 |
Życie jako wartość nadrzędna Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
| Napisano | Autor | Tytuł | | 25-03-2009 12:20 | Głąbiński (3538 punktów) | Życie jako wartość nadrzędna
1 na 1 | Z dwuletnim opóźnieniem przeczytałem www.polity(*)secure/showArticle?id=3356634. Przeoczyłem we właściwym czasie tą informację i ew. związaną z tym tematem dyskusję na nin. forum, jednak niezależnie od tych okoliczności widzę konieczność wspólnego przeanalizowania, co o tym myśleć? Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: uważam, że te setki tysięcy złotych wydane na podtrzymanie życia pięciorga dzieci zostały zabrane tysiącom innych dzieci równie zasługującym na współczucie i pomoc. Czy jestem bezdusznym materialistą przeliczającym wartość życia na pieniądze? | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
2 na 2 | Kowalski (1042 punktów) | > Z dwuletnim opóźnieniem przeczytałem> www.polity(*)secure/showArticle?id=3356634.1) Link mi nie działa. 2) Spotkałem się z twierdzeniem, że powinno się finansować terapie do trzykrotności dochodu narodowego na głowę (WHO twierdzi, że droższych finansować się nie opłaca, choć rzecz jasna, nikt tego nie zakazuje) -- tu artykuł: www.pulsme(*)/9366,dajemy,rekomendacje.html(por. ostatni akapit) Sam bardzo niechętnie patrzę na takie ograniczenia, ale rozumiem, że mogą one być konieczne. Kieszeń podatnika, czy osoby ubezpieczonej, ma swoje granice.
|
|
 | 2 na 2 | sukulent (2309 punktów) | > 1) Link mi nie działa.Też mi nie działa. Mogę się tylko domyślać, co tam jest. > 2) Spotkałem się z twierdzeniem, że powinno się finansować terapie do trzykrotności dochodu narodowego na głowę (WHO twierdzi, że droższych finansować się nie opłaca, choć rzecz jasna, nikt tego nie zakazuje) -- tu artykuł:> www.pulsme(*)/9366,dajemy,rekomendacje.htmlNa co dzień mam do czynienia właśnie z takimi ludźmi. Powyżej trzykrotności. Powiedz mi, co to znaczy - nie opłaca się? Ile szans na wyleczenie trzeba według Ciebie mieć, że by "się opłacało"? 10%? 25%? a może 50%? I nie opłaca się dla kogo? Obserwuję tych moich - są wśród nich już absolwenci wyższych uczelni, pracują, przysparzają tego dochodu narodowego, którego wydania na ich leczenie się odmawia. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka") )
|
|
|  | 2 na 2 | Kowalski (1042 punktów) | Szczęśliwie nie muszę podejmować takich decyzji. I nie chciałbym by podejmował je lekarz przy łóżku pacjenta, nawet jeśli to on ma najlepszy ogląd.
Gdy pierwszy raz spotkałem się z sugestią, że należy oceniać ekonomiczną efektywność terapii byłem oburzony. Jednak zrozumiałem, że opieranie się na haśle o 'bezcennym życiu', jest tyleż piękne, co nierealne. Ci sami ludzie pytani o to, czy życie jest wartością bezcenną (i czy należy leczyć wszystkich z zastosowaniem drogich terapii), często odpowiedzą inaczej niż na pytanie o to, czy są gotowi przeznaczyć więcej pieniędzy na ubezpieczenie zdrowotne (i nieważne, czy państwowe, czy prywatne).
Takie ekonomiczne rozważania mogą wprowadzić pewien 'racjonalny' element (podkreślam cudzysłów, by nie sugerować, że akurat chodzi tu tylko o Racjonalistów z forum) -- określenie tego, że jakaś terapia się opłaca, wymusza niejako jej finansowanie i mobilizuje do znalezienia środków. Terapie droższe zaś... cóż -- powyżej progu opłacalności -- są sprawą dobrego serca, miłosierdzia, tego na ile ceni się i własne życie (mam na myśli zakres ubezpieczenia dodatkowego). To miejsce zarówno na kompromisy polityczne w ramach ubezpieczenia państwowego (nie wykluczam, że i wyborcy się zgodzą na wyższą składkę niż dyktowana przez takie wyliczenie), jak i dodatkowe ubezpieczenia prywatne i wreszcie, finansowanie terapii przez szeroko pojmowane organizacje charytatywne.
(Zostawiłem na boku postulat, by kontrolować ubezpieczyciela, aby jak najefektywniej wydawał pieniądze ze składek, jak najszerzej finansując leczenie -- to zwykła kwestia nacisku na efektywność biurokracji, czy to państwowej, czy prywatnej.)
|
|
| |  | | sukulent (2309 punktów) | > Szczęśliwie nie muszę podejmować takich decyzji.To kto ma je wziąć na swoje sumienie? > I nie chciałbym by podejmował je lekarz przy łóżku pacjenta, nawet jeśli to on ma najlepszy ogląd.Przecież mu to narzucasz. Po pierwsze - tuataj piszesz o jakimś teoretycznym "ktosiu", a w życiu on ma na imię Marysia i ma niebieskie oczy. W te oczy musi patrzeć właśnie lekarz, jeżeli nawet nie własną decyzję będzie obwieszczał - czyż nie? I to jeszcze w świadomości ze jest leczenie tego schorzenia, tylko nie ma finansowania. A teraz się zastanów - jeżeli tego typu terapie nie będą finansowane - jakie laboratorium badawcze będzie pracowało nad leczeniem tzw. orphan diseases? W obecnej chwili terapie takie są promowane przez rządy - np UE (firmy dostają preferencyjne warunki rejestracji leków, lub dłuższy okres patentowy, w obliczu, że na masową sprzedaż leków nie mają co liczyć). Na wolny rynek nie ma co liczyć, bo liczba zaiteresowanych jest zbyt mała, aby stanowiła grupę nacisku. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | |  | | Kowalski (1042 punktów) | >>Szczęśliwie nie muszę podejmować takich decyzji. >To kto ma je wziąć na swoje sumienie?
Nie chodzi mi o 'ktosia'. Chodzi o zarząd ubezpieczyciela -- o określenie koszyka usług finansowanych w ramach ubezpieczenia.
>A teraz się zastanów - jeżeli tego typu terapie nie będą finansowane - jakie laboratorium badawcze będzie pracowało nad leczeniem tzw. orphan diseases? W obecnej chwili terapie takie są promowane przez rządy - np UE [...]
Promowanie przez rządy, to właśnie kompromis polityczny, o którym pisałem. Żeby nie było wątpliwości -- cieszę się, że ma on miejsce. I jestem gotów płacić wyższe podatki i składki ubezpieczeniowe, by takie działania finansować. Ale jestem tylko jednym z milionów wyborców (tak jak i jednym z milionów podatników). Muszę się liczyć z tym, że ów zarząd ubezpieczyciela (tak jak i ministerstwo zdrowia) będzie działało pod wpływem nie tylko mojej wyborczej decyzji, ale także tych wszystkich, którzy uciekną przed składkami (także zdrowotnymi) do szarej strefy, czy którzy będą zwyczajnie głosowali inaczej.
|
|
| | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Nie chodzi mi o 'ktosia'. Chodzi o zarząd ubezpieczyciela -- o określenie koszyka usług finansowanych w ramach ubezpieczenia.Udajesz, czy na prawdę nie rozumiesz? Ten "ktoś" to chory na taką "sierocą chorobę". To on ma imię i cechy osobowej i to jemu lekarz ma odmówić leczenia. W oczy. > Promowanie przez rządy, to właśnie kompromis polityczny, o którym pisałem.Obecnie są promowane w opisany przeze mnie sposób. Jeżeli ubezpieczenie nie będzie finansowało tego leczenia żadne promowanie nie pomoże. Firma farmaceutyczna będzie produkowała tylko taki lek, który ktoś kupi. Nie będzie wydawała kasy na badania leku, którego nikt nie kupi, choćby miała zapewnioną np. łatwiejszą ścieżkę rejestracji. > Żeby nie było wątpliwości -- cieszę się, że ma on miejsce. I jestem gotów płacić wyższe podatki i składki ubezpieczeniowe, by takie działania finansować.Cieszę się. > Ale jestem tylko jednym z milionów wyborców ...Nie musisz się chować za ich plecami. Rozmawiam z Tobą, a nie z milionami i na Twojej opinii mi zależy. Za miliony zabiorę się w następnej kolejności  . Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | |  | | Zawecki (4718 punktów) | > Udajesz, czy na prawdę nie rozumiesz? Ten "ktoś" to chory na taką "sierocą chorobę". To on ma imię i cechy osobowej i to jemu lekarz ma odmówić leczenia. W oczy.Jeśli są jasne zasady systemowe, to pacjent wie, że jak ma 75 lat, to nie wszczepią mu nerki. Wystarczy te zasady upubliczniać. Poza tym, zachodnie szpitale zatrudniają specjalistów od "złych wieści", to tacy dedykowani psycho. Zatem nie musiałabyś prowadzić tych "strasznych" rozmów. Z drugiej strony, czy to nie jest element pracy lekarza? > Firma farmaceutyczna będzie produkowała tylko taki lek, który ktoś kupi. Nie będzie wydawała kasy na badania leku, którego nikt nie kupi, choćby miała zapewnioną np. łatwiejszą ścieżkę rejestracji.W oczywisty sposób nie mogę się z tym zgodzić - firmy, nie tylko farmaceutyczne, inwestują(!) w nowe produkty, choć nie mają gwarancji odniesienia sukcesu. > Nie musisz się chować za ich plecami. Rozmawiam z Tobą, a nie z milionami i na Twojej opinii mi zależy. Za miliony zabiorę się w następnej kolejności .Sorki, że się wchrzaniłem w Waszą intymną konwersację, ale problemy "białej śmierci" są mi bliskie.
|
|
| | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Jeśli są jasne zasady systemowe, to pacjent wie, że jak ma 75 lat, to nie wszczepią mu nerki. Wystarczy te zasady upubliczniać. Poza tym, zachodnie szpitale zatrudniają specjalistów od "złych wieści", to tacy dedykowani psycho. Zatem nie musiałabyś prowadzić tych "strasznych" rozmów. Z drugiej strony, czy to nie jest element pracy lekarza?Owszem, jest to element pracy lekarza. Jest tylko taka subtelna różnica, że prowadzę je mówiąc " już nic więcej nie da się zrobić" i wiem, że to prawda. Medycyna wyczerpała swoje możliwości. Jestem uczciwa wobec siebie i wobec pacjenta. Jeszcze nie zdarzyło mi się przeprowadzić rozmowy pod tytułem " wiem jak pomóc, umiem, ale panu/pani/państwa dziecku taka pomoc się nie należy". Jeżeli będę musiała tak kiedykolwiek komukolwiek powiedzieć - zrezygnuję z zawodu. Co zaś do zatrudniania specjalnych osób (rozumiem, ze top taki współczesny rodzaj kata?) to zapomnij. U nas lekarz jest "przynieś, zanieś, pozamiataj". We Francji mój odpowiednik po śmierci pacjenta ma dzień wolny i opiekę psychologiczną. Ja mam minutę na zmianę wyrazu twarzy, przed spotkaniem z kolejnym chorym. > W oczywisty sposób nie mogę się z tym zgodzić - firmy, nie tylko farmaceutyczne, inwestują(!) w nowe produkty, choć nie mają gwarancji odniesienia sukcesu.Ogólnie zapewne tak. Ale w orphan diseases sytuacja jest taka, jak opisałam. Dotyczy to także leków pediatrycznych - nie robią badań klinicznych, nie opracowują leków w odpowiedniej dla dzieci formie (zawiesiny, syropy) i dawkowaniu. UE z tym walczy, właśnie przez system pereferencji w rejestracji i przedłużaniu patentów. Co miesiąc spotykają się specjaliści od orphan diseases z wszystkich krajów Unii i opiniują kolejne leki lub badania do takich działań. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | |  | 1 na 1 | Zawecki (4718 punktów) | >Owszem, jest to element pracy lekarza. Jest tylko taka subtelna różnica, że prowadzę je mówiąc " już nic więcej nie da się zrobić" i wiem, że to prawda. Medycyna wyczerpała swoje możliwości. Jestem uczciwa wobec siebie i wobec pacjenta. Rozumiem, że lekarz chciałby wykorzystać wszystkie możliwości stworzone przez naukę i cywilizację, ale jest to ekonomicznie niewykonalne. Żadnego państwa na tym świecie na to nie stać. Zasoby są z definicji ograniczone, a ludzkie potrzeby mają charakter nieograniczony.
>Jeszcze nie zdarzyło mi się przeprowadzić rozmowy pod tytułem " wiem jak pomóc, umiem, ale panu/pani/państwa dziecku taka pomoc się nie należy". Jeżeli będę musiała tak kiedykolwiek komukolwiek powiedzieć - zrezygnuję z zawodu Histeryzujesz! Dentyści bez większego problemu opanowali tę sztukę: "ten ząb możemy zrobić z ubezpieczenia, a za ten trzeba zapłacić 250zł - czy decyduje się pan na leczenie?"
>Co zaś do zatrudniania specjalnych osób (rozumiem, ze top taki współczesny rodzaj kata?) to zapomnij. U nas lekarz jest "przynieś, zanieś, pozamiataj". We Francji mój odpowiednik po śmierci pacjenta ma dzień wolny i opiekę psychologiczną. Ja mam minutę na zmianę wyrazu twarzy, przed spotkaniem z kolejnym chorym. To nie kat, to psycholog, który jest specjalnie przygotowany do takich rozmów i stara się pomóc przejść przez najtrudniejsze chwile.
|
|
| | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Histeryzujesz!Żartujesz? Co to jest ząb w porównaniu z taką np. adrenoleukodystrofią. Nie poleczę - zdegraduje się, a później umrze w formie powykręcanej roślinki. Ja nie mówię o odmowie wykonania "pierdoły", czy medycyny estetycznej, tylko o chorobach zagrażających życiu. > To nie kat, to psycholog, który jest specjalnie przygotowany do takich rozmów i stara się pomóc przejść przez najtrudniejsze chwile.Zapomnij. Sytuacja u nas jest jak wyżej. Poza tym dla mnie to kat. Jak prowadzę rozmowy typu "nic się nie da zrobić" z matkami moich pacjentów, to widzę i wiem, że taka kobieta wolałaby, żebym po prostu wzięła siekierę i ją tą siekierą zaczęła rąbać. Sama zresztą też bym wolała, gdyby to szło o moje dziecko. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Żartujesz? Co to jest ząb w porównaniu z taką np. adrenoleukodystrofią. Nie poleczę - zdegraduje się, a później umrze w formie powykręcanej roślinki. Ja nie mówię o odmowie wykonania "pierdoły", czy medycyny estetycznej, tylko o chorobach zagrażających życiu. Z powodu zęba też można umrzeć np. na posocznicę.
