Racjonalista - Strona głównaDo treści
Nauczanie matematyki

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
NapisanoAutorTytuł
28-01-2009 23:20Cykman (260 punktów)Nauczanie matematyki
Ocena 1 na 1
Witam serdecznie
Obecnie mam przyjemność studiować na Wydziale Nauk Społecznych UG.
Wraz z grupą koleżanek zainteresowałyśmy się problemem "kulejącej" edukacji z zakresu przedmiotów ścisłych, z jaką mamy do czynienia od dłuższego czasu w polskiej szkole. Chciałybyśmy się głębiej zająć tym zagadnieniem, między innymi zdiagnozować przyczyny takiego stanu rzeczy.
Dlatego zwracam się z prośbą do czytelników forum "Racjonalisty" o opisanie w kilku słowach swojego najsilniejszego, głównego wspomnienia lub wrażenia związanego z nauką matematyki w szkole.
Będzie nam to bardzo pomocne i przydatne w dalszym planowaniu pracy badawczej.
Z góry dziękuję.



P.S. Być może podobna prośba pojawi się także na innych forach internetowych. To dlatego, że zależy nam na jak największej ilości informacji.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Michał Żelazny (1528 punktów)
Teraz studiuję na uczelni techniczej (Politechnika Warszawska) więc nauczanie matematyki jest na naprawdę dobrym poziomie. W ogólniaku przedmioty ścisłe miałem na poziomie, który zagwarantował mi możliwość dostania się na PW, więc też było dobrze. W gimnazjum i podstawówce miałem ścisłe na poziomie, który pozwolił mi dostać się do tamtego ogólniaka, więc nie narzekałem. Ogólnie nie narzekam na nauczanie przedmiotów ścisłych, ale faktycznie - miałem sporo szczęścia do nauczycieli. Byli to z reguły pasjonaci, matematyk w liceum był wręcz fanatykiem, potrafił zarazić miłością do przedmiotu. O ogólnym poziomie nauczania świadczą jednak chociażby progi procentowe na uczelniach. Były na tyle niskie, że dostawali się na nie nawet ludzie mający po 2% z matury z matmy (słowo, nawet z mojej klasy był gość). Świadczą też o tym wypowiedzi ludzi znanych z mediów. Jak można się chwalić tym, że się było słabym z matematyki? A takie wypowiedzi są ostatnio coraz częstsze. I tacy ludzie rządzą tym krajem, albo są autorytetami czy idolami. Trudno się więc dziwić gimnazjaliście że "olewa" ten przedmiot skoro jego bożyszcze mówi mu że było z tego kiepskie i że to do niczego nie potrzebne. A przecież matematykę stosuje się tak naprawdę wszędzie, nawet w naukach społecznych (vide statystyka). Podsumowując: tak, poziom nauczania jest kiepski, ale według mnie to wynika głównie z polityki rządu i nastawienia młodzieży. Bo nauczycieli i naukowców mamy całkiem niezłych.
Konowal (6291 punktów)
podstawówka - matematyczkę bardziej obchodziła kondycja spółdzielni uczniowskiej niż nauka matmy
technikum - pierwszy rok - nauczyciel pasjonat, następne lata z nauczycielką nieumiejącą nic nauczyć (czy miała wiedze nie iem) - chodziła n a maturze i prosiła tych co napisali na piątkę zeby wykreślili po jednym zadaniu bo u niej ledwo tróje mieli
studia - jedna była ok., druga stara panna za widzimisię obniżała punktację - beznadzieja


