Racjonalista - Strona głównaDo treści
Odporności na religię

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Kościół i antyklerykalizm
NapisanoAutorTytuł
06-12-2011 06:59spellbinder (8577 punktów)Odporności na religię
Ocena 16 na 16
Przychodzę sobie jakiś czas temu do domu, zaglądam do skrzynki na listy i widzę jakieś kopertopodobne "coś". Koperta schludnie wsunięta w foliową torebkę, w środku opłatki dla co najmniej dwudziestoosobowej rodziny i notka Arialem napisana, drukowana. W notce współczesny filozof oznajmił, że powinniśmy mieć w sobie wszyscy coś z dziecka, żeby jak te dzieci na świat spoglądać i dlatego też Chrystus nam się jawi jako dziecko w okresie nadchodzących świąt (od razu mi się skojarzyło, że to oczywista oczywistość, takie podejście jest uzasadnione, dziecko bowiem łatwiej wydymać (w znaczeniu: "zrobić w ciula") niż krytycznie nastawionego dorosłego).
Była i druga karteczka, taka różowa w kolorze, polecenie zapłaty. Wszystkie ważne pola wypełnione, acz zdziwiony byłem, że pozostawiono dowolność co do kwoty, jaką należy uiścić.
Zaśmiałem się, pokiwałem głową myśląc: "jakie to typowe" i pewnie bym sprawę olał, gdyby nie fakt, że niedawno mój przyjaciel zaciążył sobie pewną praktykującą katoliczkę, skutkiem czego wszedł z nią w związek małżeński. Żeby nie było, koleś się cieszy, ale od samego początku - moim zdaniem - ten związek był "skażony" brakiem obycia "religijnego" owego jegomościa.
Facet pochodzi z rodziny ateistów, w kościele był raz na koncercie organowym. Nie był ani chrzczony, ani tym bardziej nie chodził na lekcje religii. Ksiundz nie odwiedzał go po kolędzie, nie uczestniczył w świątecznych zgromadzeniach rodzinnych, a babcia nie nakłaniała go do żarliwej modlitwy wbrew jego woli.
I tak też mnie zastanowiło kilka rzeczy w tym całym opłatkowym szwindlu. Oczywiste jest, że sprytni księża korzystają tutaj z dobrodziejstw mechanizmu psychologicznego określanego jako "reguła wzajemności". Dają coś, czego człowiek może nawet nie chcieć, aby wywołać u tego człowieka potrzebę odwzajemnienia się. Tak więc zadałem sobie pytanie - jak taki człowiek, ateista, zareaguje na tego typu psychologiczne podchody.
Najpierw więc podzieliłem się tą informacją (o opłatku i poleceniu zapłaty) z moją ateistyczną partnerką - ona też, żeby było zabawnie, nie miała w swoim życiu wielu przygód z kościołem. Okazuje się, że to działa. Nie chciała dawać sowitego datku, ale zapłacić za ten cholerny opłatek chciała (co jej "wyperswadowałem" niszcząc blankiecik z numerem konta.
Druga sprawa to rozważenie takich zabawnych okoliczności, których mój kolega jednak nie wziął pod uwagę, gdyż po prostu brak mu było w tej materii doświadczenia. Jego kobieta jest osobą, która ma taki stosunek do dyskusji na temat religii i zwyczajów - zatyka uszy, powtarzając głośno "na, na, na, nie słucham cię", po czym strzela focha. On raczej nie wchodzi w te tematy, jeszcze nie musi się zastanawiać nad tym jak będzie wychowywał dziecko, bo i dziecko jedyne co na razie robi, to napełnianie pieluch. Jeśli jednak dziecko zada w przyszłości pytanie o boga, to - zapowiedział zawczasu - że żadnemu "wujkowi", a ateistycznych "wujków" to dziecko ma sporo, nie wolno słówkiem pisnąć o boga nieistnieniu, bo się żona wkurzy i "będzie źle".