Nie ma co idealizować, nie każdego da się uratować i nie każdemu można wszystko sfinansować, i nie każdemu warto wszystko finansować. Ludzie muszą się nauczyć, że jak chcą mieć opiekę na najwyższym światowym poziomie, to muszą sobie zgromadzić kapitał na "czarną godzinę". Żadne hamletyzowanie nic tu nie da.
|
|
| | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) |
> Z powodu zęba też można umrzeć np. na posocznicę.Wystarczy antybiotyk i "okład z kleszczy" i już. Nie odwracaj kota. > Nie ma co idealizować, nie każdego da się uratować i nie każdemu można wszystko sfinansować, i nie każdemu warto wszystko finansować.To prawda, ale na starcie nigdy nie wiesz, kogo da się uratować, a kogo nie, a co za tym idzie kogo "warto", a kogo "nie warto". Są tzw. czynnki ryzyka, ale one mają wrtość ograniczoną. > Ludzie muszą się nauczyć, że jak chcą mieć opiekę na najwyższym światowym poziomie, to muszą sobie zgromadzić kapitał na "czarną godzinę".A nie lepiej dopłacać do "katarów" tak jak w Szwecji, Norwegii, czy we Francji (bo wtedy na te dopłaty Cię stać - pracujesz, nie pauperyzujesz się), a w momencie poważnej choroby mieć wszystko bez dopłat? > Żadne hamletyzowanie nic tu nie da.Hamletyzowanie to "to be, or not to be" - ja nie mam tego problemu. Wiem dokładnie, czego chcę. Przynajmniej w ochronie zdrowia. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >To prawda, ale na starcie nigdy nie wiesz, kogo da się uratować, a kogo nie, a co za tym idzie kogo "warto", a kogo "nie warto". Są tzw. czynnki ryzyka, ale one mają wrtość ograniczoną. Ryzyko istnieje tworząc pewien obszar nieokreśloności, ale nie oznacza to konieczności wydawania środków bez opamiętania.
>A nie lepiej dopłacać do "katarów" tak jak w Szwecji, Norwegii, czy we Francji (bo wtedy na te dopłaty Cię stać - pracujesz, nie pauperyzujesz się), a w momencie poważnej choroby mieć wszystko bez dopłat? Katar jest tani i policzalny, a poważne choroby wprost przeciwnie. Jestem za tym, aby pacjent w większym stopniu decydował o tym na co przeznacza środki ze swojego ubezpieczenia.
>Hamletyzowanie to "to be, or not to be" - ja nie mam tego problemu. Wiem dokładnie, czego chcę. Przynajmniej w ochronie zdrowia. Tak, uratować wszystkich, niezależnie od kosztów. Rozumiem to stanowisko i poniekąd popieram. Jednak muszę Cię powstrzymać, kiedy przekracza to interes współubezpieczonych.
|
|
| | | | | | | | | | | |  | 1 na 1 | sukulent (2309 punktów) | > Ryzyko istnieje tworząc pewien obszar nieokreśloności, ale nie oznacza to konieczności wydawania środków bez opamiętania.Odchodzisz od konkretu - jakie ryzyko tolerujesz w tym wydawaniu? > Katar jest tani i policzalny, a poważne choroby wprost przeciwnie.Wręcz przeciwnie. Są istoty chodzące do "rodzinnego" co drugi dzień z tymi "katarami" - konsumują czas i pieniądze, bywa, w sposób absolutnie nieuprawniony. Niechby do każdej wizyty miały dopłaty 5 PLN. Większość "poważnych" procedur za to jest poszacowanych (głupawo, bo przez NFZ, ale to już inna kwestia) i dość dobrze wiadomo, ile się wydaje na taki np. przeszczep szpiku, czy wątroby. > Jestem za tym, aby pacjent w większym stopniu decydował o tym na co przeznacza środki ze swojego ubezpieczenia.Niech decyduje - z zastrzeżeniem ochrony dzieci przed takimi dorosłymi jak Ty, którzy są za "zrobieniem nowego". Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | Generalnie odpowiedziałem w równoległym subwątku: www.racjonalista.pl/forum.php/s,193422#w193999> Wręcz przeciwnie. Są istoty chodzące do "rodzinnego" co drugi dzień z tymi "katarami" - konsumują czas i pieniądze, bywa, w sposób absolutnie nieuprawniony. Niechby do każdej wizyty miały dopłaty 5 PLN.Bywają takie istoty, ale... wynagrodzenie rodzinnego jest zryczałtowane, więc nie zabierają w ten sposób kasy innym. Fakt, że mogą być męczący dla samego lekarza. Jednak lekarze od dawna mają na to metodę - u naciągaczy stawiają na karcie takie miniznaczki. Trzy znaczki i masz przechlapane - lekarz wchodzi w stan: nie ma mnie + zlewka totalna. > Niech decyduje - z zastrzeżeniem ochrony dzieci przed takimi dorosłymi jak Ty, którzy są za "zrobieniem nowego".Nie demonizuj, większość kobiet nie wie kiedy przestać. Ktoś musi wziąć to na swoje sumienie - cóż warte byłoby dobro, bez istnienia zła? Oczywiście w mentalnej wyobraźni.
|
|
| | | | | | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Bywają takie istoty, ale... wynagrodzenie rodzinnego jest zryczałtowane, więc nie zabierają w ten sposób kasy innym. Fakt, że mogą być męczący dla samego lekarza.Zabierają czas i miejsce w kolejce innym. Dopłatę im! > Jednak lekarze od dawna mają na to metodę (...)Tego nie wiem, więc nie mogę skomentować. Możliwe, że masz rację i tak właśnie jest. > Nie demonizuj, większość kobiet nie wie kiedy przestać (...)Ty chyba też nie wiesz, kiedy przestać. Przynajmniej tu i teraz. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | |  | 1 na 1 | Głąbiński (3538 punktów) | >... zachodnie szpitale zatrudniają specjalistów od "złych wieści", to tacy dedykowani psycho. Zatem nie musiałabyś prowadzić tych "strasznych" rozmów... Ten fragment nasuwa mi uwagę: o ile zrozumiały jest lęk przed bólem i dążenie do jego zwalczenia, to przecież śmierć jest najbardziej oczywistym składnikiem natury i traktowanie jej jako szczególnego nieszczęścia niezależnego od straty, którą ew. ponosi społeczeństwo, wydaje się dewiacją, którą chyba trzeba leczyć, czy usuwać przez wychowanie. Przy tym chodzi mi o odczucia zarówno osoby umierającej, jak i otoczenia, które musi się pogodzić z tym, że trzeba będzie dotychczasowy przedmiot uczuć zastąpić innym. W tym drugim aspekcie, jako szczególny przypadek dewiacji uważam obserwowaną podobno wielekroć niemożność skierowania swoich uczuć do innej osoby, zastępowanie właściwego naturze człowieka emocjonalnego związku międzyosobowego jego atrapą w postaci nagrobka, czy jakiś "pamiątek". Podejrzewam, że te - jak je nazwałem - "dewiacje" są w sztuczny sposób generowane wpływem wytworzonego przez technikę środowiska, są szczególnym przykładem "choroby cywilizacyjnej". Z tego wynika, że wspomniana w zacytowanym zdaniu obecność psychologa jest leczeniem objawów, które nieudolnie próbuje zastąpić profilaktykę.
Stach M. G.
|
|
|  | 1 na 1 | Zawecki (4718 punktów) | > I nie opłaca się dla kogo? Obserwuję tych moich - są wśród nich już absolwenci wyższych uczelni, pracują, przysparzają tego dochodu narodowego, którego wydania na ich leczenie się odmawia.Znów się pewnie strasznie narażę, ale...  ...nie opłaca się dla pozostałych ubezpieczonych, czyli dla nas samych. Jeżeli system ubezpieczeniowy nie miałby górnego ogranicznika, to jedna osoba mogłaby odebrać środki wystarczające i dla 10 tys. osób. Oczywiście jak kogoś stać, to może wydać na ratowanie swojego zdrowia nawet parę miliardów.
|
|
| |  | | sukulent (2309 punktów) | > Znów się pewnie strasznie narażę, ale...  A pewnie, że się narażasz. > ...nie opłaca się dla pozostałych ubezpieczonych, czyli dla nas samych.Pytanie, jak długo pozostaniesz tym "pozostałym" - Ty i Twoi najbliźsi? Szybko przechodzi się tę granicę. Obserwuję to codziennie. > Jeżeli system ubezpieczeniowy nie miałby górnego ogranicznika, to jedna osoba mogłaby odebrać środki wystarczające i dla 10 tys. osób.Oczywiście, że jedna osoba konsumuje środki setek zdrowych. Na tym polega zasada naszych ubezpieczeń. Tej zasady będę bronić jak lew. Solidaryzm się nazywa. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | |  | 1 na 1 | Zawecki (4718 punktów) | >Pytanie, jak długo pozostaniesz tym "pozostałym" - Ty i Twoi najbliźsi? Szybko przechodzi się tę granicę. Obserwuję to codziennie. 1. Co w żaden sposób nie wpływa na matematykę. Można wydać tylko tyle, ile się wcześniej wpłaci. To gra z sumą zero. 2. Właśnie myśl, że przyjdzie moment, kiedy sam będę korzystał z tych środków, nakazuje mi rozwagę w wydawaniu ich na innych.
>Oczywiście, że jedna osoba konsumuje środki setek zdrowych. Na tym polega zasada naszych ubezpieczeń. Tej zasady będę bronić jak lew. Solidaryzm się nazywa. Solidaryzm nie jest sponsoringiem, ma swoje granice. Te granice wytycza efektywność ekonomiczna. Jeśli za te same środki można zamiast jednej osoby uratować trzy, to należy ratować te trzy osoby, a poświęcić tę jedną - mogła wcześniej zabezpieczyć się na wypadek takiej ewentualności.
|
|
| | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > 1. Co w żaden sposób nie wpływa na matematykę. Można wydać tylko tyle, ile się wcześniej wpłaci. To gra z sumą zero.Nie sposób się nie zgodzić. > 2. Właśnie myśl, że przyjdzie moment, kiedy sam będę korzystał z tych środków, nakazuje mi rozwagę w wydawaniu ich na innych.Tego nie skomentuję. Byłby to komentarz nazbyt osobisty. > Solidaryzm nie jest sponsoringiem, ma swoje granice. Te granice wytycza efektywność ekonomiczna.No to sie właśnie pytam - gdzie są te granice? Gdzie ta efektywność? Operujecie mi tu, panowie, ogólnikami, a ja bym chciała wiedzieć, jakie jest wasze wyobrażenie "rzadkiej" i "kosztochłonnej" choroby? I bardzo chciałabym, aby którykolwiek wykazał się odwagą pozwalającą na oszacowanie - jaka zachorowalność na 100 000 (lub na naszą populację) i jakie koszty już są według Was "za wysokie". Konkretnie. Co do tych "trzech na jedną" to to nie jest konkret, bo za jeden wyrostek można wyleczyć jakieś 10 zapaleń płuc - i co, już na tej wysokości chcesz "kosić"? Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | Przyjmę na siebie rolę adwokata diabła - bezdusznego ekonomisty kalkulującego poważną kurację.
Wariant najbardziej wredny a) Na podstawie dalszych trwania życia, odsetka wyleczalności rozumianego jako powrót do pracy, wieku emerytalnego i średniej wysokości jego składek z ostatnich lat - oszacowujemy ile składek średnio jest jeszcze w stanie wpłacić po wyzdrowieniu.
b) Do sumy potencjalnych przyszłych składek dodajemy sumę zgromadzoną a nie wydatkowaną jeszcze na leczenie i uzyskujemy kapitał dyspozycyjny, który porównujemy ze spodziewanym kosztem leczenia.
c) Jeśli kapitał dyspozycyjny pozwala na takie leczenie, to po poinformowaniu pacjenta zaczynamy leczenie. A jeśli nie, to - panie Zawecki, aby wdrożyć tę procedurę trzeba dopłacić 100tys., czy i kiedy decyduje się pan na leczenie? I pan Zawecki albo odmawia "uporczywej terapii" albo coś sprzedaje/pożycza i zaczyna leczenie.
Wariant mniej wredny Z grubsza to samo, ale zamiast sumą składek operujemy przyszłym dochodem PKB na danego pacjenta. Jest to wariant dużo łaskawszy dla pacjenta, ale wymagający dopłat do systemu ubezpieczeniowego z budżetu państwa.
|
|
| | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Przyjmę na siebie rolę adwokata diabła - bezdusznego ekonomisty kalkulującego poważną kurację.Strach Cię obleciał? Powiedz od siebie, a nie od adwokata. > a) Na podstawie dalszych trwania życia, odsetka wyleczalności rozumianego jako powrót do pracy, wieku emerytalnego i średniej wysokości jego składek z ostatnich lat - oszacowujemy ile składek średnio jest jeszcze w stanie wpłacić po wyzdrowieniu (...)Znaczy - nowotworów nie leczymy, nie przeszczepiamy narządów, ani szpiku kostnego, odpada leczenie neurologiczne praktycznie jakiekolwiek, choroby metaboliczne (w tym ciężka cukrzyca) do piachu. To tak rybką. A dzieci? A kuracje wymyślone dopiero co i sprawdzone w badaniach klinicznych (dysponujemy 1-2, max 3-letnim okresem przeżycia, widzimy, że jest lepszy, niż oferował poprzedni sposób leczenia, ale nie wiemy, jakie będzie przeżycie 10-cio letnie). > c) Jeśli kapitał dyspozycyjny pozwala na takie leczenie, to po poinformowaniu pacjenta zaczynamy leczenie. A jeśli nie, to - panie Zawecki, aby wdrożyć tę procedurę trzeba dopłacić 100tys., czy i kiedy decyduje się pan na leczenie? I pan Zawecki albo odmawia "uporczywej terapii" albo coś sprzedaje/pożycza i zaczyna leczenie.Tak wygląda mniej więcej postępowanie w USA. Mój kuzyn (średniak z własną firmą, dwójką dzieci samotnie wychowywanych) dowiedział się o swoim raku w taki właśnie sposób. Sprzedał firmę, sprzedał dom swojej matki i przeniósł dzieci z lepszej szkoły do gorszej. Po czym umarł pomimo leczenia (standardowego, nie jakiegoś wymyślnego). Została rodzina z niczym, stłoczona w mikroskopijnym mieszkanku. Pzdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | |  | 2 na 2 | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Znaczy - nowotworów nie leczymy, nie przeszczepiamy narządów, ani szpiku kostnego, odpada leczenie neurologiczne praktycznie jakiekolwiek, choroby metaboliczne (w tym ciężka cukrzyca) do piachu. To tak rybką. Grubo przesadzasz! Leczenie wczesnych nowotworów nie jest tak kosztowne. Wczesne wykrywanie jest opłacalne. Mój wuj od 10 lat ma cukrzycę i poza lekami, to nie widzę u niego jakiś specjalnych procedur medycznych.
>A dzieci? A kuracje wymyślone dopiero co i sprawdzone w badaniach klinicznych (dysponujemy 1-2, max 3-letnim okresem przeżycia, widzimy, że jest lepszy, niż oferował poprzedni sposób leczenia, ale nie wiemy, jakie będzie przeżycie 10-cio letnie). Powiem bardzo brutalnie, jak dyżurny "niepoprawniak", ewolucyjnie rodziny decydowały się na posiadanie większej liczby dzieci, bo kiedy jednemu się nie powiedzie, to drugie przetrwa. Kobiecie to trudno zrozumieć. Ale często zamiast męczyć się całe życie z "uporczywą terapią", lepiej pozwolić takiemu dziecku odejść i postarać się o następne. To niezgodne z modną poprawnością, ale czasem warto spojrzeć poza opłotki europejskich metropolii i zrozumieć procesy jakie zachodzą.
