad wszystkimi z wyjątkiem tych którzy dali sobie prawo do niepodlegania takowej. Myślę przy tej okazji dalej, czy wzrost liczebny pracowników obsługujących przeróżne administracje (krócej biurokratów) nie jest konsekwencją ciągłego rozbudowywania prawa w kierunku zastępowania konkurencji koligacjami?
|
|
| |  | 1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>niepodejmowania starań o pokonanie konkurencji. Ich konkurencją coraz częściej staje się nie kolega po fachu - lekarz czy prawnik, a sfera władzy. I tak lekarze walczą dziś o upańszczyźnienie pacjentów - po co fachowością zabiegać o pacjenta, skoro można go pozyskać ustawą nakazującą badania; zaś prawnicy, postulując by sądy rozstrzygały straty pracodawcy porzuconego przez pracownika(!) domagają się pańszczyzny pracowniczej.
>wielu wytknie mi po raz wtóry zazdrość, czy zawiść To jest odwracanie uwagi od niewygodnego tematu. Zarzut zawiści może postawić nawet złodziej okradzionemu w odpowiedzi na jego żądanie zwrotu skradzionej rzeczy. .
|
|
|  | 2 na 2 | diogenes (42753 punktów) | >kodeks etyki lekarskiej zabrania lekarzowi krytykować innego lekarza.
I to ma być etyka? Zbiór norm który zabrania krytyki rodzi zawsze podejrzenia.
|
|
|  | | sztejkat (4743 punktów) | Dziękuję za listę. Nie przytoczyłem jej, gdyż żadna ustawa nie grupuje tych zawodów w jednym miejscu. Co więcej - nie sprawdziłem, czy każdy z nich ma w ustawach powołujących sformułowania ograniczające dostęp do zawodu. > Jakości usług najlepiej strzeże wolny rynek. A samorządy strzegą i poszerzają zakres swojej władzy. Co niestety dzieje się kosztem jakości usług, np. kodeks etyki lekarskiej zabrania lekarzowi krytykować innego lekarza. Czyli - bronią monopolu. Naiwnym bowiem jest sądzić, że da się pogodzić monopol z troską o jakość. Nasi przodkowie byli naiwni w tej kwestii. > (....)Oczywiście musiałoby to na siebie wziąć państwo> Przecież ostatecznie i tak ciężar ponosi państwo. (Czyli my - gdy trzeba płacić, państwo to właśnie my.) W sensie organizacji - czyli zapewnienie miejsc stażu, przydziału prac, opiekunów, odpowiedzialności prawnej za stażystów i ich błędy itp. Finansowo rzeczywiście niewiele by się zmieniło, poza tym, że państwo zdaje się być nieco mniej sprawne finansowo niż organizacje poza państwowe. Możliwe więc, że kosztowałoby nieco więcej. > >Gdyby zaś egzamin nie wymagał stażu.... trudno sobie to czasem wyobrazić.> Ja sobie wyobrażam, że gdy egzamin nie wymaga stażu, wystarczy zdać egzamin.Miałem na myśli egzaminy potwierdzające uprawnienia do zawodu w którego wykonywaniu z odpowiednią jakością prócz wiedzy potrzebne są umiejętności których nabycie wymaga wykonywania określonych czynności przez pewien czas. Na przykład tokarz, chirurg itp. - tam, gdzie trza coś robić rączkami. Oczywiście możliwy jest też egzamin praktyczny. Ochotnicy do udziału w egzaminie z kardiochirurgii jako pomoc naukowa pilnie poszukiwani. Wysoka płaca!!!  Pozdrawiam,
Tomasz Sztejka
|
|
| |  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>W sensie organizacji - czyli zapewnienie miejsc stażu, przydziału prac, opiekunów, odpowiedzialności prawnej za stażystów i ich błędy Kiedyś wszystkie placówki medyczne były państwowe, a staże były. A o odszkodowaniach z powodu błędów stażystów też jakoś mało słychać.
>państwo zdaje się być nieco mniej sprawne finansowo niż organizacje poza państwowe. Możliwe więc, że kosztowałoby nieco więcej. Ostateczny koszt zależy od tego jak długą drogę odbywają takie fundusze.
>...tam, gdzie trza coś robić rączkami. Czyli staże prawnicze nie są konieczne.
> Ochotnicy do udziału w egzaminie z kardiochirurgii jako pomoc naukowa pilnie poszukiwani. Wysoka płaca!!! Jest zdecydowanie taniej, gdy tymi królikami jesteśmy za darmo i nieświadomie - jak teraz. Bo niby od czego chirurg zaczyna, czy od swojej drugiej w życiu operacji? .
|
|
| | |  | | sztejkat (4743 punktów) | >>W sensie organizacji - czyli zapewnienie miejsc stażu, przydziału prac, opiekunów, odpowiedzialności prawnej za stażystów i ich błędy >Kiedyś wszystkie placówki medyczne były państwowe, a staże były. A o odszkodowaniach z powodu błędów stażystów też jakoś mało słychać.
