Racjonalista - Strona głównaDo treści
Matura to bzdura

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Nauka
NapisanoAutorTytuł
15-12-2012 22:02kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
Matura to bzdura
Ocena 6 na 6
Na youtube można wyszukać filmiki pokazujące poziom wiedzy naszych rodaków z różnych "przedmiotów". Oczywiście nie jest to obiektywny obraz wykształcenia społeczeństwa, tym niemniej to, co w tych filmikach można usłyszeć stawia dęba włosy na głowie.

Jednocześnie dużą popularnością cieszą się imprezy takie jak "Piknik naukowy" w Warszawie, gdzie studenci i pracownicy naukowi demonstrują przeróżne zjawiska chemiczne i fizyczne w ciekawej formie; na pokazach w toruńskim planetarium nie brakuje widzów.

Stawiam trzy tezy:
1) (oczywista) polski system edukacyjny, obejmujący czas edukacji obowiązkowej, stoi na marnym poziomie,
2) dzieci są żądne wiedzy, ale podanej w sposób interesujący, nawiązujący do otaczającej je rzeczywistości,
3) Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie - podstawą sukcesu ekonomicznego i rozwoju społecznego nie jest liczba montowni samochodów, ani liczba absolwentów wyższych uczelni z dyplomem licencjata, ale jakość kształcenia na każdym poziomie.

Media każą nam się cieszyć, że coraz więcej Polaków za granicą robi karierę, że coraz więcej Polaków w Anglii nie pracuje "na zmywaku" lecz w City, że Polacy w Holandii zostają menedżerami, a nie tylko sezonowo zrywają tulipany.
Nie ma się z czego cieszyć, bo to przecież znaczy, że Polacy odnoszący sukcesy poza Polską nie pracują dla Polski, nie płacą tu podatków, nie pracują na emerytury Polaków - na ich "zachodnich" karierach tu, w Polsce, po prostu tracimy.

Nie wiem skąd się bierze ta ślepota kolejnych rządów w Polsce, przecież wystarczy się zainteresować jak pewne rzeczy działają tuż za miedzą albo tylko trochę dalej.
Dlaczego nie wykorzystać doświadczenia Finlandii w dziedzinie szkolnictwa? Dlaczego nie wykorzystać doświadczenia Niemiec w dziedzinie preferowania rodzimych przedsiębiorstw?

Czyżby substancje wydobywające się z kościelnych kadzideł do tego stopnia zaczadzały umysły polityków, że stają się ślepi, głusi i pozbawienie zdolności analizowania czegokolwiek prócz listów biskupich?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Jacholek (5699 punktów)
>Stawiam trzy tezy:
>1) (oczywista) polski system edukacyjny, obejmujący czas edukacji obowiązkowej, stoi na marnym
>poziomie,
A kto edukuje młodzież w szkołach ? Należałoby się przyjrzeć poziomowi kadry nauczającej no i wyposażeniu szkół w nowoczesne sprzęt i laboratoria. A czy programy nauczania działają stymulująco do ciekawego i nowoczesnego nauczania ? W innych krajach znani naukowcy angażują się w unowocześnianie nauczania (we Francji nieżyjący już George Charpak, fizyk skądinąd polskiego pochodzenia), w Polsce jakoś nie słychać o takich inicjatywach. Wycieczka do Centrum Kopernika to trochę za mało by rozbudzić ciekawość poznawczą. Temat jak rzeka więc narazie tylko tyle.
15-12-2012 23:44 
 Ocena 4 na 4
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
Nie chodzi przede wszystkim o poziom kadry nauczającej czy o wyposażenie szkół. Chodzi o zdefiniowanie celu edukacji.
Możemy kształcić wybitnych specjalistów od kopania rowów i wyposażać prowadzone przez nich szkoły w nowoczesne łopaty, a nawet koparki z GPS.



Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
Jacholek (5699 punktów)
>[color=#330000]Nie chodzi przede wszystkim o poziom kadry nauczającej czy o >wyposażenie szkół. Chodzi o zdefiniowanie celu edukacji.
Społeczeństwo jest złożonym organizmem więc i edukacja nie może być monolityczna: komórki żołądka nie muszą posiadać zdolności neuronów. Można formułować cele ogólnikowo ale wtedy łatwo popaść w komunały. Zakładam że cele edukacji są znane i nie zaczynamy tu dyskusji od kompletnych podstaw.
16-12-2012 12:46 
 Ocena 6 na 6
diogenes (42753 punktów)
>Zakładam że cele edukacji są znane i nie zaczynamy tu dyskusji od kompletnych podstaw.

Nie, nie są znane nawet na poziomie ustawodawcy.
Mówimy o edukacji powszechnej, opartej na nauce, która funkcjonuje w naturalistycznym, sprawdzalnym (bo empirycznym) obrazie świata. Taka edukacja nie może stawiać sobie religijnych celów (np. zbawienie), które przyświecają lekcjom religii. Właśnie polskiej oświacie brakuje kompletnie podstaw.


Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
15-12-2012 22:29
 Ocena 12 na 14
Hrihorij (1723 punktów)
>[color=#330000]Na youtube można wyszukać filmiki pokazujące poziom wiedzy naszych rodaków z różnych
>"przedmiotów". Oczywiście nie jest to obiektywny obraz wykształcenia społeczeństwa, tym niemniej to,
>co w tych filmikach można usłyszeć stawia dęba włosy na głowie.

>na pokazach w toruńskim planetarium nie brakuje widzów.
>Stawiam trzy tezy:
>1) (oczywista) polski system edukacyjny, obejmujący czas edukacji obowiązkowej, stoi na marnym
>poziomie,
>2) dzieci są żądne wiedzy, ale podanej w sposób interesujący, nawiązujący do otaczającej je
>rzeczywistości,
>3) Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie

Po blisko 20 latach pracy w szkole (na różnych poziomach edukacji) dochodzę do wniosku, że problem leży poza uczniami.
Dzieciaki są chłonne nauki, ciekawe świata i z wieloma można wiele osiągnąć.
Wielokrotnie przeżywałem sytuacje gdy dobry uczeń wręcz na moich oczach przekształcał się w głąba.
Główną winą obarczam za to rodziców. To ich trzeba by wysłać na terapię. Dziecko niedopilnowane, z którym się nie rozmawia i nie próbuje obudzić ciekawości świata traci zapał do nauki. Ten brak zainteresowania, poparty ogólną ignorancją, brakiem nawyku czytania i tym podobnymi zachowaniami wpływa na rozwój dziecka. Tak to już jest, że dziecko częściej bierze przykład z rodzica a nie z nauczyciela.
15-12-2012 22:41 
 Ocena 6 na 6
Mathematician (205 punktów)
Moim zdaniem winny jest mały prestiż zawodu nauczyciela
i związana z tym selekcja negatywna ludzi idących do
tego zawodu.

Z mojej klasy w liceum do Wyższej Szkoły Pedagogicznej
szły osoby, które nie miały szans się dostać na lepsze
uczelnie.

Ilu mieliście pedagogów z powołania?
Ja przez podstawówkę/liceum/studia mógłbym ich policzyć
na palcach obu rąk.
15-12-2012 23:32 
 Ocena-1 na 5
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
>Po blisko 20 latach pracy w szkole (na różnych poziomach edukacji) dochodzę do wniosku, że problem leży poza uczniami.
To oczywiste. Obarczanie uczniów odpowiedzialnością za jakość wiedzy, którą prezentują, to jak obarczanie odpowiedzialnością klienta za jakość proponowanych mu wyrobów.

>Główną winą obarczam za to rodziców. To ich trzeba by wysłać na terapię. Dziecko niedopilnowane, z którym się nie rozmawia i nie próbuje obudzić ciekawości świata traci zapał do nauki.
Przepraszam bardzo, ale póki co to nie na rodzicach spoczywa obowiązek edukowania dzieci. Mamy powszechny obowiązek edukacyjny, zgodnie z którym rodzice mają wyłącznie obowiązek poddania dzieci systemowi edukacji. Zwalanie odpowiedzialności na rodziców za poziom wyedukowania dzieci można będzie przeprowadzić tylko wtedy, gdy nie będzie powszechnego obowiązku edukacji.

Panie Nauczycielu, takich "nauczycieli" jak pan nam nie potrzeba, aby takich jak pan było jak najmniej. Pan po prostu nie ma pojęcia o co w tym wszystkim chodzi.



Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
15-12-2012 23:53 
 Ocena 14 na 14
Hrihorij (1723 punktów)
>Panie Nauczycielu, takich "nauczycieli" jak pan nam nie potrzeba, aby takich jak pan było jak najmniej. Pan po prostu nie ma pojęcia o co w tym wszystkim chodzi.[/color]
>
Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)

Szanowny Panie chyba się nie zrozumieliśmy.
Być może jestem fatalnym nauczycielem ale niech to ocenią moi przełożeni, uczniowie i rodzice.
Jeszcze raz powtarzam: edukujmy rodziców!
Jak jest współpraca na linii rodzic - nauczyciel - uczeń, to są pozytywne efekty edukacyjne, kiedy tej współpracy i zainteresowania nie ma, to traci uczeń.
Dlaczego na wywiadówki (i nie tylko) przychodzą rodzice dobrych uczniów?
Dlaczego z rodzicami słabych uczniów kontakt jest utrudniony?
Bywa, że szkoła musi zawiadamiać sąd i policję aby nawiązać kontakt z takimi rodzicami.
Nie zwalajmy całej winy na szkołę za niskie wyniki w nauce - jest to zbyt daleko idące uproszczenie. No chyba, że na cały czas edukacji oddamy dziecko nauczycielowi na całodobową opiekę.
16-12-2012 04:58 
 Ocena 3 na 3
Rafał Poniecki (7132 punktów)
>>Nie zwalajmy całej winy na szkołę za niskie wyniki w nauce - jest to zbyt daleko idące uproszczenie. No chyba, że na cały czas edukacji oddamy dziecko nauczycielowi na całodobową opiekę.<<
Być może winą obarczać nie wolno pojedynczego nauczyciela. On musi PRZEŻYĆ w zaistniałej sytuacji i warunkach. Oczywiście, mógł sobie znaleźć inną pracę.
Ale rozgrzeszanie SZKOŁY jest nieuzasadnione. To szkoła fundowała coraz to nowe reformy, to szkoła przepycha śmierdzących leni z klasy do klasy, to szkoła pozwala uczniom wyżywać się na nauczycielach, to szkoła pozwoliła wrowadzić religię na zasadach określanych przez czarną stonkę. To szkoła ...
Tę listę można ciągnąć.
A na marginesie: jeśli nie daje się rady z edukowaniem dzieci, to niby dlaczego edukacja rodziców miała by się udać?
16-12-2012 09:09 
 Ocena 11 na 11
Ania. (14138 punktów)
>Być może winą obarczać nie wolno pojedynczego nauczyciela. On musi PRZEŻYĆ w zaistniałej sytuacji i warunkach. Oczywiście, mógł sobie znaleźć inną pracę.
W ten sposób nie byłoby ani jednego nauczyciela.

>Ale rozgrzeszanie SZKOŁY jest nieuzasadnione. To szkoła fundowała coraz to nowe reformy, to szkoła przepycha śmierdzących leni z klasy do klasy, to szkoła pozwala uczniom wyżywać się na nauczycielach, to szkoła pozwoliła wrowadzić religię na zasadach określanych przez czarną stonkę. To szkoła ...
Nie - to polityka. To nie szkoła robi reformę, a politycy.
Szkoła próbuje później zorganizować to wszystko tak, aby miało ręce i nogi.

>A na marginesie: jeśli nie daje się rady z edukowaniem dzieci, to niby dlaczego edukacja rodziców miała by się udać?
Ponieważ edukacja dzieci zależy od ich rodziców. A nie odwrotnie.

A jaką mamy sytuację?
Taką, że wpisując uwagę o zachowaniu dziecka, na drugi dzień ma się wizytę oburzonego rodzica, bo przecież Jasiu jest grzeczny! A ta wredna pani nie potrafi do niego podchodzić!
Taką, że oceniając uczciwie nauczyciel musi wysłuchiwać oburzonych rodziców, dlaczego to Ewcia ma dst, skoro tak ładnie umiała!
Taką, że dziecko odpowiada "i co mi Pani zrobi?!" i ma rację - nauczyciel jest obecnie bezsilny. Nie ma żadnej metody na poskromienie ucznia rozwydrzonego, jeśli rodzice wpoili mu już przeświadczenie, że nauczyciel jest cymbałem a on ma robić tak, aby jemu było dobrze. Bo co zrobisz? Jak ukarzesz ucznia, który ma w nosie ocenę? Zostawisz go na drugi rok, żeby się z nim użerać po raz drugi?

Mając wsparcie rodziców, zawsze można użyć argumentu notatki do rodzica - jest skuteczna, o ile rodzic wyciąga z niej odpowiednie konsekwencje. Bez tego staje się ośmieszeniem pracy nauczyciela. Mając wsparcie rodziców nauczyciel nie byłby śmieszny, skoro rodzice go szanują, społeczeństwo go szanuje, to i uczniowie szanowaliby go bardziej.

W sumie - kiedy ja się uczyłam dla mnie to było oczywiste, ale w moim pokoleniu było już różnie. Ale stąd wiem, jak wiele zależy od podejścia rodziców.
16-12-2012 09:43 
 Ocena 7 na 7
martok (1115 punktów)

>Mając wsparcie rodziców, zawsze można użyć argumentu notatki do rodzica - jest skuteczna, o ile rodzic wyciąga z niej odpowiednie konsekwencje. Bez tego staje się ośmieszeniem pracy nauczyciela. Mając wsparcie rodziców nauczyciel nie byłby śmieszny, skoro rodzice go szanują, społeczeństwo go szanuje, to i uczniowie szanowaliby go bardziej.