>Tak wygląda mniej więcej postępowanie w USA. Mój kuzyn (średniak z własną firmą, dwójką dzieci samotnie wychowywanych) dowiedział się o swoim raku w taki właśnie sposób. Sprzedał firmę, sprzedał dom swojej matki i przeniósł dzieci z lepszej szkoły do gorszej. Po czym umarł pomimo leczenia (standardowego, nie jakiegoś wymyślnego). Została rodzina z niczym, stłoczona w mikroskopijnym mieszkanku. To kolejny dowód na to, że nie zawsze i nie za każdą cenę warto. Na cele zdrowotne mam kupione jedno mieszkanie i cała rodzina wie, że to jest mój kapitał zdrowotny. Jak będzie taka potrzeba, to zostanie to upłynnione. Powyżej tej kwoty uznaję terapię za zbyt uporczywą. Moja partnerka podobnie. Mój tata (>75l) ma unikatową działkę budowlaną, kolejkę potencjalnych nabywców i trzyma ją na czarną godzinę. Mama ma mieszkanie. Najwyższy czas, aby ludzie samodzielnie zaczęli dbać o swoją przyszłość.
|
|
| | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > >Znaczy - nowotworów nie leczymy, nie przeszczepiamy narządów, ani szpiku kostnego, odpada leczenie neurologiczne praktycznie jakiekolwiek, choroby metaboliczne (w tym ciężka cukrzyca) do piachu. To tak rybką.> Grubo przesadzasz! Leczenie wczesnych nowotworów nie jest tak kosztowne.Owszem - na etapie samego zabiegu operacyjnego w rakach. Leczenie nawet niezaawansowanego chłoniaka to już chemioterapia, czasem radioterapia, białaczka podobnie. Nawet niezaawansowany nowotwór kości wymaga zabiegu (amputacja lub endoproteza - endoproteza to koszty), a powrót do pracy nie taki pewny - zależy co gość robi. > Mój wuj od 10 lat ma cukrzycę i poza lekami, to nie widzę u niego jakiś specjalnych procedur medycznych.Na Twoim wuju, z całym szacunkiem, cukrzyca ani sie nie zaczyna, ani nie kończy. Jak ma cukrzycę typu drugiego, to to jest bzdet, a nie choroba. Cukrzyca typu pierwszego dotyka ludzi młodych i dzieci, wymaga dobrego ustawienia (najlepiej na pompe insulinowej), a nie wszyscy ustawić się dają i część chorych, niestety, z powodu powikłań nieustawionej choroby wpada w kalectwo. Ale leć dalej - przeszczepy - co z nimi? > Powiem bardzo brutalnie, jak dyżurny "niepoprawniak", ewolucyjnie rodziny decydowały się na posiadanie większej liczby dzieci, bo kiedy jednemu się nie powiedzie, to drugie przetrwa.To co - cofamy się do XIX wieku? Nie leczymy nowotworów u dzieci, chorób zapalnych jelit, wad wrodzonych, hematologii - do piachu i robimy nowe? Mam nadzieję, ze nie przyjdzie mi nigdy grać w sztuce, której Ty będziesz reżyserem. > Kobiecie to trudno zrozumieć.Tego nie skomentuję. Przez grzeczność dla moderatorów, którzy mieliby niepotrzebny kłopot z udzielaniem mi ostrzeżeń i ewentualnym banowaniem. > Ale często zamiast męczyć się całe życie z "uporczywą terapią", lepiej pozwolić takiemu dziecku odejść i postarać się o następne. To niezgodne z modną poprawnością, ale czasem warto spojrzeć poza opłotki europejskich metropolii i zrozumieć procesy jakie zachodzą.My nie rozmawiamy o "uporczywej terapii" tylko o takim leczeniu jak np. leczenie choroby nowotworowej. Białaczka lest wyleczalna u dzieci w około 85%, tyle, że leczyć musisz wszystkich, bo nie wiadomo, kto w których procentach wyląduje. Złośliwe glejaki mózgu u dzieci to 35% wyleczeń - i co - do piachu? Wszyscy? Złośliwe nowotwory kości żyją w około 50%, stopień okaleczenia jest nieszacowalny na początku leczenia. Żyją nawet ci z przerzutami - warunek - musisz leczyć wszystkich. Uporczywa terapia to walnięcie na OIOM człowieka z rozhukanym nowotworem, albo podawanie uparcie leczenia, pomimo, ze choroba idzie do przodu. Nie wiem, co do tego ma poprawność polityczna, bo tego typu działana są podejmowane przez lekarzy i pacjentów, którzy zwyczajnie nie potrafią pogodzić się z porażką, co obiektywnie jest bardzo trudne. Ale trzeba to zrobić. > To kolejny dowód na to, że nie zawsze i nie za każdą cenę warto.A skąd na początku leczenia on miał to wiedzieć, że nie będzie warto? Miał sobie normalny, średni guz w nerce. Skąd miał wiedzieć, że "nie pójdzie na leczeniu"? Kasy żądali od razu na operację, chemioterapię i radioterapię. Wznowa nastąpiła po roku od leczenia i go zabiła. > Na cele zdrowotne mam kupione jedno mieszkanie i cała rodzina wie, że to jest mój kapitał zdrowotny. Jak będzie taka potrzeba, to zostanie to upłynnione. Powyżej tej kwoty uznaję terapię za zbyt uporczywą. Moja partnerka podobnie. Mój tata (>75l) ma unikatową działkę budowlaną, kolejkę potencjalnych nabywców i trzyma ją na czarną godzinę. Mama ma mieszkanie.Pogratulować.
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | |  | 1 na 1 | jkl; (5859 punktów) | >>Powiem bardzo brutalnie, jak dyżurny "niepoprawniak", ewolucyjnie rodziny decydowały się na posiadanie większej liczby dzieci, bo kiedy jednemu się nie powiedzie, to drugie przetrwa. >To co - cofamy się do XIX wieku? Nie leczymy nowotworów u dzieci, chorób zapalnych jelit, wad wrodzonych, hematologii - do piachu i robimy nowe?
Poniekąd, jeśli ktoś jest dziedzicznie obciążony ryzykiem jakieś choroby a mimo to decyduje się na dziecko, z pełną świadomością, że państwo będzie musiało dopłacać do ewentualnego leczenia, to jest to wprost wkładanie ręki do cudzej kieszeni.
A podniesienie składki zdrowotnej raczej przyniosłoby wzrost płac i ilości stanowisk w NFZecie oraz wzrost cen leków, bo firmy farmaceutyczne też by dostrzegły silniejszy strumyczek kasy, niż realne polepszenie sytuacji pacjenta.
Wiesz, gdyby piorun walnął mi dom i spopieliłby go do fundamentów, to nikt nie czułby się w obowiązku budować mi nowego. Słusznie zauważono by, że mogłam się ubezpieczyć, a tak to mam problem.
Dlaczego w przypadku choroby miałoby być inaczej? To też zdarzenie losowe. Prawdopodobieństwo nowotworu jest pewnie kilkadziesiąt razy większe niż uderzenia pioruna, a jednak ludzie dziwią się, że powinni się wcześniej sami ubezpieczać. Ciekawe czemu.
>>Na cele zdrowotne mam kupione jedno mieszkanie i cała rodzina wie, że to jest mój kapitał zdrowotny. Jak będzie taka potrzeba, to zostanie to upłynnione. Powyżej tej kwoty uznaję terapię za zbyt uporczywą. Moja partnerka podobnie. Mój tata (>75l) ma unikatową działkę budowlaną, kolejkę potencjalnych nabywców i trzyma ją na czarną godzinę. Mama ma mieszkanie. >Pogratulować. Rozpowszechnić.
|
|
| | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Poniekąd, jeśli ktoś jest dziedzicznie obciążony ryzykiem jakieś choroby a mimo to decyduje się na dziecko, z pełną świadomością, że państwo będzie musiało dopłacać do ewentualnego leczenia, to jest to wprost wkładanie ręki do cudzej kieszeni.Owszem. Tylko, ze 90% chorych dzieci nie pochodzi z rodzin "obciążonych". > Wiesz, gdyby piorun walnął mi dom i spopieliłby go do fundamentów, to nikt nie czułby się w obowiązku budować mi nowego. Słusznie zauważono by, że mogłam się ubezpieczyć, a tak to mam problem.> Dlaczego w przypadku choroby miałoby być inaczej? To też zdarzenie losowe.Nie negowałam tutaj potrzeby ubezpieczń. Usiłowałam za to dowiedzieć się od dyskutantów, jakie choroby uznaliby za "rzadkie" oraz jaką wysokość nakładów na leczenie uznaliby za "za wysoką", a także kogo "nie opłaca się" leczy. Odpowiedzi uzyskałam dość wymijające. Może Ty odpowiesz? > Prawdopodobieństwo nowotworu jest pewnie kilkadziesiąt razy większe niż uderzenia pioruna, a jednak ludzie dziwią się, że powinni się wcześniej sami ubezpieczać. Ciekawe czemu.Na przykład temu, że nasi ubezpieczyciele "dodatkowi"nie chcą o leczeniu nowotworów w swoich ramach rozmawiać. Spróbuj zaproponować zakres ubezpieczenia obejmujący leczenie nowotworu i przeszczep szpiku, lub wątroby. I posłuchaj, co usłyszysz. > Rozpowszechnić.Bardzo chętnie nabędę. Zapewne po kolejnych trzech podwyżkach będę mogła zacząć marzyć. Pozdrawiam >
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | |  | 1 na 1 | jkl; (5859 punktów) | >Tylko, ze 90% chorych dzieci nie pochodzi z rodzin "obciążonych". Wiem, to była taka uwaga na marginesie.
>Nie negowałam tutaj potrzeby ubezpieczń. Usiłowałam za to dowiedzieć się od dyskutantów, jakie choroby uznaliby za "rzadkie" oraz jaką wysokość nakładów na leczenie uznaliby za "za wysoką", a także kogo "nie opłaca się" leczy. Odpowiedzi uzyskałam dość wymijające. Może Ty odpowiesz? Nie. Odpowiedzi mógłby udzielić jedynie zimnokrwisty ekonomista, który poprowadziłby granicę opłacalności ściśle na poziomie braku strat i gwarancji stabilności systemu. Patrzyłby na same liczby, bez wnikania kto i na co. Tylko kto jest gotów zaakceptować odpowiedź?
>Na przykład temu, że nasi ubezpieczyciele "dodatkowi"nie chcą o leczeniu nowotworów w swoich ramach rozmawiać. Spróbuj zaproponować zakres ubezpieczenia obejmujący leczenie nowotworu i przeszczep szpiku, lub wątroby. I posłuchaj, co usłyszysz. Gdyby dodatkowe ubezpieczenie było powszechne, to sama ilość ubezpieczonych mogłaby generować zyski- w końcu większość nie ma "kosztownych" chorób. Z grubsza widzę to tak: niewielka składka do budżetu państwa na podstawowe funkcjonowanie szpitali, oraz obowiązkowe(?)ubezpieczenie indywidualne, od określonej minimalnej kwoty. Pewnie byłby potrzebne jakieś dodatkowe uregulowania, dopłaty z budżetu do niektórych chorób itp. ale generalnie chodzi o to, żeby nie zabierać pieniędzy pacjentowi, nie przepuszczać przez biurokratyczną, chłonną machinę i nie wydzielać mu niechętnie skromnych resztek.
|
|
| | | | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Nie. Odpowiedzi mógłby udzielić jedynie zimnokrwisty ekonomista, który poprowadziłby granicę opłacalności ściśle na poziomie braku strat i gwarancji stabilności systemu. Patrzyłby na same liczby, bez wnikania kto i na co.Ja Ci od razu mogę powiedzieć, co się najbardziej opłaca. Pogrzeb mianowicie, nawet płatny z ZUS. A my mamy tendencję do pyszczenia na istniejące regulacje, a wywołani w celu uczciwego popatrzenia samemu sobie w oczy - wijemy się jak węgorze. Chętnie poczekamy, aż twórcy koszyka nam ten koszyk stworzą, aby go potem skrytykować. > Tylko kto jest gotów zaakceptować odpowiedź?Ano. > Gdyby dodatkowe ubezpieczenie było powszechne, to sama ilość ubezpieczonych mogłaby generować zyski- w końcu większość nie ma "kosztownych" chorób.W Polsce co 5-ty człowiek zachoruje w ciągu swojego życia na nowotwór złośliwy. Tyle statystyka. > Z grubsza widzę to tak: niewielka składka do budżetu państwa na podstawowe funkcjonowanie szpitali, oraz obowiązkowe(?)ubezpieczenie indywidualne, od określonej minimalnej kwoty.> Pewnie byłby potrzebne jakieś dodatkowe uregulowania, dopłaty z budżetu do niektórych chorób itp. ale generalnie chodzi o to, żeby nie zabierać pieniędzy pacjentowi, nie przepuszczać przez biurokratyczną, chłonną machinę i nie wydzielać mu niechętnie skromnych resztek.Co do maszyny biurokratycznej - pełna zgoda. Obecnie zżera ona koszmarne kwoty, a nikogo wszak nie leczy. Potwora o nazwie NFZ - zlikwidować! Co do reszty - według mnie najlepszy jest model francuski. Widzaiłam w działaniu z obu stron (od strony świadczeniobiorców i świadczeniodawców). Poza tym bardzo skuteczna jest medycyna skandynawska, ale opiera się na bardzo wysokich podatkach i idei państwa opiekuńczego. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | |  | 2 na 2 | Robert Zawecki (4718 punktów) | Gubię się w tych drzewiastych wątkach, ale mam wrażenie, że nie tylko ja, bo stale muszę odpowiadać na bliźniacze pytania, więc uporządkujmy nieco. 1. Koszt leczenia i ryzyko Nie ma większego problemu z policzeniem kosztu jednostkowego leczenia, bo nawet NFZ to robi. Nie każdemu się udaje wyzdrowieć, ale nie jest to problem obliczeniowy. a) raki tarczycy 96% - 100/96 = 104% jednostkowego leczenia b) białaczka u dzieci 85% = 118% c) nowotwory kości 50% = 200% d) glejaki u dzieci 33% = 300% Nie musisz być prorokiem i wiedzieć kto z leczonych wyzdrowieje, bo do kalkulacji wystarczające są powyższe dane. Szczęśliwie uzdrowiony posiadacz nowotworu kości musi pokryć koszt leczenia dwóch osób, a ten z glejakiem aż 3 osób. 2. Jak płacić Wyliczony jak wyżej koszt leczenia należy przedstawić pacjentowi wraz z informacją o szansach wyleczenia. A następnie przedstawić mu informację o tym: - ile środków ma zgromadzonych na swoim koncie ubezpieczeniowym; - ile składek zdoła jeszcze uzbierać po wyleczeniu; - i ile ewentualnie musiałby dopłacić ze środków własnych. Do rozważenia jest też możliwość przenoszenia środków ubezpieczeniowych w układzie dziecko - rodzic. 3. Co leczyć a co nie leczyć Nie ma takiego dylematu! Nie podejmujemy za pacjenta decyzji o leczeniu lub nie, o przeszczepianiu lub nie, itd.. Przedstawiamy pacjentowi stan zdrowotny i rokowania, przedstawiamy bilans kosztowy i składniki finansowania, a następnie pacjent - współdziałając z lekarzem i rodziną - podejmuje decyzje o finansowaniu leczenia. Oczywiście ten system nie wyklucza filantropii i fundacji niosących wsparcie. > Mam nadzieję, ze nie przyjdzie mi nigdy grać w sztuce, której Ty będziesz reżyserem.Nie możesz wiedzieć, czy by Ci się nie spodobało.  Trudno o porozumienie lekarza z ekonomistą w dziedzinie finansowania leczenia, jednak takie porozumienie jest konieczne. Inaczej dalej będziemy żyć chowając głowę w piasek i rżnąć głupa. > Pogratulować.Wiem jaki jest stan służby zdrowia i wiem jak mało zdolna jest do udzielenia pomocy, dlatego zawsze zwracałem uwagę na zabezpieczenie się na wypadek różnych przeciwności losu. Polecam wszystkim!