Samorząd lekarski zda się wówczas też istniał? Jednak było co było - akurat za socjalizmu po prostu nie mogło być prywatnego szpitala. Jednak ja nie o tym - ilość opiekunów/patronów - to jest podstawowe ograniczenie organizacyjne. Odpowiedzialność za błędy stażysty to nie tylko odszkodowanie - to patrzenie mu/jej na ręce i natychmiastowe korygowanie błędów.
>>państwo zdaje się być nieco mniej sprawne finansowo niż organizacje poza państwowe. Możliwe więc, że kosztowałoby nieco więcej. >Ostateczny koszt zależy (....) >Jest zdecydowanie taniej, gdy tymi królikami jesteśmy za darmo i nieświadomie - jak teraz. Bo niby od czego chirurg zaczyna, czy od swojej drugiej w życiu operacji?
Może inaczej do tego podejdę by jaśniej przekazać co mam na myśli. Teoria teorią a praktyka praktyką - chirurg wykonuje swoją pierwszą operację pod nadzorem i ze wskazówkami swojego patrona. Adwokat prowadzi swoją pierwszą sprawę podobnie. I tak jest w każdym zawodzie, w którym: - w wypadku niepowodzenia istnieje ryzyko dużych szkód; - istnieje spory zasób wiedzy poza-podręcznikowej.
Szkoły średnie zawodowe i zawodowe prowadzą tak zwaną "praktyczną naukę zawodu" - warsztaty szkolne, praktyki wakacyjne itp. Uczelnie wyższe - rzadko. Nie wiem, jaki zawód Ty wykonujesz, ale w moim (inżynier) różnica między wiedzą teoretyczną a praktyczną jest duża. Tak duża, że człowiek który po ogólniaku skończył studia techniczne zaczyna być samodzielnym pracownikiem "w zawodzie" gdzieś tak po roku - dwu.
Co do egzaminu państwowego:
Dobrym przykładem będzie egzamin na prawo jazdy. Występował on niegdyś w dwu formach - zwykłej i eksternistycznej. W pierwszej konieczne było odbycie kursu. W drugiej przychodził człowiek z ulicy.
W wypadku gdyby państwowy egzamin był eksternistyczny, wówczas musiałby on weryfikować umiejętności praktyczne i zasób wiedzy poza-podręcznikowej. To trudne.
Gdyby zaś wymagał odbycia określonych szkoleń w określonych placówkach... to samorząd zawodowy zmienimy na klikę szkoleniowców. Vide - szkoły jazdy.
Nie zrozum mnie źle - nie podoba mi się sytuacja, gdy prawo zabrania mi wykonywania pewnych czynności na rzecz moją i moich bliskich nie dlatego, że wiedzy nie posiadam, ale dlatego, że nie mam stosownych uprawnień. Przeciętny uczeń technikum budowlanego/mechanicznego potrafi zaprojektować bezpieczny parterowy domek. Owszem, nie najlepiej, ale bezpiecznie.
Nie podoba mi się też sytuacja, gdy prawo do wykonywania pracy dzieli się pośród swoich i obcych - tych co należą do PZPR i tych co nie należą.
Jednak zapewnienie odpowiedniej jakości egzaminów państwowych jest trudne.
Pozdrawiam,
Tomasz Sztejka
|
|
| | | |  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
> Nie podoba mi się też sytuacja, gdy prawo do wykonywania pracy dzieli się pośród swoich i obcychZasadniczo jesteśmy więc zgodni. > tych co należą do PZPR i tych co nie należą.Akurat w tym wątku swoi to nie polityczni sojusznicy, a krewni. > Jednak zapewnienie odpowiedniej jakości egzaminów państwowych jest trudne.Ale stawką jest decydująca o jakości usług wolność rynku pracy, więc wart zadbać o poziom kształcenia, a z branżowego monopolizowania zrezygnować. To możliwe, np. amerykańscy prawnicy mają uprawnienia adwokackie bez żadnych praktyk, bezpośrednio po ukończeniu uczelni, a mimo to jako grupa zawodowa mają się naprawdę dobrze. Nawet za bardzo. .