   Całkowicie się z Tobą zgadzam. Rzeczywistym - i bardzo dramatycznym - problemem dzisiejszej polskiej szkoły nie są uczniowie, lecz rodzice. A dochodzi do tego wytrącenie nauczycielom z ręki wszelkich sankcji. Uczeń może - praktycznie bezkarnie - przejechać się po nauczycielu jak po burym psie. Nauczyciel nawet nie może odpowiedzieć podniesionym głosem. Dopóki rodzice będą ze szkołą walczyć zamiast z nią współpracować i choć trochę swoje pociechy dyscyplinować - niewiele da się zrobić. Nauczanie jest możliwe tam, gdzie wcześniej było wychowanie. A z tym jest problem w takim społeczeństwie, którego jedna trzecia wierzy w zamach smoleński, trzy czwarte wierzy , że będzie lepiej kiedy się zabierze bogatym i rozda biednym, a dziewięć dziesiątych wierzy w duchy.
*
16-12-2012 12:07 
 Ocena 1 na 1
nm123 (423 punktów)
Oczywiście, że rodzice są głownie winni. Jednak system szkolnictwa nie jest idealny. Sporo nauczycieli nie zasługuje, by nimi być. Z 2 strony to tylko ludzie i idą tam , aby zarobić. Po prostu każdy element musi być ulepszany(jak wszędzie zresztą)-zaczynając od rodziców.
Co do wspominania starych czasów, to nie lubię tego. Czasy się zmieniają, zawsze na lepsze(no dobra poza paroma wyjątkami). Ludzie ze starego systemu szkolnictwa nie mają wcale większej wiedzy. Kiedyś nauczyciel mógł łatwo wyrzucić ucznia ze szkoły. ale także kiedyś ucinano kończyny np za skromną kradzież-inne czasy.
16-12-2012 13:05 
 Ocena 1 na 1
Ania. (14138 punktów)
>Oczywiście, że rodzice są głownie winni. Jednak system szkolnictwa nie jest idealny. Sporo nauczycieli nie zasługuje, by nimi być. Z 2 strony to tylko ludzie i idą tam , aby zarobić. Po prostu każdy element musi być ulepszany(jak wszędzie zresztą)-zaczynając od rodziców.
>Co do wspominania starych czasów, to nie lubię tego. Czasy się zmieniają, zawsze na lepsze(no dobra poza paroma wyjątkami). Ludzie ze starego systemu szkolnictwa nie mają wcale większej wiedzy. Kiedyś nauczyciel mógł łatwo wyrzucić ucznia ze szkoły. ale także kiedyś ucinano kończyny np za skromną kradzież-inne czasy.
Mają.
Mnie trudno jest dorównać "starej szkole", ale tego, co spadnie na młodzież, po prostu nie mogę sobie wyobrazić.
Umysł jest jak mięsień, nieużywany zanika. Aby go rozwijać potrzebna jest nauka, również pamięciowa. Dlatego, pomimo, że jestem botanikiem, nie żalę się, że musiałam liczyć całki, przydały się jako ćwiczenie mojego umysłu.

Nie chodzi o wyrzucanie - bo takie kary były stosowane rzadko. Nie musiały być częściej, bo zwykle wystarczyły inne. Jeśli uczeń dostał wpis do "dzienniczka" i miał z tego powodu burę w domu, to wystarczało.
Za mojej kadencji jedyną karą były tzw. łapy. Raz dostałam, więcej nie dałam powodu, bo bolało i wstyd był.

A wcześniej... mój szef był dyscyplinowany przez zamknięcie w pracy przez swojego szefa. Na noc. Był dorosły i mówi, że dzięki temu napisał dysertację w terminie. Wyobrażasz to sobie dziś?
nm123 (423 punktów)
Nie zauważyłem aby starsze pokolenia były takie mądre. No i rzeczy potrzebne do wiedzy się zmieniają. Wtedy była też duża dysproporcja pomiędzy chłopkiem , a człowiekiem po studiach.

"A wcześniej... mój szef był dyscyplinowany przez zamknięcie w pracy przez swojego szefa. Na noc. Był dorosły i mówi, że dzięki temu napisał dysertację w terminie. Wyobrażasz to sobie dziś?"

Dużo rzeczy sobie nie wyobrażam. tak samo jak obcięcie reki za kradzież jest dla mnie chore, chociaż pewnie jakiś skutek odnosiło. Teraz jest globalizacja, wszyscy się widzą. Mamy każdego człowieka na wyciągniecie ręki. Wiemy np o tym, że niedawno pewien kolo zrobił strzelaninę w szkole. Kiedyś nawet o tym nie wiedzielibyśmy. Co nie znaczy, że wtedy nikt nie zabijał. To właśnie wtedy byliśmy głupi, a teraz? Cóż nie jesteśmy mądrzy, ale na pewno mniej głupi niż dawniej.
16-12-2012 14:25 
 Ocena 2 na 2
Ania. (14138 punktów)
>Nie zauważyłem aby starsze pokolenia były takie mądre. No i rzeczy potrzebne do wiedzy się zmieniają. Wtedy była też duża dysproporcja pomiędzy chłopkiem , a człowiekiem po studiach.
Widocznie to zależy, w jakim gronie się obracasz.
Ja poznałam poziom studiów na przełomie wieków - studiowałam w latach 1997-2002. To różniło się od dzisiejszego.
Ale z lat wcześniejszych wyrosło sporo nazwisk, które obecnie trudno jest "przeskoczyć".
Miałam przyjemność poznać właśnie prof. Adama Woźnego i naprawdę, chciałabym kiedyś mieć takie obycie w tak rozległej tematyce. A przy tym taki otwarty umysł i ciągłą potrzebę kształcenia... No cóż, jak i jemu powiedziałam - staram się dorównać starej szkole.
Ale skoro ja odczuwam presję w tym kierunku, a nie sprawiało mi problemu rozróżnienie kolenchymy i sklerenchymy, to jak będzie rozwijać się botanika, skoro 99% studentów nie wie co to jest kolenchyma? To samo w każdej innej dziedzinie.
16-12-2012 15:13 
 Ocena 3 na 3
nm123 (423 punktów)
Tu mogę się w pewnym sensie zgodzić. Może dlatego właśnie, że teraz inne rzeczy są ważne, a same studia nastawiły się raczej na ilość i wykaz chęci dla pracodawcy. Uważam jednak, że ktoś kto poszedł na dany kierunek powinien coś o nim wiedzieć i się chociaż trochę interesować(więc niech pracuje nad tym). Nie można też powiedzieć, że się nie da przeskoczyć, to się okaże później. Być może poruszam się w kręgach ludzi prostych. Cóż...W starożytnej Grecji czy Rzymie byli znakomici uczeni i filozofowie. Co nie znaczy, że nie było analfabetów...Tak samo obecność kilku profesorów w danym roczniku nie określa, że to pokolenie jest wybitne. Na razie nie widzę, by cywilizacja upadała
16-12-2012 16:16 
 Ocena 2 na 2
Ania. (14138 punktów)
>Tu mogę się w pewnym sensie zgodzić. Może dlatego właśnie, że teraz inne rzeczy są ważne, a same studia nastawiły się raczej na ilość i wykaz chęci dla pracodawcy. Uważam jednak, że ktoś kto poszedł na dany kierunek powinien coś o nim wiedzieć i się chociaż trochę interesować(więc niech pracuje nad tym).
Też tak uważam.
Ale w realiach jest różnie.
Np. ten rok - uruchomiono Architekturę Krajobrazu. I kto przyszedł? Ci, co nie dostali się na Architekturę!
I nie uważają za stosowne zdobyć informacji o fizjologii roślin, bo po co im to - kamienie będą chyba sadzić.
Co to za architekci krajobrazu, co nie znają podstaw ich pracy?

>Nie można też powiedzieć, że się nie da przeskoczyć, to się okaże później. Być może poruszam się w kręgach ludzi prostych. Cóż...W starożytnej Grecji czy Rzymie byli znakomici uczeni i filozofowie. Co nie znaczy, że nie było analfabetów...Tak samo obecność kilku profesorów w danym roczniku nie określa, że to pokolenie jest wybitne. Na razie nie widzę, by cywilizacja upadała

No, aż tak daleko nie sięga mój pesymizm.
Ale jednak jeszcze moje pokolenie nie ośmiesza się tak bardzo. Przynajmniej moi znajomi - może to nie jest grupa reprezentatywna...
Bo jak można nie wiedzieć, gdzie z grubsza leży Japonia albo ile człowiek ma przegród w nosie (pomijając fakt, że przegrodę widać!). Albo ile jest 7*8. Po prostu nie wiem, co takie osoby przekażą swoim dzieciom, jak później od nich wymagać wiedzy np. o ewolucji, skoro oni nie wiedzą niczego!
16-12-2012 19:06 
 Ocena 1 na 1
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
>Bo jak można nie wiedzieć, gdzie z grubsza leży Japonia albo ile człowiek ma przegród w nosie (pomijając fakt, że przegrodę widać!).
Można nie wiedzieć bez żadnego wstydu w większości środowisk, bo w tych środowiskach inni też nie wiedzą, bo obecnie tzw. wiedza ogólna nie jest ceniona, gdyż nie bardzo wiadomo jak na niej zarobić, a pieniądz jest najwyższą wartością. Ze środka stał się celem.


Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
16-12-2012 19:27 
 Ocena 4 na 4
Ania. (14138 punktów)
>>Bo jak można nie wiedzieć, gdzie z grubsza leży Japonia albo ile człowiek ma przegród w nosie (pomijając fakt, że przegrodę widać!).
>Można nie wiedzieć bez żadnego wstydu w większości środowisk, bo w tych środowiskach inni też nie wiedzą, bo obecnie tzw. wiedza ogólna nie jest ceniona, gdyż nie bardzo wiadomo jak na niej zarobić, a pieniądz jest najwyższą wartością. Ze środka stał się celem.[
Proszę Cię, równie dobrze można nie wiedzieć, ile masz oczu!
Pewien poziom kretynizmu nie powinien stać się normą.
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
Nie propaguję ani nie usprawiedliwiam niewiedzy, po prostu stwierdzam fakty.


Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
16-12-2012 12:48 
 Ocena 3 na 3
Pa1ryk (1539 punktów)
>Taką, że wpisując uwagę o zachowaniu dziecka, na drugi dzień ma się wizytę oburzonego rodzica, bo przecież Jasiu jest grzeczny! A ta wredna pani nie potrafi do niego podchodzić!

Zgadzam się.
Sam jak chodziłem do gimnazjum miałem połowę klasy takich oświeconych dzieci ze średnią 2.0 którzy do szkoły chodzili tylko dlatego, że musieli, a zachowywali się po prostu jak bydło. Myślę, że powinno się umożliwić wyrzucanie ze szkół takich elementów. Może wtedy rodzice co niektórych by się opamiętali, choćby z uwagi na czynnik "bo co ludzie powiedzą?

Z drugiej strony są nauczyciele, z których niektórzy zachowują się jakby zostali nimi za karę.
Miałem kilku nauczycieli, których jedynym celem istnienia było dyktowanie na lekcji książek do zeszytu, a potem narzekanie jacy to my głupi jesteśmy, że nic nie rozumiemy.
W podstawówce matematyki uczyła mnie mama, nauczycielka tylko robiła sprawdziany, do tej pory się zastanawiam jakim cudem nie zostałem jednym z tzw. "chumanistów" i nie znienawidziłem tego przedmiotu.
Ale wyobraźcie sobie dom, w którym oboje rodzice pracują i nie mają czasu uczyć dzieci codziennie w domu. Młodemu robią się zaległości, ale nauczyciel "daje mu tą trójkę bo to dobry chłopak jest". Potem idzie do gimnazjum, nie umie ułamków i nauczyciele fizyki, chemii, matematyki, geografii często z tej samej szkoły narzekają jak to rodzice zaniedbują własne dzieci i jak to naród coraz głupszy.
16-12-2012 13:09 
 Ocena 6 na 6
Ania. (14138 punktów)
>Z drugiej strony są nauczyciele, z których niektórzy zachowują się jakby zostali nimi za karę.
>Miałem kilku nauczycieli, których jedynym celem istnienia było dyktowanie na lekcji książek do zeszytu, a potem narzekanie jacy to my głupi jesteśmy, że nic nie rozumiemy.
>W podstawówce matematyki uczyła mnie mama, nauczycielka tylko robiła sprawdziany, do tej pory się zastanawiam jakim cudem nie zostałem jednym z tzw. "chumanistów" i nie znienawidziłem tego przedmiotu.
Zgadza się. Teraz kółeczko się kręci, spirala nakręca.
Niewiele sensownych ludzi chce iść do pracy w szkole, zdając sobie sprawę na jakie przykrości się w ten sposób narażą. A w efekcie marni nauczyciele obniżają ocenę szkoły itd.

Dlatego weryfikacja pracy nauczyciela jest równie ważna.

Ale jednak kluczowe jest wychowywanie dzieci w domu oraz współpraca wychowawcza rodziców ze szkołą.

Nie wiem skąd u ludzi wzięło się przeświadczenie, że to szkoła ma wychowywać. I to nie jest tylko nasz problem. Podobno w Wielkiej Brytanii nauczyciele się zbuntowali i stwierdzili, że nie będą uczyć dzieci korzystania z toalety! Bo rodzicom się nie chce, wygodniej założyć pampersa.
16-12-2012 00:17 
 Ocena 5 na 5
gofia (73 punktów)
>Przepraszam bardzo, ale póki co to nie na rodzicach spoczywa obowiązek edukowania dzieci. Mamy powszechny obowiązek edukacyjny, zgodnie z którym rodzice mają wyłącznie obowiązek poddania dzieci systemowi edukacji. Zwalanie odpowiedzialności na rodziców za poziom wyedukowania dzieci można będzie przeprowadzić tylko wtedy, gdy nie będzie powszechnego obowiązku edukacji.
Nie zgadzam się. Nauczyciel w szkole przebywa z dziećmi kilka godzin i to jednocześnie z całą (często za dużą) klasą. To od rodziców zależy w dużej mierze, czy dziecko odrabia zadania domowe, uczy się na sprawdziany i angażuje w dodatkowe zajęcia. To do rodzica należy obowiązek, żeby pomóc dziecku, gdy czegoś nie rozumie, wytłumaczyć lub posłać na korepetycje. Sam system nie kształci. Jakość nauczania zależy od współpracy uczniów, nauczycieli i rodziców. Uważam, że to nieodpowiedzialne ze strony rodziców zwalać wszystko na szkołę, bo wiele jednak wynosimy z domu rodzinnego.
16-12-2012 13:02 
 Ocena 2 na 2
Pa1ryk (1539 punktów)
>To od rodziców zależy w dużej mierze, czy dziecko odrabia zadania domowe, uczy się na sprawdziany i angażuje w dodatkowe zajęcia.

Zgoda, rodzic powinien pomagać i wspierać dziecko, pilnować żeby poświęcało czas na naukę.

>gdy czegoś nie rozumie, wytłumaczyć lub posłać na korepetycje. Sam system nie kształci.

To po co on istnieje? Po co płacimy nauczycielom? Żeby mieć żłobek dla 15-sto latków? Jeśli nauczyciel ma być po to żeby przerobić materiał a nie czegoś nauczyć to szkoła przestaje mieć sens.

Natomiast jeśli chodzi o zadania domowe to dla mnie jest to taki fajny trik pozwalający nauczycielom zwalić odpowiedzialność na rodziców. No bo sorry jeśli idę na 7h do szkoły to powinienem wynieść z niej coś więcej niż tylko listę rzeczy do nauczenia w domu.
16-12-2012 13:10 
 Ocena 1 na 1
Ania. (14138 punktów)
Nie myl edukowania z wychowywaniem.
Szkoła ma edukować dzieci, które powinny być wychowywane przez rodziców.
W dodatku edukacja wymaga współpracy rodzica, np. przez proste nie negowanie decyzji nauczyciela, a przeciwnie - wspieranie ich.
16-12-2012 13:35 
 Ocena 1 na 1
Pa1ryk (1539 punktów)
>Nie myl edukowania z wychowywaniem.

