Racjonalista - Strona głównaDo treści
Proszę o pomoc studentów - wykładowca

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Nauka
NapisanoAutorTytuł
14-05-2013 12:16Marysia (300 punktów)Proszę o pomoc studentów - wykładowca
Ocena 20 na 20
Często słyszę lub czytam w mediach, że jakość wykształcenia studentów jest coraz gorsza. Ostatnio pisał o tym felieton prof. Hartman. Temat ten żywo mnie obchodzi, ponieważ sama od kilku lat uczę studentów, chociaż nie nauk humanistycznych, tylko chemii.

Najłatwiej jest oczywiście narzekać, że studenci coraz głupsi, że to wina reformy i nowej matury, i tak dalej. Pewnie jest w tym dużo racji, ale co z tego? Czy mamy to tak zostawić?

Aby zmienić świat, najlepiej zacząć od siebie. Usiłuję nie zapomnieć, jak myślałam, kiedy sama byłam studentką (niecałą dekadę temu). Przykładam się do zajęć, tłumaczę cierpliwie, w ankietach ocen studenci oceniają mnie jako dobrego pedagoga. Efekty - czyli oceny z egzaminów - jednak są takie sobie. Cały czas coś nie gra.

Nie chcę "tego" zostawiać na etapie narzekania i ciągłego obniżania poziomu. Mam jednak wrażenie, że wykładowcy i studenci mówią ostatnio zupełnie innymi językami. Nawet ja czuję, że umysłowo funkcjonuję czasem zupełnie inaczej, niż młodsi zaledwie o kilka(naście) lat studenci. Wykładowcy są jeszcze ze "starej szkoły" - uczenia się z książek, długimi partiami materiału, bez ciągłego szumu informacyjnego wokół. Taki system na pewno sprzyjał skupieniu i wyrobieniu sobie umiejętności syntetycznego myślenia, kojarzenia faktów, rozumienia. Teraz ludzie uczą się (mam wrażenie) inaczej: krótkimi fragmentami, odbierają mnóstwo bodźców na raz, zasypywani są stertami linków, odnośników, kserówek, odsyłaczy, itp., w dodatku cały czas są online. To może nieść wielki potencjał elastyczności myślenia, ale sprzyja przyjmowaniu informacji pobieżnie, niełączeniu ze sobą poszczególnych fragmentów, rozproszeniu uwagi, przemęczeniu. Nie mówię, że to źle, tak po prostu jest i obrażanie się na rzeczywistość nie ma większego sensu. Tylko jak stworzyć wspólny język przekazu?

Proszę więc o pomoc Was, studentów: jak zmodyfikować programy i sposoby nauczania tak, aby dostosować do umysłowego funkcjonowania ludzi wychowanych na Googlu? Jak nauczyć i wymagać od studentów skupienia, wytrwałości i rozumienia materiału? Czego uczyć się od nich, i jak skłonić, żeby rzeczowo wyrażali swoje zdanie na temat jakości zajęć, swoje propozycje ulepszeń? Zdać się na nich samych, bo to w końcu dorośli ludzie, czy dopilnowywać, a jeśli tak, to jak? Czy macie jakieś własne przemyślenia na ten temat? (oprócz oczywistego, ogólnego wniosku, że wykładowcy to stare pierdzistołki, którzy wymagają od was dziwnych rzeczy, które nigdy "w życiu" się wam nie przydadzą )

Może uda się kiedyś poruszyć ten temat na szerszym forum, bo tak dalej nie może być - tracą na tym przede wszystkim uczniowie i studenci, a nauczyciele wpadają we frustrację, co też nie sprzyja dobrej pracy. Na początek pytam Was o zdanie.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

14-05-2013 12:42
 Ocena 16 na 16
Meretseger (61860 punktów)
To jest bardzo dobry temat. Sama zastanawiałam się nad tym problemem mniej więcej 12 lat temu, gdy miałam epizod nauczania. Już wtedy wyglądało to nie najlepiej. Wyobrażam sobie, że dziś wygląda to jeszcze gorzej. Na dobrych, renomowanych uczelniach selekcja kandydatów jest dość ostra i raczej na prawo na UW nie dostanie się kandydat z maturą podstawową zdaną na 30% (pomińmy licznie rozmnożone uczelnie prywatne typu Wyższa Szkoła Tego i Owego), niemniej świetnie zdana nowa matura nie oznacza dobrze przygotowanego kandydata. Moja córka dwa lata temu ukończyła politechnikę. Cały pierwszy semestr pierwszego roku zamiast na nowy, obszerny materiał poświęcony był na uzupełnienie braków w wiedzy matematycznej na poziomie liceum! Czyli problem nie tkwi w uczelni, wykładowcach czy nawet studentach - problemem jest to, że szkoła z nazwy ogólnokształcąca tak naprawdę nie przygotowuje do studiów, czyli nie uczy uczyć się. W szkole klepie się formułki i rozwiązuje dziesiątki testów z pytaniami zamkniętymi, które dla mnie praktycznie nie różnią się od pośledniejszego gatunku teleturnieju. Jestem zdania, że niezbyt trafiona i udana reforma edukacji przyniosła w efekcie wiele szkód, w tym i obniżenie ogólnego poziomu studiów.
PS. Przepraszam, że się wcięłam, wszak pytałaś studentów, nie starych pryków
19-05-2013 13:26 
 Ocena 2 na 2
Hotbit (1772 punktów)
(zablokowany)
> Sama zastanawiałam się nad tym problemem mniej więcej 12 lat temu, gdy miałam epizod nauczania. Już wtedy wyglądało to nie najlepiej. Wyobrażam sobie, że dziś wygląda to jeszcze gorzej.
Ech te stare dobre czasy. Dawniej ludzie byli zdrowsi (tylko czemu tak krótko żyli?), kulturalniejsi i bardziej przyjacielscy (tylko dlaczego zabawa [daw. dyskoteka] nie mogła się obyć bez solidnej bójki?) itd itp. Ech te mity przeszłości.

>Cały pierwszy semestr pierwszego roku zamiast na nowy, obszerny materiał poświęcony był na uzupełnienie braków w wiedzy matematycznej na poziomie liceum!
Wprost przeciwnie, ten sam zaszczyt straty czasu spotkał mnie nieco ponad 20 lat temu na UJ. W zasadzie cały 1szy rok to było 'wyrównywanie' wiedzy z matematyki, fizyki i chemii. Tylko że znaczna większość osób, która 'potrzebowała' wyrównania nadal była całą milę za tymi co nie potrzebowali. Natomiast spora liczba osób zwyczajnie STRACIŁA rok. Zauważ, że wiek 20 - 30 lat to okres największej kreatywności i odwagi działania. Każdy stracony rok to kryminał. Tak więc system edukacji powinien być bardziej zindywidualizowany, zaś 'uzupełnienie braków w wiedzy matematycznej' niech sobie uczelnia zorganizuje w wakacje albo kursy weekendowe dla licealistów.

>Czyli problem nie tkwi w uczelni, wykładowcach
Jak już powyżej częściowo wyjaśniłem - p roblem mocno tkwi w uczelni i wykładowcach. Przykład kolejny - pani prowadząca seminarium twardo nas uczyła jak używać suwaka logarytmicznego, choć w sprzedaży od paru lat były - kosztujące grosze - kalkulatory. Ale cóż, program jest jaki jest:
- 'A co jak nie będziecie mieli kalkulatora?'
- 'A co jak nie będziemy mieli suwaka i tablic?'

>studentach
Należy też zadać sobie pytanie, kto z jakich powodów jest na studiach (bo nie wszyscy studiują, niektórzy chcą tylko zaliczyć
1) z przypadku / przymusu
2) dla zabawy / zabicia czasu
3) aby uzyskać dyplom i w związku z tym móc wykonywać określoną pracę
4) z zainteresowania, ciekawości, fascynacji tematem
Każda z tych grup studentów ma zupełnie inne oczekiwania, jak również potrzeby.

>PS. Przepraszam, że się wcięłam, wszak pytałaś studentów, nie starych pryków
Ja również
21-05-2013 01:10 
 Ocena 3 na 3
Marysia (300 punktów)
>> Sama zastanawiałam się nad tym problemem mniej więcej 12 lat temu, gdy miałam epizod nauczania. Już wtedy wyglądało to nie najlepiej. Wyobrażam sobie, że dziś wygląda to jeszcze gorzej.
>Ech te stare dobre czasy. Dawniej ludzie byli zdrowsi (tylko czemu tak krótko żyli?), kulturalniejsi i bardziej przyjacielscy (tylko dlaczego zabawa [daw. dyskoteka] nie mogła się obyć bez solidnej bójki?) itd itp. Ech te mity przeszłości.