Ale tego jeszcze nie ma. Będzie natomiast wizyta księdza. Jak mniemam mój przyjaciel również dostał, bądź dostanie niebawem taki półkilowy opłatek z poleceniem zapłaty - rzadko skrzynkę odwiedza.
I w tym wypadku otrzymałem od niego odpowiedź, że zapłaciłby za ten opłatek nieszczęsny. A kiedy ksiundz przyjdzie polewać mieszkanie wodą z pędzla, to wpuści i pozwoli. I co więcej - da jeszcze "co łaska", bo w przeciwnym razie narazi się na gniew swojej połowicy, która pieniędzy nie zarabia, ale chętnie by wydawała, tak na marginesie wspominając.
Innymi słowy mamy ateistę niemal z dziada-pradziada, który wpadł pod koła kościelnej ciężarówki i nie ma specjalnej możliwości się spod tych kół teraz wydostać.
To też mnie zainspirowało nieco do zastanowienia się nad samą ideą wychowania w zupełnym oderwaniu od kościoła.
Gwarancją tego, że ja nigdy w życiu nie wpuszczę do swojego domu któregoś z tych sukienkowych cwaniaków jest między innymi to, że miałem możliwość zaobserwowania tego jak faktycznie wygląda ich podejście do niektórych spraw. Podczas jednego z takich obchodów corocznych ksiądz dostał od moich rodziców kopertę, 200 złotych tam było - i zamiast powiedzieć "dziękuję" i diabolicznie zarechotać, ksiądz oznajmił z wyrzutem, że "w zeszłym roku było więcej". Zapiski sobie cwaniaczek organizował.
I tu gdzieś do konkluzji zmierzam, zapędziłem się w sumie daleko od wyjściowego tematu, mając jeszcze w pamięci temat tego czternastolatka, który nie chce na religię chodzić. Czy faktycznie jest sens w takim całkowitym odcięciu się od tej nieszczęsnej religii? Czy jednak nie warto, będąc ateistą, załatwić swojemu dziecku możliwość zobaczenia tego, co i z nas nie tyle ateistów zrobiło, ale umożliwiło nam wyrobić sobie opinię na temat kościoła jako takiego?
Jako, że widziałem jak księża postępują, jak wyłudzają od staruszek ciężką forsę za modlitwę w intencji zdanej matury wnusiów (w sumie matura moja i moich braci kosztowała babunię-katoliczkę jakieś trzy tysiące złotych... cholera, dałaby mi tego tysiaka, to bym się dopiero zaczął uczyć). Księża i kościół budzą we mnie, jako grupa i zjawisko społeczne, odrazę. Nie ma możliwości, żeby mnie taki pod włos wziął. W tym wypadku nawet wykorzystanie psychologicznych trików nie zadziała, nie ma szans.
W wyżej przytoczonym wypadku brak "przeciwciał" będzie człowieka kosztował mnóstwo, mnóstwo nerwów i pieniędzy. W oczywisty sposób człowiek nie zostanie nagle katolikiem, ale zasili jednak tą organizację i przez kilka najbliższych lat będzie dokładał cegiełki do kościelnej budowli.
Facet do tego dojdzie, już dochodzi powoli. Mówili mu znajomi, że katolicka, obrażalska dziewczyna to nie jest dobry pomysł, ale nie wierzył, bo i nie widział na własne oczy jak to wygląda. Żadna babcia mu nie skrzeczała nad uchem, żaden ksiądz nie wyciągał łapska po mamonę. Nie widział tej obłudy. Nie widział nawet jak ludzie, którzy są mu z jakichś powodów bliscy reagują na areligijne zachowania. Więc zamiast przejść to w dzieciństwie, kiedy człowiek nie ma niczego do stracenia, gość przejdzie to teraz. Teraz, kiedy koszty są dużo wyższe.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