|
|
 | | Adamiak (36436 punktów) | > Dzisiejsze samorządy zawodowe są dziedzicami cechów. A cech, jak wiadomo, dbał o swoich członków między innymi kształcąc czeladników i chroniąc rynek. W wielu wypadkach cechy pozyskiwały prawa monopolisty - jak dziś samorządy zawodowe - wykonywanie zawodu objętego monopolem jest dopuszczalne wyłącznie dla członków cechu. W zamian za strzeżenie tego monopolu przez państwo cechy (dziś samorządy zawodowe) zobowiązują się do strzeżenia jakości usług.>Nie słyszałem o monopolistach cechowych, będę wdzięczny za ew. źródła. Jedyny monopol wprowadziła komuna, nakazem zrzeszania wszystkich rzemieślników w Izbach Rzemieślniczych, którym podległe były Cechy i sp-nie rzem., cel był ogólnie znany  Bez członkostwa w sp-ni nie było możliwości prowadzenia działalności. Ale zapewniało to względną (bo wszędzie są fachowcy i "fachowcy") jakość świadczonych usług, bo rozpocząć działalność można było mając co najmniej dyplom czeladnika w kieszeni + kilkuletnią praktykę w zawodzie... że nie wspomnę o zaświadczeniu o niekaralności z Centralnego Rejestru Skazanych  Co do reszty - zgadzam się. Pozdrawiam.
|
|
|  | |
3 na 3 ollikm (2038 punktów) (zablokowany) | Najściślej dziedziczonym "zawodem" w Polsce jest bezrobotny. Prawie pewne jest, że syn bezrobotnego zostanie bezrobotnym. A dzieje się to wszystko bez jakichkolwiek samorządów i układów. Pytanie jak temu przeciwdziałać.
|
|
 | 1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
> Najściślej dziedziczonym "zawodem" w Polsce jest bezrobotny.Tu mały problem, bo nie każdy uznaje bezrobotnych za elitę. > Prawie pewne jest, że syn bezrobotnego zostanie bezrobotnym. A dzieje się to wszystko bez jakichkolwiek samorządów i układów.Układy są, ale całkiem inne, mianowicie walka z bezrobociem to samonapędzająca się maszynka. Bo likwidacja bezrobocia uczyni urzędy do spraw bezrobotnych zbędnymi, a to spowoduje ich likwidację, więc wywoła bezrobocie wśród urzędników, co spowoduje ponowne powołanie tych urzędów, ale przywróceni do pracy przestaną być bezrobotnymi, więc urzędy dla bezrobotnych okażą się zbędne... Bo prawdziwi bezrobotni to urzędnicy.  .
|
|
|  | 2 na 2 | machejno (761 punktów) |
> Bo prawdziwi bezrobotni to urzędnicy.  Pełne poparcie, dodam jeszcze, że w Polsce (choć chyba nie tylko) istnieją: praca i miejsca pracy. Ci którzy szukają pracy, znajdą ją zawsze. Może nie zawsze za wystarczające pieniądze, ale pracy jest dość. Natomiast bardzo wielu szuka "miejsca pracy", w którym niekoniecznie trzeba pracować. I te "miejsca pracy" stają się bardzo poszukiwanym "towarem". To o owe "miejsca pracy" chodzi w przepisach chroniących dostęp do niektórych zawodów. Fajnie jest być bezrobotnym, bo się ma mnóstwo czasu, ale niefajnie też, bo się nie ma z czego żyć. Fajnie mieć pracę, bo się ma z czego żyć, ale niefajnie też, bo się nie ma czasu. Ale najfajniej jest być bezrobotnym w pracy z wynagrodzeniem (i top jakim).
|
|
| Jurek (430 punktów) | Popieram!
|
|
dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | > jakiś związek z genetyką, >ale bardzo niewielki; byłoby to zbyt proste dla przyrody. Może to być efekt wpływu atmosfery w domu, >która u dorastających, potencjalnych następców, uruchamia odpowiednie zasoby świadomości
Obydwa mechanizmy działają niezależnie, ale też się uzupełniają. Próby porównania ważności tych mechanizmów biolodzy nazywają "błędem Galtona". Niektórzy ludzie takie cechy dziedziczą, inni uczą się ich od rodziców, a jeszcze inni mają to szczęście, że dziedziczą i uczą się tego, a to im pozwala jeszcze łatwiej kontynuować dzieło.
Nepotyzm w dziedziczeniu zawodów jest zjawiskiem marginalnym. Napotyzm odpowiada raczej za obsadzanie krewnymi stanowisk w innych zawodach, a nie w swoim zawodzie.
doku
|
|
 | 1 na 1 | machejno (761 punktów) | >biolodzy nazywają "błędem Galtona".
