Racjonalista - Strona głównaDo treści
Rodzina a religia

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
03-12-2009 19:08mogilny (19 punktów)Rodzina a religia
Ocena 6 na 6
To mój pierwszy post na portalu Racjonalistów. Zabierałem się do niego długo, w końcu po ostatniej niedzieli stwierdziłem, że sam sobie nie poradzę.
6 stycznia skończę 21 lat, studiuję dziennie, nie pracuję. Ponieważ studiuję w rodzinnym mieście, mieszkam razem z rodzicami. Nie mogę narzekać, dają mi wszystko - chcą tylko żebym dobrze się uczył. Nauka jest najważniejsza. Z tego samego powodu nie podjąłem pracy, mimo wielu prób moi rodzice torpedowali moje pomysły o własnym zarobku twierdząc że to niepotrzebne.
Do rzeczy. Ojciec - gorący wyznawca radia Maryja, rządzi w rodzinie żelazną ręką. Matka pod jego wpływem również stała się ultra katolicka. Ja od ładnych paru lat jestem ateistą, o czym oboje dobrze wiedzą, jednak przy każdej możliwej okoliczności nachalnie (czasem agresywnie) mi to wypominają, nawracają. Nigdy specjalnie się nie buntowałem, zawsze byłem "grzecznym dzieckiem", ale to co ostatnio dzieje się w moim domu to już przesada.
Każda niedziela to walka. Co tydzień powtarzam im, że nie pójdę do kościoła, ale pod naporem agresji, łez, wyznań typu "nie tak Cie wychowałam", idę. W kościele nie czynię religijnych znaków, siadam, wstaję, siadam, wstaję. Ostatnio zwrócili mi na to uwagę, i mimo moich wyjaśnień spotkałem się z ripostą typu "dopóki u nas mieszkasz masz się dostosować", "nie obchodzi mnie to", "jeśli się nie zmienisz, wyprę się ciebie". Każde święto, każda informacja z życia kościoła z która się nie zgadzam odbija się na moich stosunkach z rodzicami.
Spokojna, merytoryczna dyskusja nie przechodzi w moim domu. Czuję się jak zaszczuty pies. Oczywiście rozwiązaniem problemu byłaby wyprowadzka, ale w tym momencie byłoby to równoznaczne z zerwaniem kontaktów z rodziną, czego bym nie chciał, zresztą teraz nie stać mnie na to.
Napisałem tego posta na szybko, z prośbą o pomoc, na pewno na tym forum jest wiele osób które spotkały się z podobna nietolerancją. Proszę o rady jak wyjść z tego problemu, protesty, rozmowy nie przyniosły skutku. Zostaliście mi tylko Wy
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

E.Strus (42 punktów)
Witam Cię!

Chyba miałem podobna sytuacje ale na szczęście tylko z matka bo ojca nie mam, oprócz tego w niebiesiech ale jego tak jak tego materialnego trudno zastać pod adresem zameldowania.

Wyprowadziłem sie, stopniowo, najpierw do szkoły z internowaniem , potem zacząłem wynajmować mały pokój, mieszkanie itd. Mam teraz ponad 30 lat. Żyje na własny rachunek. Raz biedniej raz lepiej...ale nie da rady cofnąc tego czasu, tylko raz będę tym wspaniałym kraju, tylko raz mam swoje życie, nie chciałem i nadal nie chce życ pod czyjeś dyktando.
Poradzisz sobie na pewno, nie będziesz miał kokosów na początku ale nie liczy się kasa albo to czy jeździsz wypasiona bryką. Żyj tu i teraz, bądź świadom każdej mozliwej sekundy życia, Ty za nia odpowiadasz. Pępowine masz juz dawno odciętą, nie jestes ani swoim ojcem ani swoją matką ale sobą samym.

3 mam kciuki!

Świstak
stilgar (7322 punktów)
> Z tego samego powodu nie podjąłem pracy, mimo wielu prób moi rodzice
>torpedowali moje pomysły o własnym zarobku twierdząc że to niepotrzebne.

Skąd ja to znam, też wiele moich pomysłów było torpedowanych przez rodziców, bo "po co ci to".

>Oczywiście rozwiązaniem problemu byłaby wyprowadzka, ale w tym momencie byłoby to równoznaczne z
>zerwaniem kontaktów z rodziną, czego bym nie chciał, zresztą teraz nie stać mnie na to.

Czemu miałoby to być równoważne? Zamierzasz do końca życia mieszkać z rodzicami? Przecież kiedyś i tak sie wyprowadzisz, a nie bedzie to oznaczało zrywania kontaktów. Szkoda, że wybrałes studia w tym samym mieście - jak sie zaczyna mieszkać samemu, to nabiera się samodzielności, a tak to studia wyglądają jak przedłużenie liceum.

>Napisałem tego posta na szybko, z prośbą o pomoc, na pewno na tym forum jest wiele osób które
>spotkały się z podobna nietolerancją. Proszę o rady jak wyjść z tego problemu, protesty, rozmowy nie
>przyniosły skutku. Zostaliście mi tylko Wy

Nie da sie ukryć, że obecny stan jest bardzo niestabilny. Ja widze z tego dwa wyjścia - dla świętego spokoju przestajesz prezentowac rodzinie swój światopogląd i chodzisz do tego kościoła ( godzina raz na tydzien, da sie wytrzymać ) albo sie wyprowadzasz. I bez jakiegoś trzaskania drzwiami i "zrywaniem kontaktów", tylko po prostu, musisz znaleźć dobre argumenty i wytłumaczyć rodzicom, że już czas na ciebie. Usamodzielnianie sie to dobry argument, znacznie lepszy od światopoglądu.

Ja jestem agnostykiem, czasem, jeśli wynika to z kontekstu, mówię rodzinie co uważam o bezsensowności religii, ale dla świętego spokoju nic im otwarcie nie mówię, może kiedyś, jak dojrzeją W dodatku, co roku na święta Bożego Narodzenia to ja jestem tym, który czyta na początku fragment z Biblii - nie lubie tego, ale nie odstawiam scen, bo robie prosty rachunek - rzucanie sie "nie wierzę w to i nie będę tego czytał" jedynie zepsułoby humor rodzinie, pośrednio mi ( jakoś wątpie, żeby po czymś takim przy stole był dobry nastrój ) - a tak, przeczytam, dwie minuty i spokój z tym na resztę roku.

Trzeba po prostu wiedzieć kiedy należy z całą stanowczością walczyć o swoje i trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić i wybrać mniejsze zło - to jest sztuka kompromisu. Spróbuj mojej metody małych kroków, uderzanie kogoś z całej siły rzadko przynosi inny efekt niż totalne zaparcie się tej osoby.
03-12-2009 20:13
 Ocena 11 na 11
Lucyna Sępska Quenallata (4714 punktów)
Przede wszystkim musisz znaleźć sobie pracę. Choćby po to, żeby odłożyć coś na "nową drogę życia" czyli rozpoczęcie samodzielności. Nie oszukujmy się: kto ma kasę ten ma władzę, a odcięcie od funduszy to najbardziej perfidny z rodzicielskich trików, mający na celu "udupienie" niepokornego potomka. Po drugie: ile zostało Ci do końca studiów? Dwa, trzy lata? Masz dwa wyjścia: potraktować to jako odsiadkę zacisnąć zęby i przeczekać, albo spróbować przenieść się na studia do innego miasta, chociażby pod pretekstem wyższego poziomu, praktyk, czy czegoś w tym stylu. Staraj się żyć w miarę dobrze z rodziną (-powiedziała ta, która pewnego dnia, w wieku 19 lat pieprznęła drzwiami rodzinnego gniazda i do tej pory uważa, że była to najrozsądniejsza rzecz jaką zrobiła w życiu), ale rób wszystko, żeby jak najszybciej się od niej uwolnić. I najważniejsze... Zapamiętaj jak się dzisiaj czujesz i postaraj sie zaoszczędzić tego własnym dzieciom.
Trzymaj się i powodzenia.
Kinia Kinska (825 punktów)
U mnie nie poszło o katolicyzm, ale sytuacja była trochę podobna. Też słyszałam: "Dopóki mieszkasz pod moim dachem...", "a jak nie masz zamiaru się dostosować, to możesz się wyprowadzić". Wyprowadziłam się. Najpierw do znajomych (bo decyzję podjęłam pod wpływem impulsu i nie miałam dokąd pójść), a niedługo potem "na swoje". Dałam sobie radę (choć nie było lekko - uprzedzam), zdałam maturę, poszłam na studia... i nigdy, ale to nigdy nie żałowałam.

