 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
| Napisano | Autor | Tytuł | | 09-04-2009 12:54 | placownik (17853 punktów) | Edukacyjne szambo
16 na 18 |
"10 procent studentów to analfabeci, zdolni jedynie napisać ciąg znaków, bez wielkich liter, bez kropek, bez sensu" - to fragment artykułu autorstwa prof. Jan Hartmana pt. "Szkoła buja w obłokach" pomieszczonego w dziale Opinie dzisiejszego wydania Gazety Wyborczej, (podlinkuję, kiedy tylko będzie to możliwe). Krótko i węzłowato: profesor wzywa do podjęcia narodowej debaty na temat ratowania polskiej szkoły. Ponieważ już od dawna jestem zdania, że do szamba jakim jest nasz system edukacji, niesłusznie zwany szkołą, należy codziennie wrzucać granat w nadziei, że może wreszcie zacznie w nim choćby tylko coś bulgotać, uważam, że podjęcie takiej narodowej debaty jest najwyższą koniecznością, zresztą idealnie wpisującą się w cele statutowe PSR. Polska szkoła jest chora, a szkolna katecheza w monstrualnym wymiarze 2 godzin tygodniowo to ważny, ale tylko jeden z symptomów tej choroby. W obecnej sytuacji nadmierna koncentracja nad usunięciem tego symptomu nie jest chyba działaniem w pełni racjonalnym. Uczycie (się)? Uczą (się) Wasze dzieci czy wnuki? Piszcie o tym, jak wygląda sytuacja w polskiej szkole z Waszego punktu widzenia. Piszcie jak, Waszym zdaniem, można pomóc profesorowi i sobie w przekonaniu władz wszystkich szczebli, że kształcenie to sprawa najważniejsza, a gołosłowne deklaracje poprawy sytuacji w tej dziedzinie, składane przy okazji kolejnych wyborów, to gwoździe zabijające dechami przyszły świat, nasz i naszych dzieci. [EDIT] Dopisuję obiecany link do artykułu. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| MichaQ (1056 punktów) | Jest to rzeczywiście katastrofa tym bardziej, że edukacja ma olbrzymie znaczenie dla każdego państwa demokratycznego. Moje przerażenie zwiększa się, gdy na domiar tego, o czym Pan pisze, dokładają się plotki, że rzekomo zgodnie z założeniami procesu bolońskiego uniwersytety, będące ostatnim bastionem życia intelektualnego z prawdziwego zdarzenia, chce się zamienić w coś, co można nazwać "wyższymi szkołami zawodowymi". Po prostu uniwersytety mają kształcić ludzi w "wąskiej specjalizacji" tylko na potrzeby rynku. W mojej opinii grozi to zalanien przestrzeni publicznej osobami, z których znacząca większość będzie kompletnie pozbawiona zdolności samodzielnego, krytycznego myślenia przy jednoczesnym zachowaniu życzliwości dla dobrych argumentów.
|
|
 | | Matix (5786 punktów) | >Jest to rzeczywiście katastrofa tym bardziej, że edukacja ma olbrzymie znaczenie dla każdego państwa demokratycznego. Moje przerażenie zwiększa się, gdy na do miar tego, o czym Pan pisze, dokładają się plotki, że rzekomo zgodnie z założeniami procesu bolońskiego uniwersytety, będące ostatnim bastionem życia intelektualnego z prawdziwego zdarzenia
Teraz to politechniki kształcą polskie elity, już nie uniwersytety, z przyczyn dla mnie zrozumiałych, lepsza praca po politechnice => więcej chętnych na politechnikę w tym ci "lepsi" właśnie, reszta imprezować na uniwerki. Ale że polibuda kształci właśnie "wąsko" tzn. do zawodu inż. to w praktyce nie mamy w Polsce inteligencji.
|
|
4 na 4 | Adamiak (36436 punktów) | > Uczycie (się)? Uczę się, cały czas się uczę, choć już dawno nie w szkole. Właściwie wszystkich ważniejszych rzeczy w życiu nauczyłem się nie w szkołach, by nie rzec trochę ze smutkiem: pomimo szkołom. Moim mało wykształconym zdaniem problem z edukacją nie zaczął się ani dzisiaj, ani 20 lat temu - trwa co najmniej od czasów mojej podstawówki, czyli od lat 60tych. Zmieniły się tylko kolory indoktrynacji i życiorysy do "wykucia", a samodzielnego myślenia jak w szkołach nie uczyli tak nie uczą. Pomysłami więc nie pomogę, ale niniejszym wspieram duchowo i sympatycznie tych, co mają większe możliwości, czyli plusik dla nich na Twoje ręce, Placowniku.
|
|
 | 4 na 4 | jad11 (18783 punktów) |
> Moim mało wykształconym zdaniem problem z edukacją nie zaczął się ani dzisiaj, ani 20 lat temu - trwa co najmniej od czasów mojej podstawówki, czyli od lat 60tych. Zmieniły się tylko kolory indoktrynacji i życiorysy do "wykucia", a samodzielnego myślenia jak w szkołach nie uczyli tak nie uczą.Kto ma tego samodzielnego myślenia uczyć? Nie pamiętam dokładnie ale chyba dwa lata przed moją maturą pojawiła się możliwość wyboru czegoś, co nazywano pracą z tekstem jako jednego z możliwych tematów pracy maturalnej z Języka Polskiego . Nie mogłem w to uwierzyć dosłownie. Matura z "Polaka" dla wszystkich za darmo! Dostawało się jakiś 4 stronicowy artykuł o dupie Maryni (mój był o amerykańskim uśmiechu), całość podzielona na krótkie, ponumerowane akapity. I przykładowe pytanie: " W jaki sposób uśmiech w Stanach Zjednoczonych ułatwia zdobycie lepszej pracy? Odpowiedzi szukaj w akapicie 4 i 6. Opowiedz maksymalnie trzema zdaniami." A każdy akapit ma trzy do sześciu linii. Do tych kilku prostych pytań trzeba napisać wypracowanie ale nie dłuższe niż trzy strony bodajże na jakiś podobny "luźny" temat. I to wszystko. Wszystkie nauczycielki polskiego stanowczo odradzały ten temat, bo to nowe, bo to nie takie proste, bo to nie wiadomo co. I okazało się, że miały rację, bo większość uczniów położyło się na tym. Czemu? Fizyka- przedmiot ścisły, przypominał w mojej szkole średniej ekstremalne ćwiczenie pamięci. Nie było żadnych lekcji można powiedzieć. Zamiast tego dyktowanie: lekcja, temat, regułki, wzór, regułki, koniec. Na sprawdzianie pytania były tematami lekcji. Dosłownie, co do literki, bez znaku zapytania na końcu. Należało po prostu odtworzyć z pamięci tę "lekcję" i wkleić do sprawdzianu. Każda zmiana w szyku zdania, nie daj Bóg użycie innych słów skutkowało obniżeniem oceny. Dodatkowo zawsze było jedno zadanie, którego prawie nikt nie umiał rozwiązać. Znów ciekawe czemu 
"Fakty to mają do siebie, że racja jest zawsze po ich stronie." Wuch.