|
|
| | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | Nie bardzo rozumiem, skąd będziesz wiedział, czy delikwent będzie w stanie dalej zbierać składki. Wobec takiej niepewności nie wiem, jak kalkulujesz ewentualną odpłatność - jak umrze lub zostanie kaleką zabieramy mu więcej, jak się wyleczy i będzie pracował - mniej? > Do rozważenia jest też możliwość przenoszenia środków ubezpieczeniowych w układzie dziecko - rodzic.Czyżbyś jednak postanowił ułaskawić dzieci, przynajmniej te, które mają ubezpieczonych rodziców, skłonnych dodatkowo do udzielenia potomstwu pomocy, oczywiście po oszacowaniu, czy przypadkiem nie opłaca się raczej "zrobić nowe"? > >Mam nadzieję, ze nie przyjdzie mi nigdy grać w sztuce, której Ty będziesz reżyserem.> Nie możesz wiedzieć, czy by Ci się nie spodobało.  Jestem kobietą, a w Twojej reżyserii to rodzaj "podludzia", tylko odrobinę lepszego niż dziecko. Dziękuję, ale nie skorzystam. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Nie bardzo rozumiem, skąd będziesz wiedział, czy delikwent będzie w stanie dalej zbierać składki. Wobec takiej niepewności nie wiem, jak kalkulujesz ewentualną odpłatność - jak umrze lub zostanie kaleką zabieramy mu więcej, jak się wyleczy i będzie pracował - mniej? Albowiem nie patrzę jednostkowo, ale poprzez model statystyczny. Jeśli szansa wyleczenia wynosi 50%, to z dwóch pacjentów przeżyje jeden i musi zapłacić za obie kuracje. Inne % patrz wyżej.
>Czyżbyś jednak postanowił ułaskawić dzieci, przynajmniej te, które mają ubezpieczonych rodziców, skłonnych dodatkowo do udzielenia potomstwu pomocy, oczywiście po oszacowaniu, czy przypadkiem nie opłaca się raczej "zrobić nowe"? Twój sarkazm jest przesadny. Nigdy nie odmawiałem dzieciom leczenia. Jednak jestem przeciw przekraczaniu granic rozsądku. Miałem kiedyś taką pacjentkę - mamusia z dzieckiem o wodogłowiu większym niż piłka plażowa. Głowa ledwie weszła do otworu TK. Trzeba uczciwie powiedzieć, że prawdziwy wynik powinien brzmieć: w badaniu KT mózgu nie stwierdzono. Dało się zauważyć ledwie resztki pnia. Jednak wbrew logice to stworzenie samodzielnie oddychało. Matka latała po wszystkich możliwych lekarzach, robiła wszystkie możliwe badania i wymuszała stwierdzenia o... życiu. Było to tragicznie beznadziejne. Takie wodogłowie nie powstaje z dnia na dzień, ktoś katastrofalnie zawalił sprawę, a później leczył sumienie... Tylko dlaczego mamy za to wszystko płacić, a tym samym odmawiać badań osobom, którym mogłyby pomóc?
>Jestem kobietą, a w Twojej reżyserii to rodzaj "podludzia", tylko odrobinę lepszego niż dziecko. Dziękuję, ale nie skorzystam. Nie znajdziesz żadnej mojej wypowiedzi na poparcie swojej tezy. Zaskoczyłaś mnie, postrzegałem Cię raczej w bardziej racjonalnych kategoriach.
|
|
| | | | | | | | | | | |  | 1 na 1 | sukulent (2309 punktów) | > Albowiem nie patrzę jednostkowo, ale poprzez model statystyczny. Jeśli szansa wyleczenia wynosi 50%, to z dwóch pacjentów przeżyje jeden i musi zapłacić za obie kuracje. Inne % patrz wyżej.No dobrze, to czy to oznacza, ze ten umarły płacił nie będzie w ogóle? > Twój sarkazm jest przesadny. Nigdy nie odmawiałem dzieciom leczenia.Jakoś Twoje odpowiedzi na moje pytanie o leczenie dzieci nie przedstawiały propozycji tegoż, a jedynie propozycje zrobienia kolejnego dziecka. Z Twojej obecnej wypowiedzi rozumiem, że nie tak chciałeś być zrozumiany? > Jednak jestem przeciw przekraczaniu granic rozsądku.Zgadzam się. Jednak tutaj po prostu lekarz powiniem odmówić kolejnych badań ze względów merytorycznych, a nie ekonomicznych. To nie było "umiem pomóc, ale ze względu na finanse nie pomogę", tylko "nic się nie da zrobić". Coś my się rozmijamy z wzajemnym zrozumieniem w tej dyskusji. > Tylko dlaczego mamy za to wszystko płacić, a tym samym odmawiać badań osobom, którym mogłyby pomóc?Trzeba się zapytać tych, którzy dla świętego spokoju temu dziecku te badania zlecali - jakież to względy merytoryczne nimi kierowały. > Nie znajdziesz żadnej mojej wypowiedzi na poparcie swojej tezy.A to nie z Tobą dyskutowałam w wątku "Prawa kobiet"? I nie Ty pisałeś w tym wątku, że jako kobieta czegoś tam nie rozumiem? > Zaskoczyłaś mnie, postrzegałem Cię raczej w bardziej racjonalnych kategoriach.Myślę, że przeżyjesz to bez trudu. Ja z resztą też  Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka") )
|
|
| | | | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | > No dobrze, to czy to oznacza, ze ten umarły płacił nie będzie w ogóle?A udało Ci się kiedyś wyegzekwować jakąś zapłatę od zmarłego człowieka? Można mu co najwyżej zabrać resztę składek w funduszu. > Zgadzam się. Jednak tutaj po prostu lekarz powiniem odmówić kolejnych badań ze względów merytorycznych, a nie ekonomicznych. To nie było "umiem pomóc, ale ze względu na finanse nie pomogę", tylko "nic się nie da zrobić". Coś my się rozmijamy z wzajemnym zrozumieniem w tej dyskusji.Lekarzowi z ekonomistą trudno uzgodnić wspólne zdanie posługując się jednocześnie marsjańskim i wenusjańskim.  > Trzeba się zapytać tych, którzy dla świętego spokoju temu dziecku te badania zlecali - jakież to względy merytoryczne nimi kierowały.Żadne merytoryczne - wypłakana i wybłagana litość względem kobiety. Może nikt nie chciał być oskarżony o chęć robienia następnych dzieci zamiast leczenia. > A to nie z Tobą dyskutowałam w wątku "Prawa kobiet"? I nie Ty pisałeś w tym wątku, że jako kobieta czegoś tam nie rozumiem?Nie w tamtym wątku, ale w tym i podtrzymuję - kochająca kobieta nie potrafi odpuścić, zrozumieć, że czas przestać walczyć i leczyć, chce walczyć do końca, często absurdalnie. Ale ja to rozumiem. Natomiast nie rozumiem, dlaczego uważasz, że ta moja wypowiedź poniża kobiety? Postrzegam to zgoła odmiennie.
|
|
| | | | | | | | | | | | | |  | 1 na 1 | sukulent (2309 punktów) |
> A udało Ci się kiedyś wyegzekwować jakąś zapłatę od zmarłego człowieka? Można mu co najwyżej zabrać resztę składek w funduszu.Amerykanom się udało wyegzekwować od mojego kuzyna - nie widzę przeszkód. Tym bardziej, że wyniki leczenia, które Ci podałam dotyczą 5-cio letniego EFS (czyli przeżycia bez wznowy). Na praktykę przekłada się to tak, że najpierw jest leczenie (jeżeli upieramy się przy płaceniu z własnej kieszeni - zapłacić mogą wszyscy), a dopiero potem widać, co z tego wynikneło, czy wyleczenie jest trwałe. Jest pewien, nie duży, odsetek chorych, którzy w ogóle na leczenie nie reagują, u których następuje nieustanna progresja choroby pomimo leczenia. U dzieci to około 5% ogółu chorych. Tylko u nich kwestia jest jasna - leczenie nie jest skuteczne i należy go zaniechać. > Lekarzowi z ekonomistą trudno uzgodnić wspólne zdanie posługując się jednocześnie marsjańskim i wenusjańskim.  Lekarzowi z ekonomistą w ogóle trudno się jest dogadań, jak to już wcześniej bystrze zauważyłeś. Do momentu, kiedy ekonomista nie przyjdzie do lekarza z własną chorobą, jak mówi mi wieloletnie doświadczenie. Rozumiem, ze stratą czasu jest tłumaczenie Ci, że marsjański i wenusjański nie mają tu nic do rzeczy. > Żadne merytoryczne - wypłakana i wybłagana litość względem kobiety. Może nikt nie chciał być oskarżony o chęć robienia następnych dzieci zamiast leczenia.Acha. Rozumiem, że teraz powiesz mi, że ci niemerytoryczni lekarze, to były same kobiety, bo według Twojej retoryki mężczyźni nie towarzyszyli by przecież matce w jej obłędzie. Widzisz - w mojej osobie źle trafiasz - jestem merytoryczna do bólu w sprawie nie prowadzenia leczenia uporczywego, chociaż dużo mnie to kosztuje. Uważam, ze jest to moja powinność wobec pacjenta, nie tyle ekonomiczna, bo o tym myślę w ostatniej kolejności (jeszcze tak byłam szkolona), co ludzka - nie wolno nikogo niepotrzebnie męczyć. Jeżeli jednak widzę dla chorego szansę - niechby paro procentową - czepiam się jak pitbul i zwieram szczęki. Bo wielokorotnie już widziałam, jak taka szansa przekuwała się w sukces leczenia. Tak samo postępują moi koledzy rodzaju męskiego. > Nie w tamtym wątku, ale w tym i podtrzymuję - kochająca kobieta nie potrafi odpuścić, zrozumieć, że czas przestać walczyć i leczyć, chce walczyć do końca, często absurdalnie.W swojej obserwacji widzę to absolutnie fifty-fifty. Tatusiowie przeżywają kwestie niepowodzenia w leczeniu równie mocno jak matki, tak samo jak one chcą walczyć do końca, tak samo odbiega ich myślenie racjonalne, bywają wręcz agresywni w stosunku do argumentów merytorycznych. Jeden groził mi bronią. A tak na prawdę, to rodzice muszą się w tej kwestii porozumieć i tworzyć wspólny front, gdyż akurat w tej kwestii brak konsensusu jest wyjątkowo niszczący. > Natomiast nie rozumiem, dlaczego uważasz, że ta moja wypowiedź poniża kobiety? Postrzegam to zgoła odmiennie.Odnoszę wrażenie, ze odmawiasz kobietom (przynajmniej częściowo) zdolności merytorycznego myślenia. Przy czym zwróć uwagę, że odniosłeś to do mnie, czyli lekarza - strony z konieczności zaangażowanej emocjonalnie daleko mniej. To dość dziwne - najpierw dyskutujemy "jak równy z równym", a tu nagle wyskakuje argument - "jako kobiecie trudno ci to zarozumieć". Poczułam niesmak. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | > Amerykanom się udało wyegzekwować od mojego kuzyna - nie widzę przeszkód.To masz etat naczelnego windykatora!  Być może pamiętasz, że w moim systemie pieniądze pochodziły z trzech źródeł: - salda na koncie ubezpieczeniowym (można zabrać od razu); - ewentualnej dopłaty brakującej kwoty (zabieramy od razu); - sumy składek do wpłacenia przez dalszą część życia - i tu egzekucja od osoby zmarłej jest iluzoryczna. > Lekarzowi z ekonomistą w ogóle trudno się jest dogadań, jak to już wcześniej bystrze zauważyłeś. Do momentu, kiedy ekonomista nie przyjdzie do lekarza z własną chorobą, jak mówi mi wieloletnie doświadczenie. Rozumiem, ze stratą czasu jest tłumaczenie Ci, że marsjański i wenusjański nie mają tu nic do rzeczy.1) Dzięki za komplement. 2) Niektórzy w sytuacji zagrożenia tracą racjonalność, a innych to dodatkowo mobilizuje - zależy od indywidualnych predyspozycji, w tym krzywej odporności na stres. 3) Absolutną stratą czasu.  > Acha. Rozumiem, że teraz powiesz mi, że ci niemerytoryczni lekarze, to były same kobiety, bo według Twojej retoryki mężczyźni nie towarzyszyli by przecież matce w jej obłędzie.Nie. Powiedziałem Ci, że tymi lekarzami byli mężczyźni poddani kobiecemu szantażowi emocjonalnemu. > Widzisz - w mojej osobie źle trafiasz - jestem merytoryczna do bólu w sprawie nie prowadzenia leczenia uporczywego, chociaż dużo mnie to kosztuje. Uważam, ze jest to moja powinność wobec pacjenta, nie tyle ekonomiczna, bo o tym myślę w ostatniej kolejności (jeszcze tak byłam szkolona), co ludzka - nie wolno nikogo niepotrzebnie męczyć. Jeżeli jednak widzę dla chorego szansę - niechby paro procentową - czepiam się jak pitbul i zwieram szczęki. Bo wielokorotnie już widziałam, jak taka szansa przekuwała się w sukces leczenia. Tak samo postępują moi koledzy rodzaju męskiego.Moje szczere gratulacje. Jako lekarz powinnaś zrobić wszystko, aby uratować pacjenta. Natomiast jako ekonomista, nie mogę pozwolić Ci, abyś szanse na leczenie odebrała następnym pacjentom. Przy stałej puli środków - im więcej dasz jednemu, tym więcej musisz zabrać drugiemu. > Odnoszę wrażenie, ze odmawiasz kobietom (przynajmniej częściowo) zdolności merytorycznego myśleniaŁatwiej byłoby rozmawiać, gdybyś nie antycypowała u rozmówcy złej woli. > Poczułam niesmak.Jeżeli istnienie dwóch płci i wynikających z tego różnic jakoś Cię obraża, to przepraszam. Oczywiście istnienie różnic nie oznacza, że z definicji któraś z płci jest gorsza - dodaję to by nie dawać pożywki feministycznej antycypacji.