A relacje z rodziną szybko się naprawiły, a nawet uległy znacznej poprawie odkąd zaczęłam żyć na własny rachunek.

Pamiętaj jednak, że jest to rozwiązanie skrajne i w Twoim przypadku wcale nie musi być najlepsze.

Pozdrawiam

Immortality is the only fate which is worse than death
Zyga (1539 punktów)
>chcą tylko żebym dobrze się uczył. Nauka jest najważniejsza. Z tego samego powodu nie podjąłem pracy, mimo wielu prób moi rodzice torpedowali moje pomysły o własnym zarobku twierdząc że to niepotrzebne.

Praca w czasie studiowania przyda Ci się potem bardziej niż studia. Staż, doświadczenie są dużo więcej warte niż wysłuchany wykład - nawet jeżeli to wstawianie okien, kładzenie paneli, czy coś zupełnie innego z tematem niezwiązanego.

>agresji, łez, wyznań typu "nie tak Cie wychowałam", idę...

"Gdzie ja popełniłam błąd?" A i tak nie chodziłem. Czasem dla spokoju szedłem pospacerować po parku, ale... z tego co piszesz, masz dużo większe ciśnienia.

>z ripostą typu "dopóki u nas mieszkasz masz się dostosować", "nie obchodzi mnie to", "jeśli się
>nie zmienisz, wyprę się ciebie".

2 lata, codziennie, po pracy "tymi ręcami" budowałem dom. Wynajmować nie chciałem, a o kupnie, z powodów oczywistych, mogłem zapomnieć. Myślałem - jak tylko się wyprowadzę to wypisze się z kościoła - "mieszkałem nie pod swoim dachem" więc nie mogłem. Po wyprowadzce rodzice stają się hmmm... stosunki się zmieniają, w moim przypadku na spokojniejsze, nie działamy sobie na nerwy siedząc w 5 osób w 3 pokojowym mieszkaniu.
Nie muszą słuchać moich "durnych" poglądów na życie - po co mi ślub, zus, wymiana dowodu osobistego...

Pomimo tego, że z wybranką stworzyliśmy dom, w oczach mojej matki (tak mi się wydaje) trochę nienormalny - bogiem nieskażony, żarówki wiszą z sufitu, remont niedokończony, ślubu nie ma, itd - mamy się świetnie. A jednak... nie mogę nadal wypisać się z tego śmierdzącego kadzidłem kościoła, bo wiem, że jak ksiądz do moich rodziców wpadnie po kolędzie, to powie co syn narobił i może się to skończyć zawałem.
04-12-2009 08:05 
 Ocena 7 na 7
Meretseger (61860 punktów)

>"Gdzie ja popełniłam błąd?" A i tak nie chodziłem.
Raz jeden (dawno, dawno temu) usłyszałam takie pytanie od mojej Mamy. Odpowiedziałam: "Nigdzie. Wspaniale wychowałaś samodzielnie myślącego człowieka". I w tym momencie zostałam zaakceptowana, więcej nie było mowy ani o niechodzeniu do kościoła, ani o braku ślubu kościelnego (przypuszczalnie całą rodzinną nawałnicę Mama wzięła na siebie, chwała Jej za to), ani o nieochrzczeniu mojej córki (co było o tyle łatwe, że mieszkałam wówczas na drugim końcu Polski, wysyłając dalszej rodzinie uprzejme kartki noworoczne). Przynajmniej dziewczyna ma o tyle łatwiej, że nie musi się z organizacji wypisywać
Matix (5786 punktów)
Hej, wydaje mi się, ze zawsze możesz zmienić uczelnię. Na taką w innym mieście oczywiście i się wyprowadzić siłą rzeczy. Znam kolegów, którzy zmienili uczelnie, bo po prostu mówili, że albo ta im się bardziej podoba, albo chcieli zobaczyć inne miasta.
Piątkowski (5131 punktów)
Najpierw praca i własne dochody, wtedy uwolnisz się od rodziców, w sumie to chyba celowe działanie z ich strony, aby jak najdłużej trzymać cię w ryzach i wychować wedle własnego widzimisię... w Twojej sytuacji slogan: "Praca czyni wolnym" jest jak najbardziej prawdziwy...
Możesz też postawić sprawę w domu na ostrzu noża i powiedzieć, że jeśli nadal będziesz przymuszany do praktyk religijnych to po prostu sam opuścisz dom, bo masz tego dość (atutem aby uwiarygodnić "groźbę" byłyby własne finanse, lub blef, że wprowadzisz się do swojej dziewczyny/chłopaka tylko po to aby odciąć się od presji z ich strony)...
03-12-2009 21:58
 Ocena-16 na 20
Warszawiak (140 punktów)
Po pierwsze to nie wiedziałem że forum "racjonalisty" jest po aby wysłuchiwać żali nieszczęśliwych męczenników sprawy ateizmu oraz poradnikiem co kto powinien robić.
Skoro jednak jest tak to i ja dam coś od siebie- tyle rodzice zrobili dla Ciebie że tą jedną rzecz możesz dla nich zrobić i chodzić co niedziele do tego "strasznego" kościoła, chociaż zrobisz coś więcej dla nich, będziesz miał spokój i wszyscy będą szczęśliwi, niejedni by Ci pozazdrościli Twojej sytuacji.
03-12-2009 22:18 
 Ocena 9 na 9
Autografka (10638 punktów)
>Po pierwsze to nie wiedziałem że forum "racjonalisty" jest po aby wysłuchiwać żali nieszczęśliwych męczenników sprawy ateizmu oraz poradnikiem co kto powinien robić.
>Skoro jednak jest tak to i ja dam coś od siebie- tyle rodzice zrobili dla Ciebie że tą jedną rzecz możesz dla nich zrobić i chodzić co niedziele do tego "strasznego" kościoła, chociaż zrobisz coś więcej dla nich, będziesz miał spokój i wszyscy będą szczęśliwi, nie jedni by Ci pozazdrościli Twojej sytuacji.

Pytanie, jak długo ma to robić. Problem polega na tym, że jeżeli będzie im ustępował, postępował wbrew sobie dla świętego spokoju, to rodzice przyjmą, że zawsze i w każdej sytuacji związanej z wiarą tak będzie. Stanowcze światopoglądowe samookreślenie się, przy tak negatywnie nastawionej rodzinie, zawsze będzie bolesne, niezależnie od etapu życia, na którym się dokona. Po prostu trzeba przez to przejść. I lepiej, żeby rodzice wiedzieli, że ta decyzja jest dla ich dziecka (bo zawsze będzie dla nich ich dzieckiem) na tyle ważna, że warto rozważyć jej uszanowanie lub przynajmniej, przyjęcie do wiadomości. Może lepiej, żeby pogodzili się z tym teraz, niż gdyby mieli za kilka lat robić zdziwione miny na wieść, że syn nie ma zamiaru zawrzeć kościelnego ślubu - bo przecież do tej pory zawsze udawało się go przekonać, żeby się nagiął.

Nie zawsze się traci, kiedy się zostaje pozbawionym czegoś. [Goethe]
04-12-2009 09:39 
 Ocena 2 na 2
pavvel (8272 punktów)
Jak się przyzwyczai ustępować to i ślub kościelny weźmie i dzieciaka ochrzci...

www.racjonalista.pl/forum.php/s,253335
03-12-2009 22:29 
 Ocena 7 na 7
budys (55 punktów)
>Po pierwsze to nie wiedziałem że forum "racjonalisty" jest po aby wysłuchiwać żali nieszczęśliwych męczenników sprawy ateizmu oraz poradnikiem co kto powinien robić.
>Skoro jednak jest tak to i ja dam coś od siebie- tyle rodzice zrobili dla Ciebie że tą jedną rzecz możesz dla nich zrobić i chodzić co niedziele do tego "strasznego" kościoła, chociaż zrobisz coś więcej dla nich, będziesz miał spokój i wszyscy będą szczęśliwi, nie jedni by Ci pozazdrościli Twojej sytuacji.
>
Warszawiaku, dzieci oddają swoim dzieciom a nie rodzicom.
03-12-2009 23:49 
 Ocena 10 na 10
Alpha Phoenicis (4607 punktów)
>Po pierwsze to nie wiedziałem że forum "racjonalisty" jest po aby wysłuchiwać żali nieszczęśliwych męczenników sprawy ateizmu oraz poradnikiem co kto powinien robić.
No tak, lepiej polecieć do księdza i dostać parę zdrowasiek, co nie? Tak żeby szatan dalej nie gnębił i żeby się przypadkiem Matka Boska Kiepska u sąsiadów na lodówce nie ukazała tylko u nas za stodołą