spellbinder (8577 punktów)
Usunięte przez moderatora
gegebege (231 punktów)
(zablokowany)
Spellbinder, mam do Ciebie pytanie: Kto dokładnie jest nadawcą tego listu z opłatkiem, który otrzymałeś? Na pewno to sprawdziłeś na kopercie lub druczku.
spellbinder (8577 punktów)
>Spellbinder, mam do Ciebie pytanie: Kto dokładnie jest nadawcą tego listu z opłatkiem, który otrzymałeś? Na pewno to sprawdziłeś na kopercie lub druczku.

Parafia tego i tamtego była na druczku, czy jak to się tam nazywa. List wszakże nie był wysłany pocztą, tylko wsadzony do skrzynki, także faktycznie mogło być różnie
06-12-2011 08:53
 Ocena 11 na 11
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Jeśli to możliwe, należy chronić młodych przed indoktrynacją religijną, bo ona zostaje, nawet jeśli oni się buntują. Większości zaszkodzi. Warto natomiast uczyć dzieci szkolne o religiach w ramach religioznawstwa. Bardzo ważna różnica - uczyć o religiach, nie religii. Księża są w pewnym stopniu usługodawcami wierzących, w tym udających wierzących ateistów. Dlatego najbardziej w twoim artykule oburza mnie twój znajomy (a nie koperta). Czy jego rodzina składa się tylko z żony? Gdzie jego zdanie? Jesteś pewien, że był ateistą? Może był po prostu osobą nie myślącą na takie tematy, ale gdy pomyślała, skłonną do teizmu, albo paskalizmu (bzdurny zakład Pascala - "jeśli Jahwe nie ma, to tracę niewiele, jeśli jest, to ogromnie wiele. Wniosek = wierzyć, udawać wiarę." (istota bzdurności - skąd niby wiadomo, brzydki Pascalu, że to o Jahwe trzeba się asekurancko starać, co z Jowiszem, Allachem, Sziwą?).

Podkreślę - trening religijny młodego niemal zawsze zostaje. Nawet jeśli ktoś zrywa z chrześcijaństwem, nadal myśli pod wieloma względami w jego kategoriach.
06-12-2011 09:16 
 Ocena 5 na 5
spellbinder (8577 punktów)
>Dlatego najbardziej w twoim artykule oburza mnie twój znajomy (a nie koperta). Czy jego rodzina składa się tylko z żony? Gdzie jego zdanie? Jesteś pewien, że był ateistą?

Ateistą był i jest, albo bardzo dobrze udaje. ślub brał półkościelny, czyli mimo iż w kościele, niczego tam nie przyrzekał na boga, choć w sumie prawdy nie znam - nie wiem, nie byłem.

Natomiast do kościoła najwyraźniej ma nieco mniej... że tak powiem "radykalne" podejście, co też mnie zdziwiło.

Jeśli zaś chodzi o rodzinę, to jego postawa zbytnio mnie nie dziwi. W naszej kulturze jest jednak zakodowana jakaś taka dziwna nierówność w stosunkach międzypłciowych. Kobieta ma niepisane prawo do wymagania róznych rzeczy, narzucania swojej wizji, potrzeb - co więcej, ma również możliwość egzekwowania swoich żądań.

Można to zauważyć nawet na przykładzie przedstawienia tego w kulturze (niższej bo niższej, ale jednak). Takie podejście, że kobiecie trzeba ustąpić.

Facet - w tym wypadku - woli uniknąć kłopotu, niż się z nim użerać. Zamknąć japę i przecierpieć. Co więcej - takie rzeczy wielokrotnie widywałem "na żywo", nawet w kwestii kościelnej. Moja ciotka dla przykładu zmusiła swojego męża do cotygodniowych wizyt w kole synchronicznego klękania i zawodzenia. On nie chciał, w związku z czym wypracowali "kompromis". Wujek z obrażoną miną siedzi w tej ławie kościelnej i nie śpiewa ani nie klęka

W przypadku znajomego może być dodatkowo taki motyw, że jemu po prostu wisi w co kto sobie wierzy.