Toteż dlatego piszę, że nie zależy mi na narzekaniu z powodu głupoty młodzieży, ale na znalezieniu wspólnego z nią "języka poznawczego", (pozwolę sobie ukuć ten termin) który niewątpliwie się zmienił. Pewnie kiedy "pokolenie googla" będzie uczyło, będą może mieli inne na to spojrzenie, bo znają z doświadczenia ten system pozyskiwania informacji.
Na razie moja hipoteza jest taka: wykładowcy mają inne schematy poznawcze, niż studenci, z powodu szybkiego wkroczenia w ostatnich latach "rewolucji informacyjnej", jaką jest internet z przyległościami. I być może w tym leży duża część problemu.
Innymi słowy: może tyle narzekania jest dlatego, bo się po prostu nie rozumiemy nawzajem i z tego powodu uważamy jedni drugich za niegramotnych???
Większość osób chyba mnie nie zrozumiała, ale i tak otrzymałam pewne rady.

>Tak więc system edukacji powinien być bardziej zindywidualizowany,

Na kierunkach, gdzie na roku jest 100-200 osób, to graniczy z cudem.

>Jak już powyżej częściowo wyjaśniłem - problem mocno tkwi w uczelni i wykładowcach.

Zgadza się, przynajmniej częściowo. Stąd mój wątek. A jeśli chodzi o kursy uzupełniające, to są np. wykłady w internecie, ale wiem, że to nie to samo. Ktoś słusznie zauważył, że uczelnie dostają pieniądze za liczbę studentów, a ci gorsi z reguły studiują odpłatnie. też uważam, że to żaden argument za obniżaniem poziomu egzaminów, ale co ja mogę, biedny mały asystencik.

>Przykład kolejny - pani prowadząca seminarium twardo nas uczyła jak używać suwaka logarytmicznego, choć w sprzedaży od paru lat były - kosztujące grosze - kalkulatory.

A to akurat dobre, tak jak i tablice (Chociaż może powinno być w liceum) bo pozwala lepiej zrozumieć istotę obliczanych działań. Dzięki temu delikwent przynajmniej nie myśli, że logarytm to tylko przycisk w kalkulatorze i potrafi oszacować wynik, np. czy nie popełnił ewidentnego błędu, czy wynik ma sens fizyczny itp.

>>PS. Przepraszam, że się wcięłam, wszak pytałaś studentów, nie starych pryków
>Ja również

oj tam, oj tam.
Hotbit (1772 punktów)
(zablokowany)

>Na razie moja hipoteza jest taka: wykładowcy mają inne schematy poznawcze, niż studenci, z powodu szybkiego wkroczenia w ostatnich latach "rewolucji informacyjnej", jaką jest internet z przyległościami.
Podoba mi się, to trafne spostrzeżenie. Niestety człowiek kształtuje się jedynie do ok. 20 tego roku życia, później to już z każdym rokiem następują tylko coraz mniejsze, drobne jego modyfikacje. Za 20 lat studenci, którzy wyrosną na wykładowców zamiast na pokolenie googla będą pewnie narzekać na jakiegoś innego droodla. Plusy i minusy życia w ciekawych czasach

>>Tak więc system edukacji powinien być bardziej zindywidualizowany,
>Na kierunkach, gdzie na roku jest 100-200 osób, to graniczy z cudem.
Myślę że to tylko problem elastyczności systemu i wykładowców jednak.

>> suwaka logarytmicznego, choć w sprzedaży od paru lat były - kosztujące grosze - kalkulatory.
>A to akurat dobre, tak jak i tablice (Chociaż może powinno być w liceum) bo pozwala lepiej zrozumieć istotę obliczanych działań.
Tu jednak się nie zgodzę, z tego co pamiętam, osoby które mgliście rozumiały pojęcie logarytmu dalej mgliście je rozumiały po opanowaniu suwaka i tablic. A wszyscy używali poza testem z tablic - kalkulatora, a coraz więcej osób - komputerów, które szybko zdobywały wtedy popularność. Tak więc była to tylko strata czasu wynikająca z braku elastyczności systemu i wykładowców.

Pozdrawiam
Matix (5786 punktów)
Co jak co, ale uważam, że studia powinny być normalne, czyli płatne, czyli prywatne. Zarobki nauczycieli, wykładowców powinny być wyższe, a na studia nie powinni trafiać ludzie, którzy idą tylko dlatego, że trzeba, bo bezmyślnie poszło się do liceum, po którym nie ma się co innego do roboty. Na pewno poziom, czyli też efekt, czyli absolwent byłby znacznie lepszy. Masówka Pani profesor, to niszczy.

Nie można tego osiągnąć nie tylko bez głębokiej reformy edukacji wyższej, ale także bez reformy gimnazjów, czyli chlewów gdzie bezmózgi ciągną za sobą tych bardziej rozgarniętych na fajkę za szkołę. Problem w tym, że ludzie jakby boją się spojrzeć w realia. Realia są takie, że już w gimnazjum nastolatek musi wiedzieć co dalej. Musi mieć pełną świadomość, że jeśli pójdzie do liceum "jak wszyscy" to potem tylko studia, albo zmywak. A jeśli studia to musi zdawać sobie sprawę z tego jakie, co go interesuje, czy da radę i wreszcie czy będzie praca. Dla gimnazjalisty to może brzmieć brutalnie, ale taka jest prawda. Propaganda, że wybrudzić sobie rączki jest źle spowodowała, że mamy tłumy magistrów nie wypełniających swoich wyuczonych zawodów, bo ludzie śmiali się że bycie hydraulikiem to kwas. Teraz taki hydraulik, pod warunkiem, że jest fachowcem (co nie jest trudne dla przeciętnego człowieka z przeciętnym IQ) śmieje się z tych wszystkich magistrów, bo bierze 4 klocki z firmy i jeszcze ze 2k na lewo, a jeśli ogarnia taki niemiecki to już całkiem ma w nosie ten burdel i trzepie kokosy. To tylko przykład.

Przykład jak durna propaganda pierze mózgi młodym ludziom, którzy zamiast mieć wsparcie ze strony rodziców ulegają opiniom rówieśników i komentarzy w internecie.
14-05-2013 15:26 
 Ocena 7 na 7
Marek Matejewski (3695 punktów)
>Co jak co, ale uważam, że studia powinny być normalne, czyli płatne, czyli prywatne.

Tu się zupełnie nie zgodzę i stanę po stronie niestrudzonego popularyzatora nauki Carla Sagana, który powszechny, możliwie tani bądź wręcz bezpłatny dostęp do wiedzy uważał za kluczową kwestię warunkującą pomyślną przyszłość cywilizacji.
Wiedza powinna stanowić dziedzictwo całej ludzkości i dostęp do niej powinien być nieograniczonym przywilejem każdego człowieka (nie mówię już o dostępie do planów budowy bomby atomowej czy innych skrajnościach, bo przed wariatami trzeba się chronić). Czy cokolwiek innego niż zdobyta wiedza może aspirować co miana największego osiągnięcia ludzkości? Co jest cenniejsze? Wybudowanie jednej imponującej piramidy czy posiadanie wiedzy, pozwalającej na wybudowanie tysięcy podobnych?

Ostatnio szlag mnie trafia jak słyszę, że co niektórzy już majstrują jakby tu wprowadzić opłaty za korzystanie z YouTube czy Google. Oczywiście w życiu nie ma nic za darmo, ale wprowadzenie opłat akurat za w/w usługi byłoby cywilizacyjnym krokiem wstecz i porażką całej ludzkiej społeczności. To są akurat przykłady serwisów, które prędko stały się ważnymi kanałami dystrybucji wiedzy i powinny być utrzymywane oraz finansowane w inteligentny sposób. Taki Singapur to na przykład potrafi każdemu obywatelowi zapewnić darmowy dostęp do internetu.

Tymczasem gdyby nie mnóstwo darmowych usług internetowych, za pośrednictwem których czerpałem gigabajty wiedzy w ostatnich dwóch dekadach, to dziś pewnie byłbym tępy jak pień, a za 30 lat moherowy berecik uciskałby mi mózg.

>na studia nie powinni trafiać ludzie, którzy idą tylko dlatego, że trzeba, bo bezmyślnie poszło się do liceum, po którym nie ma się co innego do roboty.

Co do "bezmyślnie idących do liceum" to wypowiadałbym się ostrożnie, bo takowych jest zdecydowana większość. Sam się do takich osób zaliczałem. Pamiętam też jak większość rówieśników z mojego rocznika owczym pędem składała papiery do ogólniaka. Gorszy jest fakt, że po ukończeniu takiego liceum owa "bezmyślność" się nie kończy. Iluż to miałem znajomych, którzy jednocześnie składali papiery na wydział ekonomii, prawa, nauk politycznych, geografii, biologii albo jakiejś filologii...
Zdecydowana większość osób dalej nie bardzo wiedziała czego się chwytać, a priorytetem było dostać się studia. Nie było istotne, co to będą za studia - istotne było, żeby się gdzieś załapać. No i mnóstwo ludzi sobie studiowało taki a nie inny kierunek tylko dlatego, że akurat tam się udało danej osobie dostać.