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | |  | 1 na 1 | sukulent (2309 punktów) | > Być może pamiętasz, że w moim systemie pieniądze pochodziły z trzech źródeł:> - salda na koncie ubezpieczeniowym (można zabrać od razu);> - ewentualnej dopłaty brakującej kwoty (zabieramy od razu);> - sumy składek do wpłacenia przez dalszą część życia - i tu egzekucja od osoby zmarłej jest iluzoryczna.Jeżeli przeczytałeś moje tłumaczenie dotyczące definicji podanych przeżywalności, natychmiast widzisz, że w takim razie do zabrania jest wszystko: dotychczas zapłacone składki + dopłata pobrana natychmiast i już nie jest ważne, czy pacjent przeżyje, czy nie. > Nie. Powiedziałem Ci, że tymi lekarzami byli mężczyźni poddani kobiecemu szantażowi emocjonalnemu.Och, sierotki biedne. Jakbym ja się próbowała zacząć tłumaczyć mojemu szefowi z niemerytorycznych działań szantażem emocjonalnym... > Jako lekarz powinnaś zrobić wszystko, aby uratować pacjenta. Natomiast jako ekonomista, nie mogę pozwolić Ci, abyś szanse na leczenie odebrała następnym pacjentom. Przy stałej puli środków - im więcej dasz jednemu, tym więcej musisz zabrać drugiemu.Jakoś na razie nie odbiera się nikomu szansy wyleczenia z powodu "wyprztykania się" na innych pacjentów. Przynajmniej nie słyszałam o takim wypadku. Teoretyzujemy więc. > >Odnoszę wrażenie, ze odmawiasz kobietom (przynajmniej częściowo) zdolności merytorycznego myślenia> Łatwiej byłoby rozmawiać, gdybyś nie antycypowała u rozmówcy złej woli.No dobrze, niczego nie antycypując, a także nie imputując proszę Cię o skomentowanie poniższej wypowiedzi w świetle pełnej zdolności merytorycznej kobiety do zrozumienia przedstawionego historycznego mechanizmu wielodzietności wobec znacznej śmiertelności dzieci i niemowląt. > Powiem bardzo brutalnie, jak dyżurny "niepoprawniak", ewolucyjnie rodziny decydowały się na posiadanie większej liczby dzieci, bo kiedy jednemu się nie powiedzie, to drugie przetrwa. Kobiecie to trudno zrozumieć. Ale często zamiast męczyć się całe życie z "uporczywą terapią", lepiej pozwolić takiemu dziecku odejść i postarać się o następne. To niezgodne z modną poprawnością, ale czasem warto spojrzeć poza opłotki europejskich metropolii i zrozumieć procesy jakie zachodzą.> Jeżeli istnienie dwóch płci i wynikających z tego różnic jakoś Cię obraża, to przepraszam.Rozumiem, że te różnice według Ciebie są widoczne w dyskusji na temat leczenia rzadko występujących kosztochłonnych chorób. Boję się więc, że nie będzie takiego tematu, który w końcu nie doczeka się Twojego podsumowania "kobiecie to trudno zrozumieć", które odsyła twojego kobiecego interlokutora z założenia do narożnika, bo przecież dyskutujemy coś, co Tobie zrozumieć łatwo, a mnie zrozumieć trudno. Nigdzie nie pisałam, że obraża mnie istnienie dwóch płci oraz różnic pomiędzy nimi, napisałam za to, że niesmakiem napełnia mnie fakt odwołania się przez Ciebie do argumentu różnic pomiędzy płciami w dyskusji o chorobach rzadko występujących i finansowaniu ich leczenia. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Jeżeli przeczytałeś moje tłumaczenie dotyczące definicji podanych przeżywalności, natychmiast widzisz, że w takim razie do zabrania jest wszystko: dotychczas zapłacone składki + dopłata pobrana natychmiast i już nie jest ważne, czy pacjent przeżyje, czy nie. Oczywiście, że przeczytałem i oczywiście, że nie masz racji. Statystycznie pacjenta uważa się za w pełni uleczonego po 5. latach. Natomiast lecząc młodą osobę z raka, pozostaje mu jeszcze 40 lat składkowych. Zatem jeśli umrze po 5 latach, to nie zdoła spłacić.
>Jakoś na razie nie odbiera się nikomu szansy wyleczenia z powodu "wyprztykania się" na innych pacjentów. Przynajmniej nie słyszałam o takim wypadku. Teoretyzujemy więc. Mylisz się - środki NFZ są określone i ograniczone. Zatem wydając środki na leczenie jednego chorego, ograniczasz pulę dyspozycyjną dla innych. To podstawowa cecha wszystkich systemów "solidarnościowych".
>No dobrze, niczego nie antycypując, a także nie imputując proszę Cię o skomentowanie poniższej wypowiedzi 1. Ludzkość ewolucyjnie wytworzyła mechanizm przetrwania polegający na możliwie dużej rozrodczości. W biednych rejonach świata, np. w Afryce, dalej ten model funkcjonuje. 2. Najbogatsze kraje, głównie Europy i Ameryki Pn, zaczęły stosować inny model. Model oparty na minimalnej liczbie dzieci, ale niezwykle wysokim poziomie inwestycji w te dzieci. 3. Każdy z tych modeli ma wady i zalety, ale patrząc demograficznie na ostatnie 50 lat, widać wyraźnie przewagę modelu ilościowego nad modelem jakościowym. Tak po prostu jest. 4. Jednak nawet w modelu jakościowym - wg mnie - można wyznaczyć granicę między pełnym zaangażowania ratowaniem dziecka a tzw. "uporczywą terapią". Jak choćby w tym przykładzie z wodogłowiem. 5. Współczesna medycyna potrafi podtrzymywać procesy życiowe (wegetacyjne) nawet przez kilkadziesiąt lat. Przez cały ten okres trwa destrukcyjna tragedia rodziny. Uważam, że zamiast np. przez 20 lat oddawać się beznadziejnej terapii dziecka, lepiej pogodzić się z jego odejściem i pomyśleć o posiadaniu następnego dziecka. Czyli de facto zrobić to, do czego Natura nas predysponowała i co od tysiącleci robiliśmy. 6. I dochodzimy do meritum. Uważam, że matka dziecka, czyli istoty powstałej i urodzonej z ciała tej matki, dodatkowo genetycznie uwarunkowana na ochronę tego dziecka, ma większą trudność mentalną w powiedzeniu "dość", niż ojciec dziecka, którego związki nie są tak bliskie. 7. Oczywiście nie determinuje to każdego przypadku i zdarzają się sytuacje, gdzie ojciec jest bardziej związany z dzieckiem niż matka. Jednak jeśli weźmiemy odpowiednio dużą populację, to ta różnica będzie oczywista. Wystarczy spojrzeć na statystyki rozwodowe pokazujące jak często dzieci zostają z matką, a jak rzadko z ojcem. Uff!
>Rozumiem, że te różnice według Ciebie są widoczne w dyskusji na temat leczenia Co widać powyżej.
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Oczywiście, że przeczytałem i oczywiście, że nie masz racji. Statystycznie pacjenta uważa się za w pełni uleczonego po 5. latach. Natomiast lecząc młodą osobę z raka, pozostaje mu jeszcze 40 lat składkowych. Zatem jeśli umrze po 5 latach, to nie zdoła spłacić.Chwileczkę. Zrozumiałam, że zamierzasz "przenosić" składkę z rodzica na dziecko? Więc coś tam ta młoda osoba już uskładane ma (z racji rodzica)? Poza tym zamierzasz wyrównać do barkującej kwoty poborem żywej gotówki? No to gdzie ten brak spłaty? > Mylisz się - środki NFZ są określone i ograniczone. Zatem wydając środki na leczenie jednego chorego, ograniczasz pulę dyspozycyjną dla innych. To podstawowa cecha wszystkich systemów "solidarnościowych".Zakłada, i słusznie, że niektórzy będą mieli tyle szczęścia, aby nie musieć wykorzystywać tych środków. > 1. Ludzkość ewolucyjnie wytworzyła mechanizm przetrwania polegający na możliwie dużej rozrodczości. W biednych rejonach świata, np. w Afryce, dalej ten model funkcjonuje.Tak, kobieta rozumie to bez trudu. > 2. Najbogatsze kraje, głównie Europy i Ameryki Pn, zaczęły stosować inny model. Model oparty na minimalnej liczbie dzieci, ale niezwykle wysokim poziomie inwestycji w te dzieci.Nadal rozumie > 3. Każdy z tych modeli ma wady i zalety, ale patrząc demograficznie na ostatnie 50 lat, widać wyraźnie przewagę modelu ilościowego nad modelem jakościowym. Tak po prostu jest.Przewagę w czym? W ilości chyba? Bo nie w długości życia, stanie zdrowia, wykształceniu, tym, co nazywamy "poziomem życia"? I teraz pytanie - czy ilość sama w sobie jest wartością? > 4. Jednak nawet w modelu jakościowym - wg mnie - można wyznaczyć granicę między pełnym zaangażowania ratowaniem dziecka a tzw. "uporczywą terapią". Jak choćby w tym przykładzie z wodogłowiem.Można. Kobieta dalej rozumie. > 5. Współczesna medycyna potrafi podtrzymywać procesy życiowe (wegetacyjne) nawet przez kilkadziesiąt lat. Przez cały ten okres trwa destrukcyjna tragedia rodziny. Uważam, że zamiast np. przez 20 lat oddawać się beznadziejnej terapii dziecka, lepiej pogodzić się z jego odejściem i pomyśleć o posiadaniu następnego dziecka. Czyli de facto zrobić to, do czego Natura nas predysponowała i co od tysiącleci robiliśmy.Tak, kobieta nadal rozumie, o czym piszesz. Zauważa też nieśmiało, ze dzieci nie zawsze giną w niemowlęctwie, kiedy rodzice nadal mają możliwości reprodukcyjne. Większość (statystyka) umiera w wieku kilkunastu lat (taki feralny wiek z punktu widzenia medycyny), kiedy "zrobienie nowego" już odpada. > 6. I dochodzimy do meritum. Uważam, że matka dziecka, czyli istoty powstałej i urodzonej z ciała tej matki, dodatkowo genetycznie uwarunkowana na ochronę tego dziecka, ma większą trudność mentalną w powiedzeniu "dość", niż ojciec dziecka, którego związki nie są tak bliskie.Powiedz to Janowi Kochanowskiemu. Temu z Czarnolasu. > Wystarczy spojrzeć na statystyki rozwodowe pokazujące jak często dzieci zostają z matką, a jak rzadko z ojcem.Uważasz, że ojcowie mniej kochają swoje dzieci? > Uff!Uff! > Co widać powyżej.Co widać powyżej? Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | > Chwileczkę. Zrozumiałam, że zamierzasz "przenosić" składkę z rodzica na dziecko?Autocytat:Do rozważenia jest też możliwość przenoszenia środków ubezpieczeniowych w układzie dziecko - rodzic. > Więc coś tam ta młoda osoba już uskładane ma (z racji rodzica)? Poza tym zamierzasz wyrównać do barkującej kwoty poborem żywej gotówki? No to gdzie ten brak spłaty?Autocytat:- ile składek zdoła jeszcze uzbierać po wyleczeniu; > Zakłada, i słusznie, że niektórzy będą mieli tyle szczęścia, aby nie musieć wykorzystywać tych środków.Ale tylko niektórzy! > Przewagę w czym? W ilości chyba? Bo nie w długości życia, stanie zdrowia, wykształceniu, tym, co nazywamy "poziomem życia"? I teraz pytanie - czy ilość sama w sobie jest wartością?W układzie ewolucyjnego przetrwania liczą się tylko dwa parametry: przystosowanie i w ślad za tym wzrost liczebności. > Tak, kobieta nadal rozumie, o czym piszesz. Zauważa też nieśmiało, ze dzieci nie zawsze giną w niemowlęctwie, kiedy rodzice nadal mają możliwości reprodukcyjne. Większość (statystyka) umiera w wieku kilkunastu lat (taki feralny wiek z punktu widzenia medycyny), kiedy "zrobienie nowego" już odpada.Oczywiście pod warunkiem, że ktoś czeka na dziecko do skończenia np. 36 lat. Jeśli zdecyduje się wcześniej to jak najbardziej ma jeszcze "drugą" szansę. Osobiście od razu zwiększyłem swoje szanse.  Poza tym, niezmiernie cieszę się, że kobieta rozumie, co mężczyzna pisze. > Powiedz to Janowi Kochanowskiemu. Temu z Czarnolasu.Jak wiemy z rozkładu normalnego, jednostki ekstremalne jak najbardziej występują, np. "ojcowie" tłukący niemowlaka o kant stołu, bo za głośno płacze. > Uważasz, że ojcowie mniej kochają swoje dzieci?Nieco inaczej!
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | |  | | Głąbiński (3538 punktów) | >W układzie ewolucyjnego przetrwania liczą się tylko dwa parametry: przystosowanie i w ślad za tym wzrost liczebności. Zdanie to dotyczy interesującego mnie zagadnienia "współzawodniczenia i mieszania się kultur", co skłania mnie do rozpoczęcia nowego wątku o takim właśnie tytule. Zapraszam!
Stach M. G.
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Do rozważenia jest też możliwość przenoszenia środków ubezpieczeniowych w układzie dziecko - rodzic.Z dziecka na rodzica? > Ale tylko niektórzy!Choroby rzadko występujące są rzadko występujące. Adrenoleukodystrofii mamy kilka przpadków w kraju, w ogóle trodno policzyć zachorowalność na rok. Zachorowalność na złośliwe glejaki u dzieci to koło 20 przpadków rocznie w Polsce (dla porównania u dorosłych 3 tys), w ogóle nowotworów wieku dziecięcego jest 1200-1300 rocznie w Polsce, dorosłych 120 tys nowych zachorowań. > W układzie ewolucyjnego przetrwania liczą się tylko dwa parametry: przystosowanie i w ślad za tym wzrost liczebności.Ewolucyjnego przetrwania? Mnie interesuje jednostka ludzka, a nie ewolucyjne przetrwanie. > od razu zwiększyłem swoje szanse.  I urodziłeś pięcioro dzieci, kalkulując stratę? > Nieco inaczej!Jak? Opisz, proszę. Gdybyś mógł w tym opisie nie używać odniesień do miłości macierzyńskiej (chętnie Ci opiszę vice-versa) typu "mniej" "bardziej", gdyż brak nam obiektywnych mierników. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >>Do rozważenia jest też możliwość przenoszenia środków ubezpieczeniowych w układzie dziecko - rodzic. >Z dziecka na rodzica? Do rozważenia, bowiem w sytuacji kryzysowej te relacje często odbiegają od racjonalizmu i są krótkowzroczne, a później trzeba darczyńców też leczyć, zatem warto byłoby przyjąć ograniczenie do 50% salda. Z drugiej strony część rodziców wcale nie musiałaby się zgadzać na przyjęcie darowizny.
>dorosłych 120 tys nowych zachorowań. I to już rzadkie nie jest, prawda? A jest jeszcze katalog pozostałych chorób, jest cała profilaktyka, itd.
>Ewolucyjnego przetrwania? Mnie interesuje jednostka ludzka, a nie ewolucyjne przetrwanie. Ciebie interesuje jednostka, a mnie całe populacje. Ekonomia operuje na całych populacjach, używając do tego metod statystycznych.