Mylę, w którym miejscu?

>Szkoła ma edukować dzieci, które powinny być wychowywane przez rodziców.

Pewnie, że tak. Za zachowanie dziecka w stosunku do nauczycieli i rówieśników odpowiadają rodzice, oni dają przykład.

>W dodatku edukacja wymaga współpracy rodzica, np. przez proste nie negowanie decyzji nauczyciela, a przeciwnie - wspieranie ich.

Tak powinno być, problem w tym, że nie zawsze się da. Pamiętam lekcję wychowania do życia w rodzinie, tam dowiedziałem się np. bardzo ciekawej rzeczy, że prezerwatywa ma mikro-szpary i nie chroni przed wirusem HIV... Tak wykształconych pedagogów miałem kilku w czasie nauczania podstawowego.
Z resztą na naszym forum jest sporo tematów o traktowaniu dzieci ateistów także przez nauczycieli.
Podsumowując: Szacunek powinien działać w obie strony, wtedy mamy sytuację idealną.
16-12-2012 14:04 
 Ocena 3 na 3
Ania. (14138 punktów)
>>Nie myl edukowania z wychowywaniem.
>Mylę, w którym miejscu?
W niewypowiedzianych założeniach.

>>Szkoła ma edukować dzieci, które powinny być wychowywane przez rodziców.
>Pewnie, że tak. Za zachowanie dziecka w stosunku do nauczycieli i rówieśników odpowiadają rodzice, oni dają przykład.
Dokładnie.
Obowiązek edukacji to było to, co umożliwiło oderwanie dzieci od pracy na roli i wysłanie ich do szkoły. Nie znośmy go, ale zmodyfikujmy.

Moim zdaniem doskonale sprawdziłby się system:
8 lat edukacji obowiązkowej i bezpłatnej. Może 6, to do uzgodnienia.
kolejny etap w ramach stypendium dla najzdolniejszych lub płatny (stypendium umożliwiłoby dzieciom zdolnym lub pracowitym wyrwanie się z biedy, a zarazem nie byłoby oczywiste, trzeba na nie zapracować). Ten etap odpowiednio 4-6, a nawet 7 lat.
Podobnie ze studiami, jak w Indiach, stypendia dla najlepszych, a reszta płaci.

Podobało by się?

>>W dodatku edukacja wymaga współpracy rodzica, np. przez proste nie negowanie decyzji nauczyciela, a przeciwnie - wspieranie ich.
>Tak powinno być, problem w tym, że nie zawsze się da. Pamiętam lekcję wychowania do życia w rodzinie, tam dowiedziałem się np. bardzo ciekawej rzeczy, że prezerwatywa ma mikro-szpary i nie chroni przed wirusem HIV... Tak wykształconych pedagogów miałem kilku w czasie nauczania podstawowego.
Kurcze - ale żenada...
Czasem naprawdę wstyd, ale nic na to nie poradzę. Mogę tylko próbować wychować sobie lepszych nauczycieli, ale ciężko.
16-12-2012 14:32 
 Ocena 4 na 4
Pa1ryk (1539 punktów)
>Podobało by się?

Płatne szkoły średnie? Moim zdaniem niezbyt dobry pomysł, może powinny być nieobowiązkowe, jak ktoś nie chce się uczyć jego wola. Ale nie łudźmy się, 15-latek nie zarobi sobie na swoją szkołę. Mój znajomy ma rodziców alkoholików, mimo to jest cholernie zdolny, dobrze się uczył, poszedł do jednego z najlepszych liceów w moim mieście a teraz studiuje. Gdyby szkoła średnia była płatna zapewne wychowywałby teraz swoją czwartą siostrę na melinie u rodziców.

Co do studiów wystarczyłoby po prostu zmniejszyć ilość darmowych miejsc na studiach dziennych, szczególnie na tzw. kierunkach bezrobotnych. Natomiast stypendia to tak naprawdę trochę pic na wodę, przynajmniej u nas, to co ja dostaje nie starcza nawet na opłacenie mieszkania.
16-12-2012 15:11 
 Ocena 5 na 5
Ania. (14138 punktów)
>>Podobało by się?
>Płatne szkoły średnie? Moim zdaniem niezbyt dobry pomysł, może powinny być nieobowiązkowe, jak ktoś nie chce się uczyć jego wola. Ale nie łudźmy się, 15-latek nie zarobi sobie na swoją szkołę. Mój znajomy ma rodziców alkoholików, mimo to jest cholernie zdolny, dobrze się uczył, poszedł do jednego z najlepszych liceów w moim mieście a teraz studiuje. Gdyby szkoła średnia była płatna zapewne wychowywałby teraz swoją czwartą siostrę na melinie u rodziców.
Dla takich osób powinny być stypendia.
Otrzymywane pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów w wynikach.
Stypendia pokrywałyby koszt studiów i dodatkowo ułatwiały życie.

>Co do studiów wystarczyłoby po prostu zmniejszyć ilość darmowych miejsc na studiach dziennych, szczególnie na tzw. kierunkach bezrobotnych. Natomiast stypendia to tak naprawdę trochę pic na wodę, przynajmniej u nas, to co ja dostaje nie starcza nawet na opłacenie mieszkania.
No właśnie, przy systemie płatnych studiów koszty rozkładałyby się inaczej.

Ale może masz rację. Taki system sprawdza się w krajach, w których nie kradną i nie kombinują na każdym etapie. U nas... niekoniecznie.
16-12-2012 16:11 
 Ocena 1 na 1
emilpromil (184 punktów)
>Dla takich osób powinny być stypendia.
>Otrzymywane pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów w wynikach.
>Stypendia pokrywałyby koszt studiów i dodatkowo ułatwiały życie.

Ale oceny nie zawsze świadczą o tym czy ktoś jest zdolny czy nie.
Sporo zdolnych ludzi w trakcie swojej edukacji miało przeciętne oceny i zabłysnęło dopiero w pracy, i sporo jest piątkowych studentów którzy w pracy zawodowej się gubią. Zwłaszcza w polskim systemie edukacji który stawia na kucie teorii, a nie kreatywne jej wykorzystywanie.

Młodzież powinna mieć możliwość uczyć się za pieniądze podatników do powiedzmy pierwszego stopnia edukacji wyższej (licencjat).
Ale nauczyciel powonień mieć prawo wyprosić z sali przeszkadzającego ucznia, a szkoła powinna mieć możliwość trudnego ucznia się pozbyć.

>No właśnie, przy systemie płatnych studiów koszty rozkładałyby się inaczej.
>Ale może masz rację. Taki system sprawdza się w krajach, w których nie kradną i nie kombinują na każdym etapie. U nas... niekoniecznie.
>

Problem z dewaluacją studiów wynikł z wysokiego bezrobocia: żeby dostać pracę do której wystarcza wykształcenie średnie trzeba mieć dyplom magistra.
Młodzi ruszyli na studia zostawiając licea profilowane i technika puste, te upadły i teraz nawet jak poprawi się rynek pracy to i tak jedyną drogą edukacji będzie LO+studia.

Zresztą rynek pracy odpowiada za brak motywacji do nauki. Rodzice i dzieci widzą że na rynku pracy nauka nie popłaca.

Jak nauka zacznie być dobrze opłacana to rodzice zaczną dzieci bardziej pilnować a dzieci zaczną się bardziej przykładać. I nie ma co płakać nad obecnym stanem edukacji bo nasza gospodarka aktualnie wyedukowanych ludzi nie potrzebuje.
16-12-2012 16:23 
 Ocena 1 na 1
Ania. (14138 punktów)
>>Dla takich osób powinny być stypendia.
>>Otrzymywane pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów w wynikach.
>>Stypendia pokrywałyby koszt studiów i dodatkowo ułatwiały życie.
>Ale oceny nie zawsze świadczą o tym czy ktoś jest zdolny czy nie.
>Sporo zdolnych ludzi w trakcie swojej edukacji miało przeciętne oceny i zabłysnęło dopiero w pracy, i sporo jest piątkowych studentów którzy w pracy zawodowej się gubią. Zwłaszcza w polskim systemie edukacji który stawia na kucie teorii, a nie kreatywne jej wykorzystywanie.
Co rozumiesz przez kucie teorii?
Szczerze mówiąc, moim zdaniem nauki jest zdecydowanie za mało. W dodatku przeświadczenie uczniów, że nauka jest im zbędna powoduje, że nawet nie próbują pamiętać tego, co się uczą w danym momencie. ZZZ.
Przekonanie, że nie trzeba zaśmiecać sobie głowy jest tyleż niebezpieczne, co bezpodstawne - to zaśmiecanie to właśnie trening myślenia, pamiętania. Bez tego - nie myślimy.

A co do ocen - może dlatego właśnie wiele zdolnych ludzi ma średnie oceny, ponieważ nie widzą potrzeby zdobywania wysokich ocen?
Wprowadzenie takiej potrzeby zmieni sytuację.

>Młodzież powinna mieć możliwość uczyć się za pieniądze podatników do powiedzmy pierwszego stopnia edukacji wyższej (licencjat).
>Ale nauczyciel powonień mieć prawo wyprosić z sali przeszkadzającego ucznia, a szkoła powinna mieć możliwość trudnego ucznia się pozbyć.
Na licencjacie mogę to zrobić.
Ale w praktyce - problemem nie są trudni studenci, bo nie ma problemów z ich zachowaniem. Problemem jest to, że są odmóżdżeni.

>Problem z dewaluacją studiów wynikł z wysokiego bezrobocia: żeby dostać pracę do której wystarcza wykształcenie średnie trzeba mieć dyplom magistra.
>Młodzi ruszyli na studia zostawiając licea profilowane i technika puste, te upadły i teraz nawet jak poprawi się rynek pracy to i tak jedyną drogą edukacji będzie LO+studia.
I tu też się zgadzam. System technikum ew. studia specjalistyczne był dobry. Zmieniono to aby przenieść grupę młodych bezrobotnych w grupę młodych na studiach.

>Zresztą rynek pracy odpowiada za brak motywacji do nauki. Rodzice i dzieci widzą że na rynku pracy nauka nie popłaca.
>Jak nauka zacznie być dobrze opłacana to rodzice zaczną dzieci bardziej pilnować a dzieci zaczną się bardziej przykładać. I nie ma co płakać nad obecnym stanem edukacji bo nasza gospodarka aktualnie wyedukowanych ludzi nie potrzebuje.
Ach, dziękuję, zwiększenie środków na naukę byłoby bardzo mile widziane. Póki co mamy obiecane podwyżki i po raz kolejny nie widać ich.
W chwili obecnej adiunkt zarabia mniej niż nauczyciel mianowany.
Ale to nie kasa jest moim zdaniem największym problemem, a właśnie brak szacunku społecznego. Ciekawe, że lekarza w przychodni szanują, a często nie zarabia więcej - szczególnie młody lekarz.
16-12-2012 17:35 
 Ocena 2 na 2
emilpromil (184 punktów)
>Co rozumiesz przez kucie teorii?

To że oceny na egzaminach dostaje się za to ile treści wykładu się zapamiętało , a nie za to czy treść wykładu się rozumie i umie wykorzystać.

>Szczerze mówiąc, moim zdaniem nauki jest zdecydowanie za mało. W dodatku przeświadczenie uczniów, że nauka jest im zbędna powoduje, że nawet nie próbują pamiętać tego, co się uczą w danym momencie. ZZZ.

Większość materiału ze studiów jest w pracy zbędna.
Studenci nie mają dużo do powiedzenia odnośnie wyboru przedmiotów na danym kierunku.
Zresztą jakby mogli to pewnie by brali na pierwszym roku same zajęcia praktyczne zamiast matematyki i ta cześć która normalnie odpada po pierwszym roku, uciekała by do pracy na stanowiskach techników.

>Przekonanie, że nie trzeba zaśmiecać sobie głowy jest tyleż niebezpieczne, co bezpodstawne - to zaśmiecanie to właśnie trening myślenia, pamiętania. Bez tego - nie myślimy.

Lepiej trenować na tym co jest będzie przydatne w przyszłości, łatwiej się zmotywować.

>A co do ocen - może dlatego właśnie wiele zdolnych ludzi ma średnie oceny, ponieważ nie widzą potrzeby zdobywania wysokich ocen?

Oczywiście, poza tym zdobywanie wysokich ocen z wszystkich przedmiotów to nudna i nieciekawa praca, lepiej poświęcić ten czas na działalność w kole naukowym, samodzielne studiowanie interesujących zagadnień i pracę zarobkową.

>Ach, dziękuję, zwiększenie środków na naukę byłoby bardzo mile widziane. Póki co mamy obiecane podwyżki i po raz kolejny nie widać ich.
>W chwili obecnej adiunkt zarabia mniej niż nauczyciel mianowany.
>Ale to nie kasa jest moim zdaniem największym problemem, a właśnie brak szacunku społecznego. Ciekawe, że lekarza w przychodni szanują, a często nie zarabia więcej - szczególnie młody lekarz.
>
Jako inżynier na szacunek całego społeczeństwa i tak nie liczę, bo pracuję w fabrykach które mała część tego społeczeństwa widzi od środka, ale trochę mnie drażni to że handlowcy którzy sprzedają urządzenia zarabiają więcej od inżynierów którzy te urządzenie tworzą.
Ania. (14138 punktów)
>>Co rozumiesz przez kucie teorii?
>To że oceny na egzaminach dostaje się za to ile treści wykładu się zapamiętało , a nie za to czy treść wykładu się rozumie i umie wykorzystać.
O jakiej jednostce mówisz?

>>Szczerze mówiąc, moim zdaniem nauki jest zdecydowanie za mało. W dodatku przeświadczenie uczniów, że nauka jest im zbędna powoduje, że nawet nie próbują pamiętać tego, co się uczą w danym momencie. ZZZ.
>Większość materiału ze studiów jest w pracy zbędna.
W Twojej ocenie.
W mojej nie.
Po pierwsze - studentom trudno jest często ocenić, co im się przyda, a co nie, w późniejszej pracy. Szczególnie, jeśli nie mają pojęcia jak praca wygląda.
Po drugie - nie ma czegoś takiego jak zbędna wiedza. Każda pozyskana informacja trenuje Twój mózg i ułatwia pracę w przyszłości. Trening zmniejsza też ryzyko pewnych chorób neurodegeneracyjnych.

>Studenci nie mają dużo do powiedzenia odnośnie wyboru przedmiotów na danym kierunku.
Ale wybrali przecież kierunek. Jeśli nie podoba im się, mogli wybrać inny.
Poza tym są przedmioty do wyboru.

>Zresztą jakby mogli to pewnie by brali na pierwszym roku same zajęcia praktyczne zamiast matematyki i ta cześć która normalnie odpada po pierwszym roku, uciekała by do pracy na stanowiskach techników.
No właśnie - to duży błąd systemu.
Technika powinny wrócić. I lepiej - zawodówki też.