>Skoro jednak jest tak to i ja dam coś od siebie- tyle rodzice zrobili dla Ciebie że tą jedną rzecz możesz dla nich zrobić i chodzić co niedziele do tego "strasznego" kościoła, chociaż zrobisz coś więcej dla nich, będziesz miał spokój i wszyscy będą szczęśliwi, nie jedni by Ci pozazdrościli Twojej sytuacji.
Inni ludzie tyle dla ciebie zrobili: Wykształcili cię, masz gdzie mieszkać, możesz mieć ciepłą wodę i prąd, pan kierowca jeździ w tą i z powrotem autobusem by tacy jak ty mogli się przemieszczać bez własnego samochodu, więc czemu to nie ubierzesz się kiedyś w strój klauna i nie zaczniesz mi zbierać śmieci pod domem i zamiatać chodnika?
w końcu dzięki takim jak ja będą ci mieli za co wypłacić emeryturę, tyle dla ciebie zrobię, więc wystrój się tak jak powiedziałam i zasuwaj na osiedle, będziesz miał spokój i wszyscy będą szczęśliwi, nie jedni by Ci pozazdrościli Twojej sytuacji.
04-12-2009 09:42 
 Ocena 5 na 5
-jad- (18783 punktów)
>Po pierwsze to nie wiedziałem że forum "racjonalisty" jest po aby wysłuchiwać żali nieszczęśliwych męczenników sprawy ateizmu oraz poradnikiem co kto powinien robić.

A dlaczego nie? Można pisać o wszystkim, byle sensownie.

Myśl i rzeczywistość są jak gdyby dwoma odpowiadającymi sobie brzmieniami, o których żaden człowiek nie może powiedzieć z pewnością, które z nich jest głosem, a które echem. Coleridge
04-12-2009 11:49 
 Ocena 4 na 4
Adamiak (36436 punktów)
>Po pierwsze to nie wiedziałem że forum "racjonalisty" jest po aby wysłuchiwać żali nieszczęśliwych męczenników sprawy ateizmu oraz poradnikiem co kto powinien robić.
    -Jad- już ci ładnie odpowiedział.

>... tyle rodzice zrobili dla Ciebie...
   Ile?

>... że tą jedną rzecz możesz dla nich zrobić i chodzić co niedziele do tego "strasznego" kościoła, chociaż zrobisz coś więcej dla nich, będziesz miał spokój i wszyscy będą szczęśliwi...
   Skąd wiesz, że wszyscy?
04-12-2009 23:44 
 Ocena 4 na 4
placownik (17853 punktów)

>Po pierwsze to nie wiedziałem że forum "racjonalisty" jest po aby

   Po aby też. Jak widzisz pełni różne funkcje. Niektórych douczamy nawet gramatyki. Tę jedną rzecz możemy dla Ciebie zrobić, aby móc wysłuchiwać potem Twoich żalów.

   Pozdrawiam


Niech strój słów podkreśla urodę myśli
05-12-2009 11:59 
 Ocena 1 na 1
Sylwek (15472 punktów)
NIe bardzo rozumiem - "tyle zrobili dla ciebie".

Cóż, to rodzice są odpowiedzialni za powołanie dziecka i nie maja prawa oczekiwać tego i owego ale obowiązek zapewnić to czy tamto. Rodzice którzy naciskają na chodzenie do kościoła bo wypada maja na koncie niewielką, ale jednak przewinę. Dziecko takich rodziców ma prawo czuć się sfrustrowanym.

A co do założyciela wątku - postaraj się o stypendia, kredyt (kredyt studencki ma najatrakcyjniejsze warunki na rynku) i się wyprowadź. Pobiedujesz ale będziesz miał spokój. A rodzicom uczciwie będziesz mógł powiedzieć że albo zaczną się zachowywać porządnie i odczepia od kwestii Kościelnej albo sami będą winni popsuciu stosunków.
03-12-2009 23:34
 Ocena 10 na 10
Alpha Phoenicis (4607 punktów)
Poleć im po emocjach, zaatakuj z zaskoczenia: zapytaj, czy "kochacie jakiegoś boga bardziej ode mnie?" albo "Czy jeśli jakiś bóg kazałby mnie zabić to zrobilibyście to?". Może da im to do myślenia, a jeśli nie, to masz przynajmniej chwilkę spokoju. Można też nauczyć się co nieco o innej religii i każdy ich rozkaz mówiący o pójściu do kościoła odwzajemniać, w stylu "A wy to w sobote do synagogi nie chodzicie".
Bycie dociekliwym na temat religii też pomaga, najfajniejsze są głupie pytania w stylu "Jaki jest dowód na to, że..." Dodajemy do tego jakiś dziwaczny dogmat i rodzice maja na jakiś czas zajęcie... A inne rzeczy mi do głowy na razie nie przychodzą...

Zależy też jak masz zamiar rozwiązać sprawę, ja na każde pytanie o to dlaczego nie chodzę do kościoła odpowiadam "Bo bóg nie istnieje." Najfajniejsze jest zaskoczenie na twarzy rozmówcy gdy się tak wyleci prosto z mostu

Wg mnie sposób humorystyczny jest najciekawszy, bo czasami wytaczanie argumentów prawnych i strzelanie fochów na beton nie zadziała. A tym bardziej podsuwanie im skomplikowanych naukowych książek i artykułów...

A co do chodzenia do kościoła: Jest też sposób "na obciach": Zabrać ze sobą książkę i nic tylko czytać (żadnego wstawania, klękania tym bardziej), słuchać muzyki przez słuchawki i "niechcący" nastawić trochę za głośno, by było słychać. Co by tu jeszcze... żucie gumy, jedzenie frytek, robienie na drutach... Po pewnym czasie mogą cię nawet do tego kościoła nie wpuścić
03-12-2009 23:44
 Ocena 11 na 11
mogilny (19 punktów)
Dziękuję za wszystkie wpisy.
Widzę że niektórzy (warszawiak) nie zauważyli drugiego dna tego problemu - a mianowicie dialog z katolikami/ludźmi myślącymi inaczej. A raczej z betonem do którego nie można trafić. Niezrozumienie, wytykanie palcami i agresja to problem który nie dotyczy tylko mnie, dlatego tutaj napisałem. I o ile przyzwyczaiłem się do takiego traktowania przez obcych mi ludzi, tak "wyprę się ciebie" w ustach mojej matki bardzo mnie zdziwiło.
Kilku z Was radziło żeby zacisnąć zęby i się z nimi przemęczyć. Robię tak od 14 roku życia, chociaż obłudę kleru zauważyłem trochę wcześniej. Moja tolerancja dla ich zachowań nie przełożyła się na tolerancję zachowań moich, a każda forma szczerej rozmowy kończy się nieomal fizyczną agresją. To nie jest normalne. Oczywiście "kto ma kasę ten ma władzę" ale czy nie uważacie ze to już przesada? Przecież jesteśmy dorosłymi ludźmi a ja ich jedynym synem.
Pytam jak z nimi rozmawiać, jak im wytłumaczyć że KK nie ma monopolu na prawdę i moralność, że nie wierząc w "ich" Jezusa też mogę być człowiekiem z zasadami, a nie pomyleńcem, ignorantem, satanistą...
Jestem na 2 roku, planuję po licencjacie przenieść się na studia do innego miasta, i tak jak niektórzy napisali zacząć żyć na swój rachunek. Do tego czasu chciałbym żeby zrozumieli moje odmienne poglądy, bo wiem że wyprowadzka i zamieszkanie bez ślubu z moja dziewczyna będzie się równało z "wyparciem się". A mimo wszystko tego bym nie chciał. Przecież to rodzina. Szkoda tylko, że oni tego nie rozumieją.

PS: Parę osób twierdziło że "godzina w kościele raz w tygodniu mnie nie zbawi". Gdyby chodziło tylko o 1 mszę w tygodniu to jakoś bym to zniósł. Ale tu chodzi o indoktrynację, ignorowanie moich poglądów, postanowień i przede wszystkim nie liczenie się ze mną jako z człowiekiem.