>Na pewno poziom, czyli też efekt, czyli absolwent byłby znacznie lepszy. Masówka Pani profesor, to niszczy.

Masówka niszczy. Jednak ponad wszystko destruktywny jest rzeczywisty i powszechny brak chęci zdobywania wiedzy. Widzę to po obecnych dziesięcio- i piętnastolatkach. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Ze smutkiem muszę powiedzieć, że wielu z tych osób nie da się zainteresować kompletnie niczym. Osoby te wpadły w technologiczną pułapkę i masowo pochłaniają treści śmieciowe omijając wszystko to co jest naprawdę wartościowe.

>Nie można tego osiągnąć nie tylko bez głębokiej reformy edukacji wyższej, ale także bez reformy gimnazjów, czyli chlewów gdzie bezmózgi ciągną za sobą tych bardziej rozgarniętych na fajkę za szkołę.

Patrząc na potencjał intelektualny naszych polityków śmiem twierdzić, że reforma co najwyżej zamieni chlew w oborę. Problem leży jednak w innym miejscu, choć gimnazja są faktycznie fatalnym wynalazkiem.
Dzisiejsze dzieciaki to nieustanny samopas. Relacje na linii rodzic - dziecko prezentują się coraz gorzej. Nie widać konstruktywnego dialogu. Dzienny procent czasu poświęcanego dzieciom przez rodziców z roku na rok spada. Te dzieciaki robią się jakieś wyalienowane i kompletnie nieprzystosowane do niczego. Stają się zupełnie bezmyślnymi konsumentami. Prawie żaden problem nie ma wyłącznie jednego źródła. Ale jednym z poważniejszych źródeł odmóżdżenia dzieci, są tępi i zupełnie niegotowi do rodzicielstwa "dorośli".

>Propaganda, że wybrudzić sobie rączki jest źle spowodowała, że mamy tłumy magistrów nie wypełniających swoich wyuczonych zawodów, bo ludzie śmiali się że bycie hydraulikiem to kwas.

Faktem jest, że brak dyplomu magistra wiele osób traktuje jako coś upokarzającego.
Mówię tu szczególnie o rodzicach pchających dzieci na studia, ale i sama młodzież myśli nieraz w podobnych kategoriach.

>Teraz taki hydraulik, pod warunkiem, że jest fachowcem (co nie jest trudne dla przeciętnego człowieka z przeciętnym IQ) śmieje się z tych wszystkich magistrów, bo bierze 4 klocki z firmy i jeszcze ze 2k na lewo, a jeśli ogarnia taki niemiecki to już całkiem ma w nosie ten burdel i trzepie kokosy.

Z naciskiem na słowo "teraz". Bo przyszłość dla hydraulików również nie rysuje się za ciekawie. Hasła w rodzaju, że taki a taki specjalista zarabia kokosy to mity. W każdej branży ktoś zarabia powyżej średniej, a ktoś się męczy za grosze.
Dla ludzi bez wyższego wykształcenia wcale nie ma zbyt wielu okazji. Wystarczy popatrzeć na horror w branży budowlanej. W Polsce 40% ankietowanych firm oczekuje na zaległe płatności, których suma przekracza co najmniej 100 tysięcy złotych. Euro-histeria się skończyła i firmy masowo bankrutują. W takiej Portugalii to wręcz apokalipsa, gdzie 100.000 budowlańców do końca roku wyleci pewnie na bruk.
Ironhide (432 punktów)
>Problem leży jednak w innym miejscu, choć gimnazja są faktycznie fatalnym wynalazkiem.
>Dzisiejsze dzieciaki to nieustanny samopas. Relacje na linii rodzic - dziecko prezentują się coraz gorzej. Nie widać konstruktywnego dialogu. Dzienny procent czasu poświęcanego dzieciom przez rodziców z roku na rok spada. Te dzieciaki robią się jakieś wyalienowane i kompletnie nieprzystosowane do niczego. Stają się zupełnie bezmyślnymi konsumentami. Prawie żaden problem nie ma wyłącznie jednego źródła. Ale jednym z poważniejszych źródeł odmóżdżenia dzieci, są tępi i zupełnie niegotowi do rodzicielstwa "dorośli".

Zgadzam się. Tak to wygląda. W większości młodzi ludzie dorastają w środowiskach całkowicie jałowych intelektualnie.

Potem trafiają na uczelnię i ich naprawdę nie interesuje kierunek, na który się zdecydowali. Ma być łatwo, żeby czasem nie wylecieć. To się liczy.


Ignoramus et ignorabimus? Nonsense! Wir müssen wissen. Wir werden wissen!
Baluu (95 punktów)
W tym roku rozpocznę studia i chociaż jak najbardziej doceniam Pani zaangażowanie i chęć poprawienia jakości swojej pracy, to problem widzę jednak gdzie indziej - chodzi o to, czy sam zainteresowany widzi sens swojej dalszej edukacji.

Jeszcze dwa lata temu sam miałem z tym bardzo duży problem, jednak potem przyszła wspaniała rzecz - naprawdę zainteresowałem się fizyką i teraz w zasadzie nie mam już wątpliwości co do tego, jaką drogę wybrać. Patrząc na moich rówieśników sam widzę, że bardzo często pojawia się podobny dylemat - przyszli studenci tak naprawdę pragną przede wszystkim dobrze płatnej pracy oraz wyrobienia tytułu magistra, a nie poszerzania swoich horyzontów i wiedzy o świecie.

Jednak, jeżeli mogę wtrącić swoje trzy grosze, to zauważyłem, że dużą popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju kanały na Youtube, gdzie przedstawia się jakieś zagadnienie w skondensowanej formie (np. scishow czy minutepsysics). Problemem, jaki tutaj widzę, jest przede wszystkim to, na ile można je wykorzystać. Jako sposób popularyzowania wiedzy - jak najbardziej, tylko wydaje mi się, że Pani student powinien raczej mieć bardziej dogłębną wiedzę od tego, czym różni się kwas od zasady albo jaką liczbę atomową ma tlen, a na tyle takie kanały wystarczają.

Pozdrawiam.
Marysia (300 punktów)

>Jednak, jeżeli mogę wtrącić swoje trzy grosze, to zauważyłem, że dużą popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju kanały na Youtube, gdzie przedstawia się jakieś zagadnienie w skondensowanej formie (np. scishow czy minutepsysics). Problemem, jaki tutaj widzę, jest przede wszystkim to, na ile można je wykorzystać.

Pokazywałam już na wykładach filmiki edukacyjne, jak jest rzutnik i internet w sali wykładowej to nie ma problemu. Zanotuję sobie te, o których Pan pisze i przejrzę co się nada.

>Jako sposób popularyzowania wiedzy - jak najbardziej, tylko wydaje mi się, że Pani student powinien raczej mieć bardziej dogłębną wiedzę od tego, czym różni się kwas od zasady albo jaką liczbę atomową ma tlen.

Forumowiczka Ania napisała bardzo celną uwagę "mów językiem prostym, wyjaśniaj od ogółu do szczegółu. Nie zakładaj, że treści programowe liceum mają opanowane". Tak, że nawet proste pomoce mogą okazać się cenne.
DyktaFon (9281 punktów)

>dobrej pracy. Na początek pytam Was o zdanie.
>
Jako student, już oczywiście były... i to "bardzo były", pozwolę sobie wtrącić trzy grosze.
Myślę, że nie powinno się dostosowywać nauki do studentów. Nawet, jeśli ich większość nie jest w stanie opanować wszystkiego. To studenci powinni na tyle się próbować zmienić, żeby posiąść wiedzę oferowaną im na studiach. To podobnie jak z maturami: usuwanie matematyki tylko dlatego, że sprawiała ona trudność większości zdających jest bezsensem. Nigdzie nie jest powiedziane, że całe społeczeństwo (lub jego większa część...) ma posiadać maksymalne wykształcenie. Potrzeby społeczne to nie tylko naukowcy. Ani też nie kosmetyczni z tytułem mgr. Takie coś nie ma sensu. Marnuje się tylko życie i czas sporej części społeczeństwa na siedzenie na salach wykładowych lub w laboratoriach i robienie rzeczy, których się nie rozumie i nigdy nie zrozumie. I które nigdy nie będą przydatne w życiu. Oczywiście, jak to jest "za darmo", to każdy chętnie weźmie. Tylko po co? "Mgr bezrobotny" lepiej brzmi?
14-05-2013 23:07 
 Ocena 3 na 3
Marysia (300 punktów)
>Nigdzie nie jest powiedziane, że całe społeczeństwo (lub jego większa część...) ma posiadać maksymalne wykształcenie. Potrzeby społeczne to nie tylko naukowcy. Ani też nie kosmetyczni z tytułem mgr.