Socjalizm albo zdrowie - wybór należy do ciebie
Rozumiej, abyś mógł wierzyć - wierz, abyś mógł zrozumieć.
św. Augustyn
Kwiecień (92 punktów)
Cały problem jeśli chodzi o naukę to znacznie bardziej złożony problem niż się wydaje. Nauczyciele, uczniowie, cały system edukacyjny jest wg mnie od środka zgniły i zbutwiały. Wracając do matematyki to na sam poziom nie narzekam, obecnie jestem w klasie maturalnej i zdaje matematykę rozszerzoną, natrafiłem na świetną nauczycielkę którą mam od pierwszej klasy i dla kogoś kto widzi swoją przyszłość w ścisłych przedmiotach taka nauczycielka to skarb. Sama matematyka przynajmniej u mnie zawsze była na w miarę dobrym poziomie (obecnie jest na chyba najwyższym jakim może być) ale znacznie ciekawsza sytuacja jest wg mnie z fizyką. Jest to także ścisły przedmiot lecz w tym wypadku spotykałem się albo ze skrajnym profesjonalizmem albo ze skrajną niekompetencją. W gimnazjum miałem dwie nauczycielki z których jedna nic nie umiała i fizyka była dla mnie koszmarem (jak i dla reszty klasy), druga natomiast była zupełnie z innej bajki. Przychodziłem na lekcje i babka umiała najtrudniejsze rzeczy (ówcześnie bardzo trudne, dziś śmiesznie proste) wytłumaczyć tak łatwo i prosto że regularnie przychodząc na lekcje, uważając na nich i poświęcając tygodniowo może godzinę (a może i mniej) na fizykę byłem w stanie bez najmniejszego problemu przy dość surowej punktacji dostawać prawie same piątki. Można powiedzieć że ten sam materiał (bo fizyka w gimnazjum nie jest dość obszernym działem) a dwie różne nauczycielki, ogromna różnica wynikająca jedynie z innego nauczyciela. To tyle jeśli chodzi o ciało pedagogiczne, jest też problem tkwiący w samych uczniach. Niektórzy niezależnie od nauczycielki/nauczyciela nie są w stanie zdobywać pozytywnych ocen (brak motywacji, niechęć do edukacji, czy inne problemy) i to także złożony problem. Ostatnim ogniwem tego łańcucha edukacyjnego jest sam "system". Określenie "system" może nie jest zbyt trafne, lecz trudno mi chyba o inne lepsze określenie, zauważyłem na przykładzie j. polskiego że książki i program nauczania jest jakby stworzony by odstraszać uczniów, interesuje się poezją 20lecia międzywojennego więc mogę bez problemu dostrzec że dzieła wybierane z tego okresu są co najmniej nietrafione. Zamiast wierszy ciekawych, dających jakieś pojęcie o tej epoce, o poetach czy o samych nurtach w ówczesnej poezji, przerabiamy zwykłe liryczne gnioty które nawet kogoś zainteresowanego skutecznie zniechęcą (nie wszystkie ale większość). Także cały ten problem ma znacznie więcej oblicz niż się to wydaje. Pozdrawiam.
JATO (Jarosław Tomczyk) (2644 punktów)
>Wraz z grupą koleżanek zainteresowałyśmy się problemem "kulejącej" edukacji z zakresu przedmiotów
>ścisłych, z jaką mamy do czynienia od dłuższego czasu w polskiej szkole.
Edukację zakończyłem dosyć dawno. Niemniej, pamiętając to i owo, zauważyłem lecący "na łeb na szyję" nie tyle poziom nauczania, co poziom wymagań. Nauczyciele są lepsi lub gorsi, bardzo często trafiają do "zawodu" na bazie doboru negatywnego. Nie w tym jednak rzecz. To czego wymaga się od współczesnych absolwentów podstawówek i gimnazjów (zakres i jakość posiadanej wiedzy) zaczyna urągać przyzwoitości. Szkołę podstawowa ukończyłem w cyklu ośmioletnim, w roku 1970. Do dziś pamiętam, że trygonometria była czymś oczywistym, stereometria na dosyć wysokim poziomie (planimetria również). Obecnie uczeń trzeciej klasy gimnazjum (dawniej pierwsza liceum) przyswaja matematykę na poziomie m/w piątej klasy mojej podstawówki. Reforma nauczania jak nastąpiła po okresie "słusznie minionym" prowadzi w prostej linii do "zmatolenia" społeczeństwa. Mogę podawać "góry" przykładów i "tony" argumentów. Szkoda jednak na to czasu. Po prostu tak jest. Ale cóż. Weszliśmy do Unii i przyjęliśmy jej standardy. Przeciętny przedstawiciel "przypadkowego" społeczeństwa, wzorem "mięsa armatniego", staje się "mięsem przemysłowym". Taki trendy, takie oczekiwania.
Pozdrawiam.
JATO