Ja też zasadniczo mam gdzieś, czy człowiek wierzy w reinkarnację, czy w Ziemię spoczywającą na grzbiecie wielkiego karpia. Moją odrazę budzi nie sam fakt czyjejś wiary, tylko instytucja wyłudzaczy pieniędzy. On, jako że nie miał z nimi styczności - tak to tłumaczę - nie wyrobił sobie takiego podejścia. Nie wie po prostu w co się pakuje.

Z czego nie zdaje sobie najwyraźniej sprawy, to fakt, że po iluś tam latach i napiętrzeniu się mnóstwa osobnych przypadków, w których będzie musiał ustąpić, w końcu mu nerwy puszczą.

>Podkreślę - trening religijny młodego niemal zawsze zostaje. Nawet jeśli ktoś zrywa z chrześcijaństwem, nadal myśli pod wieloma względami w jego kategoriach.

Nie sugeruję zostawienia dziecka bez komentarza. Chodzi o sam fakt zetknięcia się z tą religią.
06-12-2011 14:30 
 Ocena 2 na 2
setarkos (10757 punktów)
>.. Kobieta ma niepisane prawo do wymagania różnych rzeczy, narzucania swojej wizji, potrzeb - co więcej, ma również możliwość egzekwowania swoich żądań.
I to nawet wtedy, gdy (jak wcześniej piszesz na marginesie): "pieniędzy nie zarabia, ale chętnie by wydawała".

Zdaje się, że religie żerują na różnicach płci celowo wywołując konflikt pomiędzy wartościami przeliczalnymi na pieniądz a (jak by je zwać..) estetyczno-biologiczno-duchowymi.
Może i pojedynczy człowiek zahartuje się przez doświadczenia religijne w dzieciństwie, te jednak dla związku prokreacyjnego młodych (a to zwykle dla nich debiut) i dla relacji w nowych rodzinach nie zapewniają wzorców reakcji na religię.

Potrzebne byłyby chyba mocniejsze 'szczepionki' odświeżające odporność..
prof. Grabowska (8446 punktów)
(zablokowany)
Dobrze. Nie należy izolować dzieci od religii tylko pokazywać im jej obłudę i
sprzeczności. Tak jak je prowadzimy do ZOO aby zobaczyły różne małpy i tygrysy, tak zaprowadźmy je do kościoła, niech policzy porozwieszane skarbonki. Pokażmy mu cytatę z Ewangelii o ubóstwie , a potem brykę księdza i pałac biskupa. Cytatę o czystości i gospodynię księdza, albo kochanka-ministranta.
Niechaj obowiązkowo słucha przez 1/2 godziny dziennie Radia Maryja i czyta wybrane ,co bardziej idiotyczne, fragmenty "Małego Gościa Niedzielnego".
Potem obowiązkowe omawianie i dyskusja z tatą.
Aby mu obrzydzić nabożeństwa prowadzać je na pierwszą mszę świętą o godz.6.00 rano.
Czytać razem Biblię i wykazywać sprzeczności np. przykazanie "Nie zabijaj" skonfrontować z nakazem Boga wymordowania mieszkańców zdobywanego przez Izraelczyków miasta.
Jednocześnie wychowywać je w duchu racjonalizmu. Pokazując żabki i motylki na łące mówić o dobrym dziadku Darwinie i jego nauce o ewolucji. Zaprowadzić do najbliższego planetarium, albo odwiedzić Centrum Kopernika w Warszawie.
Zamiast bajek o krasnoludkach czytać mu Hawkinga i Kaku. Czytać wierszyki typu ;"Murzynek bambo w Afryce mieszka" aby nie wyrosło na szowinistę.
No i koniecznie pójść z nim na Paradę Równości oraz na procesję Bożego Ciała i zapytać, która mu się bardziej podobała.