Jeszcze raz dziękuję za tyle odpowiedzi i rady

EDIT: Rozmowy typu - wolisz 2000 letnią księgę od swojego jedynego syna pomagają tylko na chwilę. Pomysł z książką w kościele nie jest w moim stylu, to byłoby już za wiele jak na moich rodziców.
04-12-2009 00:00 
 Ocena 5 na 5
Autografka (10638 punktów)

>Pytam jak z nimi rozmawiać, jak im wytłumaczyć że KK nie ma monopolu na prawdę i moralność, że nie wierząc w "ich" Jezusa też mogę być człowiekiem z zasadami, a nie pomyleńcem, ignorantem, satanistą...

A próbowałeś ustanowić temat tabu? W mojej rodzinie całkiem dobrze to funkcjonuje. Aktualnie mam dwa takie tematy. Jeden z nich to mój ateizm, drugi - nie mój, antysemityzm. Spróbuj przygotować się do poważnej rozmowy z rodzicami, wyłóż im swoje racje, powiedz, że nie robisz niczego złego, nie zabijasz, nie kradniesz, nie oszukujesz ludzi. I nie czekaj na ich zrozumienie. Niech to przyjmą do wiadomości. I nie rozmawiajcie o tym więcej. Niech Cię nie przekonują, a Ty nie przekonuj ich. Przyjmijcie, że w tym miejscu, Wasze poglądy są rozbieżne i już. I nie będzie to miało więcej wpływu na Wasze wzajemne relacje, przynajmniej w pewnym stopniu.


Nie zawsze się traci, kiedy się zostaje pozbawionym czegoś. [Goethe]
04-12-2009 08:08 
 Ocena 1 na 1
Zyga (1539 punktów)
Podsumowując.

>Kilku z Was radziło żeby zacisnąć zęby i się z nimi przemęczyć. Robię tak od 14 roku życia,

Bez sensu.

>a każda forma szczerej rozmowy kończy się nieomal fizyczną agresją. To nie jest normalne.
>Pytam jak z nimi rozmawiać, jak im wytłumaczyć że KK nie ma monopolu na prawdę i moralność, że nie wierząc w "ich" Jezusa też mogę być człowiekiem z zasadami, a nie pomyleńcem, ignorantem, satanistą...

Rozmowy? Kłótnie?
Bez sensu.

>bo wiem że wyprowadzka i zamieszkanie bez ślubu z moja dziewczyna będzie się równało z "wyparciem się".

To przykre ale... No trudno. (Nie zapomnij powiedzieć, że jest Ci przykro. Im będzie bardziej.)

>PS: Parę osób twierdziło że "godzina w kościele raz w tygodniu mnie nie zbawi". Gdyby chodziło tylko o 1 mszę w tygodniu to jakoś bym to zniósł.

Bez sensu.

>EDIT: Rozmowy typu - wolisz 2000 letnią księgę od swojego jedynego syna pomagają tylko na chwilę.

Zwykłe drażnienie się. Bez sensu
lukaszewicz (5674 punktów)

>Zyga

Bez sensu.
Zyga (1539 punktów)
>>Zyga
>Bez sensu.

Pozwoliłem sobie na taką formę wypowiedzi, bo w moim mniemaniu to na co odpowiadałem było samo w sobie argumentem wystarczającym aby wypowiedzi nie rozwijać.

A Ty? Uważasz, że kłótnie, na tle religijnym, prowadzące do rękoczynów mają sens? Że sens ma poświęcanie się dla widzimisię rodziców?
04-12-2009 09:52 
 Ocena 2 na 2
pavvel (8272 punktów)
Oprócz zauważenia bezsensów byłoby fajnie gdybyś zaproponował coś konstruktywnego, coś co sens posiada.


www.racjonalista.pl/forum.php/s,253335
04-12-2009 11:34 
 Ocena 2 na 2
Zyga (1539 punktów)
>Oprócz zauważenia bezsensów byłoby fajnie gdybyś zaproponował coś konstruktywnego, coś co sens posiada.

Robić swoje i nie dyskutować na pewne tematy, skoro to nie daje żadnych efektów - nie licząc kłótni i nerwowej atmosfery.
"Nie da się przekonać kogoś, kto przekonany być nie chcę."

I na rozluźnienie.

Przychodzi lokaj do hrabiego i mówi:
- Hrabio, może podam obiad?
- Bez sensu...
- To może pójdziemy na spacer?
- Bez sensu...
- No to może opowiem zagadkę?
- Dobra, niech będzie zagadka.
- Hrabio, co to jest: małe i szybko wchodzi do dziurki?
- Ch**
- A nie, bo mysz!!!
- Mysz? W cipce? Bez sensu...
05-12-2009 12:21 
 Ocena-1 na 1
lukaszewicz (5674 punktów)

> Że sens ma poświęcanie się dla widzimisię rodziców?

To "widzimisię" to czyiś światopogląd.

Łukaszewicz.
05-12-2009 12:34 
 Ocena 1 na 1
Zyga (1539 punktów)
>> Że sens ma poświęcanie się dla widzimisię rodziców?
>To "widzimisię" to czyiś światopogląd.

Oczekiwanie, że wbrew sobie będą go podzielać inni to już "widzimisię".
04-12-2009 08:33 
 Ocena 8 na 10
(Alicja)Duda (25557 punktów)
> Oczywiście "kto ma kasę ten ma władzę" ale czy nie uważacie ze to już przesada? Przecież jesteśmy dorosłymi ludźmi a ja ich jedynym synem.
Tak długo jak długo będziesz na ich utrzymaniu tak długo będą się wtrącać do twojego życia. Kto ma pieniądze ten decyduje.

>Pytam jak z nimi rozmawiać, jak im wytłumaczyć że KK nie ma monopolu na prawdę i moralność, że nie wierząc w "ich" Jezusa też mogę być człowiekiem z zasadami, a nie pomyleńcem, ignorantem, satanistą...
Nie dyskutować, to nic nie da.
Rozmawiaj z nimi serdecznie na wszystkie inne tematy natomiast unikaj tematów wiary. Ucinaj dyskusję i zmieniaj temat.

>Jestem na 2 roku, planuję po licencjacie przenieść się na studia do innego miasta, i tak jak niektórzy napisali zacząć żyć na swój rachunek. Do tego czasu chciałbym żeby zrozumieli moje odmienne poglądy, bo wiem że wyprowadzka i zamieszkanie bez ślubu z moja dziewczyna będzie się równało z "wyparciem się".
Postaraj się by wiedzieli , że ich kochasz.
Mój syn ma na mnie taki sposób jak zrzędzę: "Mamuś i tak ci kocham" i robi swoje.
A tego, że masz zamiar zamieszkać z dziewczyną w rozmowie z nimi nie podnosić. Nie zaprzeczać, nie ukrywać i nie dyskutować.

>A mimo wszystko tego bym nie chciał. Przecież to rodzina. Szkoda tylko, że oni tego nie rozumieją.
Kochają Cię i chcą dla ciebie jak najlepiej. Świat ich był inny.

>PS: Parę osób twierdziło że "godzina w kościele raz w tygodniu mnie nie zbawi". Gdyby chodziło tylko o 1 mszę w tygodniu to jakoś bym to zniósł. Ale tu chodzi o indoktrynację, ignorowanie moich poglądów, postanowień i przede wszystkim nie liczenie się ze mną jako z człowiekiem.
Co tydzień to przesada, ale od wielkiego święta mógłbyś z nimi iść by mogli się swoim synem sąsiadom i znajomym pochwalić.Na temat poglądów rodziców nie dyskutować, ich nie da się zmienić.

>EDIT: Rozmowy typu - wolisz 2000 letnią księgę od swojego jedynego syna pomagają tylko na chwilę. Pomysł z książką w kościele nie jest w moim stylu, to byłoby już za wiele jak na moich rodziców.
I zupełnie niepotrzebnie zaostrzyło by konflikt.