Zasada wyjaśniania Conrada: Wszystko co powiesz, zostanie ocenione przez innych , zupełnie sprzecznie z twoimi intencjami.
Osnowa (11779 punktów)
(zablokowany)

>opisanie w kilku słowach swojego najsilniejszego, głównego wspomnienia lub wrażenia związanego z nauką matematyki w szkole.
"Matematyka jest królową wszystkich nauk" oświadczyła nam nowa nauczycielka w IV klasie podstawówki rozsiadając się na pulpicie pierwszego stolika niczym królowa na tronie. Po czym przez 10 miesięcy wprowadzała nasze umysły w stan matematycznego średniowiecza. Oświecenie zapanowało dopiero po roku wraz z nową nauczycielką, którą do dziś uważam za genialną.
.
31-01-2009 14:47 
 Ocena 1 na 1
JATO (Jarosław Tomczyk) (2644 punktów)
Z tego wynika, że nie ma kiepskich uczniów, są tylko kiepscy nauczyciele. Niestety mam to samo zdanie.
Pozdrowienia.
JATO


Zasada wyjaśniania Conrada: Wszystko co powiesz, zostanie ocenione przez innych , zupełnie sprzecznie z twoimi intencjami.
Osnowa (11779 punktów)
(zablokowany)

>Z tego wynika, że nie ma kiepskich uczniów, są tylko kiepscy nauczyciele.
A w dodatku w oświacie tylko uczniowie, choć tacy młodzi, pozostają niereformowalni.
.
stilgar (7322 punktów)
>Z tego wynika, że nie ma kiepskich uczniów, są tylko kiepscy nauczyciele. Niestety mam to samo zdanie.
>Pozdrowienia.
>JATO

Tak łatwo i czarno-biało to nie ma. I nauczyciele i uczniowie sie dzielą na złych i dobrych. Często dobry nauczyciel nie może prowadzić lekcji przez złych uczniów. Często źli uczniowie prześladują tych dobrych. A często kiepski nauczyciel po prostu nie jest w stanie zainteresować uczniów nauczanym przedmiotem.
JATO (Jarosław Tomczyk) (2644 punktów)
>Tak łatwo i czarno-biało to nie ma. I nauczyciele i uczniowie sie dzielą na złych i dobrych. Często dobry nauczyciel nie może prowadzić lekcji przez złych uczniów. Często źli uczniowie prześladują tych dobrych. A często kiepski nauczyciel po prostu nie jest w stanie zainteresować uczniów nauczanym przedmiotem.
Owszem.
Jednakowoż w przypadku przyswajania matematyki, zakładam podatność uczniów, jest to smutna rzeczywistość. Nie rozwazam problemu uczniów, którzy wkładają nauczycielowi kosz na głowę. To zupełnie inny problem. Skupiam się na matematyce. Skupiam się na "normalnych" uczniach, którzy są podatni na wiedzę. Zły nauczyciel (takich jest niestety większość, nie rozważam kwalifikacji lecz umiejetnosci dydaktyczne) może do imentu obrzydzić przedmiot. Mam córke w wieku lat 15, która nie znosi matematyki. Jakoś w moim towarzystwie zaczyna ją rozumieć i nawet lubić. Chyba kwestia podejścia, czy ja wiem?
Pozdrawiam.
JATO