The only way to get rid of a temptation is to yield to it. Oscar Wilde.
06-12-2011 13:58 
 Ocena 2 na 2
Guzik (2020 punktów)

[...]Aby mu obrzydzić nabożeństwa prowadzać je na pierwszą mszę świętą o godz.6.00 rano.[...]


Moim dzieciom tak to obrzydzałam. Co z tego jak ksiądz wziął się na sposób i serwował im po porannej mszy pączki z kakaem? Przechytrzył mnie spryciura.
06-12-2011 14:14 
 Ocena 2 na 2
prof. Grabowska (8446 punktów)
(zablokowany)

>serwował im po porannej mszy pączki z kakaem
Czyli, najpierw obowiązek, a potem przyjemność.
Obowiązek duchowy , przyjemność czysto zmysłowa, cielesna.
A kakao chyba się nie odmienia.
Pączki z kakao. Ewentualnie - pączki z kakałem.

The only way to get rid of a temptation is to yield to it. Oscar Wilde.
07-12-2011 19:37 
 Ocena 5 na 5
Madman (7811 punktów)
>pączki z kakałem.
Fuj...
neurosurgery (2484 punktów)
>Jego kobieta jest osobą, która ma taki stosunek do dyskusji na temat religii i zwyczajów - zatyka uszy, powtarzając głośno "na, na, na, nie słucham cię", po czym strzela focha.

Znam ten typ! Nie cierpię przebywać z takimi ludźmi... Współczuję Twojemu znajomemu.

>Jeśli jednak dziecko zada w przyszłości pytanie o boga, to - zapowiedział zawczasu- że żadnemu "wujkowi", a ateistycznych "wujków" to dziecko ma sporo, nie wolno słówkiem pisnąć o boga nieistnieniu, bo się żona wkurzy i "będzie źle".

Tak to jest, gdy ci konkretny zestaw genów przypadnie do gustu. Szkoda, że tak często odchodzi się wtedy od racjonalizmu.

>I co więcej - da jeszcze "co łaska", bo w przeciwnym razie narazi się na gniew swojej połowicy, która pieniędzy nie zarabia, ale chętnie by wydawała, tak na marginesie wspominając.

Nawyki wyniesione ze wspólnoty katolickiej idą za nią w świat.

>Facet do tego dojdzie, już dochodzi powoli. Mówili mu znajomi, że katolicka, obrażalska dziewczyna to nie jest dobry pomysł, ale nie wierzył, bo i nie widział na własne oczy jak to wygląda.

Ja żadnego związku z praktykującą jakąkolwiek wiarę dziewczyną nie stworzę. Szkoda zdrowia i czasu na kogoś, kto jest odporny na argumenty.

Co do samego nabycia odporności na katolicką zarazę - nie ma prostego rozwiązania. Skłaniałbym się w kierunku Grabowskiej i zastosował dziecku model z zoo w roli głównej. Można wyciągnąć nawet książki traktujące o ewolucji i piękną analogię do "żywych skamieniałości" zastosować.

P.S.

Fajnie, że masz wokół siebie ateistów. Ja niestety jestem obecnie skazany na życie z ludźmi, którzy krzyczą mi "na, na, na, nic nie słyszę" w odpowiedzi na jakiekolwiek słowa krytyki skierowane w stronę religii.