Postaraj się zrozumieć swoich rodziców. Świat bardzo się zmienił. Nie wszystko są w stanie zrozumieć. Boją się o Ciebie. Wychowali się w świecie gdzie doświadczenie starszych było ważne i pomocne. Obecnie wszystko się zmieniło. Ich doświadczenia dla Ciebie są nieprzydatne, nie mogą się z tym pogodzić. Postaraj się ich dodatkowo nie stresować, dziel się z nimi dobrymi wiadomościami a swoje problemy załatwiaj sam informując ich co najwyżej po fakcie.
Arita (459 punktów)

>Postaraj się zrozumieć swoich rodziców. Świat bardzo się zmienił. Nie wszystko są w stanie zrozumieć. Boją się o Ciebie. Wychowali się w świecie gdzie doświadczenie starszych było ważne i pomocne. Obecnie wszystko się zmieniło. Ich doświadczenia dla Ciebie są nieprzydatne, nie mogą się z tym pogodzić. Postaraj się ich dodatkowo nie stresować, dziel się z nimi dobrymi wiadomościami a swoje problemy załatwiaj sam informując ich co najwyżej po fakcie.

Mam podobne odczucia. Mnie rodzice nie potrafili tego wytłumaczyć logicznie, bo sami nie byli i nie są zbyt gorliwymi katolikami, tylko raczej takimi 'luzakami', co to dla pozorów bardziej i na pokaz, niż z rzeczywistej potrzeby. Więcej dowiedziałam się od babci, która uzasadniała swoją wieloletnią akcję 'nawracania' - moim dobrem Także rodzice prawdopodobnie chcą jak najlepiej, bo kochają i im zależy, tylko niestety, tak jak wielu katolików nie dopuszczają faktu, że ktoś może inaczej myśleć, a jeśli już - to na pewno źle. Jednym słowem "ratują Cię" zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i obawiam się, że żadne tłumaczenie poparte przykładami, literaturą, argumentami - nie zmieni nic.
Chyba pokolenie 80' "przeciera szlak" młodszym pokoleniom, które (tak myślę) będą miały już mniej ortodoksyjnych rodziców, zwłaszcza w 'bogojczyźnianej' kwestii.

Wymyśliliśmy słowo "chaos" na oznaczenie porządku, którego nie rozumiemy.
17-12-2009 02:11 
 Ocena 1 na 1
Yakubu21 (1653 punktów)
Najlepiej, abyś się usamodzielnił finansowo.

Tak jak napisała przedmówczyni: "kto ma pieniądze, ten ma władzę". I chodzi tutaj nie o materializm za wszelką cenę (przecież taki cechuje księży czy świeckich konserwatywnych przedsiębiorców, którzy całe lokalne otoczenia, a niekiedy narody i państwa są gotowi ukatrupić w imię zysków!), ale o stworzenie sobie komfortu do podejmowania własnych działań, czyli o nieszkodliwy nikomu materializm. W przeciwnym wypadku, bez grosza przy ciele, zawsze ma się do czynienia z ryzykiem dewastacji: osoby, kreatywności, rozumu. Oczywiście, łatwiej to czytać, a trudniej przejść przez moment zalążku samodzielności. Jednak, jeśli jesteś naprawdę w potrzasku i czujesz, że gwałtu na Twojej osobie nie da się powstrzymać - zacznij zarabiać.

>Pytam jak z nimi rozmawiać, jak im wytłumaczyć że KK nie ma monopolu na prawdę i moralność, że nie wierząc w "ich" Jezusa też mogę być człowiekiem z zasadami, a nie pomyleńcem, ignorantem, satanistą...

Jest taka taktyka, stosowana z powodzeniem nawet politycznie: zauważyć, iż Kościół katolicki nie postępuje po chrześcijańsku; że kapłani ogłosili się nimi samozwańczo; nawet "potrącić biblijnie" (to mogłoby naprawdę chwycić, mniejsza o to, że Biblia jest nic nie warta, a "chrześcijaństwo" wcale nie jest kodeksem etycznym, tylko deprawującym), że kapłani to faryzeusze. I trzymać się tego mocno, ale tylko w kontaktach z nimi. Ludzie poboczni mogliby to opacznie zrozumieć; mogłoby dojść do jakiegoś niezrozumienia czy to z ateistami czy z katolikami. Po prostu zastosować tę taktykę tylko w relacjach z rodzicami i przytaczać fakty, bo te jakże niekorzystne są dla Kościoła katolickiego, mającego na sumieniu więcej wojen niż jakakolwiek inna organizacja i mającego na sumieniu masę innych zbrodni, których nie sposób tu wymienić, bo zabrakłoby miejsca. To mógłby być skuteczny wyłom, a później - kto wie - być może droga otwarta nawet do uczynienia z Twoich rodziców ateistów. Chociaż, znam doskonale ludzi z betonu. Nie ujedziesz i się wykończysz. Jakbyś miał do czynienia z analfabetami! Przerabiałem to. Wtedy ZACZNIJ ZARABIAĆ.

"Niech Twoja cnota będzie zbyt wysoka dla powszechnie znanych nazw" - Friedrich Nietzsche.
natalia_88poz (817 punktów)
>PS: Parę osób twierdziło że "godzina w kościele raz w tygodniu mnie nie zbawi". Gdyby chodziło tylko o 1 mszę w tygodniu to jakoś bym to zniósł. Ale tu chodzi o indoktrynację, ignorowanie moich poglądów, postanowień i przede wszystkim nie liczenie się ze mną jako z człowiekiem.

Masz rację, sama to przechodziłam.. Niby jedna godzinka, ale fanatycy odbierają to jako Twoją uległość i brak siły w Tobie, żeby powiedzieć im NIE. Wiedzą, że mają przewagę. Przynajmniej tak było u mnie. Jedno ustępstwo kończyło się masakrą psychiczną.

Z całego syfu (sorry za wyrażenie), jaki miałam w "domu rodzinnym", wyciągnął mnie chłopak, miałam szczęście można powiedzieć. Było to, jak mieliśmy zaledwie 17 lat, zero zrozumienia, bowiem całe otoczenie to katolicy, szkoła nie skończona, bez matury, mieszkania, żadnych możliwości rozwoju w tym mieście, gdzie mieszkaliśmy, ciężko było. Ponadto ucieczki z domu, próby samobójcze, bo zmuszano mnie do chodzenia do kościoła i kłaniania się księżom, których znał ojciec(żeby publicznie ludzie nie obgadali jak to ja się źle zachowuję), angażowanie policji( która twierdziła, że póki nie mam 18 lat, skończonej szkoły i jestem na utrzymaniu to o mojej wierze decydują Ci, którzy mnie wychowali.. oraz o mało co wysłanie na ponad miesiąc na oddział dla chorych psychicznie, bo "gadałam bzdury, że Kościół jest zły i Boga nie ma" ), dewaluacja psychiki, poprzez codzienne negowanie moich decyzji, nawet w codziennych kwestiach, dotyczących..np: ubioru, czy tego, że jem w piątek jajecznicę z szynką.. Trzeba przyznać, że miałam straszną matkę, która tez brała mnie na litość przez jakiś czas, a była okropną sadystką. A ojciec FANATYK, liżący dupcie księżom, malujący całe życie kościoły, przesiadujący 3/4 dnia w kościele, weekendowy pijak, awanturnik, śpiewający po pijanemu w łacinie całe msze przez 12 godzin dnia i 12 godzin nocy!
JEDNA WIELKA PIEPRZONA PATOLOGIA.

Dręczenie ciągnęło się nawet do niedawna (rozmowy przez głupi telefon!), teraz zrywając całkowicie kontakty z moimi rodzicami, wyprowadzając się do innego miasta, jestem normalną osobą, bez lęków, z chęcią do życia, realizowania założeń i tworzenia tego jedynego życia jak najlepiej potrafię. Dziś, po 5 latach doświadczeń, mogę z całą świadomością powiedzieć, że WOLAŁABYM żebrać na ulicy, niż wrócić do fanatycznych katolików, biologicznych rodziców, bo szczerze - obcy bardziej Ci pomoże niż ten, który rzekomo Cię wychował. Po dziś dzień, moi "rodzice" czują się niewinni i szukają z moich ust przeprosin. Dobre nie?
Miało być w skrócie..

Nigdy nie idź na ustępstwa, bo doprowadzi to do tragedii - takie jest moje zdanie. Najlepiej jak wyprowadzisz się do innej miejscowości i podejmiesz pracę. Zobaczysz czy to coś dało, czy warto utrzymywać kontakty.
W moim przypadku musiało to się skończyć, nawet myślałam kiedyś, że oni się zmienią, serio.