>I urodziłeś pięcioro dzieci, kalkulując stratę? Nie rodziłem, mam dwójkę swoich dzieci i szanse na następne.
>Jak? Opisz, proszę. Gdybyś mógł w tym opisie nie używać odniesień do miłości macierzyńskiej (chętnie Ci opiszę vice-versa) typu "mniej" "bardziej", gdyż brak nam obiektywnych mierników. Nie mam zamiaru wartościować miłości.
|
|
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) |
> I to już rzadkie nie jest, prawda? A jest jeszcze katalog pozostałych chorób, jest cała profilaktyka, itd.No właśnie - przeciwstawiałam Ci te dane. Profilaktyki pierwotnej chorób nowotworowych u dzieci nie ma ( zapobiegania występowania). Niektóre można wcześniej wykryć - właśnie w tym kierunku zbierała pieniądze WOŚP w tym roku - program będzie bardzo postępowy w skali świata i pewnie, poprzez wykrywanie wcześniejszch stadiów pozwoli na poprawę wyleczalności i ograniczenie kosztów leczenia - sam miód. U dorosłych profilaktyka to tym bardziej miód, bo poza wczesnym wykrywaniem możliwa jest redukcja zachorowań (jak z tą cytologią). Do tego profilaktyka nie jest szczególnie kosztochłonna - to w porównaniu z leczeniem groszowe sprawy. No to może stać nas jednak na leczenie tych chorób rzadko występujących (choćby nowotworów u dzieci), zamiast odsyłania ich do piachu? > mam dwójkę swoich dzieci i szanse na następne.Gratuluję, masz z czego tracić. > Nie mam zamiaru wartościować miłości.Prosiłam o opis, a nie wartościowanie. W celu zrozumienia, co to jest "inaczej".
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | |  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>>Solidaryzm nie jest sponsoringiem, ma swoje granice. Te granice wytycza efektywność ekonomiczna. >No to sie właśnie pytam - gdzie są te granice? Gdzie ta efektywność? A propos efektywności w opiece medycznej, to od dawna nurtuje mnie pytanie, dlaczego zewsząd co i rusz słychać, że nie ma ratowanie czyjegoś tam życia, a bezpłatnie leczymy taki np. zwykły katar? .
|
|
| | | | | |  | 1 na 1 | Robert Zawecki (4718 punktów) | >A propos efektywności w opiece medycznej, to od dawna nurtuje mnie pytanie, dlaczego zewsząd co i rusz słychać, że nie ma ratowanie czyjegoś tam życia, a bezpłatnie leczymy taki np. zwykły katar? Ten problem ma dwa oblicza. 1. Lekarz rodzinny dostaje na zajmowanie się Tobą przez rok ryczałtową kwotę 96zł (wypas!). I z punktu widzenia NFZ nie ma znaczenia ile razy pójdziesz do rodzinnego z katarem.
2. Prawdą jest, że poczekalnie specjalistów i szpitali pełne są "zakatarzonych" klientów. To z jednej strony kwestia mentalna, a z drugiej strony problem ze zdiagnozowaniem. Czasem nawet drobne objawy sygnalizują nadciąganie większej choroby.
|
|
| | | | | | |  | 1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>96zł (wypas!) Niewykluczone więc, że kosztem 1 życia mamy 10 tys. "wyleczonych" katarów.
>poczekalnie specjalistów i szpitali pełne są "zakatarzonych" A czy nie w popycie na zwolnienia lekarskie połowa problemu?
Nadmiernemu bieganiu do doktora i zwolnieniom może by ukręcono łeb, gdyby świadczenie za czas choroby wyznaczono na równym dla wszystkich poziomie zbliżonym do minimalnej krajowej. W końcu leżenie w łóżku i łykanie pigułek nie wymaga wysiłku, kwalifikacji ani odpowiedzialności. .
|
|
| | | | | | | |  | 1 na 1 | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Nadmiernemu bieganiu do doktora i zwolnieniom może by ukręcono łeb, gdyby świadczenie za czas choroby wyznaczono na równym dla wszystkich poziomie zbliżonym do minimalnej krajowej. W końcu leżenie w łóżku i łykanie pigułek nie wymaga wysiłku, kwalifikacji ani odpowiedzialności. Doświadczenia innych krajów pokazują, że rewelacyjne efekty przynosi refundowanie zwolnienia, ale dopiero począwszy od czwartego dnia choroby.
|
|
| | | | | | | | |  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>Doświadczenia innych krajów pokazują, że rewelacyjne efekty przynosi refundowanie zwolnienia, ale dopiero począwszy od czwartego dnia choroby. Nieco złożone, skłaniać może do kombinowania... A ciekawe, czy gdziekolwiek próbowano mojej metody (oraz dlaczego nie). .
|
|
| | | | | | | | | |  | 2 na 2 | jkl; (5859 punktów) | > >Doświadczenia innych krajów pokazują, że rewelacyjne efekty przynosi refundowanie zwolnienia, ale dopiero począwszy od czwartego dnia choroby.> Nieco złożone, skłaniać może do kombinowania... A ciekawe, czy gdziekolwiek próbowano mojej metody (oraz dlaczego nie).Twojej metody, i to w skrajnej postaci "zero kasy" doświadczają wszyscy, którzy nie pracują na etacie. I zapewniam Cię, że nie ma takiego kataru, który powstrzymałby przed doczołganiem się do roboty...
|
|
| | | | | | | | | | |  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
> Twojej metody, i to w skrajnej postaci "zero kasy" doświadczają wszyscy, którzy nie pracują na etacie.To oficjalnie bezrobotni, a ci w NFZ-owych rachubach się nie liczą. > I zapewniam Cię, że nie ma takiego kataru, który powstrzymałby przed doczołganiem się do roboty... Zdrowy kierunek, odtąd będą uważali by się nie przeziębić.  .
|
|
| | | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >To oficjalnie bezrobotni, a ci w NFZ-owych rachubach się nie liczą. Po pierwsze, jeśli nie pracują na etacie, to wcale nie muszą być bezrobotnymi - mogą prowadzić działalność, pracować na kontrakcie czy zleceniu.
Po drugie, od bezrobotnych składkę opłaca państwo (przynajmniej do niedawna tak było).
|
|
| | | | | | | | | | | | |  | Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>Po pierwsze, jeśli nie pracują na etacie, to wcale nie muszą być bezrobotnymi - mogą prowadzić działalność, pracować na kontrakcie czy zleceniu. Racja. Ale tacy chyba nie robią kolejek w przychodni.
>Po drugie, od bezrobotnych składkę opłaca państwo... Ci raczej nie pójdą zwolnienie, bo niby z czego ich zwalniać. .
|
|
| | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | > Nieco złożoneNieco złożone to jest przechodzenie na zasiłek chorobowy od 17 dnia, ale tylko dla osób, które w ubiegłym roku skończyły 50 lat. Reszta dostaje zasiłek później.
|
|
| | | | | |  | 1 na 1 | Głąbiński (3538 punktów) | >A propos efektywności w opiece medycznej, to od dawna nurtuje mnie pytanie, dlaczego zewsząd co i rusz słychać, że nie ma ratowanie czyjegoś tam życia, a bezpłatnie leczymy taki np. zwykły katar? Sądzę, że uzyskanie odpowiedzi na to pytanie jest utrudnione przez - widoczne również w wielu innych postach - nierozdzielne traktowanie działań administracyjnych i filantropii. Te pierwsze z natury muszą być "bezduszne" i aczkolwiek pozostawiają jakiś margines zdarzeń, w których konflikt sumienia z poczuciem sprawiedliwości urzędnika jest nieunikniony, to w całej masie muszą działać jak automat, którego niedostatki staramy się niwelować dobroczynnością. Prywatna zaś pomoc udzielana potrzebującym (tego głównie dotyczy przypadek będący zaczynem całego wątku) - odwrotnie - nie daje szansy na ustalenie obowiązujących każdego, a generuje wątpliwości: czy kieruję ją do właściwej osoby? czy udzielam jej w ilości naprawdę takiej, na jaką mnie stać? czy nie kieruję się w tym chwilowym odruchem, czy reklamą? itd. Z klei, jakby na granicy tych dwu, egzystuje konflikt sumienia prawodawcy. Mam tu na myśli kolejno: prawnika przygotowującego treść przepisów, parlamentarzysty, który ma zaakceptować lub odrzucić przedstawioną ustawę i w końcu - wyborcę, którego - jak myślę - dotyczy dramatyzm postawionego przez ciebie, cytowanego na wstępie postu, pytania.
Stach M. G.
|
|
| | | | | | |  | 1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>konflikt sumienia prawodawcy W przypadku władzy jest to zdrowy konflikt i należy go pielęgnować, a do tego niezbędna jest opozycja. .
|
|
 | |
3 na 3 | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) | > >uważam, że te setki tysięcy złotych wydane na podtrzymanie życia pięciorga dzieci >zostały zabrane tysiącom innych dzieci równie zasługującym na współczucie i pomoc. Czy jestem >bezdusznym materialistą przeliczającym wartość życia na pieniądze?
Chyba nie uda się znaleźć ani jednego specyficznego przypadku choroby, który z czystym sumieniem wykluczylibyśmy z finansowania ze środków publicznych. Ale ta metoda "od dołu", od szczegółu do ogółu prowadzi do horrendalnych pieniędzy na służbę zdrowia. Moim zdaniem najrozsądniejszym, i chyba jedynym, sposobem rozdziału środków jest określenie koszyka gwarantowanych świadczeń medycznych + zapewnienie środków na cele, nazwijmy je na chwilę "społeczno-polityczne" takie jak refundacja (na określonych warunkach) zapłodnienia in vitro, badania przesiewowe np. cytologiczne itp. Rzadkie przypadki pozostaną w sferze ryzyka każdego z nas. Możemy wtedy liczyć tylko na własne środki, różne fundacje, zbiórki publiczne itd. To nie materializm i proste przeliczanie życia ludzkiego na pieniądze, ale w końcu do pieniędzy temat się jednak sprowadza.
|
|
 | | sukulent (2309 punktów) | > Rzadkie przypadki pozostaną w sferze ryzyka każdego z nas. Możemy wtedy liczyć tylko na własne środki, różne fundacje, zbiórki publiczne itd.A co to są rzadkie przypadki? Ile na 100 000 na rok? Lub ile na rok w skali kraju ? Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
|  | 1 na 1 | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) | >>Rzadkie przypadki pozostaną w sferze ryzyka każdego z nas. Możemy wtedy liczyć tylko na własne środki, różne fundacje, zbiórki publiczne itd. >A co to są rzadkie przypadki? Ile na 100 000 na rok? Lub ile na rok w skali kraju ? > Nie podejmuję się takiego szacunku. Mnie chodziło o kierunek myślenia, żeby określoną (ograniczoną poborem składki zdrowotnej) kwotą objąć możliwie szerokie spektrum "chorowalności". To co "wystaje" jako rzadkie/nietypowe/jednostkowe jest tą strefą ryzyka każdego z nas.
|
|
| |  | 1 na 1 | sukulent (2309 punktów) | > Nie podejmuję się takiego szacunku. Mnie chodziło o kierunek myślenia, żeby określoną (ograniczoną poborem składki zdrowotnej) kwotą objąć możliwie szerokie spektrum "chorowalności". To co "wystaje" jako rzadkie/nietypowe/jednostkowe jest tą strefą ryzyka każdego z nas.Twórcy naszego koszyka nie rekrutują się w końcu z lewej strony krzywej Gausa, wobec tego tego typu "kierunek myślenia" też im przyszedł do głowy. Tyle tylko, ze łatwo to jest napisać coś na forum. Wziąć odpowiedzialność za konkretne ustalenia jest już mniej fajnie. Stąd moje pytanie o konkret - próba namówienia Cię do nieco większego wysiłku, gdybyś był tak miły, aby go podjąć. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | |  | 1 na 1 | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) |
>Twórcy naszego koszyka nie rekrutują się w końcu z lewej strony krzywej Gausa, wobec tego tego typu "kierunek myślenia" też im przyszedł do głowy. Tyle tylko, ze łatwo to jest napisać coś na forum. Wziąć odpowiedzialność za konkretne ustalenia jest już mniej fajnie. Stąd moje pytanie o konkret - próba namówienia Cię do nieco większego wysiłku, gdybyś był tak miły, aby go podjąć. > Pisałem, że nie mam wiedzy na temat "jednostek chorobowych". Ja, moja rodzina i moi znajomi, wszyscy są zdrowi. Jeśli nalegasz, to poczynię "większy wysiłek" i podam kilka przykładów oszczędzania wydatków, a tym samym wzbogacenia koszyka świadczeń gwarantowanych; ergo - stałe ograniczanie listy chorób wykluczonych z pełnego refinansowania 1. Refundowanie kosztów leczenia za granicą tylko do wysokości kosztów za takie samo leczenie w kraju. 2. Dopuszczenie na listy leków refundowanych tanich polskich zamienników (vidi najświeższy skandal z sądowym zakazem sprzedaży polskiego leku po skardze zachodniego producenta). 3. Komercjalizacja (nie utożsamiać z prywatyzacją!)szpitali i zaprzestanie ich nieustannego oddłużania. 4. Potraktowanie szpitala, jak "fabryki", czyli praca pełną parą przynajmniej na dwie pełne zmiany. Żaden "fabrykant" nie pozwoliłby sobie, żeby kosztowne maszyny i urządzenia (a takich w szpitalach masowo przybywa) pracowały tylko przez klika godzin na dobę.