|
|
|  | 1 na 1 | Adamiak (36436 punktów) | > Wszystkie nauczycielki Polskiego stanowczo odradzały ten temat, bo to nowe, bo to nie takie proste, bo to nie wiadomo co. I okazało się, że miały rację, bo większość uczniów położyło się na tym. Czemu? Napiszę kokieteryjnie, że też nie wiem czemu, ale szkoda, że dopiero teraz mi mówisz, jakie to proste... zdawałbym maturę eksternistycznie, tuż po podstawówce.  > Fizyka- przedmiot ścisły, przypominał w mojej szkole średniej ekstremalne ćwiczenie pamięci. Nie było żadnych lekcji można powiedzieć. Zamiast tego dyktowanie: lekcja, temat, regułki, wzór, regułki, koniec. Edukację oficjalną zakończyłem otrzymawszy dyplom ukończenia podstawówki  , ale lekcje fizyki w liceum były toczka w toczkę takie, jak piszesz, lecz, że fizyka- prócz j. polskiego- była moim ulubionym przedmiotem, więc dokształcałem się w domu robieniem mamie gruzowiska w kuchni.
|
|
| |  | 1 na 1 | placownik (17853 punktów) |
> Napiszę kokieteryjnie Czemu kokieteryjnie? > zdawałbym maturę eksternistycznie, tuż po podstawówce. Moim zdaniem byłoby dobrze,aby każdy mógł przystąpić do państwowego egzaminu dojrzałości, niezależnie od formalnie posiadanego wykształcenia, przy czym tylko pierwsze podejście byłoby bezpłatne. Pozdrawiam
Niech strój słów podkreśla urodę myśli
|
|
| | |  | | Adamiak (36436 punktów) | > > Napiszę kokieteryjnie> Czemu kokieteryjnie? To trochę przewrotna kokieteria, użyta gwoli podkreślenia swoich walorów w "laniu wody", bo niby dlaczego miałbym nie skojarzyć pytania jada11 ze swoim narzekaniem w poście www.racjonalista.pl/forum.php/s,197750#w197764 powyżej? > >zdawałbym maturę eksternistycznie, tuż po podstawówce. > Moim zdaniem byłoby dobrze,aby każdy mógł przystąpić do państwowego egzaminu dojrzałości, niezależnie od formalnie posiadanego wykształcenia, przy czym tylko pierwsze podejście byłoby bezpłatne. Mam podobne zdanie. Teraz taka propozycja zupełnie inaczej, realniej mi wybrzmiewa, "za moich czasów" taki pogląd był postrzegany niczym herezja. Pozdrawiam
|
|
| | |  | 1 na 1 | jimmy_88gno (1653 punktów) | > Moim zdaniem byłoby dobrze,aby każdy mógł przystąpić do państwowego egzaminu dojrzałości, niezależnie od formalnie posiadanego wykształcenia, przy czym tylko pierwsze podejście byłoby bezpłatne.Szybko wykształciłby się system, w którym 95 procent podchodzących zdawałaby drugi raz  Plus za sam fakt możliwości podejścia do egzaminu niezależnie od posiadanego wykształcenia. W ogóle edukacja powinna odbywać się, jeśli chodzi o pewne kierunki, znacznie szybciej. A przynajmniej taka możliwość powinna być ogólnodostępna i zalecana. Poprawiłoby to m.in. sytuację osób starszych, a młodzi krócej byliby indoktrynowani.
"Niech Twoja cnota będzie zbyt wysoka dla powszechnie znanych nazw" - Friedrich Nietzsche.
|
|
2 na 2 | jkl; (5859 punktów) | W pierwszej kolejności zlikwidować sprawdzanie wiedzy za pomocą testów. To służy wygodzie nauczycieli, a ogłupia uczniów.
|
|
 | 2 na 2 | Vytautas (4394 punktów) | >W pierwszej kolejności zlikwidować sprawdzanie wiedzy za pomocą testów. >To służy wygodzie nauczycieli, a ogłupia uczniów. Za pomocą testów można sprawdzać zarówno jak uczeń zapamiętał bezmyślnie co tam miał do wklepania, jak też to, czy potrafi myśleć, to zależy od inteligencji układającego test. To faktycznie służy wygodzie nauczycieli i to jest bardzo dobra cecha testów, bo za ich pomocą można sprawdzić prawie wszystkich, mało komu uda się uchylić przed sprawdzeniem. Droga jotkaelko, najwyraźniej próbowałaś się w szkole migać od nauki i migać się od sprawdzania rezultatu nauczania. Stąd ten uraz. Uczniów ogłupia brak kontroli.
|
|
|  | 3 na 3 | jkl; (5859 punktów) | > Droga jotkaelko, najwyraźniej próbowałaś się w szkole migać od nauki i migać się od sprawdzania rezultatu nauczania. Stąd ten uraz. Uczniów ogłupia brak kontroli.O, nie tylko próbowałam... ale dość umiarkowanie.  Po prostu uważam, że lepsze są wypracowania. Sprawdzają większy wycinek wiedzy a także uczą samodzielnego myślenia. Nie mówiąc już o stylu, ortografii i interpunkcji. Zaznaczanie a/b/c to jednak nie to samo, i ma sens chyba tylko w matematyce.