Zasada wyjaśniania Conrada: Wszystko co powiesz, zostanie ocenione przez innych , zupełnie sprzecznie z twoimi intencjami.
Beatus (2528 punktów)
Różnie to było z poziomem nauczania matematyki w moich szkołach, ale chciałam podać przykład pozytywny, który spowodował, że wszyscy uczniowie zyskali.
Było to jeszcze w podstawówce. Nauczycielka matematyki twierdziła wprost, że "niektórych uczniów się lubi, innych nie". Potem nauczycielka się zmieniła, i ta nowa wprowadziła, moim zdaniem, genialny system.
Nie sprawdzała jakie kto miał wcześniej oceny, kazała nam samodzielnie przyporządkować się do poziomów: 1, 2, 3, gdzie jedne znaczyła nie mam talentu, nie bardzo wiem po co to i generalnie cierpię gdy muszę się uczyć matematyki; dwa znaczyło trochę się orientuję, niektóre rzeczy rozumiem inne nie, ale pasjonatem nie jestem, oraz trzy znaczący lubię ten przedmiot, łatwo i chętnie przyswajam nowe wiadomości.
Lekcje były prowadzone bardziej jak warsztaty niż wykłady. Po omówieniu fragmentu materiału, dostawaliśmy zadania do rozwiązania indywidualnie lub w grupach. Zadania zawsze były inne dla poszczególnych grup. Nie było nakazu ciszy, można było konsultować się i kłócić o rozwiązania. Nauczyła nas, że gdy zrobi się to co do ciebie należy a został jeszcze czas, trzeba zorientować się, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Najpierw z własnej grupy a potem z tej niższej. Nie było pojęcia ściąganie - tylko wzajemna pomoc.
Ten sam podział obowiązywał na klasówkach, ale już bez wzajemnych konsultacji. Przynależność do grup zmieniała się z czasem, nauczycielka przesuwała nas wyżej lub niżej. Czasem powstawała grupa 4 w ramach której przerabiany był materiał z liceum, aby uczniowie zdolni nie nudzili się.
Oceny dostawaliśmy nie za poziom, ale za postępy, tj. zdarzało się, że osoba z grupy 3 miała gorsze stopnie niż ta z 1. System musiał być sprawiedliwy ponieważ nikt się nie oburzał, a matematyka bardzo szybko stała się jednym z bardziej lubianych przedmiotów przez całą klasę. Ze swoich doświadczeń pamiętam, że dostałam kiedyś trójkę z klasówki z geometrii, byłam w 4 grupie. Byłam bardzo zrozpaczonym maluchem, dlaczego? Bo uważałam, że 4 grupa zobowiązuje, a ja zwiodłam oczekiwania mojej nauczycielki i nie nadaję się do tych wyjątkowych. W szale poniżenia w 6kl podstawówki rzuciłam się na zgłębianie tajników geometrii nieeuklidesowych. Ot głupi dzieciak.

Nie należałam do ulubienic poprzedniej nauczycielki. Więc na początku zmiany sama przyporządkowałam się do 1 grupy matematycznych tłumoków. W bardzo krótkim czasie znalazłam się w grupie 3. Dzięki poprzedniej nauczycielce nawet nie wiedziałam, że mam talent do przedmiotów ścisłych. Miałam też do nich wielką niechęć, która zmieniła się potem w żywe zainteresowanie, a nawet przygodę z Politechniką