|
|
| | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > 1. Refundowanie kosztów leczenia za granicą tylko do wysokości kosztów za takie samo leczenie w kraju.Na tym faktycznie dostajemy "w kufer" aż się kurzy. Toż samo dostajemy "w kufer" za leczenie cudzoziemców, bo możemy sobie odebrać tylko tyle, ile NFZ sobie je szacuje. Wszystkie kraje Unii na nas zarabiają. W Twoim pomyśle widzę dwie dziury: pierwsza to ustawodawstwo unijne, które zakłada zwrot kosztów ustalonych w danym kraju za daną procedurę (czyli teoretycznie - poniesionych) na poziomie międzypaństwowym, druga to kwestia szacunków procedur, które są u nas po prostu zaniżone i jako takie długo się nie uchowają. > 2. Dopuszczenie na listy leków refundowanych tanich polskich zamienników (vidi najświeższy skandal z sądowym zakazem sprzedaży polskiego leku po skardze zachodniego producenta).Za. Pod warunkiem, że są równie skuteczne i mają porównywalne powikłania. Miałam do czynienia z jednym takim zamiennikiem, po którym chorzy mieli śpiączki i napady padaczkowe. Fajnie nie było. Muszą więc istnieć bardzo dobre metody kontroli. > 3. Komercjalizacja (nie utożsamiać z prywatyzacją!)szpitali i zaprzestanie ich nieustannego oddłużania.Tutaj trzeba się zatrzymać i popatrzeć, skąd biorą się długi danej jednostki. Jeżeli powstają w wyniku tego, ze NFZ płaci za wykonane procedury z ponad rocznym opóźnieniem (dość popularne) a taka elektrownia, wodociągi i hurtownie farmaceutyczne chcą pieniędzy już i naliczają odsetki - to co? > 4. Potraktowanie szpitala, jak "fabryki", czyli praca pełną parą przynajmniej na dwie pełne zmiany. Żaden "fabrykant" nie pozwoliłby sobie, żeby kosztowne maszyny i urządzenia (a takich w szpitalach masowo przybywa) pracowały tylko przez klika godzin na dobę.Tu się nie da tak prosto. Oczywiście popieram do godziny powiedzmy 20.00. Zabiegi operacyjne wykonywane w nocy mają zawsze wyższe ryzyko z powodu psycho-fizycznej wydolności operatora, która jest wtedy po prostu obniżona. To samo ocena badania obrazowego przez radiologa. To samo rozpisywanie leków do podania. Zbyt wiele się ryzykuje. Poza tym praca "zmianowa" wymaga bardzo dużej ilości kadry, której zwyczajnie nie mamy. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | |  | | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) | > >>4. Potraktowanie szpitala, jak "fabryki", czyli praca pełną parą przynajmniej na dwie pełne zmiany. Żaden "fabrykant" nie pozwoliłby sobie, żeby kosztowne maszyny i urządzenia (a takich w szpitalach masowo przybywa) pracowały tylko przez klika godzin na dobę. >Tu się nie da tak prosto. Oczywiście popieram do godziny powiedzmy 20.00. Zabiegi operacyjne wykonywane w nocy mają zawsze wyższe ryzyko z powodu psycho-fizycznej wydolności operatora, która jest wtedy po prostu obniżona. To samo ocena badania obrazowego przez radiologa. To samo rozpisywanie leków do podania. Zbyt wiele się ryzykuje. Poza tym praca "zmianowa" wymaga bardzo dużej ilości kadry, której zwyczajnie nie mamy. > Niech będzie przynajmniej do 20.00. Co do brakującej kadry to są dwa proste wyjścia: 1. Zamknąć najgorsze (co do warunków i wyników) szpitale i zgromadzić kadrę w tych lepszych, dłużej pracujących. Oszczędzimy w ten sposób ogromne pieniądze. 2. Zwiększyć nabór na uczelniach medycznych (lekarze, pielęgniarki). Po co nam np. setki modnych wydziałów zarządzania, PR i tym podobnych, po których skończeniu i tak nie ma pracy. Nakłady na ich utrzymanie przeznaczyć na dofinansowanie uczelni medycznych. Planowanie zapotrzebowania kraju na określone zawody to podstawowy obowiązek ministerstw oświaty i nauki.
|
|
| | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Niech będzie przynajmniej do 20.00. Co do brakującej kadry to są dwa proste wyjścia:> 1. Zamknąć najgorsze (co do warunków i wyników) szpitale i zgromadzić kadrę w tych lepszych, dłużej pracujących. Oszczędzimy w ten sposób ogromne pieniądze.To jest możliwe w obrębie tego samego miasta, trudniej, jeżeli placówki są od siebie oddalone. Do tego dochodzi kwestia wyszkolenia personelu - te "lepsze" szpitale są lepsze nie z jakiegoś tajemniczego powodu - głównie z powodu "lepszego" personelu. > 2. Zwiększyć nabór na uczelniach medycznych (lekarze, pielęgniarki). Po co nam np. setki modnych wydziałów zarządzania, PR i tym podobnych, po których skończeniu i tak nie ma pracy. Nakłady na ich utrzymanie przeznaczyć na dofinansowanie uczelni medycznych. Planowanie zapotrzebowania kraju na określone zawody to podstawowy obowiązek ministerstw oświaty i nauki.Nie wiem, jak jest teraz na Akademiach Medycznych- czy jest wystarczająca ilość chętnych. Do szkolenia pielęgniarskiego chętnych nie ma. Praca ciężka i niewdzięczna, kiepsko opłacana. Cały impet z niezadowolenia pacjenta tym czy owym idzie w pierwszym rzędzie na pielęgniarkę/pielęgniarza. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | |  | | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) |
>To jest możliwe w obrębie tego samego miasta, trudniej, jeżeli placówki są od siebie oddalone. Do tego dochodzi kwestia wyszkolenia personelu - te "lepsze" szpitale są lepsze nie z jakiegoś tajemniczego powodu - głównie z powodu "lepszego" personelu.
>Nie wiem, jak jest teraz na Akademiach Medycznych- czy jest wystarczająca ilość chętnych. Do szkolenia pielęgniarskiego chętnych nie ma. Praca ciężka i niewdzięczna, kiepsko opłacana. Cały impet z niezadowolenia pacjenta tym czy owym idzie w pierwszym rzędzie na pielęgniarkę/pielęgniarza. >
Nie twierdzę, że to wszystko jest proste. Kiedyś trzeba skończyć z gadaniem o reformie służby zdrowia i zacząć ją wdrażać. Życie właśnie pokazuje, że okresy nadmiaru miejsc pracy są rzadkie i krótkie. A praca jest ciężka nie tylko w szpitalu. Ludzie szybko nauczą się wybierać zawody (tym samym i studia), które nie tyle ładnie brzmią (np. magister zarządzania, czyli prezes in spe), co gwarantują zatrudnienie.
|
|
| | | | | | | |  | 1 na 1 | sukulent (2309 punktów) | > Nie twierdzę, że to wszystko jest proste. Kiedyś trzeba skończyć z gadaniem o reformie służby zdrowia i zacząć ją wdrażać.Ano. > Życie właśnie pokazuje, że okresy nadmiaru miejsc pracy są rzadkie i krótkie. A praca jest ciężka nie tylko w szpitalu. Ludzie szybko nauczą się wybierać zawody (tym samym i studia), które nie tyle ładnie brzmią (np. magister zarządzania, czyli prezes in spe), co gwarantują zatrudnienie.Tyle tylko, że do medycyny są potrzebne (jak do wszystkiego) pewne predyspozycje. Nie wszyscy je mają. Boję się, że nasi magistrowie zarządzania nie nadawali by się do automatycznego przeniesienia na medycynę. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | |  | 1 na 1 | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) |
>Tyle tylko, że do medycyny są potrzebne (jak do wszystkiego) pewne predyspozycje. Nie wszyscy je mają. Boję się, że nasi magistrowie zarządzania nie nadawali by się do automatycznego przeniesienia na medycynę. > Pewnie, że nie wszyscy. Ale skoro koniecznie chcą zarządzać, to otwórzmy dla nich na Akademiach Medycznych wydziały zarządzania służbą zdrowia. Nie ma nic gorszego, jak lekarz na stanowisku dyrektora szpitala. A taki dyplomowany "rządca" wyedukowany w tajnikach funkcjonowania szpitala, rozliczeniach z NFZ etc. będzie doskonałym dyrektorem.
|
|
| | | | | | | | | |  | | Zawecki (4718 punktów) | >Pewnie, że nie wszyscy. Ale skoro koniecznie chcą zarządzać, to otwórzmy dla nich na Akademiach Medycznych wydziały zarządzania służbą zdrowia. Nie ma nic gorszego, jak lekarz na stanowisku dyrektora szpitala. A taki dyplomowany "rządca" wyedukowany w tajnikach funkcjonowania szpitala, rozliczeniach z NFZ etc. będzie doskonałym dyrektorem. Pomysł jest wspaniały. Jednak musimy sprawić, aby był wykonalny, czyli sprawić by system ochrony zdrowia działał na zasadach ekonomicznych.
|
|
| | | | | | | | | |  | | liliac (147340 punktów) | >> >Pewnie, że nie wszyscy. Ale skoro koniecznie chcą zarządzać, to otwórzmy dla nich na Akademiach Medycznych wydziały zarządzania służbą zdrowia
Istnieją już i studia, i "podyplomówki" o takim charakterze. Choć o ich wartości merytorycznej nie mnie się wypowiadać.
|
|
| | | | | |  | | Zawecki (4718 punktów) | >1. Zamknąć najgorsze (co do warunków i wyników) szpitale i zgromadzić kadrę w tych lepszych, dłużej pracujących. Oszczędzimy w ten sposób ogromne pieniądze. Jak najbardziej za!
>2. Zwiększyć nabór na uczelniach medycznych (lekarze, pielęgniarki). Po co nam np. setki modnych wydziałów zarządzania, PR i tym podobnych, po których skończeniu i tak nie ma pracy. Nakłady na ich utrzymanie przeznaczyć na dofinansowanie uczelni medycznych. Planowanie zapotrzebowania kraju na określone zawody to podstawowy obowiązek ministerstw oświaty i nauki. Systemowo się nie zgadzam - to ludzie powinni wybierać kierunki studiów. Powinni również pokrywać koszty swoich wyborów, co w coraz większym stopniu robią. Dlaczego w takiej sytuacji chciałbyś mi odmówić prawa do studiowania np. historii sztuki Mozambiku?
|
|
| | | | | | |  | | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) | > >Systemowo się nie zgadzam - to ludzie powinni wybierać kierunki studiów. Powinni również pokrywać koszty swoich wyborów, co w coraz większym stopniu robią. Dlaczego w takiej sytuacji chciałbyś mi odmówić prawa do studiowania np. historii sztuki Mozambiku? > Możesz studiować, co tylko zechcesz. Mnie chodzi wyłącznie o to, że skoro nie mamy lekarzy, to państwo powinno zwiększyć wydolność uczelni medycznych i zachęcić młodych ludzi stypendiami do studiowania właśnie medycyny. Oceniam, że w Polsce jest przydatny, powiem więcej, niezbędny jeden specjalista od historii sztuki Mozambiku. Dlatego powinno być jedno (może nawet dwa) miejsca na odpowiednim wydziale. Wszystkich pozostałych miłośników tego ważnego zagadnienia zapraszam na płatne prywatne uczelnie.
|
|
| | | | | | | |  | | Zawecki (4718 punktów) | >Mnie chodzi wyłącznie o to, że skoro nie mamy lekarzy, to państwo powinno zwiększyć wydolność uczelni medycznych i zachęcić młodych ludzi stypendiami do studiowania właśnie medycyny. Całkowicie się z Tobą zgadzam! Z jednym zastrzeżeniem. Skoro z naszych podatków mamy ufundować stypendia dla studentów medycyny, to zapewnijmy sobie przynajmniej, że w zamian zasilą naszą służbę zdrowia. Jeśli my zapłacimy za stypendium, a oni pojadą do bogatszych krajów, to zostaniemy frajerami - nie sądzisz?
|
|
| | | | | | | | |  | 1 na 1 | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) |
>Całkowicie się z Tobą zgadzam! Z jednym zastrzeżeniem. Skoro z naszych podatków mamy ufundować stypendia dla studentów medycyny, to zapewnijmy sobie przynajmniej, że w zamian zasilą naszą służbę zdrowia. Jeśli my zapłacimy za stypendium, a oni pojadą do bogatszych krajów, to zostaniemy frajerami - nie sądzisz?
Bardzo proste. Ja (państwo) pomagam ci (studencie) skończyć bardzo dla mnie (państwa) kosztowne studia. Ty (studencie) zobowiązujesz się pracować w moim (polskim) szpitalu .......lat. Jeśli dasz wcześniej nogę, zwracasz mi moje (państwa) koszty, w wysokości..........PLN. I tu następują podpisy wysokich stron Umowy. Punkt.
|
|
| | | | | | | | | |  | 1 na 1 | liliac (147340 punktów) | > >Całkowicie się z Tobą zgadzam! Z jednym zastrzeżeniem. Skoro z naszych podatków mamy ufundować stypendia dla studentów medycyny, to zapewnijmy sobie przynajmniej, że w zamian zasilą naszą służbę zdrowia. Jeśli my zapłacimy za stypendium, a oni pojadą do bogatszych krajów, to zostaniemy frajerami - nie sądzisz?> Bardzo proste. Ja (państwo) pomagam ci (studencie) skończyć bardzo dla mnie (państwa) kosztowne studia. Ty (studencie) zobowiązujesz się pracować w moim (polskim) szpitalu .......lat. Jeśli dasz wcześniej nogę, zwracasz mi moje (państwa) koszty, w wysokości..........PLN. I tu następują podpisy wysokich stron Umowy. Punkt.To marny pomysł- -primo- to wprowadźmy od razu takie laurki dla wszystkich studentów wszystkiego, bo wprowadzenie dla jednej tylko z grup może się okazać niekonstytucyjne; czemu ty nie chcesz płacić za studenta medycyny, a ja mam chcieć płacić za inżyniera/historyka/polonistę, którzy także wyjeżdżają? -secundo- na ile lat pracy takie zobowiązanie? Na 6? Fajnie- akurat się zdąży specjalizację zrobić  Wiadomo- na Zachodzie lepszą pracę się znajduje, kiedy się jest specjalistą  Na więcej? Cóż rok-dwa po specjalizacji można ewentualnie zaakceptować, ale więcej? To ja dziękuję za to stypendium- można je oddać?
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | Wcześniej już pisałem o 3 wariantach: 1) Stypendia dla najlepszych - i będę tego bronił przed ortodoksami  2) Samopłacenie, np. z kredytu studenckiego 3) Kontrakt między studentem a przyszłym pracodawcą. Oczywiście powinno to dotyczyć wszystkich studentów. Jak długo spłacać kontrakt? To proste i policzalne. W czasie studiów powstaje kapitał pożyczkowy, np. 5 * 12 * 1000zł = 60.000zł. Następnie student idzie do pracy i dostaje wynagrodzenie. Z tego wynagrodzenia 50% idzie na spłatę, ale ma pozostać nie mniej niż minimalna krajowa. Tylko od zdolności i pracowitości młodego pracownika zależy czas spłacenia tego kontraktu.
|
|
| | | | | | | | | | | |  | | liliac (147340 punktów) | > Wcześniej już pisałem o 3 wariantach:> 1) Stypendia dla najlepszych - i będę tego bronił przed ortodoksami  > 2) Samopłacenie, np. z kredytu studenckiego> 3) Kontrakt między studentem a przyszłym pracodawcą.> Oczywiście powinno to dotyczyć wszystkich studentów.> Jak długo spłacać kontrakt? To proste i policzalne. W czasie studiów powstaje kapitał pożyczkowy, np. 5 * 12 * 1000zł = 60.000zł.> Następnie student idzie do pracy i dostaje wynagrodzenie. Z tego wynagrodzenia 50% idzie na spłatę, ale ma pozostać nie mniej niż minimalna krajowa. Tylko od zdolności i pracowitości młodego pracownika zależy czas spłacenia tego kontraktu.> Póki trzymasz się bezzwrotnych stypendiów dla najlepszych, nie widzę problemu. Tylko te lata spłacania rozłóż dla medyków inaczej, bo oni studiują 6 lat, a potem mają rok stażu, gdy zarabiają poniżej połowy średniej krajowej. Co więcej, potem- na rezydenturze (jeśli nie dorabiają sobie dyżurami i przychodniami) też średniej krajowej nie mają
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Głąbiński (3538 punktów) | >... wprowadzenie dla jednej tylko z grup może się okazać niekonstytucyjne; Z odwołaniem się do konstytucji to stanowczo przesada: postulat równości nie oznacza przecież, że wszyscy muszą otrzymywać jednakowe wynagrodzenia. A stypendium - jak sadzę - należy w rozumieniu przepisów prawa do tej samej kategorii, co płace.