|
|
| |  | 1 na 1 | jad11 (18783 punktów) |
> Zaznaczanie a/b/c to jednak nie to samo, i ma sens chyba tylko w matematyce.Różnie z tym bywa  Gdy chodziłem do szkoły średniej testy nie były zbyt popularne ale czasem się zdarzały. Właśnie na matematyce zdawaliśmy taki test. My czyli moja klasa i trzy klasy równoległe. Traf chciał, że moja klasa zdawała ostatnia, a jako że były tylko trzy różne testy powielone do pożądanej liczby sztuk to rozwiązania znaliśmy jeszcze zanim poznaliśmy treść pytań. Każdy miał skitraną ściągę z rozwiązaniami i wszystkim szło wyjątkowo gładko. Zaznaczając te "pewne" odpowiedzi trochę się wysiliłem i sprawdzałem chociaż co odpowiadam. Zauważyłem więc, że w jednym punkcie ściąga kłamie. Mój nauczyciel matematyki był cwanym i przebiegłym facetem i od razu pomyślałem, że to jakaś jego kolejna prowokacja. W miarę możliwości podzieliłem się tym odkryciem z klasą i zaznaczyłem inną odpowiedź a reszta zaznaczyła według ściągi. Sprawdzanie testów ubiegało w sielankowej atmosferze do momentu aż doszliśmy do mojego. Usłyszałem, że tu jest błąd, że się nie popisałem i nie będzie najwyższej oceny. Długo, długo przekonywałem nauczyciela, że to on się nie popisał ale w końcu udało mi się go przekonać do zerknięcia na zadanie. Jednak się popisałem a cała reszta- nie. Wszystkie oceny z testu obniżone we wszystkich klasach oprócz tej, która jako pierwsza zdawała test, bo u nich jeszcze każdy odpowiadał, co mu serce podpowiedziało  Chcieli mnie zlinczować ale jakoś się wybroniłem śmiechem  Miarodajne, według mnie, są testy tego typu, co na egzaminie na Prawo Jazdy- może być więcej niż jedna prawidłowa odpowiedź, nawet wszystkie mogą być prawidłowe. Zaznaczenie nieprawidłowej odpowiedzi lub niezaznaczenie prawidłowej skutkuje odjęciem punktu. Tu już niełatwo jest celnie strzelać. Taki test jest dobry jeśli za każdym razem jest układany na nowo, bo powtarzalność powoduje, że prawidłowe odpowiedzi krążą wśród zainteresowanych.
"Fakty to mają do siebie, że racja jest zawsze po ich stronie." Wuch.
|
|
| | |  | 1 na 1 | ingenue (123 punktów) |
>Miarodajne, według mnie, są testy tego typu, co na egzaminie na Prawo Jazdy- może być więcej niż jedna prawidłowa odpowiedź, nawet wszystkie mogą być prawidłowe.
Mam takie testy teraz na zaliczenie ćwiczeń na studiach. Test wielokrotnego wyboru składający się z 30 pytań + 10 pytań otwartych= 30 minut. Naprawdę trzeba mieć bardzo dobrze wpojoną wiedzę, żeby odpowiedzieć na te pytania. A przedmiot jest typowo pamięciowy. Najprostsze dla mnie są testy opisowe- piszę co wiem (niekoniecznie wiem co piszę).
|
|
1 na 1 | Kasia (424 punktów) | A słyszeliście o nowej podstawie programowej z przedmiotów przyrodniczych w szkołach średnich? Otóż, teraz dzieci uczą się biologii, chemii, fizyki i geografii w gimnazjach, a cały materiał powtarzają i rozszerzają w szkole średniej. Od 2012, dzieci uczą się w gimnazjum przedmiotów przyrodniczych, i w 1 klasie szkoły średniej, a w klasie drugiej uczą się "przyrody" czyli wszystko i nic..... Jeśli zdają maturę mają dodatkowe godziny na przedmioty maturalne, jeśli nie...cóż przyszły inżynier niewiele wie o swojej anatomii....ale cóż amerykańskie dzieci tez nie wiedzą gdzie leżą Węgry....zgroza....czeka nas to samo...
|
|
2 na 2 | sukulent (2309 punktów) | >Uczą (się) Wasze dzieci czy wnuki? Piszcie o tym, jak wygląda sytuacja w polskiej szkole z Waszego punktu widzenia.
Uczy się mój syn. Wobec tego, że moje zdanie o obecnej edukacji jest identyczne jak Twoje, a do tego młodzieniec od najmłodszego prezentuje zdecydowaną dysproporcję upodobań (techniczno-mechaniczny, literki są mu wstrętne) - posłaliśmy go do szkoły społecznej (czyli płacimy). Wybór palcówki oparliśmy wzorem większości na zdaniu innych rodziców, których dzieci uczą się w naszej okolicy. No i nie zawiedliśmy się jak dotychczas. System kształcenia zintegrowanego jest realizowany w super sensowny sposób, dzieci mają "lekcje muzealne", lekcje w zakładach produkujących to czy owo, na uczelniach, do tego teatr od czasu do czasu, warsztaty teatralne, dodatkowe zajęcia plastyczne (w tym lepienie z gliny ceramicznej), fizyczne (w tym basen), przygotowują występy na Nowy Rok. Do tego są aktywizowani społecznie - wykonywanie kartek świątecznych i sprzedawanie ich w celu uzyskania funduszy na rozmaite akcje charytatywne. To wszystko realizowane jest w budynku kompletnie "niewyglęnym", infrastruktura kompletnie bez cudów, jedynie pracownia komputerowa (po uzyskaniu funduszy unijnych) świeci dobrym sprzętem. Zajęcia trwają oczywiście długo (bo jeszcze te dodatkowe się doliczają), szkoła funkcjonuje do 17.00. Minusy - zdecydowanie religia, "eventy" religijne w rodzaju rekolekcji, trwających trzy dni i zabierających czas normalnych zajęć. Niepokoi mnie, jak będzie rozwiązana kwestia edukacji 6-cio latków w kontekście nauczania zintegrowanego, bo o tym cisza. Zobaczymy również co będzie, kiedy mój syn zakończy trzyletni okres nauczania zintegrowanego i zaczną się lekcje tematyczne z tematycznymi nauczycielami.
Pozdrawiam
"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka") )
|
|
10 na 10 | Robert Zawecki (4718 punktów) | Polska szkoła za mojego życia nigdy nie uczyła ani samodzielnego myślenia, ani zaradności. Natomiast kiedyś osoba posiadająca wykształcenie ogólne potrafiła chociaż wyrazić myśl, jeśli taka raczyła zaświtać.