U mnie doszło nawet do takiej nienormalności, że po tylu latach do nich nic nie dociera! Np: sytuacja na ostatnie około pół roku: mieszkam z chłopakiem, sami się utrzymujemy, spodziewamy się dziecka, jesteśmy szczęśliwi, rodzice dobrze o tym wiedzą i są na tyle bezczelni, że znając moje stanowisko względem wiary i codziennego życia od tylu lat, potrafią zaproponować od tak sobie coś takiego UWAGA, UWAGA: "wy się rozstańcie, ukochana córeczko wróć do nas, my ci pomożemy wychować dziecko, bo chrzest trzeba zrobić", za wszelką cenę chcą przeforsować swoje. Więc HALO, ale to normalne nie jest i nikt nie chciałby spotkać się z taką sytuacją. Może jest to w moim przypadku skrajność, ale po takich przejściach, u mnie jest NIE ! dla każdego katolika, dlatego proponuję odsunięcie się od takich ludzi i życie na własny rachunek.

Można jeść suchy chleb i mieć wolność psychiczną, jest to zdecydowanie lepsze niż męczarnie nawet minimalne, bo to i tak byłoby ogromne poświecenie ze strony ateisty. Żadnemu człowiekowi nie należy się dręczenie i robienie z siebie uległego sługi, bo ma się dług wdzięczności do tyranów za to, że trzymali pod swoim dachem.

Jak widać miałam przej..ane, ale spodziewam się, że pewnie nie tylko ja, i jakoś daliśmy sobie radę, więc Ty także!

Masz o tyle lepiej, że masz maturę, obecnie studia, możesz podjąć pracę, wyjechać do innego miasta,więc jestem pewna co do Twojego sukcesu.
Trzymam kciuki i mam nadzieję, że dasz tu nam wszystkim znać jak rozwinęła się sytuacja.
Pozdrawiam, Natalia.


"Im mniej mają ludzie rozumu i wiedzy, tym większą okazują żarliwość w sprawach wiary"
Jan Meslier - "Testament".
Kowalski (1042 punktów)
Kiedyś trzeba przeciąć pępowinę. To może być bolesne dla obu stron, a w Twoim wypadku byłoby najlepiej, gdyby było powiązane z własną pracą i choćby wynajętym mieszkaniem. (Może więc cynicznie doradzę -- poczekaj, aż skończysz studia.)

Mam nadzieję, że potem będziesz potrafił odbudować dobre relacje z rodzicami, ale już na partnerskich warunkach, a nie jak rybka w akwarium, dokarmiana, ale zamknięta za szkłem.
Meretseger (61860 punktów)
Myślę, że jedynym bezbolesnym wyjściem z sytuacji będzie znalezienie pracy i wyprowadzka. Nie wiem, co studiujesz, bo może uda Ci się znaleźć pracę w swoim kierunku? To byłoby najlepsze. Jeśli nie, to cokolwiek, byle mieć własne pieniądze i możliwość usamodzielnienia się. Dobry byłby wyjazd do innego miasta, ale też warunkiem jest względna niezależność finansowa (studia daleko od domu to wielki koszt dla rodziców). Wojna z rodzicami nie ma sensu, tylko się zatną w sobie, a przecież nie chodzi o to, żeby całkiem zerwać stosunki, bo wtedy obie strony będą cierpieć. Zorientuj się, czy od nowego semestru możesz się gdzie indziej przenieść na studia, jeśli nie, szukaj pracy i taniego lokum, może razem z kolegami ze studiów, są takie mieszkania do wynajęcia dla 2, 3, 4 osób, koszt się wtedy rozkłada i całkiem nieźle można się urządzić. Rodziców odwiedzaj, unikając w rozmowie tematów religijnych.
Powodzenia
Adrian Sadura (0 punktów)
Miałem to samo. Rodzice- Św. Jehowy. Wyprowadź się, zacznij pracować, studia skończ zaocznie. taka jest moja rada. Ewentualnie znajdź tanie mieszkanie na stancji, studiuj dziennie i dorabiaj w weekendy. Nie ma łatwo- ja studiowałem zaocznie bo zawsze wolałem pracować i mieć pieniądze w kieszeni niż żyć na garnuszku rodziców.

Dodam tylko że za pensję 1500zł spokojnie wyżyjesz wynajmując pokój. Koszty pokoju to ok. 400- 500 zł za wszystko. Jedzenie- jest drogie ale możesz też kupić taniej. Mówię to z autopsji. Jedyne zagrożenie finansowe jest wtedy, gdy dużo imprezujesz i zastanawiasz się co się podziało z Twoją wypłatą w połowie miesiąca heh.

Pozdrawiam
Adrian
Ray31 (694 punktów)
>To mój pierwszy post na portalu Racjonalistów. Zabierałem się do niego długo, w końcu po ostatniej
>niedzieli stwierdziłem, że sam sobie nie poradzę.

Witam i pozdrawiam... Milo widzieć wypowiedź kogoś nowego na Forum

Co do twojego problemu... Jedyne co mogę poradzić to to co radziła większość-albo się męcz dalej... albo przerwij pępowinę co jest bolesnym, ale i tak nieuniknionym procesem (musi nastąpić to prędzej czy później z takich czy innych względów). Oczywiście stracisz ostoje finansową i ciepłe domowe obiadki (chociaż skoro te ostatnie są okazją do wywodów twoich rodziców, to może nie ma czego żałować

Ja sam nigdy nie byłem w zasadzie "molestowany" przez rodziców w ten sposób. Ale musiałem opuścić dom przedwcześnie, zupełnie nieprzygotowany finansowo pewnego wieczoru tuż po powrocie od kolegi, gdy mój ojciec użył podobnego argumentu (do czasu gdy Cię utrzymuję i tutaj mieszkasz....blebleble...). Pamiętam to jak dzisiaj. Coś we mnie pękło... i 3 minuty później wyszedłem wsiadłem na rower z plecakiem na ramieniu i nigdy już nie wróciłem do domu jako synek na utrzymaniu tatusia... Początki były ciężkie... ale dałem radę...
I nie wierz w teksty o wyparciu... gdy tylko wyfruniesz z gniazda i się uniezależnisz od nich będą zabiegali o twoje względy... o to abyś ich odwiedzał... a tematy religijne sami zaczną pomijać aby Ciebie nie utracić całkowicie... To po prostu szantaż, którego używają teraz z pozycji siły...
Powodzenia i pozdrawiam
06-12-2009 15:40 
 Ocena 3 na 3
cinek_g (31 punktów)
>I nie wierz w teksty o wyparciu... gdy tylko wyfruniesz z gniazda i się uniezależnisz od nich będą zabiegali o twoje względy... o to abyś ich odwiedzał... a tematy religijne sami zaczną pomijać aby Ciebie nie utracić całkowicie... To po prostu szantaż, którego używają teraz z pozycji siły...
>Powodzenia i pozdrawiam
>

Że tak powiem "święte słowa" Każdy w pewnym momencie słyszy od "kochających" i "troszczących sie o nasze dobro" rodziców takie słowa. Niestety, jedynym rozwiązaniem jest opuszczenie gniazda. W moim przypadku nie poszło o wiarę, ale dużo innych spraw, np. jako 23-letni, pracujący i utrzymujący siebie i współfinansujący dom rodzinny usłyszałem po powrocie do domu nad ranem, że "dopóki tu mieszkam, mam nocować w domu". Żebym chociaż pijany przyszedł... ale do tematu.

Radzę podjąć kroki nikomu w domu nie mówiąc - poszukać pracy, poszukać zamiejscowego kierunku studiów, poszukać mieszkania, pokoju, nawet do spółki z kimś. Przez moje mieszkanie przewinęło się kilku kumpli, którzy w pewnym momencie życia podjęli decyzje pod wpływem impulsu i gwałtownie. Dobrze na tym wyszli, mimo to ja proponuje to zaplanować, znaleźć pracę, lokum, i pewnego dnia po tekście "dopóki z nami mieszkasz" pójść do siebie, spakować minimum potrzebne i pożegnać się z domem rodzinnym.