Święte słowa panie dzieju. Ale to chyba kwestia podziwu, jaki ludzie mają dla tytułów. Trzeba by chyba jakiejś przemiany mentalnej, żeby społeczeństwo szanowało każdego dobrego fachowca, czy to będzie szewc, czy sprzątaczka.
No bo wyobraźcie sobie teraz, że profesorowie w całym kraju mają miesiąc wolnego. I co? Nic. A teraz wyobraźcie sobie, że sprzątaczki w całym kraju mają miesiąc wolnego. I co? Kto jest ważniejszy?
Ale mentalność wymaga żmudnych zmian, podobnie jak system edukacji.
Maldoror XXIII (2480 punktów)
Nawet ja czuję, że umysłowo
>funkcjonuję czasem zupełnie inaczej, niż młodsi zaledwie o kilka(naście) lat studenci. Wykładowcy są
>jeszcze ze "starej szkoły" - uczenia się z książek, długimi partiami materiału, bez ciągłego szumu
>informacyjnego wokół. Taki system na pewno sprzyjał skupieniu i wyrobieniu sobie umiejętności
>syntetycznego myślenia, kojarzenia faktów, rozumienia.

Teraz masa studentów wcale nie czyta książek, a prace dyplomowe są pisane za pieniądze na zlecenie. Zwłaszcza tyczy się to tzw. "uczelni" prywatnych. Wprowadziliśmy neoliberalny kapitalizm, w którym nawet wykształcenie podlega utowarowieniu. "Wykształcenie" w Polsce się po prostu kupuje, jak towar w markecie.

br
14-05-2013 14:45 
 Ocena 2 na 2
Selanos (12869 punktów)
>Wprowadziliśmy neoliberalny kapitalizm, w którym nawet wykształcenie podlega utowarowieniu. "Wykształcenie" w Polsce się po prostu kupuje, jak towar w markecie.

A Pan nie rozróżnia pojęć. W Polsce nie ma ani neoliberalizmu, ani kapitalizmu. Polska jest socjaldemokratycznym krajem z elementami wolnego rynku. Myślę, że ten brak zdolności do rozróżniania różnych systemów gospodarczych można przypisać fatalnemu programowi nauczania WoSu.
14-05-2013 16:37 
 Ocena 3 na 3
Maldoror XXIII (2480 punktów)
>>Wprowadziliśmy neoliberalny kapitalizm, w którym nawet wykształcenie podlega utowarowieniu. "Wykształcenie" w Polsce się po prostu kupuje, jak towar w markecie.
>A Pan nie rozróżnia pojęć. W Polsce nie ma ani neoliberalizmu, ani kapitalizmu. Polska jest socjaldemokratycznym krajem z elementami wolnego rynku. Myślę, że ten brak zdolności do rozróżniania różnych systemów gospodarczych można przypisać fatalnemu programowi nauczania WoSu.
>
Neoliberalizm pojmuję jako totalną deregulację tego co należałoby uregulować (sektor finansowy) i przeregulowanie tego co należałoby deregulować (mikro, małą i średnią przedsiębiorczość) oraz zwalnianie z opodatkowania tych podmiotów, które należałoby opodatkować (podatek Tobina, podatek obrotowy dla zagranicznych molochów) i zarzynanie podatkami tego, co powinno otrzymywać ulgi podatkowe (osoby fizyczne żyjące z jałmużny zwanej dla żartu "wynagrodzeniem", zasiłkiem itp. oraz mała przedsiębiorczość). Neoliberalizm pod szczytnym hasłem "liberalizmu gospodarczego" skutecznie broni oligopole, kartele i wszelkiej maści molochy przed drobną konkurencją. Słusznie zauważa się, że najlepszym okresem rozwoju polskiej przedsiębiorczości był czas działania ustawy Wilczka, ale oprócz swobody gospodarczej istniały liczne regulacje, cła itd. broniące rynek przed konkurencją z zewnątrz. Państwo w dalszym ciągu było opiekuńcze a mimo to znakomicie kwitła przedsiębiorczość. Dopiero później neoliberalny Balcerowicz wdrożył plan Sasha - Sorosa i zaczęła się równia pochyła. Myślę, że ten brak zdolności do rozróżniania tego co plotą różnej maści doktrynerzy ekonomiczni od tego co niesie ze sobą wdrażanie danej doktryny w życie można przypisać brakowi zdolności krytycznego myślenia nie tylko na WoSie, ale ogólnie w szkole.


br
14-05-2013 17:39 
 Ocena 1 na 3
Selanos (12869 punktów)
Cóż, pojmować każdy sobie może co chce, jak chce. Oficjalna definicja neoliberalizmu, z braku innych źródeł pod ręką niech będzie z wiki:

Cytat:
Neoliberalizm (ang. neoliberalism) - nurt w historii myśli ekonomicznej, poddający krytyce dominujące od czasu wielkiego kryzysu teorie keynesowskie, postulujący powrót do zasad wolnego rynku i ograniczonej do minimum ingerencji państwa w gospodarkę


W Polsce mamy znaczną ingerencję państwa w gospodarkę, chociażby pod postacią Komisja Nadzoru Finansowego, państwo nadal jest posiadaczem całego mnóstwa różnych przedsiębiorstw, jest również właścicielem monopolistów NFZ i PZU. To ma być wolny rynek i wolność gospodarcza, a zatem neoliberalizm?

A Balcerowicz zawsze postulował pi razy drzwi coś w stylu liberalizmu gospodarczego. Niestety, wiele nie mógł, jego prywatyzacja też nie wyszła tak jak wyjść miała. Bo jak coś się miało udać, kiery rządzili socjaldemokraci którzy chcieli większego interwencjonizmu państwa i zachowania pewnych państwowych przedsiębiorstw po to, żeby powciskać na kierownicze stanowiska rodzinę, tak jak to robią chociażby PSLowcy w KRUSIE? Już nie mówiąc o tym co nadeszło później: SLD, czyli w znacznej części byli PZPRowcy zadłużający kraj na potęgę, ostatecznie likwidujący i tak już zniszczoną przez poprzednie ekipy ustawę Wilczka.
Selanos (12869 punktów)
Myślę, że nic nie trzeba zmieniać. Ludzie którzy potrafią się uczyć istnieją nadal i myślę że istnieje ich tyle samo co kiedyś. Teraz po prostu giną w tłumie ludzi mniej rozgarniętych którzy dzisiaj, w czasach niżu demograficznego i braku egzaminów wstępnych dostają się na studia chociaż wcale się do studiowania nie nadają. Najbardziej oblegane przez takich ludzi są kierunki humanistyczne, które są niesłusznie uznawane za łatwiejsze.

Dostosowywanie czegokolwiek do tych ludzi byłoby obniżaniem standardów.

Pozdrawiam,
student II roku Filologii angielskiej
20-05-2013 17:40 
 0 na 4
Jacek Przypadek (1069 punktów)
Czy aby na pewno niesłusznie? Jak ktoś zauważył, nauki dzielą się na fizykę i zbieranie znaczków. Tak naprawdę każdy człowiek z przeciętnym IQ dałby sobie radę na jakimkolwiek przedmiocie humanistycznym, czego z pewnością nie można powiedzieć o ścisłych.
20-05-2013 20:03 
 Ocena 3 na 3
setarkos (10757 punktów)
>Jak ktoś zauważył, nauki dzielą się na fizykę i zbieranie znaczków.
Chyba ów ktoś to Ernst Rutheford, który miał powiedzieć:
"Wszystko jest fizyką - reszta to filatelistyka".
Sądzę, że należy te słowa traktować w kategorii, co prawda prowokacyjnego, ale jednak żartu.
21-05-2013 07:46 
 Ocena 4 na 4
Meretseger (61860 punktów)
Archeologia traktowana jest jako kierunek humanistyczny. Baaaardzo jestem ciekawa, czy dałbyś sobie radę...
worek kości (2937 punktów)
>Proszę więc o pomoc Was, studentów: jak zmodyfikować programy i sposoby nauczania tak, aby dostosować do umysłowego funkcjonowania ludzi wychowanych na Googlu?

