W szkole pomija się wiele rzeczy. Sama interpretacja jest zasadniczo dość bezsensowna, bo nie polega na podsunięciu uczniom sugestii, czy na zachęceniu ich do pomyślenia nad tekstem, a daje się gotowe interpretacje.
Takie gotowe interpretacje (utworów, których się nie czytało, albo tych, które ucznia nie interesują) niestety g***, za przeproszeniem, dają.
Ale nawet te analizy dokonywane przez nauczycieli są płytkie i niekiedy absurdalne. Podawane bez zrozumienia.
Równie ważne, o ile nie ważniejsze, jest dojście do sedna sprawy - a więc: dlaczego ten człowiek o tym pisał? Nie można rozpatrywać dzieła w oderwaniu od autora, zakładając, że on w zasadzie nic nie wspólnego z danym utworem. Nie ma nawet jakiegoś zubożonego rysu przybliżającego postać - jest tytuł i treść - prosz. analizować!
Natomiast wiedza na temat autora dodaje głębi takiej analizie.
Taki "Frankenstein" na przykład (który po drodze stracił resztę tytułu), bez wiedzy na temat autorki jest tylko kiepsko napisaną, aczkolwiek nowatorską, opowiastką. W sumie banał. Tworzy prosty kontrast pomiędzy fizycznością potwora, a jego życiem emocjonalnym, smutne zakończenie i voila.
Jeśli jednak weźmie się pod uwagę zainteresowania autorki, epokę w jakiej żyła - wtedy ludzie autentycznie pracowali nad wskrzeszaniem trupów. Nie bez znaczenia pozostaje jeszcze to, że Shelley zaczęła pisać po śmierci swojej córki - nie mogło jej przez myśl nie przejść, że - co by było gdyby? Gdyby technologia jednak pozwoliła... tak, jakby chciała przekonać samą siebie, że nie warto byłoby wskrzeszać swojego dziecka.
Tak samo Stevenson i jego "Doktor Jeckyll i Pan Hyde" - autor, chorowity człowiek, brał kokainę, która pozwalała mu "normalnie" funkcjonować, a która była uznawana wtedy za cudowne lekarstwo (nawet Freud zachwalał, udowadniał, że kokaina nie uzależnia). Zmiana z chorowitego pół-trupa w opętanego twórczą pasją szaleńca (bo i tą powieść napisał w tydzień - pokazał żonie, a ta była opowieścią przerażona, więc Stevenson wrzucił rękopis do ognia; po czym pożałował swojego czynu i machnął ją jeszcze raz, w podobnym czasie).
Mamy multum takich przykładów.
Może to chodzi o dzisiejszą powieść, czy jakość sztuki w ogóle? Ludzie przyzwyczaili się do banalnych, jasnych historyjek, nieskomplikowanych, kiepsko przemyślanych, osadzonych w chęci zarobienia kasy... aż ciężko wtedy wpaść na taką myśl, że nie każdy pisarz działa w ten sposób. Że niektórzy naprawdę mieli coś do powiedzenia, coś prawdziwego. Że nawet nie tyle dla ludzi pisali, co dla siebie samych.
Jeszcze jeden problem tu powstaje, bo i jak dziecko ma niby zrozumieć powieść poważną, skomplikowaną, wymagającą jakiejś wrażliwości emocjonalnej? Przyzwyczajone do bzdurnych historyjek o psach jeżdżących koleją i o Łysków, co to potrafiły zanudzić na śmierć (swoją drogą - w necie są nawet tego łyska streszczenia!!!). Po tych bzdurach i intelektualnych popłuczynach w postaci sierotek Maryś, Janków Muzykantów i innego ckliwego dziwactwa nagle wrzuca się ludziom Kafkę, czy Prusa.
Nie mówiąc już o ścianie tekstu, jaką się dzieciom serwuje. I to jeszcze w wydaniu takim, jakie do zaoferowania miał Sienkiewicz.
Moja teza - dzieci są ogłupione, nienawykłe do myślenia, do zastanawiania się nad treścią. Są kulturowo zarażone prostym przesłaniem, fabułą, którą określa pierwsze dziesięć minut filmu, stereotypowymi bohaterami, miałkimi problemami. Gdzie i jak taki człowiek ma - za pomocą czego, do jasnej cholery - przeczytać i zrozumieć "Kamizelkę" Prusa?
Człowiek nie ma wyrobionej wrażliwości, więc nie zobaczy tego, co autor tam zawarł. A jak nie zobaczy, to nie zrozumie i wydaje się takiemu uczniowi wtedy, że jedynym panaceum jest chwycenie za bryka i zerżnięcie, bezmyślne, nawet bez jakiegoś specjalnego parafrazowania.
|