Nie chcę wierzyć. Chcę WIEDZIEĆ.
06-12-2011 12:28 
 Ocena 3 na 3
Wyrak (463 punktów)
Kilka odpowiedzi osoby domu ateistycznego, która była w związku z katolikiem.
1. Można wziąć ślub bez przysięgania na Boga - sama taki miałam - ja obiecałam wychować dzieci uczciwie mój były mąż w wierze katolickiej.
Ale przed ślubem musiał podpisać cyrograf (dodatkowy) że wychowa dzieci po katolicku a ja musiałam na nim podpisać, że jestem świadoma że on to podpisał.- Może dlatego ten przyjaciel ma utrudnione zadanie gdyż wie, że jego żona podpisała zobowiązanie.
2. W moim małżeństwie to mój katolicki mąż złamał wszelkie zasady.
3. Ale tak naprawdę jakość związku nie zależy od wiary osób ale od charakteru.
4. Mam dwoje dzieci - nigdy nie udawałam, że wierzę w Boga, owszem czasem bywałam w kościele no i przyjmowałam księdza po kolędzie (ale w domu były dwie osoby jedna na tak a druga na nie). Dzieci są obojętne religijnie ze wskazaniem na ateizm. Nie są specjalnie zainteresowane tymi problemami - może dlatego, że miały dużo dyskusji w domu.
06-12-2011 14:40 
 Ocena 5 na 5
neurosurgery (2484 punktów)
>1. Można wziąć ślub bez przysięgania na Boga - sama taki miałam - ja obiecałam wychować dzieci uczciwie mój były mąż w wierze katolickiej.
>Ale przed ślubem musiał podpisać cyrograf (dodatkowy) że wychowa dzieci po katolicku a ja musiałam na nim podpisać, że jestem świadoma że on to podpisał.-

Ja bym nie mógł na coś takiego przystać. Świadomość, że moja druga połowa zobowiązała się do indoktrynacji dzieci, nie dawałaby mi spokojnie zasnąć.

>3. Ale tak naprawdę jakość związku nie zależy od wiary osób ale od charakteru.

Dla mnie wiara jest istotnym czynnikiem. Nie chciałbym spędzić życia z osobą, która nie akceptuje krytyki wobec religii. Nie chciałbym spędzić życia z osobą, która nie myśli racjonalnie i która może mi powiedzieć, że nie będziemy stosować antykoncepcji, bo Bóg sobie tego nie życzy... Czy to nie wpływa na jakość związku? Owszem, wpływa.

Nie chcę wierzyć. Chcę WIEDZIEĆ.
07-12-2011 05:06 
 Ocena 4 na 4
Miłosz Michałowski (1657 punktów)
Z początku też taki ślub planowałem ze swoją dziewczyną. Jeszcze jakiś czas temu była wierząca i praktykująca, choć liberalno-nowoczesną katoliczką - nasiliło jej się po pewnym traumatycznym przeżyciu i utracie bliskiej osoby. "Pech" jednak chciał, że to osoba myśląca i co gorsza wykształcona, toteż z czasem zaczęła dostrzegać absurdalne założenia takież "wymagania" katolicyzmu, które powodowały u niej niczym nieuzasadnione (do tego niczym-nieuzasadnienia doszła później)
"wyrzuty sumienia" i inne konflikty natury psychicznej. Dlatego, aby poczuć się lepiej ze sobą i swoją wiarą w brodatego pana na chmurce porzuciła katolicyzm na rzecz protestantyzmu (ewangelików) - nie oficjalnie, ale tak "na próbę". Z czasem zupełnie porzuciła religię: modlitwy, msze i inne śmieszne rytuały. Skupiła się i rozwinęła w swojej pracy/pasji, czyli psychoterapii, a więc pomaganiu ludziom - teraz kwestie metafizyczne jej nie interesują, skupia się na żywych ludziach. Na razie jest deistką, ale kiedyś... kto to wie