Ten system pozwolił na efektywne uczenie mimo różnego poziomu i talentu u uczniów. Wymagał jednak ogromnej pracy i pasji od nauczycielki. Wracamy więc do sedna problemów z edukacją - kadry nauczycielskiej.
01-02-2009 15:47 
 Ocena 2 na 2
(Alicja)Duda (25557 punktów)
Oprócz kadry jest jeszcze problem podręczników. Uważam, że ich poziom jest katastrofalny. Zmuszona 20 lat temu do zapoznania się z podręcznikami moich dzieci, uważam, że młodzi ludzie którzy z nich byli wstanie czegoś się nauczyć byli genialni. Nad podręcznikami do historii zasypiało się po dwóch stronach a podręczniki do biologii czy chemii były mieszaniną specjalistycznej wiedzy uniwersyteckiej z przekazywaniem wiedzy dzieciom nierozgarniętym.
Ratowałam się wtedy moimi podręcznikami, które na szczęście zachowałam.
Fakt, że moje podręczniki z liceum służyły moim dzieciom do nadrabiania nieobecności w podstawówce ale nie sprawiały im żadnych trudności w porównaniu z podręcznikami im przypisanymi. A takie książki jak "Fizyka dla kandydatów na wyższe uczelnie" Kamińskiego służyła skutecznie do nauki fizyki od pierwszych lekcji fizyki aż po maturę w technikum i to z bardzo dobrym skutkiem.
Obecnie ponieważ szkoły są coraz bardziej zróżnicowane co do poziomu i kierunków nauczania takie podręczniki zawierające całe kompendium wiedzy z danego przedmiotu,na danym poziomie napisane przez kogoś z talentem były by wstanie wyrównać poziom przynajmniej z przedmiotów ścisłych bez względu na poziom nauczycieli.
Beatus (2528 punktów)
>Oprócz kadry jest jeszcze problem podręczników.
Nie bardzo mam coś na ten temat do powiedzenia. Szkołę skończyłam już jakiś czas temu. Podręczniki traktowałam jako smutną konieczność kupując te niezbędne np. z czytankami do rosyjskiego. Zwykle robiłam dobre interesy, kupując podręczniki od starszych klas za niższą cenę, a sprzedając własne za wyższą. Ten zmysł przedsiębiorczy potem mi gdzieś zaginął.
Mam taki feler organizmu, bardzo słabą pamięć wzrokową. Nie pamiętam moich podręczników. Nie bardzo do nich zaglądałam. Czytanie książek jako całości to inna sprawa. Lektura pozwala na wyobrażenie sobie i przedstawienie w schemacie danego problemu. Wyrwane kawałki wiedzy jakoś umykały mojej pamięci. Podręcznik do historii czytałam 4 razy w roku po 1/4 z okazji klasówki, czytałam go jak książkę. Z innych przedmiotów jeśli za mało było tego co na lekcji, wypożyczałam książkę na ten temat i czytałam ją w całości. Z mojej perspektywy optymalny byłby brak podręczników a za to spis lektur. Najbardziej przeszkadza mi w książkach, e-learningu i na stronach www nadmiernie kolorowa szata graficzna, błyskotki i migawki, które denerwują i nic więcej.
Traumą było dla mnie prowadzenie zeszytów, nie mogłam zrozumieć celowości tego wymogu. Gdzieś w drugiej klasie liceum rozpoczęłam bojkot pod pozorem ekologii i nosiłam jeden zeszyt do wszystkiego, który raczej był pusty.
W ramach rekompensaty mam bardzo dobrą pamięć słuchową. Byłam więc pilną studentką, która nigdy nie opuszcza wykładów i obibokiem, który nigdy niczego nie notuje. Dla mnie zapisać to prawie jak zapomnieć.
Czy system edukacji przewiduje takie dziwolągi? Pewnie nie, większość ludzi to wzrokowcy.
Pozdrawiam
JATO (Jarosław Tomczyk) (2644 punktów)
>Oprócz kadry jest jeszcze problem podręczników. Uważam, że ich poziom jest katastrofalny.
To nie problem podręczników. Podręczik to skutek, nie przyczyna. Został zanizony poziom i sknocona dydaktyka. Podreczniki stworzono dla idiotów, których na szczęście jest mniejszość. Poziom ograniczono do "czterech działań i procentów na koncie". Jakby większość dzieci była inteligentna inaczej.
Pozdraiwam.
JATO


Zasada wyjaśniania Conrada: Wszystko co powiesz, zostanie ocenione przez innych , zupełnie sprzecznie z twoimi intencjami.
JATO (Jarosław Tomczyk) (2644 punktów)
>Różnie to było z poziomem nauczania matematyki w moich szkołach, ale chciałam podać przykład pozytywny, który spowodował, że wszyscy uczniowie zyskali.
Czyli poglądy zbieżne. Miałem w podstawówce nauczycielkę, która wymagała ale i uczyła. W średniej z kolei, znośną. Ale wiedziałem, że to jest na rzeczy, matematyke trzeba znać. Dziury załatała moja wspaniała nauczycielka, sorry profesor od fizyki. Ale ona była nauczycielem akademickim, która dorabiała w ogólniaku.
Sereczne pozdrowienia.
JATO


Zasada wyjaśniania Conrada: Wszystko co powiesz, zostanie ocenione przez innych , zupełnie sprzecznie z twoimi intencjami.

Wróć do listy wątków działu Społeczeństwo i kraj
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365