W tej chwili jest tragicznie. Parę lat temu standardem stały się gotowce przygotowywane w odpowiedzi na oferty pracy. Przy jakimś castingu znudziło mnie czytanie identycznych dokumentów aplikacyjnych i wpadłem na wrednie złośliwy pomysł. Zaprosiłem sporą grupę delikwentów na rozmowę i każdemu poleciłem napisać coś o sobie i dlaczego miałbym go zatrudnić. Wyniki przeszły moje najkoszmarniejsze wyobrażenia. Kilku w ogóle nie podjęło wyzwania. Większość nadawała się od razu do "szkolnego humoru". Osoby mające na maturze ocenę dobrą z języka polskiego potrafiły zrobić kilka błędów ortograficznych w jednym akapicie. Ogólnie panował bezmyślny banał. Od tamtego czasu nie wierzę w żadne dyplomy żadnych szkół, to wszystko jest jedną wielką lipą.
|
|
 | 2 na 2 | jad11 (18783 punktów) | > Polska szkoła za mojego życia nigdy nie uczyła ani samodzielnego myślenia, ani zaradności. Natomiast kiedyś osoba posiadająca wykształcenie ogólne potrafiła chociaż wyrazić myśl, jeśli taka raczyła zaświtać.> W tej chwili jest tragicznie. Parę lat temu standardem stały się gotowce przygotowywane w odpowiedzi na oferty pracy. Przy jakimś castingu znudziło mnie czytanie identycznych dokumentów aplikacyjnych i wpadłem na wrednie złośliwy pomysł. Zaprosiłem sporą grupę delikwentów na rozmowę i każdemu poleciłem napisać coś o sobie i dlaczego miałbym go zatrudnić. Wyniki przeszły moje najkoszmarniejsze wyobrażenia. Kilku w ogóle nie podjęło wyzwania. Większość nadawała się od razu do "szkolnego humoru". Osoby mające na maturze ocenę dobrą z języka polskiego potrafiły zrobić kilka błędów ortograficznych w jednym akapicie. Ogólnie panował bezmyślny banał.Pewnie dlatego, że zazwyczaj to popłaca. Nad tym ubolewam. Jako anegdotę powiem jak jeden z moich kolegów starał się o pracę jako technolog mechanik. Dostał zadanie, którego treści, niestety, nie pamiętam. W każdym razie trzeba było coś szybko wyliczyć i aby się z tym uporać "na skróty" należało skreślić prostą linię, coś tam pozaznaczać i odczytać rozwiązanie. Nie znam się na tym więc nie wiem na czym mogło to polegać.Dość powiedzieć, że w ten sposób można było oszczędzić sobie sporo czasu i żmudnych obliczeń. Wynik mógł być podany w przybliżeniu. Znajomy był strasznie o to zły, bo nie dał sobie z tym rady a, co ciekawe, znał ten łatwy sposób. Zgadnijcie czemu nie dał sobie rady. Co pokonało magistra robotyki? Brak linijki.  Bez linijki nie można narysować prostej lini 
"Fakty to mają do siebie, że racja jest zawsze po ich stronie." Wuch.
|
|
 | 1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
> Polska szkoła za mojego życia nigdy nie uczyła ani samodzielnego myślenia, ani zaradności. I dobrze, bo i zaradność, i samodzielne myślenie to są wrodzone zdolności, wątpię czy szkoła może je wykształcić. .
|
|
|  | 1 na 1 | liliac (147340 punktów) | >> Polska szkoła za mojego życia nigdy nie uczyła ani samodzielnego myślenia, ani zaradności. >I dobrze, bo i zaradność, i samodzielne myślenie to są wrodzone zdolności, wątpię czy szkoła może je wykształcić. >.
W jakimś stopniu może, choć z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie czyni tego.
|
|
| |  | 1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>> i zaradność, i samodzielne myślenie to są wrodzone zdolności, wątpię czy szkoła może je wykształcić. >W jakimś stopniu może, choć z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie czyni tego. Zapewne nauczycielskie wynagrodzenie nie zależy od uczniowskich osiągnięć. .
|
|
12 na 12 | Michał Aleksy Mentrak (10573 punktów) | > Ponieważ już od dawna jestem zdania, że do szamba jakim jest nasz system edukacji, niesłusznie >zwany szkołą, należy codziennie wrzucać granat w nadziei, że może wreszcie zacznie w nim choćby >tylko coś bulgotać, uważam, że podjęcie takiej narodowej debaty jest najwyższą koniecznością, >zresztą idealnie wpisującą się w cele statutowe PSR.
Wiązki takich granatów należałoby wrzucać regularnie także do ZNP i Ministerstwa Edukacji z nadzieją wywołania podobnych efektów!
II-gą Wojnę Światową przeżyło niewielu przedwojennych nauczycieli. A tylko część z nich wróciła do zawodu; głównie z powodów ideologicznych (nie chcieli, a częściej, ich nie chciano). Do zawodu zaczęli więc trafiać różni przypadkowi ludzie, w większości z nadania partyjnego, tacy, którzy nie nadawali się do niczego innego, a więc selekcja negatywna. W latach 50-tych, kiedy część społeczeństwa (miejskiego) dorobiła się średniego wykształcenia powstały SN-y (Studium Nauczycielskie) - dwuletnie szkoły pomaturalne kształcące "nauczycieli". Trafiali tam ludzie, których nie przyjęto na studia, a więc selekcja negatywna. W latach 60-tych na każdym wydziale każdej wyższej uczelni utworzono tzw. "kierunek pedagogiczny" - warunkiem przyjęcia było nieprzyjęcie na kierunek podstawowy, a więc selekcja negatywna.
Ci ludzie, z takimi kwalifikacjami pracowali w oświacie i robili w niej kariery - zostawali dyrektorami szkół, awansowali do kuratoriów różnych szczebli, do ministerstw, do gremiów decydujących o kształcie obecnym oświaty. Zdolniejsi lub ambitniejsi pisali podręczniki, zatwierdzane następnie przez równie zdolnych, choć mniej ambitnych. Wielu z nich pracuje w oświacie do dziś. Wielu poświęciło się trudowi działalności związkowej w trosce o dobro swoich koleżanek i kolegów po fachu i do dziś zaciekle walczy o to dobro w ZNP, którego lewicowość jest wprost proporcjonalna do kwalifikacji jego członków.
Niestety, zmiany ustrojowe nie polepszyły sytuacji. Niski status materialny nauczycieli powoduje, że nadal funkcjonuje zasada selekcji negatywnej w doborze ludzi do tego zawodu. I to na wszystkich stopniach nauczania. Do tego doszła kwestia ideologizacji szkoły, o której - tak jak i Placownik - mówił nie będę, bo nie ona jest głównym powodem panującej degrengolady.
Oczywiście , że zdaję sobie sprawę z tego, iż w szkołach pracują też nauczyciele z prawdziwego zdarzenia, ludzie dla których ten zawód jest ich życiową pasją. Przed tymi chylę czoło. Ale ilu ich jest? Jaki stanowią procent w masie przeciętności? W dodatku, to nie oni są obiektem bronionym przez system; ich się najczęściej atakuje. Za co? Za innowacyjność, za kreatywność, za wychodzenie "przed szereg", za nowatorskie metody. MEN, ręka w rękę z ZNP, popiera przeciętnych, popiera utarte schematy, które mają się nijak do współczesnej rzeczywistości, ale "są sprawdzone". Uczeń nie musi myśleć; on ma wiedzieć! Więc mamy nadal programy szkolne oparte na automatycznym przyswajaniu wiedzy encyklopedycznej; mamy studentów nie potrafiących znaleźć sobie potrzebnej literatury do określonego tematu; mamy wtórnych analfabetów nie rozumiejących instrukcji obsługi wałka do ciasta (nb. instrukcji napisanej przez podobnych im analfabetów).