>>Przekonanie, że nie trzeba zaśmiecać sobie głowy jest tyleż niebezpieczne, co bezpodstawne - to zaśmiecanie to właśnie trening myślenia, pamiętania. Bez tego - nie myślimy.
>Lepiej trenować na tym co jest będzie przydatne w przyszłości, łatwiej się zmotywować.
Niekoniecznie.
A skąd wiesz, co będzie Ci przydatne w przyszłości?
Szczególnie, jeśli jesteś młodym łebusiem?
Po drugie - aby móc pozyskać pewne przydatne informacje niezbędny często jest zasób wiedzy podstawowej. Np. jak opracować wyniki, nie znając matematyki?

>Jako inżynier na szacunek całego społeczeństwa i tak nie liczę, bo pracuję w fabrykach które mała część tego społeczeństwa widzi od środka, ale trochę mnie drażni to że handlowcy którzy sprzedają urządzenia zarabiają więcej od inżynierów którzy te urządzenie tworzą.
Też mnie to drażni. W Polsce nie szanuje się R&D tak jak powinno. Ale szczególnie drażni mnie właśnie nieposzanowanie kształcenia. Błąd lekarzy przykryje ziemia, a błędy nauczycieli chodzą po ulicy...
16-12-2012 23:24 
 Ocena 1 na 1
Jan Res (4015 punktów)
>>Dla takich osób powinny być stypendia.
Rozwinięty system stypendialny, to zachęta uczniów i rodziców. Dla najzdolniejszych, a biednych, to jedyna możliwość zdobycia wykształcenia.
>>Otrzymywane pod warunkiem spełnienia określonych kryteriów w wynikach.
>>Stypendia pokrywałyby koszt studiów i dodatkowo ułatwiały życie.
System stypendialny powinien zaczynać się już w ostatnich klasach szkół podstawowych (ze względów wychowawczych); nie muszą to być wielkie sumy, lecz wyrażenie uznania dla pilnego ucznia. A najlepsi studenci powinni już otrzymywać stypendia w wysokości skromnej pensji.
>... szkoła powinna mieć możliwość trudnego ucznia się pozbyć.
Oczywiście. Ale powinien powstać system dwuletnich szkół zawodowych powiązanych z zakładami pracy (jak w Niemczech).
>Problem z dewaluacją studiów wynikł z wysokiego bezrobocia: żeby dostać pracę do której wystarcza wykształcenie średnie trzeba mieć dyplom magistra.
A "wyższe" szkoły prywatne wykorzystują tę sytuację z całą bezwzględnością - totalna degrengolada.
>Zresztą rynek pracy odpowiada za brak motywacji do nauki. Rodzice i dzieci widzą że na rynku pracy nauka nie popłaca.
Bardzo dobre wykształcenie w poszukiwanym zawodzie będzie się zawsze opłacać.
>Jak nauka zacznie być dobrze opłacana to rodzice zaczną dzieci bardziej pilnować a dzieci zaczną się bardziej przykładać. I nie ma co płakać nad obecnym stanem edukacji bo nasza gospodarka aktualnie wyedukowanych ludzi nie potrzebuje.
Aby społeczeństwo mogło normalnie funkcjonować potrzeba zarówno wybitnych fachowców jak i prostych robotników.
Wniosek: usuwanie nierobów ze szkół mających przygotować do studiów i wykształcenie zawodowe dla każdego na osiągalnym dla niego poziomie.
16-12-2012 14:31 
 Ocena 4 na 4
gofia (73 punktów)
>>gdy czegoś nie rozumie, wytłumaczyć lub posłać na korepetycje. Sam system nie kształci.
>To po co on istnieje? Po co płacimy nauczycielom? Żeby mieć żłobek dla 15-sto latków? Jeśli nauczyciel ma być po to żeby przerobić materiał a nie czegoś nauczyć to szkoła przestaje mieć sens.

Może powiem coś niepopularnego, ale nie wszyscy są tak samo zdolni. Niektóre dzieci z łatwością osiągają świetne wyniki, inne muszą się napracować, żeby dostać przysłowiową tróję. Więc nie widzę możliwości, żeby w trzydziestoosobowej klasie nauczyciel był w stanie z jednej strony zachęcać wszystkich do pracy (zawsze będzie uczeń, który przy niemalże zerowym nakładzie pracy dostanie 4 lub 5) a z drugiej strony tłumaczyć cały materiał kilka razy, tak żeby każdy zrozumiał wszystko od a do z. Tak więc rodzice powinni pracować w domu z dziećmi, żeby mogły jak najwięcej wynieść ze szkoły.

>Natomiast jeśli chodzi o zadania domowe to dla mnie jest to taki fajny trik pozwalający nauczycielom zwalić odpowiedzialność na rodziców. No bo sorry jeśli idę na 7h do szkoły to powinienem wynieść z niej coś więcej niż tylko listę rzeczy do nauczenia w domu.

Może jestem wyjątkową szczęściarą, ale zawsze chodziłam do szkół, gdzie w trakcie lekcji zdobywałam wiedzę, a nie listę rzeczy do zrobienia w domu. Natomiast zadania obowiązkowe były po to, żeby sprawdzać na bieżąco, czy każdy rozumie omawiany materiał i utrwalać wiedzę. Dostawaliśmy też zadania dodatkowe, dla tych którzy byli zainteresowani tematem. Przy czym obowiązywała zasada, że na weekendy nie dostajemy prac domowych, żeby móc odpocząć.
Pa1ryk (1539 punktów)
>Może powiem coś niepopularnego, ale nie wszyscy są tak samo zdolni.

Może czas się odważyć i podzielić klasy na te trochę lepsze i trochę gorsze? Choć zawsze jest wtedy zagrożenie, że ta trochę gorsza stanie się miejscem zabetonowania postaw anty-systemowych.
To w ogóle dość ciężka kwestia i chyba muszą się z tym zmierzyć poszczególne władze szkół, które znają swoich podopiecznych.

>Więc nie widzę możliwości, żeby w trzydziestoosobowej klasie nauczyciel był w stanie z jednej strony zachęcać wszystkich do pracy

Nie mamy na razie baby-boomu, klasy w nauczaniu podstawowym są często bardzo małe 5-10 osobowe. Jak nauczycielowi zależy to będzie w stanie przynajmniej większości coś do głowy wbić.

>Natomiast zadania obowiązkowe były po to, żeby sprawdzać na bieżąco

Ja, może z powodu wrodzonego lenistwa nie wspominam ich zbyt dobrze. Przez całe gimnazjum prawie nigdy ich nie robiłem, bo stwierdziłem, że skoro umiem to i po co. Dzięki temu mimo piątek ze sprawdzianów miałem obniżone oceny na semestr i ochrzan od rodziców...

>Przy czym obowiązywała zasada, że na weekendy nie dostajemy prac domowych, żeby móc odpocząć.

Fajna szkoła. W mojej było tego tyle, że ci, co robili w zasadzie nie mieli życia.
16-12-2012 17:39 
 Ocena 3 na 3
Amai (3012 punktów)
>>Może powiem coś niepopularnego, ale nie wszyscy są tak samo zdolni.
>Może czas się odważyć i podzielić klasy na te trochę lepsze i trochę gorsze?

Może inaczej - w ogóle zrezygnować z takiego podziału klas, jak obecny i wprowadzić podział dla każdego przedmiotu z osobna.
W najprostszej wersji, żeby nie rozkładać całego systemu z dnia na dzień:
Załóżmy, że w szkole jest trzech nauczycieli biologii. Mozna by ułożyć plan zajęć tak, żeby trzy klasy z tego samego rocznika miały np. biologię na tej samej godzinie i rozdzielić uczniów w zależności od poziomu (dwie grupy podstawowe i jedna rozszerzona, albo odwrotnie). Na nastepnej godzinie inny przedmiot i też trzy grupy, dzielone od nowa na potrzeby tego konkretnego przedmiotu. W ten sposób zdolny uczeń miałby szansę skupić się na tym, co go interesuje i z czym radzi sobie lepiej, a nauczyciel mógłby poświęcić więcej czasu na wytłumaczenie trudniejszych kwestii słabszym uczniom.
To naprawdę nie byłoby niemożliwe do ogarnięcia.

>Ja, może z powodu wrodzonego lenistwa nie wspominam ich zbyt dobrze. Przez całe gimnazjum prawie nigdy ich nie robiłem, bo stwierdziłem, że skoro umiem to i po co. Dzięki temu mimo piątek ze sprawdzianów miałem obniżone oceny na semestr...
Miałam to samo w liceum . To nie było lenistwo, po prostu niechęć do marnowania czasu na rozwiązywanie kilkudziesięciu prawie identycznych zadań, kiedy wystarczy jedno czy dwa.
Ania. (14138 punktów)
>>Ja, może z powodu wrodzonego lenistwa nie wspominam ich zbyt dobrze. Przez całe gimnazjum prawie nigdy ich nie robiłem, bo stwierdziłem, że skoro umiem to i po co. Dzięki temu mimo piątek ze sprawdzianów miałem obniżone oceny na semestr...
>Miałam to samo w liceum . To nie było lenistwo, po prostu niechęć do marnowania czasu na rozwiązywanie kilkudziesięciu prawie identycznych zadań, kiedy wystarczy jedno czy dwa.
No i to jest bez sensu.
U nas zwykle zadawano po jednym zadaniu z określonego typu. A zestawy zadań, np. z chemii, miały w razie problemów podpowiedzieć jak to rozwiązać przez gradację stopnia trudności.
Bez sensu jest robienie 30 zadań, skoro rozumie się zasadę i wystarczy 2-3 razy przećwiczyć.

To chyba kwestia obycia nauczyciela w zawodzie.
Swoją drogą przy takiej liczbie zadań domowych nie jest w stanie sprawdzić logiki odpowiedzi, a jedynie wynik końcowy - też źle.
Pa1ryk (1539 punktów)
>Miałam to samo w liceum . To nie było lenistwo, po prostu niechęć do marnowania czasu na rozwiązywanie kilkudziesięciu prawie identycznych zadań, kiedy wystarczy jedno czy dwa.

Podoba mi się twoja wersja
gofia (73 punktów)
>>Może powiem coś niepopularnego, ale nie wszyscy są tak samo zdolni.
>Może czas się odważyć i podzielić klasy na te trochę lepsze i trochę gorsze? Choć zawsze jest wtedy zagrożenie, że ta trochę gorsza stanie się miejscem zabetonowania postaw anty-systemowych.

To już może przesada. W mojej podstawówce i gimnazjum działało to tak, że nie było lepszych i gorszych klas, uczniowie słabsi mogli liczyć na pomoc tych, którzy dany materiał rozumieli lepiej, nauczyciele też chętnie pomagali i dzięki temu praktycznie każdy równał w górę. Jeśli chodzi o liceum to już każdy mógł wybrać, czy woli iść do lepszej czy gorszej szkoły.

>>Więc nie widzę możliwości, żeby w trzydziestoosobowej klasie nauczyciel był w stanie z jednej strony zachęcać wszystkich do pracy
>Nie mamy na razie baby-boomu, klasy w nauczaniu podstawowym są często bardzo małe 5-10 osobowe. Jak nauczycielowi zależy to będzie w stanie przynajmniej większości coś do głowy wbić.

Klasy 5-10 osobowe są w małych miejscowościach, u mnie w liceum (które skończyłam 4,5 roku temu, więc nie tak dawno) w klasie było 37 osób, ale nie było to problemem. Zdaję sobie jednak sprawę, że czasami w tak licznych klasach panuje kompletny chaos, nad którym nauczyciel nie jest w stanie zapanować, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie ma jak. Może wpisać uwagę do dziennika, ale musi się liczyć z tym, że później naskoczy na niego niezadowolony rodzic, czyli właściwie sens wpisywania uwagi jest zerowy.

>>Natomiast zadania obowiązkowe były po to, żeby sprawdzać na bieżąco
>Ja, może z powodu wrodzonego lenistwa nie wspominam ich zbyt dobrze. Przez całe gimnazjum prawie nigdy ich nie robiłem, bo stwierdziłem, że skoro umiem to i po co. Dzięki temu mimo piątek ze sprawdzianów miałem obniżone oceny na semestr i ochrzan od rodziców...

Wydaje mi się, że kwestia zadań domowych zależy od podejścia nauczyciela, ja na szczęście nie miałam takich problemów.
Ania. (14138 punktów)
>>>gdy czegoś nie rozumie, wytłumaczyć lub posłać na korepetycje. Sam system nie kształci.
>>To po co on istnieje? Po co płacimy nauczycielom? Żeby mieć żłobek dla 15-sto latków? Jeśli nauczyciel ma być po to żeby przerobić materiał a nie czegoś nauczyć to szkoła przestaje mieć sens.
>Może powiem coś niepopularnego, ale nie wszyscy są tak samo zdolni. Niektóre dzieci z łatwością osiągają świetne wyniki, inne muszą się napracować, żeby dostać przysłowiową tróję. Więc nie widzę możliwości, żeby w trzydziestoosobowej klasie nauczyciel był w stanie z jednej strony zachęcać wszystkich do pracy (zawsze będzie uczeń, który przy niemalże zerowym nakładzie pracy dostanie 4 lub 5) a z drugiej strony tłumaczyć cały materiał kilka razy, tak żeby każdy zrozumiał wszystko od a do z. Tak więc rodzice powinni pracować w domu z dziećmi, żeby mogły jak najwięcej wynieść ze szkoły.
Swoją drogą klasy powinny być mniej liczne - szczególnie teraz, kiedy narzekamy na niż. 15 byłoby już łatwiejsze.