To tak tytułem przydługiego wstępu. Rzecz w tym, że gdy się poznaliśmy, to po pierwsze kwestie światopoglądowe nie miały znaczenia. Zresztą ja byłem wtedy ateistą ""w głębi ducha", to znaczy do kwestii wiary miałem stosunek obojętny in minus - religia mnie mierziła, ale nie zastanawiałem się nad podstawami ateizmu - to przyszło później i wówczas pojawił się konflikt. Przy okazji konfliktu, który, co ciekawe, pojawił się dopiero wtedy, kiedy zacząłem "wyrażać" swój ateizm - wydaje mi się to interesujące, że najczęściej dopóki niewierzący siedzi cicho wszystko jest ok... W każdym razie wiara i jej okazywanie przez moją dziewczyną było dla niej oczywiste, ergo oczywisty był ślub kościelny i chrzest dziecka - bo to przecież chodzi o jego zbawienie. Najpierw "załatwiłem" ślub - tutaj moja dziewczyna uznała, że to oczywiście bez sensu bym przyrzekał na bogów, w których nie wierzę. Okazało się jednak, że ani katolicki ksiądz ani protestancki pastor na taki ślub się nie zgodzą - a jednak mają zasady. Potem kwestia chrztu - z czasem moja ukochana dostrzegła zasadność moich argumentów w tej kwestii:
- że jako nie rodzice nie mamy prawy podejmować takich decyzji za dziecko, ograniczając w ten sposób jego wolność. Tym bardziej, że nic nie stoi na przeszkodzie, by jak dorośnie podjęło decyzję - oczywiście przeszkodą, co dostrzegła także moja ukochana, jest fakt, że przy braku "pokropienia" dziecko będzie mniej zindoktrynowane. Poza moja strategia: zapoznawania go z różnymi religiami i niewyznaczanie mu jedynego słusznego światopoglądu w tej sprawie znacząco zmniejsza szanse na to, że kiedyś uwierzy w Jahwe. Trafił do mej ukochanej również argument stricte kościelny - chrzest nie byłby dla dziecka, ale dla rodzica, byłby zaspokojeniem jego "potrzeb", jego "widzimisię". I tak w toku różnych dyskusji i dialogu, niekiedy emocjonalnego, ale zawsze opartego na argumentach i słuchaniu siebie nawzajem (co nie zawsze jest łatwe) doszliśmy do wniosku, że ślub weźmiemy cywilny, a dziecka nie ochrzcimy, ani nie włożymy do żadnego "worka". Z czasem porzucenie wiary przez moją ukochaną rozwiązało te kwestie ostatecznie. Cieszę się tym bardziej, że od tego czasu jest szczęśliwsza i po prostu "żyje jej się lepiej". Moja wolność od religii jest tu dodatkową korzyścią.

Odnośnie głównego wątku i przyjaciela, który wpadł w związek z katolicyzmem - trudno orzekać. Może jemu to nie przeszkadza - sam byłem kiedyś w tych kwestiach raczej obojętny, bo "co to szkodzi". Czas pokaże. Czasem nie ma innego wyjścia, jak uczyć się na własnych błędach. Oczywiście to często wiele kosztuje... Ale to najbardziej skuteczna nauka.
Grzegorz (5685 punktów)
>Jako, że widziałem jak księża postępują, jak wyłudzają od staruszek ciężką forsę za modlitwę w intencji zdanej matury wnusiów (w sumie matura moja i moich braci kosztowała babunię-katoliczkę jakieś trzy tysiące złotych... cholera, dałaby mi tego tysiaka, to bym się dopiero zaczął uczyć).
Tak z ciekawości - to ILE ona tych mszy zamówiła? Wiem że pojęcie "co łaska" (czasami z dodatkiem "ale nie mniej niż...") jest dość rozciągliwe, ale 1000 PLN to spore przegięcie. Swoją drogą, jak już chciała zapewnić wam lepszy wynik to mogła te 1000 PLN zamienić na jakieś 25-50 godzin korepetycji (tak, wiem że pewnie nie były konieczne, ale przynajmniej ktoś by uczciwie zapracował kasę której naprawdę potrzebuje).
07-12-2011 20:43 
 Ocena 3 na 3
spellbinder (8577 punktów)
>Tak z ciekawości - to ILE ona tych mszy zamówiła?

W sumie dwie, ale podzielone na trzy osoby, bo wiadomo, że bóg tak łatwo się nabrać nie da, żeby zapłacić za dwóch tyle co za jednego.

>Wiem że pojęcie "co łaska" (czasami z dodatkiem "ale nie mniej niż...") jest dość rozciągliwe, ale 1000 PLN to spore przegięcie.