"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie" - Andrzej Frycz Modrzewski, cytat z księgi V pt. "O szkole".
fides ex necessitate esse non debet
|
|
12 na 12 | Aleksandra Stolc (550 punktów) | Ja wypowiedzi rodzicielskiej nie jestem w stanie udzielić, jako że nie posiadam jeszcze swoich dzieci, ale w związku z tym, że jeszcze rok temu siedziałam w szkolnej ławce, na powyższy temat (bardzo dobry notabene) mam do powiedzenia dużo. Poziom edukacji w polskich szkołach jest żenujący. Sama zdążyłam się na tym poznać. Ciekawostka przyrodnicza: Otóż moi nauczyciele byli dobrymi ludźmi; Mieli dobre serca i okazywali wyrozumiałość- to bardzo dobrze. Nie byli jednak dobrymi nauczycielami i to stanowiło właśnie sedno mojego pecha. Zdążyłam się o tym przekonać właśnie teraz, gdy opuściłam progi szkoły. Mam monstrualne braki w wiedzy. Szczególnie z historii. Moja nauczycielka organizując każda kolejną lekcję dyktowała nam do zeszytów podpunkty, które mieliśmy sami (!) opracowywać. Zero opowiadań, zero ciekawostek, zero objaśnień. Dodatkowo warto wspomnieć, że samodzielne opracowywanie tematu nie byłoby złe, gdyby poziom podręczników był wystarczająco wysoki. Nasze siały spustoszenie w umysłach; Pisane dziwacznym językiem, z dziwaczną składnią opisywały totalne, pardon my French, pierdoły, których potem zdesperowani uczyliśmy się na sprawdzian. Ten oczywiście, już chyba nie muszę wspominać, poruszał tematy, których nawet w owych podręcznikach nie było (tutaj dowód na to, że nauczyciele nie patrzą na to, czy zamawiają odpowiednie dla materiału książki) A potem pojawiały się uwagi, że jesteśmy ciemni, bo nie domyśliliśmy się, że chodziło o TO, a nie o TO! Przez takie cyrki muszę teraz wypełniać dziury w wiedzy sama. Historia historią, ale język polski to sprawa najbardziej bolesna. Moja polonistka była osobą wybitnie inteligentną i wybitnie mądrą, ale miała ogromne problemy z przekazywaniem wiedzy. Była załamana poziomem intelektualnym niektórych osób z mojej klasy, ale nie potrafiła ich ratować. Ja swój język pielęgnuję poprzez czytanie książek i pewnie gdyby nie to, sama teraz propagowałabym pOkeMOŃskie lub jak ktoś woli inaczej trawiaste pismo i pisałabym blogi o tym, że właśnie zostawił mnie chłopak, bo nie chciałam chwycić go za rękę... Jak większość, niestety, moich rówieśniczek. Boli mnie to, że ilekroć czytam wypowiedzi rówieśników w internecie i widzę kardynalne "byki" oraz akompaniującą temu żałosną składnię, widzę u siebie po czasie tendencję do robienia podobnych błędów- ta głupota jest zaraźliwa. Parokrotnie zanim cokolwiek napiszę sprawdzam paręnaście razy, czy aby na pewno wszystko na miejscu, mimo tego, że to powinno być przecież takie oczywiste. To jest chore! Głupota i niski poziom pochłania ludzi inteligentnych w tym kraju. Boję się o swoją przyszłość i boję się o przyszłość moich dzieci. Tematem mojej matury ustnej była właśnie grafomania u nastolatków, także tych wkraczających w dorosłość. Te największe "perły" w postaci ich wypowiedzi łowiłam głównie z internetu. Panie z komisji śmiały się do rozpuku nie mogąc uwierzyć, że młodzież potrafi być głupia do TEGO stopnia. No i tutaj kłania się pytanie: czy wolno, zamiast wstać i zacząć porządnie nauczać, reagować na coś takiego śmiechem?... Wprowadziłam ideę organizowania apeli przeciwko grafomanii, bo sądziłam, że to może pomóc i da młodym ludziom do myślenia, ale nie zostało to wprowadzone w czyn, mimo zapewnień ze stron nauczycieli. Bo po co?...  Boję się pomyśleć co będzie za parę lat. Społeczeństwo polskie jest coraz głupsze. Zauważmy, że w rolę nauczyciela wciela się teraz każdy "odpadek" ze studiów, któremu życie nic poza tą właśnie rolą zwykłego belfra nie zaoferowało (z całym szacunkiem dla zawodu, ale uważam, że jest to praca dla ludzi odpowiedzialnych, inteligentnych i GOTOWYCH do przekazywania cennej wiedzy). Teraz nie ma już prawdziwych nauczycieli. Jedyni, których naprawdę ceniłam, to emerytowani chemiczka oraz stary matematyk po 70-tce. Wygląda to tak, jak by porządni uczeni wymierali, a na ich miejsce wkraczali "luzaccy" buntownicy, których zadaniem jest przygotować tylko do prostej matury, a nie przekazać wiedzę na całe życie. Smutne, ale prawdziwe. Religia. Stworzyłam na ten temat wątek w dziale Kościół i Antyklerykalizm. Sama miałam religię dwa razy w tygodniu i najgorsze, że dwa razy pod rząd  Uczęszczałam na te lekcje tylko dla samej frajdy przeprowadzania dyskusji z katechetą. Wiele się nauczyłam i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie ma co bawić się w katolicyzm i tkwienie w ciemnocie w przyszłości. Niestety moja klasa była w 90% katolicka, więc wierząca reszta nie widziała nic złego w dwóch lekcjach religii w tygodniu. I nie sadzę, by komukolwiek udało się cokolwiek z tym zrobić w przyszłości, dopóty dopóki mamy takich katolskich idiotów w rządzie... Pozdrawiam
|
|
 | | darlove (2804 punktów) | Ola, a ile masz lat?