Jak przedmówcy mówili, pępowinę trzeba odciąć. Nie trzeba zrywać kontaktu, po tygodniu proponuje przyjść z wizytą (po mszy) i zapytać się co słychać. Może początki nie będą łatwe, ale uwierz, brnięcie w uzależnienie finansowe i mieszkaniowe jest bez sensu. Uwierz również, że gdy skończysz studia i pójdziesz do pracy, zamiast "dopóki cie utrzymujemy" na pierwszym miejscu usłyszysz "dopóki z nami mieszkasz", a wszelkie próby rozmowy na temat samodzielnego mieszkania będą torpedowane stwierdzeniami "a poco ci to", "możesz przecież z nami mieszkać", nikt cie nie wyrzuca", "poco będziesz płacić bez sensu". Osobne mieszkanie naprawdę zmienia rodziców, tak się stało w moim przypadku i wielu innych, które znam.
MaciejKulig (-6 punktów)
Pisząć zostaliście mi tylko Wy, nie dostrzegasz że w gruncie rzeczy masz przede wszystkim samego siebie.Twoja postawa jest odpowiedzialna, ponieważ potrafisz się określić, nie okłamujesz rodziny a przedewszystkim swojego ja.Postępuj zgodnie z własnym sumieniem, to twoje życie i nikt nie ma prawa decydować za Ciebie, nawet rodzina.
Zapewne ich awersja wynika z faktu że zniszczyłeś pewien schemat wychowania który w oczach Twoich rodziców musi składać się z Boga.Mają wrażenie że nie wychowali Cię dobrze (dobrze czyli zapewne tak jak sami byli wychowywani).Smuci mnie fakt że nie potrafią tego zrozumieć, to przykre,natomiast ludzie się zmieniają bo czas ludzi zmienia-może kiedyś spojrzą Ci w oczy i przeproszą za te słowa: "jeśli się nie zmienisz, wyprę się ciebie".
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>Spokojna, merytoryczna dyskusja nie przechodzi w moim domu. Czuję się jak zaszczuty pies.

To kwestia techniczna. Zmień strategię. Jeżeli to Ty będziesz inicjatorem dyskusji, wszystko się zmieni. Bądź otwarty i zaczepny. Wyłapuj wiadomości o religijnych i ośmieszaj ich. Czytaj na głos rodzicom fragmenty z Biblii i ośmieszaj religię. Czytaj gazety i książki, i dziel się tym z rodzicami, np. "czy wiecie, że wszyscy jesteśmy małpami?". Dziel się z nimi spontanicznie swoimi przemyśleniami. Oceniaj niektóre ich zachowania jako złe nie z ich winy, ale z winy wiary, którą wyznają.

Jeżeli zauważysz, że są zmęczeni lub zirytowani Twoimi nowymi zachowaniami, daj im do zrozumienia, że możesz postarać się być delikatniejszy, ale pod warunkiem, że oni także będą powściągliwi w swoich misjonarskich zapędach. Szybko przekonasz się, że zaczną bardzo uważać, aby Cię nie prowokować. Religijni o wiele bardziej się denerwują podczas takich utarczek słownych niż my - ateiści. Bardzo szybko przekonują się, że najlepszym dla nich wyjściem jest obrazić się i przestać rozmawiać na te tematy.

doku
05-12-2009 23:21 
 Ocena 3 na 3
darlove (2804 punktów)
Drogi Doku, to nie zadziała. Chyba już zapomniałeś, jak to jest być młodym i od zawsze na garnuszku rodziny. Wydaje się człowiekowi, że jeśli zostałby z dnia na dzień pozbawiony ich opieki, to by nie przetrwał. Wiem, bo sam byłem w wieku studenckim. Tyle, że ja miałem o tyle dobrze, że studiowałem 250 km od miejsca zamieszkania, a zanim przejrzałem na oczy byłem w miarę dobrym (to słowo w tym kontekście nabiera pejoratywnego znaczenia) katolikiem, choć nigdy nie lubiłem ksiąców (bardziej pociągała mnie idea "dobrem zło zwyciężaj"). Dlatego moja konwersja odbyła się całkowicie poza gniazdem rodzinnym w wieku ok. 20 lat. Na szczęście moi Rodzice nie mieli już nic do gadania, a dzisiaj z ich religii to tylko tyle zostało, że Mama idzie na mszę w niedzielę. Tata dał sobie spokój z bzdurami wcześniej (także pod wpływem lektury NIE i FiM).

Dlatego też moja sytuacja jest kompletnie inna, a raczej była inna. Niemniej, jeśli mogę coś dorzucić... Nie ma sensu buntować się nadmiernie w stosunku do Rodziców, kiedy się jeszcze z Nich, że tak brzydko powiem, żyje. Nie podcina się bowiem gałęzi, na której się siedzi - to oczywiste. Są tutaj dwa wyjścia, jak mi się ułomnie wydaje. Ewolucja i rewolucja.

Reszta nie jest dla Ciebie, Doku.

Rewolucja to oczywiście znalezienie sobie pracy i uniezależnienie się od Rodziców, ale w taki sposób, aby nie dać im poznać, że chodzi o kwestię religii. Nie wolno agresją odpowiadać na agresję. Przynajmniej nie jest to najlepsze wyjście w tej sytuacji. Zawsze trzeba z szacunkiem dla innych wyrazić swoje zdanie. Zwłaszcza w stosunku do Rodziców, którzy nie są najgorszymi. Asertywność się w dłuższej perspektywie opłaca, ale zyskuje się dużo w oczach "przeciwnika", jeśli znajdzie się w jego poglądach coś dobrego, coś, co można będzie pochwalić. Trzeba mieć swoje zdanie, ale też nie być betonem. Często w naszym życiu musimy naginać nasze zasady - taka specyfika życia. Najważniejsze jednak jest to, aby nie krzywdzić przez to innych. Ja do kościoła nie chodzę, ale na mszę za Dziadka poszedłem... choć czarnych nie trawię. Kompromis to coś, czego nie daje się uniknąć. Trzeba nauczyć się z tym żyć. Ja, gdy jest mi źle, albo się zdenerwuję, uciekam w Naukę. Matematyka uspokaja mnie i ciągle nie mogę się nadziwić, choć mam trochę lat, potędze ludzkiego umysłu. Ubolewam nad tym, że tak wielu ludzi nie ma pojęcia i mieć nie będzie jak bardzo potężna jest ludzka myśl wyrażona przez Matematykę. Ale to taka dygresja, która nic nie znaczy. Pamiętać trzeba, żeby zawsze ważyć korzyści (nie mówię o materialnych) z danego zachowania względem innego zachowania. Pamiętać też trzeba, że nigdy nie wiadomo, kogo w życiu będziemy potrzebować. Dlatego też starać się trzeba, aby w miarę dobrze z ludźmi żyć. Co nie znaczy, że należy im zawsze ulegać, bo istnieją przecież granice tolerancji.

Druga droga to ewolucja. Można, jak kropla, drążyć skałę. Co raz to sprawdzać, jak daleko można zajść. Powoli, powoli... Mówi się, chyba nie na darmo, że temu, kto puka do drzwi otworzą, choćby ze względu na jego natręctwo. I to chyba działa. Tylko trzeba być niesamowicie cierpliwym. A cierpliwość zawsze popłaca. I też jest często tak, że pozorna porażka zamienia się w zwycięstwo. Trzeba tylko umieć znaleźć okazję. Ludzie sukcesu, kiedyś czytałem, to tacy ludzie, którzy łapią każdą okazję, która się nadarza. A co, jeśli okazji nie ma? Sami ją tworzą. Ja, poprzez to, że byłem kiedyś dobrym katolikiem (he he, dziwnie to dzisiaj brzmi), wiem o wiele więcej od tych, którzy nie byli (bez chwalenia się, bo nie o to tutaj chodzi). Znam tę organizację i mogę z katolikami spokojnie dyskutować; nikt mi nie zarzuci, że "a ty się nie wypowiadaj, bo nigdy tam nie byłeś". Znam ich, ich metody i ich mentalność. Myślę, że to dobrze, to mi pomaga. Jeśli już idziesz do kościoła, to bądź uważnym obserwatorem. Ludzi, miejsc, ich zachowania... Bacz też na to, co ksiądz z ambony stara się powiedzieć. Czas wszędzie można spędzić produktywnie, trzeba tylko odkryć w sobie naukowca, którego wszystko interesuje. Bo świat jest interesujący. Nawet tam, gdzie byś się tego nie spodziewał. A jeśli mnie coś nie interesuje, a muszę to przeżyć? Kiedyś siedziałem na wykładach, na których facet strasznie ględził. Nie dało się głupot słuchać. Zawsze miałem pod ręką gry logiczne. I zawsze spędzałem czas produktywnie.