Stach M. G.
|
|
| | | | | | | | | | | |  | | liliac (147340 punktów) | > >... wprowadzenie dla jednej tylko z grup może się okazać niekonstytucyjne;> Z odwołaniem się do konstytucji to stanowczo przesada: postulat równości nie oznacza przecież, że wszyscy muszą otrzymywać jednakowe wynagrodzenia. A stypendium - jak sadzę - należy w rozumieniu przepisów prawa do tej samej kategorii, co płace.> Stach M. G.No jeśli to nie jest obowiązkowe stypendium, to nie ma problemu  Myślałam, że mówisz o płaceniu za studia.
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Andrzej Wendrychowicz (6624 punktów) |
> To marny pomysł-> -primo- to wprowadźmy od razu takie laurki dla wszystkich studentów wszystkiego, bo wprowadzenie dla jednej tylko z grup może się okazać niekonstytucyjne; czemu ty nie chcesz płacić za studenta medycyny, a ja mam chcieć płacić za inżyniera/historyka/polonistę, którzy także wyjeżdżają?> -secundo- na ile lat pracy takie zobowiązanie? Na 6? Fajnie- akurat się zdąży specjalizację zrobić Wiadomo- na Zachodzie lepszą pracę się znajduje, kiedy się jest specjalistą Na więcej? Cóż rok-dwa po specjalizacji można ewentualnie zaakceptować, ale więcej? To ja dziękuję za to stypendium- można je oddać?> Ależ masz rację. Mój pomysł realizacyjny jest bardzo dziurawy. Chodziło mi wyłącznie o sposób podejścia do państwowego szkolnictwa wyższego, czyli finansowanego z budżetu. Siła robocza, także ta najbardziej wykształcona jest takim samym zasobem narodowym, jak np. bogactwa naturalne i należy świadomie nim zarządzać (planować, wykorzystywać). Jeśli gospodarce (narodowej) brakuje lub ma zabraknąć lekarzy (o czym debatowaliśmy), to należy zwiększyć ich "produkcję", stosując podobne bodźce, jak przy zachęcaniu hodowców, żeby zwiększyli mleczność krów (porównanie świadomie prowokacyjne).
|
|
| | | | | | | | |  | | liliac (147340 punktów) | >>Mnie chodzi wyłącznie o to, że skoro nie mamy lekarzy, to państwo powinno zwiększyć wydolność uczelni medycznych i zachęcić młodych ludzi stypendiami do studiowania właśnie medycyny. >Całkowicie się z Tobą zgadzam! Z jednym zastrzeżeniem. Skoro z naszych podatków mamy ufundować stypendia dla studentów medycyny, to zapewnijmy sobie przynajmniej, że w zamian zasilą naszą służbę zdrowia. Jeśli my zapłacimy za stypendium, a oni pojadą do bogatszych krajów, to zostaniemy frajerami - nie sądzisz?
Rozumiem, że chodzi ci o dodatkowe stypendia- tzn. ponad te standardowe dla najlepszych?
|
|
| | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Rozumiem, że chodzi ci o dodatkowe stypendia- tzn. ponad te standardowe dla najlepszych? Nie, zgodnie z dopowiedzeniem Andrzeja, to jest kontrakt między studentem medycyny a przyszłym pracodawcą (państwem).
|
|
| | | | | | | | | | |  | | liliac (147340 punktów) | >>Rozumiem, że chodzi ci o dodatkowe stypendia- tzn. ponad te standardowe dla najlepszych? >Nie, zgodnie z dopowiedzeniem Andrzeja, to jest kontrakt między studentem medycyny a przyszłym pracodawcą (państwem).
W takim razie podobne kontrakty muszą obowiązywać wszystkich studentów państwowych uczelni. Dlaczego tylko medycyny?? Twoja propozycja systemu chyba zdaje mi się sensowniejsza.
|
|
| | | | | | | | | | | |  | 1 na 1 | Robert Zawecki (4718 punktów) | Absolutnie wszystkich, nie ma to czy tamto. Poza tym jeśli w danym zawodzie byłyby nadwyżki, to państwo mogłoby ograniczyć kontraktowanie, a środki przeznaczyć na zawody deficytowe.
|
|
| | | | |  | 1 na 1 | Zawecki (4718 punktów) | > Tutaj trzeba się zatrzymać i popatrzeć, skąd biorą się długi danej jednostki. Jeżeli powstają w wyniku tego, ze NFZ płaci za wykonane procedury z ponad rocznym opóźnieniem (dość popularne) a taka elektrownia, wodociągi i hurtownie farmaceutyczne chcą pieniędzy już i naliczają odsetki - to co?Z tą popularnością rocznych opóźnień to grubo przesadzasz. Zdarzają się takie przypadki, ale znane mi są w sporej części winą jednostek medycznych. A jeśli biorą się z nieefektywnego wykorzystywania środków i z mało wydajnej pracy pracowników? Już słyszę Twój krzyk!  Ale moje doświadczenie jest takie, że na słabszych oddziałach pałęta się cała chmara mało użytecznych osób. A dla odmiany oddziały robiące najwięcej operacji czy zabiegów zatrudniają relatywnie mniej osób. > Tu się nie da tak prosto. Oczywiście popieram do godziny powiedzmy 20.00Dwie zmiany są tym minimum. Dlaczego wszyscy mamy brać urlopy na korzystanie z lekarzy? Sprzęt też lepiej amortyzować przy większym obciążeniu. A jeśli personelu jest za mało, to znaczy, że placówek medycznych jest za dużo. Trzeba likwidować i będą dodatkowe oszczędności. W Szczecinie likwidowany jest trzeci szpital i bardzo dobrze, bo dwa z nich były do niczego, a trzeci zbyt mały. Jeśli chcemy być diagnozowani nowoczesnym i drogim sprzętem to musi on pracować.
|
|
| | | | | |  | 1 na 1 | sukulent (2309 punktów) | > Z tą popularnością rocznych opóźnień to grubo przesadzasz. Zdarzają się takie przypadki, ale znane mi są w sporej części winą jednostek medycznych.A wiesz, jak wygląda ta wina? Piszesz sprawozdanie z działalności całego oddziału, czy kliniki za miesiąc działalności. Pomyłka w jednym rekordzie pod postacią przesunięcia przecinka powoduje odrzucenie całego sprawozdania, a nie tej jednej procedury. Popularna jest teżm metoda nie płacenia za to, co co się należy i czekanie na sąd. Sąd płatność przyznaje - czemu nie- po jakiś czterech-pięciu latach. > A jeśli biorą się z nieefektywnego wykorzystywania środków i z mało wydajnej pracy pracowników? Już słyszę Twój krzyk! Ale moje doświadczenie jest takie, że na słabszych oddziałach pałęta się cała chmara mało użytecznych osób. A dla odmiany oddziały robiące najwięcej operacji czy zabiegów zatrudniają relatywnie mniej osób.A jaki krzyk - chyba aprobaty! Oczywiście, że masz rację. Pałęta się kupa darmozjadów - zarówno w personelu "białym", jak i administracyjnym. Tyle, ze taki darmozjad zwykle jest też marnym fachowcem. > Dwie zmiany są tym minimum. Dlaczego wszyscy mamy brać urlopy na korzystanie z lekarzy? Sprzęt też lepiej amortyzować przy większym obciążeniu. A jeśli personelu jest za mało, to znaczy, że placówek medycznych jest za dużo. Trzeba likwidować i będą dodatkowe oszczędności. W Szczecinie likwidowany jest trzeci szpital i bardzo dobrze, bo dwa z nich były do niczego, a trzeci zbyt mały. Jeśli chcemy być diagnozowani nowoczesnym i drogim sprzętem to musi on pracować.Będę się upierać przy 20.00. Jakość wykonanej usługi jest w końcu bardzo ważna, a duża większość ludzi ma obniżoną zdolność optymalnego wykorzystywania swoich możliwości w godzinach nocnych. Co zaś do urlopów - zgadzam się. Tyle, ze dotyczy to wszystkiego - nie tylko lekarzy. Proszę o urzędy do 20.00, żłobki i przedszkola do 20.00... Dochodzimy tutaj do pewnej paranoi, bo wypada poprosić także o szkoły do 20.00, a dawno już zostało udowodnione, ze najlepiej się uczyć w godzinach średnio-porannych. Dziecko zgłębiające tajniki wojen punickich o 18.00 będzie miało w plecy. I nie bardzo wyobrażam sobie te powroty ze szkoły po 20.00... Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | |  | | liliac (147340 punktów) |
>Będę się upierać przy 20.00. Jakość wykonanej usługi jest w końcu bardzo ważna, a duża większość ludzi ma obniżoną zdolność optymalnego wykorzystywania swoich możliwości w godzinach nocnych. >Co zaś do urlopów - zgadzam się. Tyle, ze dotyczy to wszystkiego - nie tylko lekarzy. Proszę o urzędy do 20.00, żłobki i przedszkola do 20.00... Dochodzimy tutaj do pewnej paranoi, bo wypada poprosić także o szkoły do 20.00, a dawno już zostało udowodnione, ze najlepiej się uczyć w godzinach średnio-porannych.
Ja też poproszę o te urzędy do 20:00; bo, o ile przychodnie i lekarzy o 18:00 jeszcze można znaleźć, to z urzędami już tak różowo nie jest.
|
|
| | | | | | |  | | Zawecki (4718 punktów) | >Będę się upierać przy 20.00. Jakość wykonanej usługi jest w końcu bardzo ważna, a duża większość ludzi ma obniżoną zdolność optymalnego wykorzystywania swoich możliwości w godzinach nocnych. Co do nocy zgadzam się, ale noc nie zaczyna się o 20. Dwie zmiany to 14-16h. Zatem zaczynając o 6. rano, kończymy o 20/22. Oprócz prac wymagających największej koncentracji są również prace pomocnicze, które można wykonywać w godzinach wieczorowych.
>Co zaś do urlopów - zgadzam się. Tyle, ze dotyczy to wszystkiego - nie tylko lekarzy. Proszę o urzędy do 20.00, żłobki i przedszkola do 20.00 W tym zakresie jest coraz lepiej - przedszkola całodobowe a urzędy do 17/18 (w niektóre dni).
|
|
| | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Oprócz prac wymagających największej koncentracji są również prace pomocnicze, które można wykonywać w godzinach wieczorowych.Co to niby mają być "prace pomocnicze"? > W tym zakresie jest coraz lepiej - przedszkola całodoboweA gdzieś Ty takie widział? Poza tym - chciałbyś trzymać swoje dziecko w przedszkolu całodobowym? Ja - nie. Odpadam. > a urzędy do 17/18 (w niektóre dni).Też mam poradnię do 18 w niektóre dni. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Co to niby mają być "prace pomocnicze"? Porządkowanie dokumentacji, serwisowanie sprzętu, itp.
>A gdzieś Ty takie widział? Poza tym - chciałbyś trzymać swoje dziecko w przedszkolu całodobowym? Ja - nie. Odpadam. Media podały o istnieniu takowych - pozwalają na wyjazd w delegację, nie każdy ma rodzinę do wsparcia.
|
|
| | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Porządkowanie dokumentacjiDo tego jest potrzebny ogrom przytomności, biorąc jeszcze pod uwagę NFZ. > serwisowanie sprzętu, itp.Wszyscy znani mi serwisowcy są "zewnętrzni" i pomimo naszych namów upieraja się przychodzić rano i zajmować cały dzień (u nas na większości aparatów do 19-20), powodując wypadanie umówionych treminów i niemożebny galimatias. > Media podały o istnieniu takowych - pozwalają na wyjazd w delegację, nie każdy ma rodzinę do wsparcia.A, jak media podały, to rzecz święta. Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
| | | | | | | | | | |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Wszyscy znani mi serwisowcy są "zewnętrzni" i pomimo naszych namów upieraja się przychodzić rano i zajmować cały dzień (u nas na większości aparatów do 19-20), powodując wypadanie umówionych treminów i niemożebny galimatias. Wykazujecie się w tym zakresie zbyt małą asertywnością - warto o tym pomyśleć przy następnych zakupach.
|
|
| | | | | | | | | | | |  | | sukulent (2309 punktów) | > Wykazujecie się w tym zakresie zbyt małą asertywnością - warto o tym pomyśleć przy następnych zakupach.Ja tam niczego nie wykazuję - tego zakresu nie mam w obowiązkach. Co zaś do moich decydentów - niech wykażą, nie będę niezadowolona.
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka"  )
|
|
1 na 1 | Gołębiewski (850 punktów) | > Z dwuletnim opóźnieniem przeczytałem> www.polity(*)secure/showArticle?id=3356634. Przeoczyłem we właściwym> czasie tą informację i ew. związaną z tym tematem dyskusję na nin. forum, jednak niezależnie od tych> okoliczności widzę konieczność wspólnego przeanalizowania, co o tym myśleć? Moja odpowiedź na to> pytanie brzmi: uważam, że te setki tysięcy złotych wydane na podtrzymanie życia pięciorga dzieci> zostały zabrane tysiącom innych dzieci równie zasługującym na współczucie i pomoc. Czy jestem> bezdusznym materialistą przeliczającym wartość życia na pieniądze?~tą sytuacje większość raczej oceni jednoznacznie negatywnie, samotna matka ma 6- dzieci, brak stałych dochodów, brak majątku, brak partnera~ świadomie piszę się na ciążę, która z wysokim% będzie ciążą z wieloma dziećmi. Skrajna nieodpowiedzialność, z jej strony, ze strony lekarza. Co w takiej sytuacji powinno zrobić państwo? Na pewno nie powinno promować NIEODPOWIEDZIALNOŚCI!!
|
|
 | | Głąbiński (3538 punktów) | >... Co w takiej sytuacji powinno zrobić państwo? Dobre pytanie, jednak postawiłbym je nie w zastosowaniu do jedynej, wskazanej sytuacji. Sądzę, że prawidłowa odpowiedź na powinna być jedna we wszystkich przypadkach. Ponadto w pytaniu słowo "państwo" zastąpiłbym przez "urzędnik, który podejmuje decyzję w imieniu państwa". Trzeba ponadto dodać uzupełnienie: w jakiej mierze urzędnik decyzję może oprzeć na własnym sumieniu, na osobistym rozeznaniu, co jest sprawiedliwe, a co nie? Sądzę, że taka dowolność dopuszczalna jest tylko w zakresie wynikającym z wyraźnego braku jednoznaczności przepisów i dyspozycji organów ustawodawczych. Niestety - praworządność narzuca organom wykonawczym "bezduszność" w stosowaniu prawa jako obowiązek, rozważania zaś nad sprawiedliwością, słusznością itp. są dopuszczalne jedynie w sejmie i na posiedzeniach rad samorządowych, jednak tam niedopuszczalne jest zajmowanie się pojedyńczymi wypadkami. Organy uprawnione do stanowienia prawa muszą mieć pieczę nad wszystkimi obywatelami państwa czy regionu, a to wymaga formułowań "bezdusznie" działających przepisów. I tak ogólna dramaturgia tworzy sytuacje uniemożliwiające osiągnięcia idealnie sprawiedliwego rozwiązania.
Stach M. G.
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|