Mam wrażenie, że popełniasz błąd już w założeniu - powiedzieć o kimś, że jest wychowany przez internet, to nie tylko brzmi nieco pejoratywnie, ale zakłada umiejętność meta-przedmiotowego spojrzenia na własne wychowanie. No i ulegasz złudzeniu, że studenci to dorośli ludzie - nie, to dzieci, które wyglądają jak dorośli ludzie. No i potrafiłabyś powiedzieć sama o sobie, na czym Ty jesteś wychowana i jakie podejście nauczyciela trafiłoby do Ciebie? Jakoś mam wrażenie, że podałabyś kilka wyświechtanych frazesów w stylu żeby był wyrozumiały i nie-zarozumiały, żeby nie stresował dzieci-studentów, żeby dobrze tłumaczył materiał, żeby potrafił żartować - słowem - wymagania całkowicie uniwersalne. Z moich początkowych doświadczeń dydaktycznych - a prowadzę zajęcia na uczelni dopiero pierwszy rok - wynika, że problem leży nie tylko w studentach, ale i w systemie. Uczelnie dostają pieniądze od ilości studentów, dlatego nie można być zbyt surowym, bo się jeszcze dzieci zniechęcą do studiowania - nauczyciele udają więc, że wymagają, a studenci udają, że się tym przejmują.

Ale nie zostawiając Cię z niczym - co zwykle pomaga:
1. Nauczyciel powinien wykazywać entuzjazm do własnego przedmiotu - powinien sprawiać wrażenie, że to, czego uczy, jest ważne, ale nie najważniejsze na świecie - odrobina dystansu nie zaszkodzi.
2. Nauczyciel powinien zachęcać ludzi do aktywności poprzez tworzenie atmosfery, w której powiedzenie czegoś głupiego nie jest czymś strasznym.
3. No i oczywiście nauczyciel powinien sprawiać wrażenie, że uczy dzieci czegoś, co im się przyda w życiu.
4. Dużo przykładów z popkultury (jeżeli uczysz chemii, to jakiś mały maraton z Breaking Bad/Big Bang Theory na pewno nie zaszkodzi).

bembergiem w berg
14-05-2013 22:43 
 Ocena 2 na 2
Marysia (300 punktów)

>Mam wrażenie, że popełniasz błąd już w założeniu - powiedzieć o kimś, że jest wychowany przez internet, to nie tylko brzmi nieco pejoratywnie,

Wyjaśniłam przecież, nie taka była moja intencja. Napisałam, że podaję swoje obserwacje, a określenie "wychowani na Googlu" to (w założeniu neutralny) skrót myślowy od najpopularniejszego sposobu pozyskiwania informacji.

>ale zakłada umiejętność meta-przedmiotowego spojrzenia na własne wychowanie.

Nie jestem całkowicie pewna, co masz na myśli, ale wydaje mi się, że mam pogląd na własne wychowanie i "historię" edukacji. Nie wiem, czy meta-przedmiotowy, ale wielokrotnie przemyślany.

>No i ulegasz złudzeniu, że studenci to dorośli ludzie - nie, to dzieci, które wyglądają jak dorośli ludzie.

Dziękuję za tę uwagę - przyjęcie takiego założenia naprawdę dużo ułatwia. Tak naprawdę nie ulegam złudzeniu, że to dorośli, mam oczy. Jednak są pełnoletni, zwracam się do nich per Pan/Pani, a podglądając czasem fora studenckie (proszę złośliwie nie komentować... ) natknęłam się kiedyś na uwagę, że "traktują nas jak w szkółce", czy coś w tym rodzaju. Dlatego mam dylematy.

>No i potrafiłabyś powiedzieć sama o sobie, na czym Ty jesteś wychowana i jakie podejście nauczyciela trafiłoby do Ciebie?

Tak, potrafiłabym powiedzieć sama o sobie te rzeczy. Jeśli chodzi o moje wychowanie-edukację, to akurat nie wiem, czy to kogokowiek interesuje, ale opisałam "starą szkołę" edukacji na podstawie własnych doświadczeń. Co do podejścia nauczycieli (skupię się na naukach ścisłych, jak matma, chemia czy fizyka), to najbardziej zawsze lubiłam, kiedy wyjaśniali dane zagadnienie dokładnie, bez pośpiechu , upewniając się, że przed przejściem do następnego etapu uczniowie zrozumieli poprzedni i kładąc szczególny nacisk na logiczny związek pomiędzy tymi etapami. Rysunki i modele mile widziane, czasem niezbędne. Wiem, że to i tak dość ogólnikowy opis, ale co do szczegółów musiałabym użyć przykładów. Sama też staram się uczyć tak, jak ja chciałabym być uczona.

>problem leży nie tylko w studentach, ale i w systemie. Uczelnie dostają pieniądze od ilości studentów, dlatego nie można być zbyt surowym, bo się jeszcze dzieci zniechęcą do studiowania - nauczyciele udają więc, że wymagają, a studenci udają, że się tym przejmują.

Zgadzam się z Tobą całkowicie. Tak właśnie jest. Kiedy czasem robiłam nieśmiałe uwagi, że "za moich czasów" na tróję trzeba było mieć 60% na egzaminie, a nie 50%, to słyszałam, że wtedy nikt by nam nie zdał i co byśmy zrobili. To jest szalenie frustrujące i krzywdzi studentów, bo mają sygnał, że umieją, podczas, gdy jest inaczej. Tak jest zresztą już od szkoły, bo wg. moich obserwacji ten "system" to taki, gdzie niestety z dobrze zdaną maturą wychodzą absolwenci, dla których (na przykładzie wiedzy z chemii), terminologia chemiczna to zbiór dziwnie brzmiących, luźno powiązanych między sobą, a wcale niepowiązanych z rzeczywistością słów, które zestawia się ze sobą tak, żeby mniej więcej dobrze to brzmiało. Czasem mam takie wrażenie, kiedy tłumaczę studentowi, że plus czy minus przy symbolu jonu to nie tylko jakiś mały ozdobny znaczek, albo czytam o kształcie "płaskiej piramidy", "zwapnieniu wody wapiennej" albo o tym, że "X jest utleniaczem, więc ma właściwości redukujące".

>Ale nie zostawiając Cię z niczym - co zwykle pomaga:
>1. Nauczyciel powinien wykazywać entuzjazm do własnego przedmiotu - powinien sprawiać wrażenie, że to, czego uczy, jest ważne, ale nie najważniejsze na świecie - odrobina dystansu nie zaszkodzi.
>2. Nauczyciel powinien zachęcać ludzi do aktywności poprzez tworzenie atmosfery, w której powiedzenie czegoś głupiego nie jest czymś strasznym.
>3. No i oczywiście nauczyciel powinien sprawiać wrażenie, że uczy dzieci czegoś, co im się przyda w życiu.
>4. Dużo przykładów z popkultury (jeżeli uczysz chemii, to jakiś mały maraton z Breaking Bad/Big Bang Theory na pewno nie zaszkodzi).

Ciśnie mi się na usta: "Mistrzu, od młodości przestrzegałem tego wszystkiego".
"Jednego ci brakuje - sprawdź pkt. 4 i dołącz do swoje puli ciekawostek i przykładów"
Fajnie, że znajduję potwierdzenie dla swoich intuicji.

Dzięki!
14-05-2013 15:26
 Ocena 11 na 11
Ania. (14138 punktów)
Z perspektywy młodego stażem wykładowcy:

- nie dostosowuj poziomu do ichniejszego, taki trend spowoduje zejście do wartości ujemnych, nie o to chodzi
- mów językiem prostym, wyjaśniaj od ogółu do szczegółu. Nie zakładaj, że treści programowe liceum mają opanowane
- na laboratoriach dawaj jasne wytyczne, czego powinni się nauczyć. Nawet jeśli się nie nauczą, to jak znalazł przy kolokwium
- a jeśli nie nauczą się, dręcz wejściówką. Dla mnie program na wejściówkę obejmował niezbędne minimum, wręcz licealne, chodziło właśnie o dorównanie do minimum
- szukaj przyjemnych modeli, filmików i schematów, wkładaj do prezentacji, lub po prostu pokazuj. Ja mam ambitny plan demonstracji programu z biomorfami
- koncentruj się na najważniejszych problemach. Nie ma znaczenia, ile ostii ma serce raka, ważne, jak działa układ krążenia
- warto też sygnalizować kontrowersje. Jeśli są różne stanowiska, warto im to podkreślić, może zobaczą, że nauka jest dyskusją, że warto wątpić, sprawdzać, porównywać.
- traktuj ich poważnie, jak ludzi - to chyba najważniejszy element. Wbrew pozorom studenci widzą to i doceniają nasze wysiłki, przynajmniej ja mam takie wrażenie. Trudno ich zmotywować i odczarować to, co zrobiła szkoła do tej pory, a w mojej opinii głównie ich odmóżdżyła.
-staram się zmotywować ich częstymi, a mniej objętościowymi kolokwiami. Ostatnio dojrzałam do systemu punktowego, np. 20 pkt za kolokwium, jeśli dostanie 0, to ma problem, pozostałe muszą być dużo lepsze. To ułatwia zaliczenie po jednorazowej wpadce, a system poprawiania kolosów uczy ich głównie odwlekania nauki. Przy systemie punktowym nie powinno być poprawek, chyba że na końcu całościówka. Z własnego doświadczenia wiem, że im straszniejsze były warunki, tym lepsze były efekty. Nie bój się, wymagaj od nich jak najwięcej.