Lepiej jest z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć.
|
|
|  | 2 na 2 | Aleksandra Stolc (550 punktów) | > Ola, a ile masz lat?Proszę spojrzeć w profil
|
|
2 na 2 | jarcio (1198 punktów) | Po pierwsze to należy zadać sobie pytanie czy lub na ile państwowa edukacja, jest w stanie zaoferować dobry poziom edukacji. Patrząc na funkcjonowanie urzędów w Polsce to mam spore wątpliwości co do skuteczności państwowego czegokolwiek co ma tak szerokie prerogatywy. Szkoła publiczna też działa na zasadzie urzędu, gdzie każdy pracownik tego samego szczebla wynagradzany, jest tak samo bez względu na to jak spełnia swoje obowiązki. Dobrym krokiem by zmienić tę typową urzędniczą mentalność byłby mechanizm konkurencyjności w którym te państwowe szkoły, które osiągają najlepsze wyniki w nauce otrzymywałyby największe środki finansowe. No, ale to jest postulat nie do spełnienia w socjalistycznym kraju. Od razu się odezwą ideolodzy "godności", że to gwałt na "równości" bowiem wszystkim należy się tyle samo. Religijny dogmat o równości wszystkich ludzi, jest obecnie nie do ruszenia.
Po drugie, nie bez sensu, jest również pytanie o definicję dobrej edukacji. Jeśli mamy do czynienia z państwową placówką w XXI wieku to i definicja skutecznego jej działania będzie politycznie umotywowana. Tak więc pytanie o definicje dobrej edukacji, jest również pytaniem o dopuszczalną skalę polityki w programach nauczania. Na moje oko to sytuację może uzdrowić odpolitycznienie programów nauczania. Niestety w państwach demokratycznych z tak wielką masą ludzi nieodpowiedzialnych z prawem głosu, jest to, właściwie rzecz biorąc, postulat żywcem wzięty z utopii.
Po trzecie na realizację wielu planów potrzeba by większych środków pieniężnych. No, ale w Polsce to jest tak, że znaczna część przeznaczonych z podatków pieniędzy na określony publiczny cel zostaje w rękach pośredników maści wszelakiej. Tak więc znowu mamy do czynienia z utopią bowiem po prostu nie da się sensownie wydawać pieniędzy na publicznym szczeblu w tak ogromnej skali.
Co do tytułu wątku to warto się również zastanowić nad tym o jakie bagno tutaj chodzi; edukacyjne czy państwowe. Dawniej ludzie myśleli zupełnie na odwrót; znacznie więcej wymagali od samych siebie podczas, gdy na państwo liczyli w ostateczności. A dzisiaj wystarczy wyjść na ulice z transparentem czy tam kilofem, podpalić kilka opon czy dać komuś w mordę i domagać się "godnej" płacy, "godnego" życia i równego traktowania. W czasach, gdy wzorem przedsiębiorczości, jest wypełnianie wniosku do UE o dotacje i zapomogi ludzie mają skłonność do zwalania, wszystkiego jak leci, na barki państwa. Stan szkoły publicznej jest 100% odzwierciedleniem idei państwa demokratycznego; takich ludzi demokracja potrzebuje.
|
|
5 na 5 | Adam Wojtkiewicz (3958 punktów) | Ja spotkałem się również z sytuacją, że profesor nie rozumie tematu pracy dyplomowej ani o czym ona jest. Nie dlatego, że student pisał źle, ale dlatego, że student był za mądry. Dlatego, że w dziedzinie w której naucza profesor, bardzo dużo się dzieje, i trzeba być na bieżąco. A on nie był, osiadł na laurach i skostniał. Na informatyce to częste ponieważ uczą się ludzie z podręczników które są już przestarzałe w momencie zatwierdzenia przez uczelnię. I masz sytuację, gdzie baz danych na studiach uczy się na dBase, albo innym anachronizmie. Być może w dziedzinach tzw. "humanistycznych" tego nie ma. Ale weźmy takiego P co napisał pracę o Wałęsie. Ta praca jest do bani nawet gdyby była prawdziwa. Przecież miał jakiegoś promotora? Jak to świadczy o promotorze?
Adam
Rzeczy nie są takie, jakimi wydają się być. Nie są też inne.
|
|
1 na 1 Osnowa (11779 punktów) (zablokowany) |
>jak wygląda sytuacja w polskiej szkole Pewnie zależy ona od tego, za co wynagradza się polskich nauczycieli, czy za dydaktyczną efektywność, czy za polityczną dyspozycyjność. .
|
|
 | | Adamiak (36436 punktów) | > >jak wygląda sytuacja w polskiej szkole> Pewnie zależy ona od tego, za co wynagradza się polskich nauczycieli, czy za dydaktyczną efektywność, czy za polityczną dyspozycyjność. Jak za moich starych bo młodych, pięknych czasów.
|
|
1 na 1 | NieIstniejesz (1137 punktów) | Ja szczerze mówiąc nie mam wyrobionego zdania o polskim szkolnictwie, bo ani wiadomościami z Polski tudzież innych części świata się specjalnie nie pasjonuję, ani w zasadzie nie skupiam się szczególnie na myśleniu nad stanem polskich instytucji edukująco-lecząco-sądzących. Aczkolwiek mogę posłużyć się swoim przykładem, jeśli chodzi o szkoły poniżej wyższych. Podstawówki szczególnie nie pamiętam, dobrze za to pamiętam gimnazjum. Nie było za dobrze. W zasadzie horda kretynów z kilkunastoma perełkami. Atmosfera na pewno nie sprzyjała nauce, oczywiście byli ambitni, ale w zasadzie przykładanie się do ocen nie procentowało praktycznie niczym, oprócz wysokiej średniej, oprócz wyższej średniej i wyklęciu przez większą część "braci uczniowskiej" - mała strata. Właśnie, jeśli chodzi o sens uczenia się - w zasadzie był dość mizerny, w większości przypadków strzępki wiedzy, które pamiętało się do sprawdzianu, zresztą ich przydatność też była raczej marna. