„Kto się miał ześwinić, już się ześwinił” – powiedział o sędziach Igor Tuleya. To samo można powiedzieć o dziennikarzach. Medialny system tej władzy działa sprawnie i bezlitośnie. Miliardy złotych na TVP. Dziesiątki milionów na zaprzyjaźnione tygodniki. Władza stosuje wobec mediów metody putinowskie (jak przy próbie pacyfikacji TVN), orbánowskie (jak w przypadku Orlen Press) i własne, które są kombinacją presji, przekupstwa, a czasem uwodzenia. Trzeba PiS-owi oddać, że działa sprytnie. Czasem idzie na chama i kupuje cały koncern prasowy, czasem dogaduje się z właścicielami mediów i wydawcami i satysfakcjonuje się zainstalowaniem w kluczowych miejscach swoich ludzi, którzy wiedzą, jak zadbać o odpowiedni przekaz i narracje. Tak po przejęciu władzy postąpiono z RMF, tak niedługo później stało się z Polsatem.
Odwdzięczać się za usługi można zresztą na różne sposoby. Można na przykład podarować bliskiemu dziennikarzowi audycyjkę w Polskim Radiu. To, że nikt jej nie słucha, nie ma znaczenia, ważne, że ktoś na niej zarabia. W ciągu kilku lat stworzono system okołomedialnej korupcji. Grube miliony płacone są za wsparcie, milczenie albo życzliwość wobec władzy. Efekt – to już nie są wolne media, to są media powolne władzy. A są też agenci indywidualni. Jest cała grupa speców od kolportowania medialnych wrzutek i powielania narracji wypichconej na Nowogrodzkiej. Ci spece się wspierają. Gdy któremuś z nich robi się gorąco pod czterema literami, dają sobie wzajemnie świadectwa profesjonalizmu.
Część żurnalistów PiS od lat prowadzi po sznureczku. Kiedyś wiedzieli, że mają udowadniać, że afera z Sowy była największą w historii wszechświata i oznaczała konieczność zmiany władzy. Potem wiedzieli, że trzeba się zachwycać świeżością Dudy i autentyzmem Szydło. I należy pod niebiosa wychwalać 500+. Szydzić z KOD i powtarzać w nieskończoność, że ludzi nic nie obchodzi jakaś konstytucja. A potem wiedzieli, że trzeba się zachwycać kompetencjami i menedżerskimi zdolnościami Morawieckiego i kpić z opozycji za brak programu i bezrefleksyjny anty-PiS. I powtarzać, iż powrót Tuska nic nie zmienił, bo w przeciwieństwie do Kaczyńskiego jest politykiem przeszłości i nie ma wizji.
I dokładnie to, dokładnie tak robili. Afery PiS bagatelizowali albo powtarzali, że to dla publiki zbyt skomplikowane detale bez znaczenia, by dokładnie do takiego stanu świadomości społecznej doprowadzić. Tak powstał bezpartyjny medialny blok współpracy z władzą.
Na razie system działa. Działa redaktor „Suwart”, który dba o to, by internetowy portal dostał miliony za robienie PR Ziobrze i jego ekipie. Redaktor-konsultant Dworczyka po kilkutygodniowym przewietrzeniu na skoczniach narciarskich jakby nigdy nic powrócił na antenę. Przecież nic się nie stało, prawda? Program partii programem narodu.
Rządowi konsultanci doradzają władzuni, czy usunięcie z radiowej Trójki legendarnego Wojciecha Manna bardziej się władzy opłaci, czy jej zaszkodzi. I mają się świetnie. Przecież to tylko koleżeńskie pogawędki. W normalnym kraju każda taka „pogawędka” byłaby wielkim skandalem. W Polsce jednak media wykonały wielką pracę, by normalnością stała się nienormalność. I mówimy tu o służącej władzy i oszukującej publikę naprawdę sporej grupie ludzi. Nie musimy nawet dotykać skrajnego przypadku braci Kremlowskich, którzy służą władzy za grube miliony. Wielu służy za drobne albo ze zwykłej głupoty w imię czegoś, co nazwano symetryzmem.
Bardzo zazdroszczę kolegom z „Polityki”, którzy wymyślili to słowo, bo zrobiło bezdyskusyjną karierę. Symetryści chyba je nawet lubią. Uznali, że symetryzm to nie synonim oportunizmu i tchórzostwa, ale obiektywizmu i bezstronności. Symetryzm jednak, z całym szacunkiem dla moich kolegów z „Polityki”, to zdecydowanie za ładne słowo na opis postawy, której istotą jest intelektualne szalbierstwo, tchórzostwo, cwaniactwo, cynizm i nihilizm przebrany za intelektualną niezależność.
theworldnews.net/pl-news/czwarta-pseudowladza