- dopisuję - tak, atmosfera powinna być przyjazna. Nie ma niczego złego w żarciku, w wymianie zdań, nawet nie na temat o ile nie przeszkadza to w toku zajęć, zachęcaj do odezwania się i nie karć ich za głupotę, to ich ośmieli i zachęci do aktywności. Stawiaj pytania, zachęcaj ich do prób odpowiedzi.

Powodzenia
Marysia (300 punktów)
>Przy systemie punktowym nie powinno być poprawek, chyba że na końcu całościówka. Z własnego doświadczenia wiem, że im straszniejsze były warunki, tym lepsze były efekty. Nie bój się, wymagaj od nich jak najwięcej.

Cenna uwaga. Dziękuję.

>- dopisuję - tak, atmosfera powinna być przyjazna. Nie ma niczego złego w żarciku, w wymianie zdań, nawet nie na temat o ile nie przeszkadza to w toku zajęć, zachęcaj do odezwania się i nie karć ich za głupotę, to ich ośmieli i zachęci do aktywności. Stawiaj pytania, zachęcaj ich do prób odpowiedzi.

Staram się tak robić, dzięki za pozytywną motywację.
16-05-2013 16:30 
 Ocena 1 na 1
Planetarny (183 punktów)
>- nie dostosowuj poziomu do ichniejszego
>- mów językiem prostym, wyjaśniaj od ogółu do szczegółu.
>- na laboratoriach dawaj jasne wytyczne, czego powinni się nauczyć.
>- szukaj przyjemnych modeli, filmików i schematów
>- koncentruj się na najważniejszych problemach.
>- warto też sygnalizować kontrowersje.
>- traktuj ich poważnie, jak ludzi
>-staram się zmotywować ich częstymi, a mniej objętościowymi kolokwiami. Ostatnio dojrzałam do systemu punktowego

W imieniu studentów serdecznie dziękuję! Oby więcej takich wykładowców.
Studiuję dopiero drugi rok, ale takich prowadzących spotkałem niewielu, a wiem, że długo zapamiętam to co się u nich nauczyłem. Można by rzec, że są to ludzie, którzy odkryli "jak obsługiwać" nasze pokolenie. A nie jest to prawda, że nie chcemy się uczyć i zależy nam tylko na papierku. Na tych kilku przedmiotach pracować potrafili wszyscy, nawet ci, którzy zazwyczaj wszystko sobie olewali.
Na początku system punktowy wydawał mi się głupi, chyba takie przyzwyczajenie ze szkoły. Dzisiaj mam inne zdanie. Gdy są punkty pracuje się cały semestr w miarę równomiernie. A na przykład, w zeszłym tygodniu pisałem dzień po dniu dwa kolokwia końcowe, z dwóch różnych przedmiotów, które w połowie i 2/3 wpływały na ocenę końcową. Wystarczy, że prowadzący da wtedy grupę "łatwiejszą" i "trudniejszą" (w mniemaniu studentów, bo dla prowadzącego są przecież tak samo proste...) i zaczyna się pojawiać poczucie niesprawiedliwości i rodzą żale.

Oprócz tych punktów dopisałbym jeszcze:
- obok sygnalizowania kontrowersji; warto też mówić nie tylko o wynikach badań, ale także o metodach badań, problemach z interpretacją wyników itd. Ogólnie o tym jak działa nauka. Mam wrażenie, że więcej osób po szkole średniej odpowie prawidłowo na pytanie o temperaturę powierzchni Słońca, niż o metodę jakiej użyto żeby to stwierdzić.
- jeśli pojawił się nowy, ciekawy artykuł w jakimś branżowym czasopiśmie i nie jest napisany bardzo skomplikowanym językiem to nie należy się bać pokazać/omówić go ze studentami. Na pewno podejdą do niego z większym entuzjazmem, niż do starej cegły z niedokładnymi danymi i nieaktualnymi interpretacjami co trzecią stronę. Po pierwsze docenią, że wykładowca także ciągle się dokształca i że nie traktuje ich jak półgłówków, którzy nic nie zrozumieją, a po drugie część ze studentów wiąże swoją przyszłość z uniwersytetem, B+R czy własnym biznesem i wieści "z linii frontu" mogą być dla nich kluczowe.
16-05-2013 19:34 
 Ocena 1 na 1
Ania. (14138 punktów)
>W imieniu studentów serdecznie dziękuję! Oby więcej takich wykładowców.
A nie ma za co!
Trudno mi oceniać siebie jako wykładowcę.
Mam wrażenie, że jest ok, ale to tylko moje wrażenie.

Sama jednak miałam okazję zderzyć się z ideałem - Tomek Rusin. Nie jest niestety już wykładowcą, ale pamiętam co nam opowiadał i jak "całym sobą" pokazywał jak łazi ameba (badał właśnie cytoszkielet na amebach).

>Na początku system punktowy wydawał mi się głupi, chyba takie przyzwyczajenie ze szkoły. Dzisiaj mam inne zdanie. Gdy są punkty pracuje się cały semestr w miarę równomiernie.
Tak, też mam takie wrażenie.
Druga sprawa - poziom jest niski, tak niski, że ocena ndst jest często niesprawiedliwa, bo ndst dostanie ta osoba, która była tuż pod kreską (zawsze ktoś jest tuż pod), jak i taka, co oddała czystą kartkę.
To mobilizuje do jakiegoś wysiłku, a zarazem pozwala na proste poradzenie sobie z problemem "pośliźnięcia".

Reszta - jak najbardziej popieram.
W praktyce realizuję to jednak z "naszymi" - czyli licencjaci i magistranci.
Bo też taka ambicja nasza, obecnie robimy tylko porządne prace, licencjackie głównie w temacie naszego nurtu badawczego, a mgr wyłącznie eksperymentalne i z przyrostu wtórnego. Taką mamy działkę, każda praca ma rokowania na porządną publikację naukową, gdyby ktoś miał ochotę na to.
Tolya (46 punktów)
Pani Marysiu, dziękuję za ten wpis. Niezwykle przyjemnie mi się go czytało.

A teraz trochę uderzę się we własną pierś. Ukończyłem Anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Studia interesujące, z fajnymi ludźmi i, w większości, fajnymi wykładowcami. Magisterka na pięć, średnia ocen w okolicach 4.0, więc niby nie tak źle. Teraz jednak jak patrzę na moje studiowanie z perspektywy czasu, to widzę, że nie tylko mogłem się przyłożyć bardziej, ale na dodatek przyłożyć W OGÓLE.

Zajęcia odwalałem, część lektur czytałem, część nie. Cały semestr historii Anglii odpuściłem sobie, żeby potem zdać egzamin na 4, a potem 3/4 rzeczy odpuścić. I tak sobie teraz myślę, dlaczego właściwie to robiłem? Zaraz stuknie mi 30tka, a ja już teraz widzę, że mogłem włożyć nieco więcej wysiłku w studiowanie, bo były tam tematy które naprawdę mnie interesowały.

Pewnie, winny jestem ja sam, ale nie tylko. Co prawda należę do starego typu ucznia, który miał 8 lat podstawówki i 4 liceum, ale wygląda na to, że problemy pozostały te same. Otóż podstawówka zabiła we mnie przyjemność uczenia się i dowiadywania nowych rzeczy. Coś, czego obecnie kompletnie nie rozumiem, przecież ja to obiektywnie bardzo lubię.

Przykład: książki. Uwielbiam czytać. Pod warunkiem, że nie są to kompletnie oderwane od mojej rzeczywistości archaiczne dzieła wielkich mistrzów. Martyrologią rzygam do dzisiaj, nie znoszę tego typu twórczości, którą faszerowano mnie niczym indora. Debilne kucie prawych i lewych dopływów Wisły zabiło we mnie miłość do geografii, mimo, że dzisiaj mnóstwo frajdy mi sprawia mi podróżowanie, nawet "palcem" po google maps.

Przykładów mogę mnożyć, ale wydaje mi się, że mój kompletnie olewczy stosunek do wszelkiej nauki w czasach, kiedy był na nią czas, wynika z tego, że takie a nie inne podejście weszło mi w krew w szkole, gdzie nawet ciekawie zapowiadający się temat kończył się bzdurną wyliczanką faktów i kuciem na klasówkę.