Przegięciem jest w ogóle jeśli ksiądz bierze pieniądze podtrzymując bzdurne przekonanie, iż wielki i nieskończony za tysiaka pomoże zdać maturę

To też trochę mówi o tym jak ludzie (a przynajmniej moja babuleńka) boga traktują. No i jak księża traktują ludzi.

Nie ma elementarnej etyki w tym wszystkim.

>Swoją drogą, jak już chciała zapewnić wam lepszy wynik to mogła te 1000 PLN zamienić na jakieś 25-50 godzin korepetycji (tak, wiem że pewnie nie były konieczne, ale przynajmniej ktoś by uczciwie zapracował kasę której naprawdę potrzebuje).

Nie, nie... bo jakiś student by tą kasę przepił. Ksiądz ją wykorzysta dobrze, w boskim celu
Grzegorz (5685 punktów)
>Nie, nie... bo jakiś student by tą kasę przepił. Ksiądz ją wykorzysta dobrze, w boskim celu
Faktycznie, jak dokona transsubstancjacji to już nie będzie zwyczajne pijaństwo
dogma (66 punktów)
Niewierzący kolega (bo nie ateista - ktoś, kto świadomie odrzuca wiarę i religię) pokazuje swojej katolickiej małżonce, że to ona wyznacza kierunek, a on się stale dostosowuje. Uczy ją, ze można kaprysami wyegzekwować jakieś swoje żądania. On nie wyraża żadnej opinii w tej sprawie na tyle stanowczo, żeby wymagać dla swoich przekonań podstawowego szacunku. Ona wypełnia tę pustkę.
Nie twierdzę, że mają przeciągać linę każde w swoją stronę, ale gdyby na początku nie pozwalał na bezsensowne kompromisy, w których to on był (i jest) osobą tracącą, nie zapędziłby się w ślepy zaułek. Nie widzę w tym związku partnerstwa. Możliwe, że nie doszłoby w ogóle do ślubu. Albo doszło do zalegalizowania związku, ale na innych, rozsądniejszych zasadach. A tak człowiek ten dryfuje z prądem cudzych ideologii.

z mojego opisu:
"Nie wolno dać się wsadzić w klatkę(...). W klatce jest bezpiecznie: dwa razy dziennie dadzą banana i ma się święty spokój, ale przecież nie o to w życiu chodzi." Jan Lebenstein
marcin1902 (3438 punktów)
Gdybym miał w mocnym skrócie napisać to co Ty napisałeś w wątku, to napisałbym: "Mam kolegę co jest frajer-pompka".

Z tego co Piszesz, to kolega został mocno wzięty pod pantofel. Religia jest tu jakby na pierwszym miejscu i rzuca się najbardziej w oczy, szczególnie ateiście . Ciekawi mnie czy w innych sprawach decydujący głos też ma żona kolegi, bo jeśli tak, to religii nie ma co tu winić (choć nie można też usprawiedliwiać ), bo kolega jest zwykłym pantoflem.

To, że wychował się bez religijnej indoktrynacji uważam za coś dobrego, a to, że się daje robić w ciula to inna sprawa. Jest wiele osób które, jak to Piszesz, chce nas "wydymać", a to, że się nie dajemy "dymać" to sprawka nie tylko doświadczenia ale i racjonalnego myślenia. Może kolega, gdyby urodził się w religijnej rodzinie byłby zwykłym religijnym oszołomem?

"W Anglii ludzie starają się być błyskotliwi przy śniadaniu. To straszne. Tylko głupcy są bowiem błyskotliwi o tej porze." Oscar Wilde
Kamil1838 (521 punktów)
W wypowiedzi jest dużo racji, lecz nie zgadzam się, żeby wprowadzać dzieci w religię. Należy im uświadomić jak to działa i poczekać, aż same będą mogły wybrać, czy chcą się pakować do KK, który jest rządzony przez żądnych pieniędzy księży.

Wróć do listy wątków działu Kościół i antyklerykalizm
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365