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na środowisko uczniów - dno i trzy metry mułu. To jest bardzo ważny problem, jak wymagać od kogoś ambicji wbrew wszystkiemu. Zwłaszcza, że akurat na gimnazjum przypada czas największej "niepokorności". Jeśli alternatywą wobec "starszych" - czyli rodziców, nauczycieli itd. jest tylko zdegenerowana, pozbawiona ambicji, wypełniona prostymi potrzebami i pseudowartościami rodem z telenowel i reklam, trudno oczekiwać innej młodzieży, a potem aktywnych, myślących obywateli. Gimnazja to wylęgarnia nijakości. Moje szczęście tkwi głównie w tym, że ja niejako "od maleńkości" byłem nastawiony indywidualistycznie, nonkonformistycznie, zawsze miałem własne zdanie i byłem nastawiony krytycznie do wszystkiego, co podtykają mi pod nos. Przez to może byłem nieco aspołeczny, jednak przetrwałem edukację podstawową niezepsuty. Teraz jestem w drugiej klasie liceum, jednego z najlepszych w województwie i utemperowałem swój wrodzony nonkonformizm do mniej abnegatycznej postaci, jednak oczywiście dba o niego i jestem z niego dumny  Jeśli zaś chodzi o to liceum - tutaj nie ma potrzeby stawać się odludkiem, zęby zostać sobą, tzn. oczywiście i tutaj są ludzie typu "byle zdać i iść na imprę", są też jednak osobniki znacznie bardziej ciekawe  I właśnie w tej szkole na poważnie zainteresowałem się filozofią, olimpiada filozoficzna itd. Są tutaj nauczyciele z pasją, jak np. nasza nieco kontrowersyjna i wzbudzająca skrajne emocje historyczka, która jak sobie kogoś upatrzy na olimpiadę to nie ma przebacz, czy nauczycielka polskiego, pasjonatka poezji, filozofii, nieco zresztą ekscentryczna i nieprzewidywalna, ale urocza (o ile można tak powiedzieć o nauczycielu  ) . Są jednak też nauczyciele którym wyraźne cierpienie sprawia fakt, że muszą nas uczyć. I właśnie na poziomie liceum zaczął doskwierać mi fakt, że mimo, że jestem w klasie humanistycznej, muszę uczyć się całkowicie nieużytecznych formułek i wzorów na fizykę, czy geometrii analitycznej na maturę z matematyki (mój rocznik jest pierwszym, który będzie ją pisał, po, zdaje się giertychowskiej, przerwie). I mimo, ze oczywiście widzę konieczność posiadania wiedzy ogólnej z geografii, biologii, fizyki, naprawdę nie widzę sensu w tym, żeby klasa przyszłych dziennikarzy, filozofów, polonistów, politologów itd. musiała umieć rozwiązać skomplikowane zadanie matematyczne czy potrafić zrobić krzyżówkę genetyczną. Oczywiście wiedza z genetyki jest potrzebna, ale w tym przypadku raczej wiedza teoretyczna, w zakresie ogólnej erudycji, a nie umiejętności przewidywania kolorów kwiatów przyszłych pokoleń dziwaczka. Liceum to już czas na ukierunkowanie. Zdaję sobie sprawę, że to sprawa mocno dyskusyjna, jadnak piszę z perspektywy ucznia. Jednak moim zdaniem największym problemem jest sytuacja społeczna, zwłaszcza w ostatnich klasach podstawówki i w gimnazjum. Kształci nam się pokolenie "nic", nie wierzące w żadne wartości, lub wierzące w pseudowartości, pozbawione przenikliwości, długofalowego spojrzenia, pozbawione w ogóle samodzielnego myślenia. To jest problem. Gdyby to udało się zmienić, reszta nie byłaby większym problemem.
|
|
 | 2 na 2 | liliac (147340 punktów) | Wiesz, z perspektywy ucznia, którym niegdyś (nie tak znowuż strasznie dawno  ) byłam, podobne rzeczy mówiłabym na temat np. historii. Post factum- zawzięcie swoje braki w temacie nadrabiałam. Zawartość tzw. programu nigdy nie sięgnie ideałom- zawsze w tematach, w których nie trafisz na dobrego nauczyciela, ograniczy się do definicji i formułek, ale, wierz mi- w przyszłości zaprocentuje. Konieczność rozwiązywania prostych krzyżówek genetycznych może cię dziś denerwować, ale potraktuj to jak proste ćwiczenie logiczne i postaraj się nie lekceważyć wiedzy z tej dziedziny- poziom dziennikarzy w zakresie podstawowej wiedzy biologicznej bywa obecnie żenujący, a tak łatwo temu zapobiec. Przewidywanie kolorów dziwaczka jest jak krzyżówka- w ogólnym rozrachunku bezbolesne, ale jakieś umiejętności jednak kształci  Twoim - i moim w swoim czasie- szczęściem jest, że trafiłeś na szkołę, w której chęć zdobywania wiedzy nie jest piętnowana- jest uważana za coś normalnego. Różnica jest taka, że ja miałam szczęście nie załapać się na system gimnazjalny, ja się na te "trzy mery mułu" nie natknęłam. Co do wartości, samodzielnego rozwoju i przenikliwego myślenia, rozwoju długofalowego- to już chyba kwestia waszego indywidualnego rozwoju- tego żadna szkoła nie zastąpi.
|
|
|  | 1 na 1 | NieIstniejesz (1137 punktów) | Wiem, wiem, że to potrzebne. Musiałem po prostu pomarudzić, to bywa strasznie frustrujące (zwłaszcza matma). Jednak bardziej chciałem zwrócić uwagę na te patologie społeczne. Nie mam zielonego pojęcia jak można to rozwiązać, jednak "coś" koniecznie trzeba próbować z tym zrobić. Jestem pewien, że gdyby nie mój silnie indywidualistyczny i nonkonformistyczny charakter, utonął bym w tym szambie. Taki los z pewnością spotyka wiele mniej niezłomnych osób "z potencjałem". Poza tym jesteśmy świadkami ogólnego zepsucia młodzieży, ludzi, którzy kiedyś będą większością w tym kraju i co gorsza nie będą większością pokorną wobec tych, którym się udało. Z tym trzeba robić coś TERAZ, niedługo będzie za późno. Być może przejaskrawiam sytuację, nie wiem jak to wyglądało wcześniej, jednak z mojego punktu - jest źle. Tak ja to widzę. Mam nadzieję, ze nie mam racji.
PS: Właśnie, byłbym bardzo wdzięczny, gdyby ktoś napisał, jak wyglądała szkolna młodzież, jej przekonania i zachowanie w czasach, kiedy mnie nie było. Czy było tak jak dziś (uwzględniając oczywiście różnicę czasów i obyczajów), innymi słowy, jaka była tendencja?
|
|
1 na 1 | metsys (1088 punktów) | Miałem wgląd w skrajnie różne sposoby edukacji na poziomie szkoły podstawowej, gdyż uczęszczałem do szkoły w mieście oraz we wsi. Miejska klasa liczyła 32 osoby, a wiejska 10.
Dzięki temu, że ostatnie 4 klasy kończyłem w małej, wiejskiej szkółce, mogłem rozwinąć swoje możliwości, które bezbłędnie wyłapali nauczyciele i potrafili je u mnie pielęgnować. Indywidualnie podchodzili do każdego ucznia, co nie było (i nie jest) możliwe w przepełnionych klasach miejskich szkół.