>>Natomiast jeśli chodzi o zadania domowe to dla mnie jest to taki fajny trik pozwalający nauczycielom zwalić odpowiedzialność na rodziców. No bo sorry jeśli idę na 7h do szkoły to powinienem wynieść z niej coś więcej niż tylko listę rzeczy do nauczenia w domu.
>Może jestem wyjątkową szczęściarą, ale zawsze chodziłam do szkół, gdzie w trakcie lekcji zdobywałam wiedzę, a nie listę rzeczy do zrobienia w domu. Natomiast zadania obowiązkowe były po to, żeby sprawdzać na bieżąco, czy każdy rozumie omawiany materiał i utrwalać wiedzę. Dostawaliśmy też zadania dodatkowe, dla tych którzy byli zainteresowani tematem. Przy czym obowiązywała zasada, że na weekendy nie dostajemy prac domowych, żeby móc odpocząć.
Ja nie pamiętam siedzenia nad pracami domowymi. Coś tam pewnie było, ale bez przesady.
A więc podobnie - praca domowa ma utrwalić zdobytą wiedzę, a nie zastąpić ją.
emilpromil (184 punktów)

>Swoją drogą klasy powinny być mniej liczne - szczególnie teraz, kiedy narzekamy na niż. 15 byłoby już łatwiejsze.
Ale sporo droższe, cała infrastruktura edukacyjna jest przystosowana do klas 30 osobowych.
Czy naprawdę liczba uczniów to taki problem ? Jako urodzony w wyżu lat 80 całą edukację spędziłem w klasach 30+ i nie mam do niej zastrzeżeń.
BTW Przynajmniej dzisiaj uczniowie nie chodzą do szkoły na dwie zmiany...
Ania. (14138 punktów)
>>Swoją drogą klasy powinny być mniej liczne - szczególnie teraz, kiedy narzekamy na niż. 15 byłoby już łatwiejsze.
>Ale sporo droższe, cała infrastruktura edukacyjna jest przystosowana do klas 30 osobowych.
>Czy naprawdę liczba uczniów to taki problem ? Jako urodzony w wyżu lat 80 całą edukację spędziłem w klasach 30+ i nie mam do niej zastrzeżeń.
>BTW Przynajmniej dzisiaj uczniowie nie chodzą do szkoły na dwie zmiany...
Problem polega na tym, że mamy obecnie dwie możliwości, aby przetrwać niż.
Albo zmniejszymy liczebność uczniów, albo zamkniemy część szkół.
Za chwilę dotrze do szkół wyż - to są swego rodzaju oscylacje.
Dopowiedz sobie resztę.
16-12-2012 18:57 
 Ocena-1 na 1
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
>Jako urodzony w wyżu lat 80 całą edukację spędziłem w klasach 30+ i nie mam do niej zastrzeżeń.
To jest argument typu "mój ojciec mnie bił, gdy na to zasłużyłem i wyrosłem na porządnego człowieka dlatego ja biję moje dzieci, gdy na to zasłużą".
Gdy się nie zna innej rzeczywistości, to się chwali tę jedynie znaną.



Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
16-12-2012 19:39 
 Ocena 1 na 1
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
>Nauczyciel w szkole przebywa z dziećmi kilka godzin i to jednocześnie z całą (często za dużą) klasą.
No i co z tego? To, że pracuje w określonych warunkach zwalnia go z obowiązku wykonywania zawodu? Niektórzy nauczyciele tak właśnie rozumują, zamiast przekazywać wiedzę dyktują tekst z podręczników, potem zadają prace domowe i uważają, że w ten sposób wypełniają swoje obowiązki nauczyciela.

>To od rodziców zależy w dużej mierze, czy dziecko odrabia zadania domowe, uczy się na sprawdziany i angażuje w dodatkowe zajęcia.
To jest patrzenie przez pryzmat aktualnego systemu edukacji i niezrozumienie podziału ról między szkołą i rodzicami. Są systemy edukacji, w których zadania domowe nie istnieją, no i co z tym zrobisz? Rodzice powinni motywować do nauki, ale od nauczania czyli przekazywania wiedzy są szkoły, skoro istnieją. Owszem, rodzice mogą dostarczać dodatkowej wiedzy, ale nie jest ich obowiązkiem zastępowanie szkoły.

>To do rodzica należy obowiązek, żeby pomóc dziecku, gdy czegoś nie rozumie, wytłumaczyć lub posłać na korepetycje.
Stawiasz sprawę na głowie. System edukacji powinien tak przekazywać wiedzę, aby dziecko rozumiało, nauczyciel powinien tłumaczyć, szkoła powinna dostarczać potrzebnej wiedzy. Jeśli uczeń nie rozumie, wymaga tłumaczenia albo korepetycji, to znaczy że szkoła nie działa jak powinna.

>Sam system nie kształci.
I ty się z tym zgadzasz?! Uważasz, że to jest w porządku? To może uważasz też, że np. lekarz powinien ograniczyć się do informowania pacjenta z zapaleniem wyrostka robaczkowego o sposobach spędzania gorączki, zaś operacja wycięcia wyrostka należy już do rodziny chorego?

>Jakość nauczania zależy od współpracy uczniów, nauczycieli i rodziców.
Jakość nauczania zależy od sposobu nauczania. Na jakość wyprodukowanego samochodu nie ma wpływu jego nabywca ani jego rodzina.

>Uważam, że to nieodpowiedzialne ze strony rodziców zwalać wszystko na szkołę, bo wiele jednak wynosimy z domu rodzinnego.
Uważam, że to nierozumne zwalanie odpowiedzialności za jakość pracy nauczycieli na rodziców.

Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
Irracja (4721 punktów)
>Wielokrotnie przeżywałem sytuacje gdy dobry uczeń wręcz na moich oczach przekształcał się w głąba. Główną winą obarczam za to rodziców.

... nauczycieli, przynajmniej dużą część, również należy obarczyć winą. Ale o tym trochę później...

>Dziecko niedopilnowane, z którym się nie rozmawia i nie próbuje obudzić ciekawości świata traci zapał do nauki. Ten brak zainteresowania, poparty ogólną ignorancją, brakiem nawyku czytania i tym podobnymi zachowaniami wpływa na rozwój dziecka.

... obserwując dzieci w rodzinie (i nie tylko) zaobserwowałem, że dziecko uczy się z dwóch powodów, przynajmniej początkowo. Pierwszy to naturalny pęd do poznania świata. Drugi to chęć zaimponowania otoczeniu, chęć uzyskania pochwały za swoją wiedzę. I właśnie ten drugi czynnik jest najczęściej ignorowany, nie wykorzystany. Zainteresowanie nauką dziecka na poziomie samych ocen, zniechęca dziecko. Zostaje samo ze swą chęcią nauki. W końcu dochodzi do wniosku, że warto się uczyć tylko rzeczy bezpośrednio (na dziś i najbliższą przyszłość) pożytecznych. Resztę wiedzy wystarczy poznać tylko na tyle, by zadowolić innych swą "oceną", przecież tylko ona interesuje otoczenie...

>Tak to już jest, że dziecko częściej bierze przykład z rodzica a nie z nauczyciela.

... wbrew pozorom, z nauczyciela również. Dobry nauczyciel potrafi swą postawą zachęcić dziecko do nauki, nawet gdy rodzicom nie zależy tak bardzo na nauce "swoich pociech". Niestety, to co napisałem powyżej o rodzicach, dotyczy też nauczycieli. Opieranie się wyłącznie na programie i istniejących jednorodnych skryptach/konspektach, nauka z książek (najlepiej samodzielna w domu), beznamiętne ocenianie wiedzy, itp. prowadzi do monotonii nauki, itd...
... oczywiście, mając w rodzinie nauczycieli, zdaję sobie sprawę że przygotowanie naprawdę ciekawego materiału, opracowanie ciekawego konspektu lekcji i jego przeprowadzenie nie jest takie łatwe. To wymaga czasu międzylekcyjnego. A to często możliwe jest tylko kosztem czasu dla rodziny nauczyciela. No właśnie, jak to pogodzić? ...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga" takiego jak chciałyby religie... reszta to zwykłe insynuacje...
15-12-2012 23:43
 Ocena 10 na 10
RadRado (1047 punktów)
Czuję, ze posypią się minusy, ale co tam:
A może władza jest świadoma tego, że głupimi się rządzi łatwiej i stąd te zaniedbania na polu edukacji? Utrzymywanie szerszych mas we względnej niewiedzy to metoda znana od czasów faraonów. Pospólstwo łatwiej będzie łykać obietnice i propagandę. Sprytniejszym otworzyli drzwi na zachód, niech zostaną ci, którym pasuje ustrój neofeudalny. W ten sposób można bezpieczniej dokręcać śrubę, bo w przeciwieństwie do PRL najbardziej nonkonformistyczni są za granicą, wiec nie będą nic obalać i mieszać.
16-12-2012 00:00 
 Ocena 1 na 1
Legion (587 punktów)
>Czuję, ze posypią się minusy, ale co tam:
>A może władza jest świadoma tego, że głupimi się rządzi łatwiej i stąd te zaniedbania na polu edukacji? Utrzymywanie szerszych mas we względnej niewiedzy to metoda znana od czasów faraonów. Pospólstwo łatwiej będzie łykać obietnice i propagandę. Sprytniejszym otworzyli drzwi na zachód, niech zostaną ci, którym pasuje ustrój neofeudalny. W ten sposób można bezpieczniej dokręcać śrubę, bo w przeciwieństwie do PRL najbardziej nonkonformistyczni są za granicą, wiec nie będą nic obalać i mieszać.
>
Prawda, prawda i jeszcze raz prawda! Szkoda, że zaraz pewnie wylądujemy wiadomo gdzie, za ''sianie teorii spiskowych''.
emilpromil (184 punktów)
>>Czuję, ze posypią się minusy, ale co tam:
>>A może władza jest świadoma tego, że głupimi się rządzi łatwiej i stąd te zaniedbania na polu edukacji? Utrzymywanie szerszych mas we względnej niewiedzy to metoda znana od czasów faraonów. Pospólstwo łatwiej będzie łykać obietnice i propagandę. Sprytniejszym otworzyli drzwi na zachód, niech zostaną ci, którym pasuje ustrój neofeudalny. W ten sposób można bezpieczniej dokręcać śrubę, bo w przeciwieństwie do PRL najbardziej nonkonformistyczni są za granicą, wiec nie będą nic obalać i mieszać.
>>
>Prawda, prawda i jeszcze raz prawda! Szkoda, że zaraz pewnie wylądujemy wiadomo gdzie, za ''sianie teorii spiskowych''.
>
Jak ktoś chce się uczyć to nawet "tajne komplety" sobie zorganizuje, a jak nie chce to żadna ilość kasy podatników nie pomoże.
Jak gimbusy szkołę olewają to choinka z nimi, do pracy przy taśmie wystarczy dwudniowe szkolenie pracodawcy, matury nie trzeba.
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
A ja uważam że winna jest przede wszystkim religia. Dziecko które od maleńkości uczy się wierzyć zamiast wiedzieć/pytać/wątpić nigdy nie osiągnie zbyt wiele na polu edukacyjnym. Religia jest przeciwieństwem edukacji. Ile godzin religii mają te dzieci tygodniowo? Ile fizyki chemii czy biologii dla porównania?

Tu kryje się odpowiedz, za te same publiczne pieniądze uczy się dwóch przeciwstawnych rzeczy, przy przewadze religii.
16-12-2012 10:04 
 Ocena 7 na 7
Matix (5786 punktów)
Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym. Byłeś w ogóle w szkole? Religię na poważnie brało może z dwie osoby w klasie, dla reszty była to kolejna nudna lekcja w szkole w oczekiwaniu na weekend, imprezkę, chlanie, tańce, podryw itp. Szkoła była takim złem koniecznym, a jak chciałem się naprawdę w czymś douczyć to nigdy ze szkoły tylko z własnej inicjatywy. Ogólnie to szkoła jest raczej wybiegiem mody dla laleczek i sceną dla szpanujących cwaniaków. Szkoda tylko tych którzy są przez to w cieniu, tych zdolniejszych i ambitniejszych, ulegających tym wpływom rówieśników "rządzących" w szkołach.
16-12-2012 12:39 
 Ocena 4 na 4
diogenes (42753 punktów)
>Religię na poważnie brało może z dwie osoby w klasie, dla reszty była to kolejna nudna lekcja w szkole...

I właśnie takie nudne lekcje zmniejszają dodatkowo wątły prestiż szkoły. Pomijając fakt, że mniej lub bardziej świadomie przyczyniają się do poznawczego dysonansu młodzieży: po lekcji fizyki idą na lekcję o sercu Jezusa, którą prowadzi jakaś adoratorka krwi Jezusa Obecnego. A dysonans poznawczy (zresztą nie tylko ten) znajduje jakieś rozwiązanie, o którym szkoła milczy.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
16-12-2012 13:54 
 Ocena 1 na 1
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
>Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym. Byłeś w ogóle w szkole? Religię na poważnie brało może z dwie osoby w klasie, dla reszty była to kolejna nudna lekcja w szkole w oczekiwaniu na weekend, imprezkę, chlanie, tańce, podryw itp.(...)

Piszesz o starszych dzieciach. I w tym przepadku masz częściowo rację. Częściowo bo nawet lekcja nie traktowana poważnie zapada dziecku w podświadomość. Świadomie się śmieją i myślą o imprezach, ale w ich podświadomości regularnie wpaja się przekaz przedstawiający bajki jako rzeczywistość. Silniej działa to u małych dzieci które są wciąż bardzo podatne na autorytet dorosłych...
miesnyjez (88 punktów)
>A ja uważam że winna jest przede wszystkim religia. Dziecko które od maleńkości uczy się wierzyć zamiast wiedzieć/pytać/wątpić nigdy nie osiągnie zbyt wiele na polu edukacyjnym. Religia jest przeciwieństwem edukacji. Ile godzin religii mają te dzieci tygodniowo? Ile fizyki chemii czy biologii dla porównania?
>Tu kryje się odpowiedz, za te same publiczne pieniądze uczy się dwóch przeciwstawnych rzeczy, przy przewadze religii.

Heh dlaczego tutaj niektórzy wszystko zwalają na religię? Nie rodzice, nie nauczyciele, nie system edukacji tylko religia !
Nawet w środowiskach naukowych są ludzie wierzący, więc Twoje "Dziecko które od maleńkości uczy się wierzyć zamiast wiedzieć/pytać/wątpić nigdy nie osiągnie zbyt wiele na polu edukacyjnym." nie ma racji bytu. Są badania, że przeciętny ateista albo agnostyk jest inteligentniejszy od wierzącego, ale nie oznacza to, że osoba wierząca jest już na wstępie skazana na porażkę, bo wierzy. Nie można jasno wskazać kto lub co jest winne. Wszyscy po trochu. Przede wszystkim system edukacji, wystarczy porównać maturę z matematyki z 1990 r z obecną. Śmiech na sali. Matura z polskiego- nie liczy się oryginalność,kreatywność tylko wbicie się w klucz. Zawód nauczyciela jest coraz mniej szanowany, szkoła to nie jest miejsce nauki to wylęgarnia modnych panienek i "justinów bieberów"- chłopców, którzy dbają równie o wygląd co dziewczęta z obowiązkową grzywką na bok. Rodzice- niektórzy nie mają żadnych wymagań co do swoich dzieci, ciułają za groszem a dla dzieci nie mają już czasu. To sprawia, że dziecko robi się leniwe i apatyczne. Religia nie odgrywa istotnego czynnika w tym wszystkim. Rodzice stają się wręcz coraz bardziej liberalni i nie przywiązują wagi co do religii (mówię o większych miastach). A religię w szkołach mało kto traktuje poważnie (prócz szkół we wsiach i szkół religijnych).
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
>Heh dlaczego tutaj niektórzy wszystko zwalają na religię? Nie rodzice, nie nauczyciele, nie system edukacji tylko religia !
Ja nie pisze o wszystkim tylko o systemie edukacji. I tu w mojej opinii jest co zwalać na religie. Religia jest ważną częścią systemu edukacji, jest ważna dla rodziców jak również nauczycieli. Jednocześnie jak napisałem powyżej religia jest przeciwieństwem nauki. Religia promuję wiarę zamiast samodzielnego myślenia i to właśnie upośledza umysły zarówno dzieci jak i dorosłych. Gdyby lekarzy obowiązkowo uczyć bioenergoterapii i homeopatii to jakie by były skutki??
>Nawet w środowiskach naukowych są ludzie wierzący, więc Twoje "Dziecko które od maleńkości uczy się wierzyć zamiast wiedzieć/pytać/wątpić nigdy nie osiągnie zbyt wiele na polu edukacyjnym." nie ma racji bytu.

