>
Poważnie? Nic o tranzycie? Aj, aj, ludzie. Ta noc była warta zarwania!Jak gdzie, niestety...
Dla Kielc prognozy pogody były dość mało zachęcające, wbrew prognozom jednak niebo było na tyle czyste, że jeszcze około czwartej, więc niecałe pół godziny przed wschodem Słońca, Księżyc (krótko po pełni) lśnił w całej okazałości. Odtąd jednak z północnego zachodu jak na złość grube ciemne chmury zaczęły napływać i zasnuły niebo na dobre.
Trzy godziny marzłem jak głupi na górce pod miastem czekając na to, że w jakiejś luce między chmurami Słońce pojawi się choć na chwilę. I na jakieś pół minuty nawet się pokazało, niestety - akurat tylko dolna połowa, czyli nie ta, co trzeba

.
Dla dopełnienia obrazu dodam, że już koło 7.30 Słońce zza chmur jednak wyszło i można je było sobie obserwować, ile wlezie... rychło w czas

.
Wcale mnie nie pociesza, że
niektórym szło jeszcze gorzej:
Cytat:Jako największy pechowiec wśród obserwatorów zjawiska do historii przeszedł francuski astronom Guillaume Le Gentil. Wyruszył on w roku 1760 z Paryża, by obserwować tranzyt z francuskiej kolonii Pondicherry w Indiach. Opóźnienia statków spowodowane wojną i fakt zajęcia kolonii przez Anglików sprawiły, że nie dotarł do celu i dzień 6 czerwca spędził na morzu. Nie wykonał obserwacji, gdyż na kołyszącym się pokładzie nie mógł rozstawić przyrządów. Postanowił więc poczekać na miejscu 8 lat na następne przejście, zajmując się w międzyczasie innymi obserwacjami i badaniami wysp Oceanu Indyjskiego. Jednak i w roku 1769 przejścia nie zobaczył, gdyż akurat tego dnia niebo było zasłonięte chmurami. Do Paryża wrócił ostatecznie w roku 1771, w 11 i pół roku od wyjazdu, by dowiedzieć się, że został w międzyczasie oficjalnie uznany za zmarłego, odeszła od niego żona, a krewni podzielili między siebie jego majątek.
Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, umiarkowany, przystojny... (1 Tm 3, 2)