Druga sprawa to kompletne oderwanie szkolnictwa od realnego świata. Szkoła powinna stopniowo przechodzić od zabawy do wpajania uczniom odpowiedniego podejścia do życia, a to o wiele ważniejsze od analizy Cezarego Baryki. Obecnie przeciętny 18-latek ma w głowie kompletne NIC. Jeśli czymś się interesuje, to raczej nie dzięki szkole. Jeśli jest świadom, że po szkole czeka go dorosłe życie, które potrafi być o wiele bardziej zabawne i ciekawe niż dowolna impreza szkolna (ale też wiąże się z odpowiedzialnością i ciężką pracą), to też nie dzięki miejscu, w którym spędza po 7 godzin dziennie. Na rodziców liczyć nie można, w końcu chodzili do takiej samej szkoły.

Więc niby to jak student pierwszego roku ma się zaangażować w naukę, jeśli nawet nie wie, że można? Co za różnica, czy 3/4 semestru się przeimprezuje, a potem przysiądzie do trudniejszego egzaminu na kilka dni przed pierwszym terminem? Ja przez studia się prześlizgałem, czasem fartem, nie będąc świadomym, że z większą swobodą dawaną studentowi, wiąże się większa odpowiedzialność.

Zacząłem pracować jeszcze na studiach jako dziennikarz w pewnej dużej, syfnej stacji telewizyjnej. I to dopiero tam przeżyłem szkołę życia.

Kiedyś wydawało mi się, że szkoła MUSI taka być, bo przecież jakieś tam minimum wiedzy obowiązuje każdego. Szkoda tylko, że z wiedzy szkolnej w głowie zostaje jakieś tam mętne 5% przekazywanej wiedzy. Może to wskazówka, że 95% czasu zostało zmarnowane?

Nie chcę specjalnie narzekać na stan systemu edukacji, bo każdy wie, jak jest. Nie jestem też w pozycji do zmiany czegokolwiek, gdyż system edukacji już zostawiłem za sobą.

Wydaje mi się jednak, że studia powinny być trudniejsze. Nawet nie chodzi mi o zwiększenie ilości przekazywanej wiedzy, ale o wymuszenie większego zaangażowania studentów w życie swojego wydziału, ukrócenie złotej wolności młodych żaków, którzy wcale żakami nie są, są tylko o rok starszymi uczniami klas maturalnych.
Koraszewski (82900 punktów)
Moja odpowiedź na Pani bardzo ciekawy wątek znajduje się tu: www.racjonalista.pl/kk.php/s,8969
16-05-2013 23:28 
 Ocena 2 na 2
Marysia (300 punktów)
>Moja odpowiedź na Pani bardzo ciekawy wątek znajduje się tu: www.racjonalista.pl/kk.php/s,8969

Dziękuję za zainteresowanie się tym problemem. Z wszystkich tych dyskusji dla siebie wywnioskowałam tyle:
- Świata (czyli sytemu) na razie nie zmienię, ani chyba nikt. Może kiedyś to się stanie.
- Nie powinnam się zniechęcać i ustawać w wysiłkach zrozumiałego i życzliwego przekazywania wiedzy którą nota bene ciągle muszę uzupełniać. Stan przygotowania nauczycieli do zajęć dydaktycznych też nie zawsze jest zadowalający. Ja na przykład przyszłam jako doktorantka z innej uczelni i od razu musiałam prowadzić zajęcia z przedmiotu, na który musiałabym uczęszczać, chcąc studiować na tym kierunku jako zwykła studentka. Mam nadzieję, że jasno się wyraziłam. Sama się "przeszkoliłam", chociaż ciągle popełniam błędy. Zresztą przyznaję się do tego studentom, bo chyba lepiej się przyznać do błędu czy niewiedzy, niż udawać wszechwiedzę i robić z siebie głupka.
- chociaż w praktyce entuzjazmu dydaktycznego wystarcza mi tylko na pierwszy semestr
- Moje intuicje co do sposobu prowadzenia zajęć potwierdzają się w wypowiedziach Forumowiczów, z czego bardzo się cieszę
- dziękuję wszystkim za komentarze i rady. Zanotuję je sobie i przemyślę. Może tez temat nie zaniknie i więcej ludzi będzie się nad nim zastanawiało, i coś dobrego z tego będzie.
Unulfo (3273 punktów)
(zablokowany)
>Jak nauczyć i wymagać od studentów skupienia, wytrwałości i rozumienia materiału?

Mówimy tu o kompetencjach, które powinien prezentować przedszkolak psychofizycznie dojrzały do pójścia do klasy pierwszej szkoły podstawowej. Jeśli takich kompetencji nie miał kandydat na studia, dlaczego został przyjęty???

>Czego uczyć się od nich, i jak skłonić, żeby rzeczowo wyrażali swoje zdanie na temat jakości zajęć, swoje propozycje ulepszeń?

To są kompetencje, które powinien posiadać każdy absolwent gimnazjum, biorący udział w projekcie edukacyjnym. Jeśli takich kompetencji nie miał kandydat na studia, dlaczego został przyjęty???


"Mój Boże! Jacy ci rozumni ludzie są głupi!" Beaumarchais
16-05-2013 22:59 
 Ocena 2 na 2
Marysia (300 punktów)
>Jeśli takich kompetencji nie miał kandydat na studia, dlaczego został przyjęty???

A to już pytanie nie do mnie, tylko do całego szkolnictwa zakończonego wszak zdaną maturą. Teraz uczelnie same nie weryfikują kompetencji kandydatów.
17-05-2013 10:11 
 Ocena 1 na 1
Tolya (46 punktów)
>>Jeśli takich kompetencji nie miał kandydat na studia, dlaczego został przyjęty???
>A to już pytanie nie do mnie, tylko do całego szkolnictwa zakończonego wszak zdaną maturą. Teraz uczelnie same nie weryfikują kompetencji kandydatów.

Z tego co słyszałem, odsiew teraz robi się na pierwszym roku - rzuca się parę ciężkich egzaminów i, że tak powiem, "sink or swim". Marnowanie roku trochę na odsiewanie ludzi którzy nie powinni się tam znaleźć, ale powiem szczerze, lepszego pomysłu nie mam - pamiętam, że natłok egzaminów wstępnych (zdawałem na dwie uczelnie) zaraz po maturze przyjemny nie był, a materiał do opanowania prawie zupełnie inny.
17-05-2013 19:43 
 Ocena 2 na 2
Ania. (14138 punktów)
>Z tego co słyszałem, odsiew teraz robi się na pierwszym roku - rzuca się parę ciężkich egzaminów i, że tak powiem, "sink or swim". Marnowanie roku trochę na odsiewanie ludzi którzy nie powinni się tam znaleźć, ale powiem szczerze, lepszego pomysłu nie mam - pamiętam, że natłok egzaminów wstępnych (zdawałem na dwie uczelnie) zaraz po maturze przyjemny nie był, a materiał do opanowania prawie zupełnie inny.
Taki odsiew to robiło się lat temu parę. I wcześniej.
Obecnie robi się co może, żeby każdy przeszedł, ale najbardziej zdeterminowani muszą odpaść. A później jęczą, że poziom przesadzony.
Iwan Denisowicz (16705 punktów)
(zablokowany)
>Z tego co słyszałem, odsiew teraz robi się na pierwszym roku - rzuca się parę ciężkich egzaminów i, że tak powiem, "sink or swim". Marnowanie roku trochę na odsiewanie ludzi którzy nie powinni się tam znaleźć, ale powiem szczerze, lepszego pomysłu nie mam - pamiętam, że natłok egzaminów wstępnych (zdawałem na dwie uczelnie) zaraz po maturze przyjemny nie był, a materiał do opanowania prawie zupełnie inny.
Zależy na jakiej uczelni. Gdy poszedłem na studia, pierwszy rok zdałem bezproblemowo, odsiewu nijakiego nie było, kilka osób jednak odpadło nawet bez niego. Uczelnie o ile się orientuje pieniądze otrzymują w zależności od liczby studentów, nie ma się więc co dziwić temu, że przyjmują wielu. O ile sam nie pisałem już egzaminu wstępnego to wydają mi się dobrym pomysłem. Jeśli ktoś się nie zda to najwidoczniej nie ma czego szukać na studiach. Ilość materiału nie jest żadnym wytłumaczeniem.
szuro (1757 punktów)
Witam
Nie wiem z jakiej wielkości grupami Pani pracuje ale ja proponowałbym zacząć od testu na style percepcji np:

trenerzy.s(*)ad/test-na-style-percepcji.pdf

i zdefiniował style uczenia się

partnerzy.(*)yn/daneu/style_uczenia_sie.pdf

W tej chwili w google można znaleźć mnóstwo tych testów. Co prawda z certyfikowanymi będzie pewnie problem ale Pani jako pracownik naukowy ma pewnie dostęp do kolegów i koleżanek z psychologii a oni z tym nie powinni mieć problemu.