Wierzący zapewne są(agnostyk to też wierzący), religijnych raczej nie ma. Gdybyś tym wierzącym naukowcom przedstawił program nauki religii, jesteś pewien że by się pod tym podpisali? Do dziś wielu twierdzi że Einstein był wierzący...

> Są badania, że przeciętny ateista albo agnostyk jest inteligentniejszy od wierzącego, ale nie oznacza to, że osoba wierząca jest już na wstępie skazana na porażkę, bo wierzy.
Skazana nie jest ale ma dużo gorszy start. Czy można wierzyć w bajki o Adamie i Ewie albo arce Noego i jednocześnie być dobrym: Biologiem, Lekarzem, Psychologiem etc.? Bez rozumienia ewolucji poprawne zrozumienie mechanizmów rządzących światem istot żywych jest bardzo utrudnione jeśli nie niemożliwe. Jeśli ktoś każde niewyjaśnione zjawisko w pierwszej kolejności tłumaczy ingerencją boga to trudno by coś nowego osiągnął. To właśnie dlatego wśród naukowców jest więcej ateistów. Bez okularów religii po prostu widać więcej i lepiej.

>Nie można jasno wskazać kto lub co jest winne. Wszyscy po trochu.Przede wszystkim system edukacji, wystarczy porównać maturę z matematyki z 1990 r z obecną. Śmiech na sali.
Każdy problem składa się z wielu składowych, Moim zdaniem religia jest tą częścią która upośledza układ pozostałych. Może to przypadek że matura zeszła na psy od kiedy wprowadzono religie. Tak jak przypadkiem kiedy w pierwszej RP nauczanie opanowali Jezuici to wkrótce mieliśmy totalny upadek państwa i społeczeństwa. Edukacja opanowana przez religiantów byłą wtedy siłą destrukcyjną. Przypadek? Na jakim poziomie stała nauka w średniowieczu? Też przypadek?


>Religia nie odgrywa istotnego czynnika w tym wszystkim. Rodzice stają się wręcz coraz bardziej liberalni i nie przywiązują wagi co do religii (mówię o większych miastach). A religię w szkołach mało kto traktuje poważnie (prócz szkół we wsiach i szkół religijnych).

Od maleńkości zakłada się dzieciom religijne klapy na oczy, tłamsi się w nich ciekawość świata na wszystko mając wygodną odpowiedz "bo bóg tak chciał". Szkoła bierze w tym praniu mózgu aktywny udział. Edukacja zaczyna się od bardzo młodego wieku a wtedy dziecko jest bardzo podatne na autorytet dorosłych. Raz zafałszowany obraz świata może zostać w podświadomości już na zawsze. Z religii dzieci się śmieją rodzice są coraz bardziej liberalni, ale małe dzieci o tym nie wiedzą a w ich głowy urzędnicy sekty wpajają uparcie swoją urojoną ideologie. Inne czynniki też mają znaczenie, ale ten czynnik upośledza sposób myślenia do tego stopnia że reszta to margines. Można mówić kulawemu że będzie biegał szybciej jak ubierze lepsze buty ale to nie zmieni jego kalectwa...
miesnyjez (88 punktów)

>Skazana nie jest ale ma dużo gorszy start. Czy można wierzyć w bajki o Adamie i Ewie albo arce Noego i jednocześnie być dobrym: Biologiem, Lekarzem, Psychologiem etc.? Bez rozumienia ewolucji poprawne zrozumienie mechanizmów rządzących światem istot żywych jest bardzo utrudnione jeśli nie niemożliwe.

Można. Zauważyłeś zapewne, że żyjemy w katolickim kraju, gdzie większość ludzi wierzy. I ci dobrzy psychologowie, lekarze itd. są zazwyczaj wierzący. Przepraszam bardzo, ale co ma wiara do tego czy ktoś jest dobry w swoim zawodzie? Może sobie wierzyć w co chce i intensywnie się uczyć i zdobywać wiedzę i być dobry w swojej dziedzinie. Co ma piernik do wiatraka?

>Z religii dzieci się śmieją rodzice są coraz bardziej liberalni, ale małe dzieci o tym nie wiedzą a w ich głowy urzędnicy sekty wpajają uparcie swoją urojoną ideologie. Inne czynniki też mają znaczenie, ale ten czynnik upośledza sposób myślenia do tego stopnia że reszta to margines. Można mówić kulawemu że będzie biegał szybciej jak ubierze lepsze buty ale to nie zmieni jego kalectwa...

Wiesz co gdyby było tak jak mówisz to ludzie wierzący byliby totalnymi idiotami bez zdolności do myślenia i jedyne do czego by się nadawali to rozwoziliby śmieci i byliby księżmi. Może jesteś z małego miasteczka albo ze wsi i inaczej to odbierasz. W Warszawie chociażby religia naprawdę nie odgrywa istotnego czynnika. To nie jest tak, że dziecko ze wsi, któremu od małego się wmawia, że wszystko jest przez Boga zostaje na zawsze upośledzone. Często takie dzieci z małej religijnej wsi czy miasteczka są zdeterminowane, mają dosyć swojego otoczenia i idą na studia do większego miasta, maja dobrą pracę i mogą sobie spokojnie być ateistami czy kim tam sobie chcą. Mówienie od małego Bóg, religia, kościół wcale tak dzieci nie upośledza... i na pewno nie jest to głównym problemem w edukacji.

Studiowałam na jednym z najbardziej obleganych kierunków w Warszawie i tam wbrew pozorom nie było aż tylu rodowych warszawiaków. Mniej więcej połowa to byli ludzie z mniejszych miasteczek a nawet wsi. Na pewno spora część wywodziła się z dość religijnych rodzin. Teraz cytując Ciebie "ten czynnik upośledza sposób myślenia do tego stopnia że reszta to margines". Tak tacy upośledzeni a jednak potrafili się nauczyć i dostali się na te studia gdzie trzeba było mieć z matury 80-90%, ciekawe co?
Naprawdę są inne rzeczy na tym świecie niż religia i może niech niektórzy się zastanowią zanim coś napiszą...
18-12-2012 02:53 
 Ocena 1 na 1
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
>Można. Zauważyłeś zapewne, że żyjemy w katolickim kraju, gdzie większość ludzi wierzy. I ci dobrzy psychologowie, lekarze itd. są zazwyczaj wierzący.
Jesteś tego pewien? Czy ot tak sobie założenia robisz? Pewnie pisząc że większość ludzi wierzy piszesz też o mnie. W końcu jestem ochrzczony. Z badań kościoła wynika że w 2011 roku 40% "wiernych" uczęszczało na mszę. Nie wszyscy Polacy są "wierni" ale z pewnością w ich statystyce tak jestem ujęty ja. Myślisz że większość Polaków podpisała by się choćby pod połową dogmatów KK? Ci ludzie nie chodzący do kościoła ale przypisani do niego w wieku niemowlęcym to bardziej agnostycy niż katolicy choć często sami o tym nie wiedzą. To że ktoś został do tej sekty przypisany w wieku niemowlęcym i się z stamtąd nie wypisał nie znaczy że jest jednym z nich. Tacy z większości Polaków katolicy co i ze mnie

Ludzka anatomia stanowi nie podważalny dowód ewolucji, trudno być dobrym lekarzem nie znając anatomii. Pewnie da się być marnym lekarzem nie rozumiejąc anatomii choć znając ją zgodnie z zasadą zakuć zdać zapić zapomnieć. Tylko że tacy specjaliści rzadko osiągają sukces, patenty etc. Z psychologią jest podobnie, mechanizmy rządzące ludzkim umysłem stanowią bardzo mocny dowód na istnienie ewolucji (prymitywne części mózgu, podatność podświadomości na sugestie/manipulacje etc) Czy można być dobrym psychologiem nie znając ich? Psychologiem pewnie można być wierząc w bajki, ale raczej nie dobrym a z pewnością nie wybitnym. Ile czasu zajęło europejskim uczonym odkrycie że ziemia jest okrągła? Czy tu religia też nie miała nic do rzeczy?

>Przepraszam bardzo, ale co ma wiara do tego czy ktoś jest dobry w swoim zawodzie?
>Może sobie wierzyć w co chce i intensywnie się uczyć i zdobywać wiedzę i być dobry w swojej dziedzinie. Co ma piernik do wiatraka?
To że ta wiedza w większości jest sprzeczna z wiarą... Zasady rządzące nauką są nie do pogodzenia z zasadami rządzącymi wiarą i religią. W religii nie trzeba niczego udowadniać wystarczy ślepa wiara w dogmat. Czy to może ze sobą współistnieć w jednej przestrzeni nie zakłócając się na wzajem? Chyba że ktoś wierzy w jakiegoś nieokreślonego boga nie mającego nic wspólnego z tym biblijnym. Ale wtedy to jest inna wiara niż ta której uczy się na religii.

>Wiesz co gdyby było tak jak mówisz to ludzie wierzący byliby totalnymi idiotami bez zdolności do myślenia i jedyne do czego by się nadawali to rozwoziliby śmieci i byliby księżmi.
Jak wyglądały skutki przejęcia szkolnictwa przez Jezuitów w pierwszej RP? Totalny upadek... Nie daje to ci nic do myślenia? Dzisiaj nie jest aż tak źle bo nie wszyscy nauczyciele są urzędnikami tej sekty ale to wciąż jest problem.

>Może jesteś z małego miasteczka albo ze wsi i inaczej to odbierasz. W Warszawie chociażby religia naprawdę nie odgrywa istotnego czynnika. To nie jest tak, że dziecko ze wsi, któremu od małego się wmawia, że wszystko jest przez Boga zostaje na zawsze upośledzone. Często takie dzieci z małej religijnej wsi czy miasteczka są zdeterminowane, mają dosyć swojego otoczenia i idą na studia do większego miasta, maja dobrą pracę i mogą sobie spokojnie być ateistami czy kim tam sobie chcą. Mówienie od małego Bóg, religia, kościół wcale tak dzieci nie upośledza... i na pewno nie jest to głównym problemem w edukacji.

Chodzi o sposób myślenia, przyjmowanie absolutnych twierdzeń na wiarę upośledza sposób myślenia utrudniając rozwój intelektualny młodego człowieka. Zakładając dzieciom religijne klapy na oczy, państwo Polskie z naszych środków sabotuje edukację.

>Studiowałam na jednym z najbardziej obleganych kierunków w Warszawie i tam wbrew pozorom nie było aż tylu rodowych warszawiaków. Mniej więcej połowa to byli ludzie z mniejszych miasteczek a nawet wsi.

Czy ty myślisz że studiują tylko miejscowi w swoich miastach? To chyba normalne że ośrodki akademickie przyciągają studentów z poza miast.

>Na pewno spora część wywodziła się z dość religijnych rodzin. Teraz cytując Ciebie "ten czynnik upośledza sposób myślenia do tego stopnia że reszta to margines". Tak tacy upośledzeni a jednak potrafili się nauczyć i dostali się na te studia gdzie trzeba było mieć z matury 80-90%, ciekawe co?
A to w warszawie nie ma lekcji religii? Piszesz jak byś zakładał że wszyscy z poza Warszawy (a szczególnie ci co pojechali do warszawy na studia) pochodzili z jakichś zapadłych ultra religijnych wiosek. Podawane przez ciebie przykłady pojedynczych jednostek, wywodzących się z populacji dużo większej niż populacja Warszawy z którą ich porównujesz , nie prowadzą do logicznych czy uprawnionych wniosków. Co więcej skoro z tą edukacją naszej "katolickiej większości", jest tak dobrze to po co ten wątek? Kto to taki zaniża poziom Polskiej nauki i szkolnictwa? Jak twierdzisz wierzący mają świetne wyniki, wiec może ta mniejszość ateistów tak wpływa na ogólny wynik?

Ogólnie znanym faktem jest to że na wsi jest zarówno gorszy poziom edukacji jak i wyższy poziom religijności niż w mieście. Tu do czynienia mają też inne czynniki, ale religijność dziwnym przypadkiem, znowu jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu edukacji. Weźmy średniowiecze gdzie wraz ze wzrostem poziomu religijności poziom intelektualny podupadł. Mamy dokonania jezuitów w pierwszej RP. Czy to wszystko przypadek?

>Naprawdę są inne rzeczy na tym świecie niż religia i może niech niektórzy się zastanowią zanim coś napiszą...

Pewnie że są inne, ale na wiele z nich, a w szczególności na edukację, religia ma duży wpływ. Na tym portalu o problemie religii w szkole pisze się od dawna. Jak pan myśli dlaczego? Tak dla jaj? Ślepa wiara w dogmaty nie idzie w parze z wiedzą i rozumem. Wręcz przeciwnie jest ich przeciwieństwem. Moim zdaniem to jest istotny czynnik stojący u sedna problemu. Jeśli ktoś tego nie rozumie to może powinien to lepiej przemyśleć zanim coś napisze...
18-12-2012 22:55 
 Ocena 3 na 3
Ania. (14138 punktów)
Aleś się zacietrzewił!
Rozumiem to, tak ogólnie.

A dodam tylko, że ogólnie wiemy, iż odsetek osób wierzących, szczególnie wierzących w osobowego boga z całym dodatkiem religijnym, spada znacząco wraz z kolejnymi etapami kształcenia. Dlatego statystycznie w gronie lekarzy jest więcej niedowiarków różnej maści, niż w gronie osób po podstawówce. Możemy spokojnie przyjąć średnią gdzieś pod lekarzami, a nad podstawówką, zatem lekarzy i dobrych specjalistów po biologii, psychologii itd. będzie więcej niewierzących, niż statystycznie wypadałoby w społeczeństwie.

Dalej - niewierzący to jedno, a w gronie wierzących wiele osób nie ma problemu z TE i innymi aspektami nauki. Po prostu ich bóg jest dość maluczki, mają go, bo w coś wierzyć trzeba (zdziwiłam się jak częsty to argument). Ale de facto żyją jak niewierzący.
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
Problem polega na tym że przedstawia się niereligijnych wierzących jako dowód na to że większość społeczeństwa to katolicy albo że można być wierzącym i naukowcem (tutaj zawsze słyszę o Einsteinie i te cytaty w których wspominał o bogu). Niestety na lekcjach religii nie uczy się o bogu jako sprawcy WW czy synonimie natury/wszechświata. Tam wpaja się dzieciom dogmaty prymitywnych pasterzy owiec.