Co prawda nie jest to związane z głównym wątkiem, ale śmiem uważać się za biologa (kiepskiego, ale zawsze), a o błędzie Galtona nigdy nie słyszałem. O Galtonie owszem, ale nie bardzo rozumiem jak z tym co Galton proponował pogodzić "próby porównywania ważności tego co wyuczone i odziedziczone". Proszę o wyjaśnienie. Dalszy ciąg o nepotyzmie też nie jest dla mnie jasny. Co mam rozumieć przez: "nepotyzm w dziedziczeniu zawodów"? W kolejnym zdaniu pojawia się słowo "napotyzm"; czy to błąd, czy też to coś innego? Sprawdzałem moje słowniki. O "napotyźmie" nic nie ma. A to czy nepotyzm funkcjonuje w tym czy innym zawodzie jest bez znaczenia dla niego samego. A w temacie: ja nie mam nic przeciwko temu, by synowie prawników byli lepszymi prawnikami i by córki lekarek lepszymi lekarkami. Ja tylko sugeruję, że źle jest, jeżeli tworzymy prawo (lub domagamy się jego stworzenia) umożliwiające automatyzm w rozsądzeniu kto jest lepszym w wykonywaniu zawodu; syn prawnika, mogący łatwiej pokonać bariery zamkniętego zawodu prawnika, czy inny prawnik mający ojca maszynistę. Przepraszam za nieeleganckie wielokrotne powtórzenie "zawodu", ale nie znalazłem lepszego słowa dla przekazania tych treści. Pozdrawiam
|
|
|  | dokowski (7933 punktów) (zablokowany) | >co Galton proponował pogodzić "próby porównywania ważności tego co wyuczone i odziedziczone". Proszę o wyjaśnienie.
"Błąd Galtona" jest jakimś formalnym błędem opisywanym chyba metodologii badań statystycznych, nie znam szczegółów - ewolucjoniści używają tego terminu aby podkreślić absurdalność porównywania siły wpływu czynników dziedzicznych z czynnikami środowiskowymi (kulturowymi).
> Co mam rozumieć przez: "nepotyzm w dziedziczeniu zawodów"?
Preferowanie potomka mimo jego niekompetencji, z powodu tradycji rodzinnej lub chęci utrzymania majątku w rodzinie.
>słowo "napotyzm"; czy to błąd
błąd, przepraszam
> nie mam nic przeciwko temu, by synowie prawników byli lepszymi prawnikami i by córki lekarek lepszymi lekarkami. Ja tylko sugeruję, że źle jest, jeżeli tworzymy prawo (lub domagamy się jego stworzenia) umożliwiające automatyzm w rozsądzeniu kto jest lepszym w wykonywaniu zawodu
Zgadzam się w pełni. Dlatego absurdem jest podejrzewanie ludzi o nepotyzm tylko dlatego, że są powiązani więzami rodzinnymi, a nie ma żadnych innych przesłanek, żeby podejrzewać nepotyzm. Podejrzenie o nepotyzm pojawić się może dopiero wtedy, gdy np. dotyczy stanowisk politycznych albo wręcz w innym zawodzie niż zawód rodzica (wuja, ciotki, rodzeństwa itd.).
A co do prawa, to posunąłbym się nawet dalej. Nie tylko jestem przeciwko prawom automatyzmu, o którym piszesz, ale wpisałbym do Konstytucji jawną ochronę równych praw bez względu na powiązania rodzinne, aby zapobiec nepotyzmowi i dyskryminacji ze względu na powiązania rodzinne.
Pozdrawiam
doku
|
|
Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) | |
|
|  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) | |
|
| L.B.Bielski (20 punktów) |
> Czy nie sądzicie, że w przypadku zawodów wykonywanych w oparciu o wykształcenie w jakiś >sposób kontrolowane przez instytucje państwa, konieczną byłaby rezygnacja z jakichkolwiek >ograniczeń? >A jeśli tak, to jak to zrobić? Odpowiednią, zdecydowaną i porządnie sękatą "maczugą" prawną wbić do łbów lekarskim piraniom, że inni też mają prawo mięska pojeść i krwi popić, prawniczym niedźwiedziom - że innym też gawra się należy i łowne miejsce na rybnym potoku raz w roku, a aktorskim susłom - że inni też mają prawo przespać teatralny poniedziałek, by do wtorku wytrzeźwieć i nie łazić przez resztę tygodnia z "balkonami" pod oczami... Estradowym modliszkom za to niczego do łbów wbijać nie trzeba - mimikra wśród nich jest tak wielka, a estrada - tak pojemna, że tam "bzyczeć" każda może trochę lepiej lub trochę gorzej" - i bzyczy, wystarczy włączyć radio, by je natychmiast wyłączyć, chroniąc tym samym aparat przed porąbaniem siekierą!! - każda modliszka: i ta "udrapowana" na cykadę, i na świerszcza...że już nie wspomnę o "wielkim chórale" chrząszczy-gnojarzy, bo jeszcze, daj boże, ktoś coś pokojarzy...
|
|
 | | machejno (761 punktów) | Metoda może drastyczna, ale jeśli skuteczna niech i taka będzie. Tylko kogo bić? Chyba nie piranie, niedźwiedzie, susły, modliszki itd? Ja jestem za tym by bić tych, co prawo układają!!!
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|