Dodam jeszcze tylko, że mój kuzyn, który ma 14 lat zaczyna mieć dokładnie ten sam problem. Nie widzi sensu w chodzeniu do kościoła, bo "kapłon coś tam pod nosem bez sensu bełkocze", a to ma się nijak do życia, Nauki i zdrowego rozsądku. Rodzice, oczywiście, chcą, aby chodził do kościoła i uczestniczył w praktykach katolickiego szamana, bo... dla nich nie istnieje coś takiego jak ateizm. Byli wychowani w tej wierze i nie wyobrażają sobie, że można by nie wierzyć (rozumiem ich). Do ateizmu, przemyślanego ateizmu, trzeba sporo odwagi. Nie dziwię się, że ludzie chcą, aby ich dzieci wierzyły, bowiem to jedyna moralność, którą znają i która w miarę działa... tzn. tak im się wydaje, że działa. W końcu założenia są słuszne, a Dekalog nie jest złym prawem. Problem tylko polega na tym, że religia nie uczy tego, czego powinna tak naprawdę: poszanowania dla innego człowieka i jego pracy (nie wymagajmy miłości do wrogów, bo to totalna utopia i bzdura na dodatek - patrz rok 1939). Nie uczy tego, że - a może nie chce uczyć - to Samarytanin był bratem w oczach Boga, a nie bracia w wierze, przechodzący obok obojętnie, Żydzi. W jakiś przedziwny sposób religia miłości stała się religią nienawiści i tylko dzięki ludziom niereligijnym, tudzież religijnym z przymusu, świat nie trwa w średniowieczu, gdzie ok było posiadanie przez biskupa całej wioski wraz z żywym inwentarzem, którą to wioskę mógł przegrać w karty jednej nocy. Zakończę może znanym cytatem z Weinberga:

Cytat:
There are good people who do good things and evil people who do evil things; but for good people to do evil things - that takes religion.


Pozdrawiam.


Lepiej jest z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć.
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>Nie ma sensu buntować się nadmiernie w stosunku do Rodziców, kiedy się jeszcze z Nich, że tak brzydko powiem, żyje.

Przecież nie zachęcam do buntu, pokazuję tylko środki obrony przed słowną agresją. Chodzi tylko o przekonujący przekaz "nie dokuczajcie mi, nie atakujcie mnie". W każdej, nawet najbardziej kochającej rodzinie, każdy ma naturalne prawo bronić się przed manipulacją. Nie ma w tym żadnego buntu, wręcz przeciwnie, to jest budowanie harmonii.

doku
darlove (2804 punktów)
>Przecież nie zachęcam do buntu, pokazuję tylko środki obrony przed słowną agresją. Chodzi tylko o przekonujący przekaz "nie dokuczajcie mi, nie atakujcie mnie". W każdej, nawet najbardziej kochającej rodzinie, każdy ma naturalne prawo bronić się przed manipulacją.

To jest prawda, aczkolwiek nie w każdej rodzinie rodzice są ludźmi myślącymi na tyle przyzwoicie, aby widzieć w swoich dzieciach niezależne jednostki, którym choć czasami należy się trochę własnej przestrzeni. Jeśli trafiliśmy na rodziców, którzy każdy akt woli dziecka sprzeczny z ich wyobrażeniem poczytują sobie za zamach na nich samych, to mamy duży problem, którego nie daje się rozwiązać twoja metodą. Ta tylko zaogni sprawę.

Lepiej jest z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć.
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>każdy akt woli dziecka sprzeczny z ich wyobrażeniem poczytują sobie za zamach na nich samych

Moim zdaniem to nie dotyczy relacji między dorosłymi członkami rodziny, ale czasów, gdy dzieci są jeszcze dziećmi.

doku
26-12-2009 15:58 
 Ocena 1 na 1
Ysobeth nha Ana (291 punktów)
>>każdy akt woli dziecka sprzeczny z ich wyobrażeniem poczytują sobie za zamach na nich samych
>Moim zdaniem to nie dotyczy relacji między dorosłymi członkami rodziny, ale czasów, gdy dzieci są jeszcze dziećmi.
Sęk w tym, że rodzice tego typu niesłychanie rzadko zauważają, że dziecko przestało być dzieckiem - czyli jednostką od nich zależną. Wydaje im się, że będąc rodzicami na zawsze zachowają rolę najwyższego autorytetu i prawo dyktowania dziecku jak ma żyć. Bywają takie "dzieci" - 40-50 lat, własna rodzina łącznie z potomstwem - a rodzice nadal usiłują dyktować jak postępować z mężem/żoną, jak wychowywać dzieci, czy przyjąć do domu psa/kota...

I have not lost my mind - it's backed up on disk somewhere.
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>Sęk w tym, że rodzice tego typu niesłychanie rzadko zauważają, że dziecko przestało być dzieckiem

W końcu zauważą, najpóźniej wtedy, gdy syn zamiast grzecznie wrócić do domu przed dziesiętą, wróci nad ranem kompletnie pijany i na pretensje ojca powie coś w stylu: cicho, stary, baszka mnie ciut pobolewa, więc bubeł w kubeł, bo rozbryzgryzgbnę ci tę japę na czerwono - w dzisiejszym świecie w takim patologicznym domu dominacja kończy się tak czy inaczej - im wcześniej to się stanie, tym lepiej, bo wstrząs będzie delikatniejszy.

doku
oportunista (1711 punktów)
Mam synów w Twoim wieku, problemy komunikacji międzypokoleniowej przerabiam z drugiej strony barykady. Otrzymałeś mnóstwo rad, żadna jednak w 100% nie rozwiąże Twoich problemów, niektóre wręcz są zabójcze, więc zanim cokolwiek postanowisz pomyśl.
Po pierwsze, czy relacje z rodzicami noszą znamiona związku toksycznego, czy rodzice Cię ubezwłasnowolniają, światopogląd może być tylko pretekstem uczynienia z Ciebie wiecznego niezaradnego dziecka. Jak dalece jesteś od nich uzależniony emocjonalnie, bo jeśli nadal podejmują za Ciebie nawet najdrobniejsze decyzje musisz zasięgnąć porady psychologa, sam nie będziesz w stanie podołać wyzwaniom.
Jeśli pragniesz poważnej rozmowy, bez używania demagogi na partnerskich zasadach, musisz nabrać szacunku dla samego siebie. Jak to zrobić? Zacznij od podejmowania samodzielnych decyzji i ponoszenia ich konsekwencji. Informuj rodziców o swych zamiarach rzeczowo przygotowując się do obrony swych racji, sam unikaj demagogi, daj im odczuć,iż oczekujesz od nich wsparcia a nie wyręczania w załatwianiu spraw. Własne pieniądze najlepiej poprawiają samoocenę i samopoczucie, budzą szacunek w własnych i cudzych oczach.
Stawianie czegokolwiek na ostrzu noża, skutkuje okopaniem się na swoich pozycjach, o dialogu można wtedy zapomnieć, rodziców masz jednych, lepszych mieć już nie będziesz, jesteś jedynakiem masz więc przewagę, jeśli źle jej użyjesz nie darujesz sobie tego nigdy. Pamiętaj o jednym zawsze masz wybór i nie ma sytuacji bez wyjścia, nie daje Tobie gotowych rozwiązań, nie szukaj też ich w internecie, Twoje życie jest zbyt wiele warte by powierzać je ludziom, którzy tak na prawdę mają w d....e Twoje rozterki

powodzenia życzę.
Vinko (209 punktów)

Ja się na prawie za bardzo nie znam, ale czy nie jest tak, że uczącej się dorosłej młodzieży należą się alimenty czy coś takiego?
Smith (10069 punktów)
>Ja się na prawie za bardzo nie znam, ale czy nie jest tak, że uczącej się dorosłej młodzieży należą się alimenty czy coś takiego?
Ale na cyferkach to się chyba znasz?
Pomyśl więc o cenach podstawowych dóbr w naszym kraju, zanim napiszesz słowo alimenty.
Vinko (209 punktów)
>>Ja się na prawie za bardzo nie znam, ale czy nie jest tak, że uczącej się dorosłej młodzieży należą się alimenty czy coś takiego?
>Ale na cyferkach to się chyba znasz?
>Pomyśl więc o cenach podstawowych dóbr w naszym kraju, zanim napiszesz słowo alimenty.
>

Zauważam tylko pewną kwestię, która została pominięta. Wydaje mi się ze w niektórych sytuacjach, kiedy dialog nie jest możliwy (np. rodzice nie chcą cię znać, bo nie chodzisz do kościoła), może być przydatna.
Wcale nie sugeruję, że jest to wyjście najlepsze. To jest jedna z opcji, ta z rodzaju 'ostatecznych'. Wszystko zależy od rozwoju sytuacji i to nie ja będę decydować.

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365