Katolik abo człowiek religijny to dla mnie ktoś kto w te dogmaty wierzy. Ktoś kto jest kulturowym katolikiem, ale w swoich poglądach w rzeczywistości jest zwyczajnym agnostykiem, rzeczywiście może dużo osiągnąć. Nie o takich wierzących przecież zabiega kler na lekcjach religii. Za to chętnie używa się ich w statystyce albo jako argumentu że można być religijnym naukowcem. Jest to takie same nadużycie jak twierdzenie że Einstein był wierzący.

Mówimy o ludziach którzy nie wierzą w ewolucję, za to wierzą w bajki o tym jak to pewien Żyd zbudował razem z rodziną łódź na której zmieściło się po parze ze wszystkich zwierząt lądowych (samych pająków istnieje ponad 40000 gatunków sic!!).

Religia i nauka w istocie są nie do pogodzenia, stanowią przeciwieństwo. To dla tego zginął Giordano Bruno. Mi nie chodzi o podawanie przykładów religijnych/niereligijnych naukowców jako wyjątków od reguły. Tylko o to że myślenie religijne jest przeciwieństwem myślenia naukowego. Trudno odnaleźć się w nauce komuś kto myśli religijnie i bezkrytycznie przyjmuje na wiarę nawet najbardziej absurdalne dogmaty, tylko dlatego że są zawarte w "świętej" książce, albo zostały wypowiedziane przez nieomylnego guru. Ucząc dzieci takiego myślenia utrudniamy im sukces we współczesnym świecie. To jest sabotowanie edukacji.

Może jestem zacietrzewiony, ale to zacietrzewienie wydaje mi się dużo mniejsze od kogoś kto twierdzi że: "Świat bez Boga stracił czubek, środek: zdeformował się. A ludzie zatracili poczucie proporcji, poczucie tego, co jest ważne"
To powszechny pogląd, a ludziom go wypowiadającym nikt nie mówi że się zacietrzewili...
diogenes (42753 punktów)
>Nie wiem skąd się bierze ta ślepota kolejnych rządów w Polsce,...

Ślepota? A może po prostu zła wola? Nie wierzę już w ślepotę rządów, prezydentów i ich doradców. Może coś drgnie, jak w przyszłej kadencji ministrem oświaty zostanie pani Mucha lub jej kosmetyczka.

>Czyżby substancje wydobywające się z kościelnych kadzideł do tego stopnia zaczadzały umysły polityków,...

Pewien jegomość myślał, że drogę do społecznego nieba zawala komuna.
Zrobił sobie małą, zdekomunizowaną strefę. Z resztą terytorium poszło gorzej, jeśli w ogóle: był czas na mutacje, można się było przygotować. O tym, że są inne strefy, które należałoby zdemontować - nie mówiło się i - oficjalnie - nie mówi, a jeśli, to ustami harcowników, których niewielu traktuje poważnie.

Nie zapominajmy też, że obok dymu z kadzidła na mózg padać może biblijna dieta.


Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
16-12-2012 13:24 
 0 na 2
miesnyjez (88 punktów)

>Ślepota? A może po prostu zła wola? Nie wierzę już w ślepotę rządów, prezydentów i ich doradców.

Dokładnie. To nie jest ślepota, to celowe działanie. Co się bardziej rządom opłaca: mieć wykształconych, samodzielnie myślących obywateli czy bezmyślną masę niezdolną do krytycznego myślenia która cieszy się, że haruje za grosze po całych dniach, bo przecież "sa tacy co w ogóle nie mają pracy, więc nie będę narzekać".
16-12-2012 16:11 
 Ocena 1 na 1
RadRado (1047 punktów)
Widzę, że nie tylko ja poszedłem takim tokiem myślenia. Niemniej wcale nie uważam, ze to celowe działanie rządu, jeśli już to celowe zaniedbanie. Nie sądzę, żeby byli w stanie coś takiego zorganizować, dobrze wiemy jak się kończy organizowanie przez nasze władze czegokolwiek, tym bardziej, że proces trwa niezależnie od zmieniających się ekip.
Ja tego nie mogę pamiętać, ale wielu twierdzi, że za PRL poziom nauczania był wyższy. Być może dlatego, że PZPR nie musiał "hodować" sobie elektoratu, bo ten miał z góry zapewniony na poziomie powyżej 90%. Wspomniane lekcje religii doskonale pasują do całokształtu - nie uczy się tam krytycznego myślenia, tylko bezrefleksyjnej wiary na słowo.
16-12-2012 16:57 
 Ocena 1 na 1
diogenes (42753 punktów)
>wielu twierdzi, że za PRL poziom nauczania był wyższy. Być może dlatego, że PZPR nie musiał "hodować" sobie elektoratu, bo ten miał z góry zapewniony na poziomie powyżej 90%.

Coś w tym jest. Obecnie tylko wybrani są w stanie ocalić swój talent w obliczu zalewu urzędowej, zorganizowanej ciemnoty, umysły niezależne od ustrojów. Podobnie ma się sprawa w sporcie: do czołówki światowej wskakują talenty, których nie są w stanie zniszczyć działacze. Wszsytko się rozwarstwia: bogactwo i nędza, mądrość i ciemnota, zdrowie i choroba. Schizis.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
Rafał Poniecki (7132 punktów)
>>Ja tego nie mogę pamiętać, ale wielu twierdzi, że za PRL poziom nauczania był wyższy. Być może dlatego, że PZPR nie musiał "hodować" sobie elektoratu, bo ten miał z góry zapewniony na poziomie powyżej 90%. <<
A absolwent miał zapewnioną pracę w zawodzie. Słabo płatną, jak wszyscy, ale po studiach miał więcej niż po technikum, czy zawodówce. No, i nawet w podstawówce musiał się czegoś nauczyć, żeby przejść z klasy do klasy. Było prawo do nauki, ale szkoła nie miała obowiązku przepychania tych, którym nie chciało się uczyć. Problem takiego, czy innego traktowania nauczycieli przez uczniów nie istniał.
Pozbywając się tego razem z komuną było przysłowiowym wylaniem dziecka z kąpielą.
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
>Ja tego nie mogę pamiętać, ale wielu twierdzi, że za PRL poziom nauczania był wyższy.
System edukacji był inny, wydaje się, że lepiej służący zarówno uczącym się, jak i państwu. Już wyjaśniam o co mi chodzi: szczeble kształcenia były następujące - przedszkola, szkoły podstawowe, szkoły zawodowe (w tym przyzakładowe) i równoległe do nich szkoły średnie ogólnokształcące i zawodowe (technika), szkoły wyższe.
Po ukończeniu podstawówki można było zdobyć zawód kończąc zawodówkę lub technikum (nieco wyższy poziom) albo skończyć ogólniaka i pracować np. jako urzędnik lub kontynuować naukę na uczelni i zostać magistrem np. inżynierem. Rynek pracy miał oferty dla absolwentów każdego z tych poziomów wykształcenia. Nie trzeba było mieć licencjatu, aby pracować jako recepcjonista(ka), nie trzeba było mieć tytułu magistra ekonomii, aby zostać kasjerem w banku.
Oczywiście, można wytykać, że ów system charakteryzował przerost zatrudnienia, że nie był konkurencyjny wobec rozwiązań kapitalistycznych, ale chodzi o samo współgranie systemu edukacji z rynkiem pracy. W dzisiejszej Polsce takiej zależności nie ma, coraz więcej mamy absolwentów wyższych uczelni, z których coraz więcej nie może znaleźć żadnej pracy, nie mówiąc o pracy odpowiadającej wykształceniu. Jednocześnie brakuje "fachowców", czyli niegdysiejszych absolwentów techników, zaś od kandydata na stanowisko sprzątacza wymaga się matury.

Czy poziom kształcenia za PRL-u był wyższy niż obecnie? Myślę, że tak. Mogę porównać jak kształcono mnie, a jak moją córkę. Np. moja wiedza z matematyki, fizyki, chemii, historii, języka polskiego wzrastała przez podstawówkę a następnie liceum, potem na uczelni. Moją córkę uczono praktycznie tego samego (z niektórych przedmiotów) w podstawówce, w gimnazjum i w liceum. Np. na lekcjach języka polskiego powtarzane są te same lektury na wszystkich trzech poziomach nauczania, na zajęciach z geografii powtarzają się lekcje na temat zjawisk pogodowych, fizyka w gimnazjum prawie niczym nie różni się od fizyki w liceum.
Ja w liceum miałem zadawane z języka polskiego wypracowania na zadany temat co 2 tygodnie, moja córka w liceum napisała takich wypracowań przez 3 lata zaledwie kilka.
Ja w liceum przerabiałem pochodne i całki oznaczone i nieoznaczone, mojej córce tej wiedzy zaoszczędzono.
Ja na studiach z zapartym tchem słuchałem większości wykładów, bo dowiadywałem się jak ciekawy jest świat, jak potężną wiedzą dysponuje ludzkość, moja córka na większości wykładów dowiaduje się o aktualnych relacjach rodzinnych wykładowców albo o ich zainteresowaniach niemających nic wspólnego z "wykładanym" przedmiotem.

Ale ówczesny i obecny system kształcenia mają też wspólne cechy. Np. ja nie jestem w stanie nazwać większości roślin i drzew, które widzę w moim miejskim otoczeniu, nie mówiąc o łąkach i lasach, moja córka też nie ma o tym pojęcia. Mnie uczono co to jest przydawka i okoliczniki, tysiące rodzajów imiesłowów, moją córkę też. Ani ja nie wiem po co, ani ona nie wie. Żadne z nas nie wybierało się na polonistykę. Ja swego czasu wiedziałem jaki wzór ma każdy węglowodór aromatyczny, moja córka też potrafiła narysować te wzory, ale ani ja, ani ona nie wiemy gdzie one występują.


Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
16-12-2012 17:36 
 Ocena 1 na 1
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
>Co się bardziej rządom opłaca: mieć wykształconych, samodzielnie myślących obywateli czy bezmyślną masę niezdolną do krytycznego myślenia która cieszy się, że haruje za grosze po całych dniach, bo przecież "sa tacy co w ogóle nie mają pracy, więc nie będę narzekać".
No właśnie co się bardziej opłaca tym na górze? Mieć zadowolonych obywateli czy niezadowolonych? Co się bardziej opłaca pracodawcy? Mieć zadowolonych pracowników, identyfikujących się z firmą czy niezadowolonych, udających pracę, wynoszących z firmy co się da w ramach zemsty na pracodawcy?

Czy obywatel zagłosuje na polityków, z których jest niezadowolony? Czy rozczarowany pracownik w ogóle pomyśli co by można zrobić, aby polepszyć kondycję firmy, aby się ona rozwijała?

Takie teorie spiskowe, że rządzący specjalnie źle rządzą, aby obywatele byli ciemni i zamknięci w sobie są nielogiczne. Owszem, są na świecie państwa rządzone w taki sposób, aby obywatele nie mieli nic do powiedzenia, żeby wiedzieli tylko to, co im władze serwują w propagandzie, żeby żyli w biedzie i zabiegali wyłącznie o przysłowiową miskę ryżu, ale to są państwa totalitarne, a nie demokratyczne. A historia, także ta najnowsza pokazuje, że takie totalitaryzmy w końcu upadają, bo nie da się kontrolować wszystkich w nieskończoność.
Dziś takim krajem totalitarnym pozostaje już chyba tylko Korea Północna i to wcale nie głównie dlatego, że tamtejsze władze perfekcyjnie panują nad obywatelami, ale również dlatego, że istnienie tego skansenu bardzo się opłaca niektórym w "wolnym świecie".


Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
miesnyjez (88 punktów)

>No właśnie co się bardziej opłaca tym na górze? Mieć zadowolonych obywateli czy niezadowolonych?

Niezadowolonych. Aby mieć zadowolonych obywateli, trzeba się wysilić. A co taki niezadowolony obywatel może zrobić, może jakoś zaszkodzić, zmienić coś w rządzie? Zawsze może wyżalić się na forum albo pójść na marsz niepodległości, tylko co to zmienia? Obywatel niewiele może. Nawet grupa niezadowolonych obywateli niewiele może.

>Co się bardziej opłaca pracodawcy? Mieć zadowolonych pracowników, identyfikujących się z firmą czy niezadowolonych, udających pracę, wynoszących z firmy co się da w ramach zemsty na pracodawcy?

To już zależy od pracy. Są takie prace, jak np. zbieranie truskawek czy call center, gdzie rotacja jest spora i nikomu nie zależy, by jakaś osoba długo u nich pracowała. Może im pracodawca nie oddać wypłaty w terminie, przedłużać pracę itp. i jak taki niezadowolony pracownik się zwolni, to nic się nie dzieje. Na jego miejsce jest kilkunastu innych chętnych i można ich od nowa wykorzystywać.

>Czy obywatel zagłosuje na polityków, z których jest niezadowolony?

Ależ oczywiście, że tak. Często ludzie są niezadowoleni z PO, ale glosują, na tą partię, bo nie chcą by PIS doszedł do władzy. Myślę, że większość głosuje w ten sposób.

>Takie teorie spiskowe, że rządzący specjalnie źle rządzą, aby obywatele byli ciemni i zamknięci w sobie są nielogiczne.
Dobrze to wyjaśnij mi inny powód dlaczego z roku na rok obniża się poziom edukacji w Polsce. Powód: nie ma pieniędzy się nie liczy, bo o ile mi wiadomo rząd zawsze nie miał pieniędzy m.in na edukację, a od paru lat poziom jest coraz gorszy.
Czy takie inicjatywy jak ta
www.wykop.(*)i-w-przedszkolach-i-zerowkach/
ma na celu poprawienie systemu edukacji?
16-12-2012 18:02 
 Ocena 1 na 1
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
>Dokładnie. To nie jest ślepota, to celowe działanie. Co się bardziej rządom opłaca: mieć wykształconych, samodzielnie myślących obywateli czy bezmyślną masę niezdolną do krytycznego myślenia która cieszy się, że haruje za grosze po całych dniach, bo przecież "sa tacy co w ogóle nie mają pracy, więc nie będę narzekać".

Po co rząd miałby sabotować edukację we własnym państwie, skoro rzadko który rząd w naszym kraju trwa do końca kadencji. Nasi politycy raczej nie patrzą tak daleko w przyszłość. To jakieś teorie spiskowe pasujące bardziej do rozważań o brzozach smoleńskich niż do racjonalizmu.
16-12-2012 18:23 
 Ocena 1 na 1
Ania. (14138 punktów)
>>Dokładnie. To nie jest ślepota, to celowe działanie. Co się bardziej rządom opłaca: mieć wykształconych, samodzielnie myślących obywateli czy bezmyślną masę niezdolną do krytycznego myślenia która cieszy się, że haruje za grosze po całych dniach, bo przecież "sa tacy co w ogóle nie mają pracy, więc nie będę narzekać".
>Po co rząd miałby sabotować edukację we własnym państwie, skoro rzadko który rząd w naszym kraju trwa do końca kadencji. Nasi politycy raczej nie patrzą tak daleko w przyszłość. To jakieś teorie spiskowe pasujące bardziej do rozważań o brzozach smoleńskich niż do racjonalizmu.
Bo i posądzam o to organizację, w której kadencja trwa znacznie dłużej. A która zasłynęła z akcji ogłupiających - cenzury nauki, palenia książek, a i naukowców...
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
>Bo i posądzam o to organizację, w której kadencja trwa znacznie dłużej. A która zasłynęła z akcji ogłupiających - cenzury nauki, palenia książek, a i naukowców...