Widzę też, że obecnie większość atrybutów edukacji nastawiona jest na komercję i zysk. Książki do szkoły podstawowej każdego roku muszę synowi kupować nowe, gdyż te sprzed roku są już nieaktualne. Sprawdziłem na czym polega dezaktualizacja książki i ćwiczeń do matematyki i okazało się, że w zadaniach pozamieniane są wartości liczbowe i czasami treść, co w żaden sposób nie podnosi walorów danego podręcznika, a służy jedynie zapewnieniu stałej, corocznej sprzedaży nowych książek.
Szkolnictwo wyższe istnieje dla mnie tylko na poziomie uniwersyteckim i politechnik, gdyż wszelkie prywatne studia magisterskie to maszynki do robienia pieniędzy i wypuszczania na rynek mgr dla możliwości dodania samego tylko skrótu przed nazwiskiem na potrzeby CV.
W latach 80 moja mama odwiedziła USA i stwierdziła niezaprzeczalny fakt, że tamtejsi uczniowie to skrajne przypadki braku wiedzy i wręcz głupoty, bo jak można powiedzieć o uczniu, który nie wie nawet ile stanów mają Stany Zjednoczone? To oczywiście tylko jeden z przykładów, których przedstawiła o wiele więcej. Jako nauczyciel zwracała na to uwagę i bardzo interesowała się poziomem i sposobem szkolnictwa w Ameryce.
Jakoś dziwnie nakładają mnie się obrazy szkoły USA z lat 80 na teraźniejsze szkół Rzeczpospolitej.
jestem jednym z miliardów szczęściarzy pośród bilionów pechowców, któremu udało się zobaczyć świat...
|
|
 | 2 na 2 | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Szkolnictwo wyższe istnieje dla mnie tylko na poziomie uniwersyteckim i politechnik, gdyż wszelkie prywatne studia magisterskie to maszynki do robienia pieniędzy i wypuszczania na rynek mgr dla możliwości dodania samego tylko skrótu przed nazwiskiem na potrzeby CV. Proponuję, abyś zmierzył się z absolwentami np. Akademii Leona Koźmińskiego i uzyskał potwierdzenie dla swojej tezy, albo zaprzestał propagowania niepotwierdzonych sądów.
|
|
|  | | metsys (1088 punktów) |
> Proponuję, abyś zmierzył się z absolwentami np. Akademii Leona Koźmińskiego i uzyskał potwierdzenie dla swojej tezy, albo zaprzestał propagowania niepotwierdzonych sądów.
Chętnie, ale nie miałem jeszcze okazji. Jedna jaskółka Wiosny nie czyni. Wyjątki potwierdzają regułę (prawda, że moją). Trudno jest porównać poziom ot choćby prawa administracyjnego Uniwersytetu Warszawskiego z takim samym w filii innej uczelni na peryferiach, do której wykładowcy rekrutowani są pośród dostępnych w pobliżu magistrów i doskakujących z uczelni-matki etatowych profesorów lub doktorów (z wiadomych względów nie podam nazwy).
jestem jednym z miliardów szczęściarzy pośród bilionów pechowców, któremu udało się zobaczyć świat...
|
|
| |  | | Robert Zawecki (4718 punktów) | >Jedna jaskółka Wiosny nie czyni. Wyjątki potwierdzają regułę (prawda, że moją). Ani to jaskółka, ani wyjątek. Oprócz Koźmińskiego, jest jeszcze przynajmniej kilkanaście bardzo dobrych uczelni prywatnych.
>Trudno jest porównać poziom ot choćby prawa administracyjnego Uniwersytetu Warszawskiego z takim samym w filii innej uczelni na peryferiach, do której wykładowcy rekrutowani są pośród dostępnych w pobliżu magistrów i doskakujących z uczelni-matki etatowych profesorów lub doktorów (z wiadomych względów nie podam nazwy). Z mojej obserwacji wynika, że mistrzami w tworzeniu filii, oddziałów, a przede wszystkim "punktów wykładowych" w każdym mieście powiatowym, są właśnie uczelnie państwowe.
Nie generalizujmy ocen dotyczących jakości kształcenia wg statusu właścicielskiego. Szkoły są dobre albo złe. Doceniajmy dobre, a piętnujmy złe.
|
|
| Brzostowski (7067 punktów) | Nie sądzę, aby było aż tak źle.
Do szkoły średniej włącznie, naukę pobierałem w małym miasteczku, gdzieś na wschodzie Polski... Z klasy licealnej, która liczyła 30 uczniów, 28 skończyło studia wyższe (w większości państwowe, solidne uczelnie z całego kraju), 3 ma już doktoraty, 2 są w trakcie. Bilans uważam za dobry. No, ale mogła mi się trafić klasa "z klasą"!
1. Krytyka systemu edukacji wynika często z tego, że absolwenci trafiają po ukończeniu szkoły do rożnych firm, organizacji, itd. Ze względu na to, że świat złożonym jest, często wymaga się rzeczy których szkoła nie nauczyła, bo nie mogła. Gdy ktoś kończy fizykę i chce zostać menedżerem, to słusznie: "szkoła go nie nauczyła", nie mogła! 2. Czy mechanik powinien znać poezję? Może, ale do wykonywania swojego zawodu dobrze, nie musi. Musimy się zastanowić czego chcemy. Szkoła przecież nie nauczy wszystkiego, a bardzo szeroka edukacja spowoduje mniejszą specjalizację, a dzieci też nie mogą się uczyć po 20h na dobę. Sam pamiętam czasy liceum, od 8 do 17 lekcje, zajęcia dodatkowe, potem w domu jeszcze kilka godzin, wszystko po to aby rzeczy pojąć właściwie. To też nie jest normalne! 3. Szkoły wyższe kształcą coraz gorzej i to wg mnie jest prawda. Ale nakłada się tutaj wiele zjawisk: a) promowany w mediach luzacki styl życia i związana z tym postawa młodzieży, b) niż demograficzny i jednocześnie konkurencja szkół prywatnych, c) niedopasowanie uczelni do rynku pracy. Są też pytania ważne, np czy powinniśmy kształcić i puszczać "półmagistrów" czy nie? Jeśli szkoły wyższe będą stawiały wysokie wymagania, nie do przejścia, to wielu z tych młodych ludzi nie skończy szkoły! Czy lepiej aby byli magistrami - "półmagistrami", czy lepiej aby nimi nie byli? Ja uważam, że lepiej niech się kształcą. 4. Oczywiście jest wiele problemów, które tutaj poruszyli inni, nie będę ich powtarzał.
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|