To co innego, w tej organizacji ogłupianie ludzi jest podstawową metodą działania. I między innymi dlatego emisariusze tego typu organizacji powinni być trzymani z daleka od dzieci...
worek kości (2937 punktów)
>Czyżby substancje wydobywające się z kościelnych kadzideł do tego stopnia zaczadzały umysły

Aż zrobiłem zakład sam ze sobą, czy w tym wątku będzie coś o religii i, no cóż, wygrałem i przegrałem.

Swoją drogą, jak ktoś obwinia za całe zło świata masonów lub Żydów, to oszołom i antysemita. A jak ktoś obwinia Kościół, to racjonalista. No, przynajmniej tutaj.

bembergiem w berg
16-12-2012 19:19 
 Ocena 1 na 1
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
>A jak ktoś obwinia Kościół, to racjonalista. No, przynajmniej tutaj.
Nie ma to jak postawić jakąś tezę, choćby i głupią, a następnie się z nią zgodzić. Nic tak nie poprawia nastroju i nie utwierdza w przekonaniu o słuszności swoich poglądów. Ponadto pozwala na zadowolenie, że ma się coś do powiedzenia w temacie, którego w ogóle się nie porusza.


Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
miesnyjez (88 punktów)
>>Czyżby substancje wydobywające się z kościelnych kadzideł do tego stopnia zaczadzały umysły
>Aż zrobiłem zakład sam ze sobą, czy w tym wątku będzie coś o religii i, no cóż, wygrałem i przegrałem.
>Swoją drogą, jak ktoś obwinia za całe zło świata masonów lub Żydów, to oszołom i antysemita. A jak ktoś obwinia Kościół, to racjonalista. No, przynajmniej tutaj.

Heh tak działa to forum. Gdzie nie wejdziesz ktoś coś wspomni o religii nawet jeśli nie jest to zbytnio powiązane z tematem.
Tu chociażby dwa rodzynki:

"Czy można wierzyć w bajki o Adamie i Ewie albo arce Noego i jednocześnie być dobrym: Biologiem, Lekarzem, Psychologiem etc.?"

"Raz zafałszowany obraz świata może zostać w podświadomości już na zawsze. Z religii dzieci się śmieją rodzice są coraz bardziej liberalni, ale małe dzieci o tym nie wiedzą a w ich głowy urzędnicy sekty wpajają uparcie swoją urojoną ideologie. Inne czynniki też mają znaczenie, ale ten czynnik upośledza sposób myślenia do tego stopnia że reszta to margines."

Tak więc ludzie religijni są po prostu upośledzeni. I nigdy nie zostaną dobrymi lekarzami, psychologami i biologami. I dzieci z religijnych rodzin, są na zawsze upośledzone i nawet jeśli pójdą na dobre studia, będą się starać to nic nigdy w życiu nie osiągną.
Zapamiętaj to sobie
Takich bzdur to nawet na Frondzie nie widziałam, a czasem z ciekawości przeglądam.
17-12-2012 17:55 
 Ocena 2 na 2
Ania. (14138 punktów)

>Tu chociażby dwa rodzynki:
>"Czy można wierzyć w bajki o Adamie i Ewie albo arce Noego i jednocześnie być dobrym: Biologiem, Lekarzem, Psychologiem etc.?"
> "Raz zafałszowany obraz świata może zostać w podświadomości już na zawsze. Z religii dzieci się śmieją rodzice są coraz bardziej liberalni, ale małe dzieci o tym nie wiedzą a w ich głowy urzędnicy sekty wpajają uparcie swoją urojoną ideologie. Inne czynniki też mają znaczenie, ale ten czynnik upośledza sposób myślenia do tego stopnia że reszta to margines."
>Tak więc ludzie religijni są po prostu upośledzeni. I nigdy nie zostaną dobrymi lekarzami, psychologami i biologami. I dzieci z religijnych rodzin, są na zawsze upośledzone i nawet jeśli pójdą na dobre studia, będą się starać to nic nigdy w życiu nie osiągną.
>Zapamiętaj to sobie
>Takich bzdur to nawet na Frondzie nie widziałam, a czasem z ciekawości przeglądam.
Co do psychologów i lekarzy nie wypowiadam się. Albo inaczej, co do lekarzy zapewne można być dobrym lekarzem, bez wiedzy o ewolucji.
Ale biolog bez ewolucji to jakaś karykatura. Nie można być dobrym biologiem, nie rozumiejąc zasad ewolucji. Można być rzemieślnikiem, przelewać roztwory w ependorfce, ale nie można być DOBRYM biologiem. Bowiem biologia to nauka o świecie, w którym ewolucja jest jednym z zasadniczych procesów.
Dlatego może odsetek niewierzących lub niedowierzących jest w biologii tak astronomicznie wysoki.
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
Myślę, że nie doceniasz możliwości ludzkiego umysłu do godzenia sprzeczności, do kreatywnego interpretowania religijnych "prawd". Wydaje mi się, że szczera wiara w takie rzeczy jak to, że wszechświat został stworzony 6 tys. lat temu, że wszyscy ludzie są potomkami Ewy i Adama, że wszystkie zwierzęta zostały stworzone jednocześnie itd. itp. jest rzadkością i dotyczy wyłącznie fundamentalistów religijnych. Moim zdaniem żaden biolog nie może mieć takiej wiary, co nie wyklucza jednocześnie wiary w istnienie Boga, ale nie tego starotestamentowego.
Wydaje mi się, że bez większego trudu da się wierzyć w Stwórcę, jeśli w miejsce Big Bangu wstawi się takiego Stwórcę. Ateiści mawiają, że nie da się odróżnić świata z Bogiem od świata bez Boga, więc nie ma sensu postulować istnienia Boga, ale to można odwrócić i powiedzieć, że w takim razie nie szkodzi postulować istnienie Boga. Powtórzę - Bóg (Stwórca), którego nie da się odróżnić od Big Bangu nie jest Bogiem z ksiąg religijnych, co nie wyklucza wiary w takiego Boga.



Bieda może nauczyć rozumu, ale nigdy - mądrości. (Władysław Grzeszczyk)
17-12-2012 20:17 
 Ocena 2 na 2
Ania. (14138 punktów)
Oczywiście, że wiem, że są wierzący biolodzy.
Podkreśliłam słowo DOBRZY biolodzy. A tacy nie mogą odrzucać ewolucji. Mogą wierzyć w jakiegoś kreatora czynnego przy WW, przyczynę sprawczą, ale nie w inteligentny projekt. Nie da się być DOBRYM biologiem, nie znając dziedziny stanowiącej podstawę tej nauki.
Tak samo jak nie da się być dobrym lekarzem, nie wierząc w bakterie. Albo fizykiem, nie wierząc w elektrony.
18-12-2012 10:36 
 Ocena 1 na 1
Sobieski20 (1136 punktów)
(zablokowany)
Naprawde myślisz że religia nie ma związku z tematem edukacji? W takim razie dlaczego jest NAUCZANA w szkolach? Myślisz że religijniść nie wpływa na spsób myślenia, na postrzegania rzeczywistości? Jeśli tak to chyba rzeczywiście bardziej ci po drodze z Frondą
Wacław (1038 punktów)
>Stawiam trzy tezy:
>1) (oczywista) polski system edukacyjny, obejmujący czas edukacji obowiązkowej, stoi na marnym
>poziomie,

Osobiście myślę, że już nawet nie o sam poziom chodzi, a o "obowiązkowość" tej edukacji i idące za tym podejście szkół, że lepiej ucznia wypchnąć ze szkoły bo inaczej będziemy się z nim szarpać więc lepiej nie mieć problemów. Matura nie powinna być dla wszystkich, a tylko dla ludzi posiadających te podstawy wiedzy o świecie by móc dalej zgłębiać jej wycinki na studiach. A jak jest w praktyce? A no tak, że już w szkole podstawowej "przepycha" się dzieciaki (syn w 4 klasie SP ma dwóch takich kolegów co mają po 4 zagrożenia!), a na maturze wystarcza 30% możliwych punktów. Proszę wybaczyć, ale to droga do nikąd i ja podziękuję za ludzi mających problemy ze skleceniem dwóch zdań, liczących w pamięci do 10.000 z ogromnym trudem i w wielu przypadkach prezentujących podejście "należy mi się". Edukacja ponad minimum, to przywilej ale jakoś o tym nasi ustawodawcy zapomnieli.

>2) dzieci są żądne wiedzy, ale podanej w sposób interesujący, nawiązujący do otaczającej je
>rzeczywistości,

Nie zgodzę się. Własne doświadczenia i obserwacje rówieśników syna skłaniają mnie do stwierdzenia, że w całej masie dzieci są leniwe i nawet ciekawie podana wiedza jest dla nich mało interesująca - w dobie komputerów i internetu, przyjemniej jest pododawać głupie komentarze na twarzoksiążce, pograć w coś albo pogapić się tępo na jakieś newsy ze świata młodzieżowych idoli. Ludzi faktycznie głodnych świata i wiedzy o nim jest niewielu i jakoś Ci problemu z pozyskiwaniem wiedzy nie mieli, nie mają i podejrzewam że w przyszłości mieć nie będą - bez względu na to jak jeszcze nasi politycy i urzędnicy postanowią zepsuć szkolnictwo.

>3) Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie - podstawą sukcesu ekonomicznego
>i rozwoju społecznego nie jest liczba montowni samochodów, ani liczba absolwentów wyższych uczelni z
>dyplomem licencjata, ale jakość kształcenia na każdym poziomie.

Zgadzam się w 100%, ale odsyłam do odpowiedzi na pierwszą tezę - szkoła MUSI szarpać się z jednostkami problematycznymi i siłą rzeczy poziom ciągnięty jest w dół by jakoś wszyscy poszli dalej. Tylko ten tok myślenia przeniesiono już do szkolnictwa wyższego gdzie uczelnia dostaje pieniądze od "sztuk" studentów. Nadal na większości uczelni publicznych poziom jest trzymany, ale to już bardziej zasługa ludzi wykładających i nie dopuszczających do myśli, że ich przedmiot mógłby zaliczyć ktoś bez odpowiedniego poziomu wiedzy. Ale i tych wykładowców jest coraz mniej i zaczyna królować podejście "niech głupki idą, inni ich odsieją". Powtórzę raz jeszcze - edukacja od średniej w górę powinna być przywilejem!

>Media każą nam się cieszyć(...)

Cały akapit wypowiedzi - nic dodać, nic ująć

>Nie wiem skąd się bierze ta ślepota kolejnych rządów w Polsce, przecież wystarczy się zainteresować
>jak pewne rzeczy działają tuż za miedzą albo tylko trochę dalej.

To jest problem naszych polityków - wolą sami wyważać otwarte drzwi zamiast rozejrzeć się dookoła i zbudować system oparty na sprawdzonych rozwiązaniach. Np. wspomniany system w Niemczech gdzie wiedzę zawodową zdobywa się m.in. czeladnikując w jakiejś firmie. Ale to wymaga głębokich reform i wsparcia firm mających oferować kształcenie. No i koło się domknie i zostaniemy przy tym co mamy...

>Czyżby substancje wydobywające się z kościelnych kadzideł do tego stopnia zaczadzały umysły
>polityków, że stają się ślepi, głusi i pozbawienie zdolności analizowania czegokolwiek prócz listów
>biskupich?

Daleko idąca teoria, system edukacji skutecznie psuli zarówno Ci z prawej jak i lewej strony barykady, a ich (obu krańców sceny politycznej) wyznanie oraz stosunek do kościoła bywały przecież zupełnie skrajne.
Atlantis (1733 punktów)
(zablokowany)
Na podstawie własnych doświadczeń z czasów szkolnych mogę powiedzieć jedno - szkoła nieraz działa w sposób destruktywny. Klasy są przepełnione, nauczyciel nie ma dobrego kontaktu z dzieciakami, pędzi z realizacją programu, wymaga zakucia na pamięć kilku stron informacji co kilka dni i zaliczenia kartkówki. Nie tędy droga! Nauka jest fascynująca, jednak dziecku trzeba to najpierw pokazać, pozwolić by naturalna w tym wieku ciekawość świata została skierowana na właściwe tory. Dopiero wtedy zapamiętywanie regułek i wzorów będzie miało jakikolwiek sens. W przeciwnym razie będziemy mieć do czynienia z bezproduktywną, bezsensowną czynnością, wykonywaną bez zrozumienia sedna danego zagadnienia.

Ja miałem szczęście, że trafiłem na kilku dobrych nauczycieli. Miałem szczęście, że była wtedy dostępna "Telewizja Edukacyjna" i multimedialne CD-ROMy (Internet był wtedy jeszcze mało multimedialny, a dostęp do niego był mocno ograniczony).

Często narzeka się, że polskie dzieci nie czytają książek. Śmiem twierdzić, że polskie szkolnictwo jest tutaj w znacznej mierze winne. Dzieciak przychodzi do szkoły, ledwie nauczy się składać litery, a już dostaje całą listę lektur do przeczytania - bo przecież "każdy Polak powinien je znać". Nikt nie zastanawia się, czy faktycznie jeszcze przemawiają one do młodzieży, czy omawiane w nich problemy są aktualne dla współczesnych nastolatków. Nie ma lepszego sposoby na obrzydzenie książki młodemu człowiekowi, jak zmuszanie go przez wiele lat do przeczytania raz za razem kolejnej książki, którą uważa za nudną... Spójrzmy prawdzie w oczy - nie każdy musi mieć gust kompatybilny z kanonem lektur szkolnych.
Nie proponuję tutaj rzecz jasna całkowitej rezygnacji z kanonu lektur... Jednak dobrze byłoby, gdyby odchudzić go nieco, a zaoszczędzony czas poświęcić na zorganizowanie czegoś w rodzaju dyskusyjnego klubu książkowego.

Kolejnym dramatem polskiej szkoły jest to, że nie uczy ona logicznego myślenia ani sztuki prowadzenia dyskusji. Nie tłumaczy też na czym polega metoda naukowa. Wielokrotnie już stykałem się ze studentami wyższych uczelni, którzy nie widzieli różnicy między teorią a hipotezą, sofizmaty mylili z argumentami merytorycznymi, albo brak dowodu na fałszywość jakiegoś poglądu uznawali za dowód jego prawdziwości. Coś mi się wydaje, że przynajmniej część tej argumentacji przejęli od katechetów...

Oj, długo mógłbym formułować podobne zarzuty.

Wróć do listy wątków działu Nauka
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365