Jeżeli uda się Pani zmierzyć w grupie te dwie rzeczy będzie Pani dużo więcej wiedziała jeżeli chodzi o sposób komunikacji z tą konkretną grupą i będzie Pani mogła dobierać pomoce pod konkretną grupą. Oczywiście zdaje sobie sprawę z możliwych trudności w zakresie różnorodności grupy ale od czegoś trzeba zacząć

Jeżeli ma Pani możliwość dobre rezultaty dają ćwiczenia które robie się w podgrupach. Myślę że jako wykładowca może Pani zaczynać od ćwiczeń które nie dotyczą Pani przedmoitu a mają raczej integrować grupę i zachęcać do wspólnej pracy (można je również znaleźć w internecie).

Istnieją również programy trenerskie (finansowane prze UE) które moim zdaniem mogłyby Pani przynieść sporo w zakresie problemu który Pani poruszyła.

pozdrawiam
17-05-2013 19:45 
 Ocena 1 na 1
Ania. (14138 punktów)
Wybacz, ale moim zdaniem w takie bajery mogą bawić się nauczyciele w podstawówce, a nie wykładowcy na uczelniach - gdzie np. mamy 13 realnych tygodni ćwiczeń i w tym kilka odpadnie na zaliczenia, poprawki itd.
To są dorośli ludzie, nie przesadzajmy z tymi psychologiczno-pedagogicznymi bajerami.
szuro (1757 punktów)
>Wybacz, ale moim zdaniem w takie bajery mogą bawić się nauczyciele w podstawówce, a nie wykładowcy na uczelniach - gdzie np. mamy 13 realnych tygodni ćwiczeń i w tym kilka odpadnie na zaliczenia, poprawki itd.
Przeprowadzeni tego typu testów nie jest specjalnie skomplikowane i nie zajmuje dużej ilości czasu. Wszystko jest kwestia priorytetów a o ile dobrze zrozumiałem autorkę to ważna dla niej jest komunikacja ze studentami a to są proste narzędzia które stosunkowo łatwo można wykorzystać nawet w większych grupach.

>To są dorośli ludzie, nie przesadzajmy z tymi psychologiczno-pedagogicznymi bajerami.
To sa narzędzia których używa się np. podczas szkoleń czy szerzej w zarządzaniu przedsiębiorstwami. Tam też raczej dzieci nie ma.
Poza tym akurat te rzeczy które zalinkowałem to są narzędzia bardzo proste w porównaniu z bardziej zaawansowanymi narzędziami.
Zresztą to była tylko moja propozycja - jeżeli ktoś uważa że szkoda na to czasu to przecież nie musi ich stosować.
Arystyp z Cyreny (6368 punktów)
Ja bym chciał żeby ktoś kto organizuje te studia mi wytłumaczył skąd się bierze przekonanie, że skoro wykład dla 100 studentów wykształcił świetnych absolwentów to po prostu przeprowadzenie go w większej sali, w której się ich mieści 300 przyniesie taki sam efekt?

Zdarzyło mi się uczestniczyć w różnych zajęciach w pełnych grupach i w grupach ledwie utworzonych (bo zapisało się tylko kilka osób) i różnica w nauczaniu jest OGROMNA. Przede wszystkim przez kontakt z prowadzącym.

Jednak władze wydziałów wielu uczelni uważają, że dziewięć kobiet urodzi dziecko w miesiąc. To jest po prostu kretyńskie. Zajęcia w 10 osób kosztują studentów (albo państwo) tyle samo co zajęcia w 30 osób.

Zwiększanie liczby studentów polega na zwiększaniu liczby krzeseł. Do tego się to ogranicza.

"Mądrość jest dobrem, aczkolwiek jest pożądana nie sama dla siebie, ale z uwagi na konsekwencje"
e.coli (338 punktów)
Postaram się podać przykłady, jak na moich studiach to wygląda. Zarówno te "dobre", jak i "złe".

Zacznijmy od dobrych:
-wejściówki- student, który musi nauczyć się 80 stron co tydzień (i wie, że to zostanie sprawdzone) po prostu siedzi i się uczy. Nic tak nie motywuje do nauki jak wejściówki. Gdy przedmiot jest prowadzony w systemie "od koła do koła" motywacja opada i studenci zaczynają się uczyć 2 tygodnie przed kolokwium.

-system punktów, nie ocen- jeśli w ciągu roku na kolokwiach można "zebrać" np. 300 punktów, a (przykładowo) 60% dopuszcza do egzaminu, to student ma większą motywację żeby te 60% wyciągnąć i uczy się systematycznie. Nawet jak jedno kolokwium pójdzie mu gorzej (np. na 30%), to zawsze może to nadrobić na kolejnym.

-bonusy- mała rzecz, a cieszy. Jeśli student zdobywa w ciągu roku np. 250/300 pkt. można dać mu jakąś małą nagrodę, np. dodatkowe punkty na egzamin. Nie trzeba dawać dużo- kilka punktów dostarcza motywacji, zwłaszcza jeśli egzamin jest trudny. Na mojej uczelni funkcjonują też zwolnienia z egzaminów za bardzo dobre wyniki, istnieje nawet system przeliczeń średniej z wejściówek i kolokwiów i na tej podstawie zbiera się "duże punkty", które mogą dać jakiś bonus, ale w to nie chciałbym się zagłębiać, bo jest to niesamowicie pogmatwane.

Teraz trochę gorsze pomysły:

-oceny za każde kolokwium- jeśli student uczył się i zdobędzie np. 50%, daje mu to dwóję. Taki system zupełnie demotywuje, gdy mamy dużo innych zaliczeń na głowie, "bo i tak dostanę dwóję, niezależnie czy napiszę na 5 czy 50%, poświęcę ten czas na inny przedmiot".

-poprawianie kolokwiów- pomysł zupełnie chybiony. Na niektórych uczelniach funkcjonuje nawet nieskończona liczba poprawek, byle zaliczyć na 3. To także nie motywuje do systematycznej nauki, "bo jak nie zdam, to sobie poprawię... kiedyś".

-mała liczba pytań na kolokwium- jeśli jest 10 pytań, to oznacza, że wystarczy popełnić niewiele błędów, by uzyskać słaby wynik. I na odwrót- by uzyskać np. 50% wystarczy mieć fart. Duża liczba pytań problem ten eliminuje i pozwala sprawdzić, czy student rzeczywiście umie, czy też coś tam ledwie kojarzy i szczęśliwie trafił na pytania, na które zna odpowiedź.

-takie same warunki zdania egzaminu dla wszystkich- nie ważne, czy uzyskało się średnią 60% z kolokwiów czy 90%- egzamin wszyscy piszą na 60%. Student nie ma żadnej motywacji do dawania z siebie wszystkiego. Nie oszukujmy się- na studiach są przedmioty, które nie wszystkich studentów interesują. Czy to z powodu ich lenistwa, czy też niewielkiej przydatności w późniejszej karierze, czy też dlatego, że każdy ma innego "konika" i jemu się woli poświęcić niż zakuwać przedmiot, który go nie pociąga.

-zwolnienie pod warunkiem średniej 5.0- miałem taki przedmiot. Efektem był kompletny spadek motywacji przy pierwszej ocenie poniżej 5 z wejściówki. Bo żadnych innych nagród nie było, a że był to mało ważny przedmiot, to większość kolegów i koleżanek po pierwszej "wpadce" wolała całe siły skierować na przedmioty, które oferowały różne bonusy za dobre wyniki kolokwiów.

Są jeszcze studenci "niereformowalni". Niestety, ale część ludzi idzie na studia po to, by imprezować, uczyć się na ostatnią chwilę i bawić z dala od domu. Sami nie wiedzą, po co na te studia poszli i w ciągu 3 lat studiują 3 różne kierunki. O ile "u mnie" odsiew jest znaczny zarówno przy rekrutacji jak i podczas sesji, o tyle wszyscy starają się jednak utrzymać. Na kierunku koleżanki, gdzie wystarczyło zdać maturę na ~50% pierwszy rok oblała 1/3 studentów, większość dlatego, że tak naprawdę wcale nie chcieli tego kierunku studiować.
Moim zdaniem nie ma się nimi co przejmować, jeśli ktoś zaczyna studia, bo "musi" zostać magistrem, to sam sobie robi krzywdę, a celem prowadzącego nie jest- jak w szkole- wszystkich doprowadzić do egzaminu, tylko przystępnie przekazać wiedzę i podzielić się doświadczeniem. Co studenci z tym zrobią- ich sprawa.

Mam nadzieję, że któryś z tych pomysłów okaże się pomocny w Pani pracy.

pozdrawiam
Iwan Denisowicz (16705 punktów)
(zablokowany)
>-wejściówki- student, który musi nauczyć się 80 stron co tydzień (i wie, że to zostanie sprawdzone) po prostu siedzi i się uczy. Nic tak nie motywuje do nauki jak wejściówki. Gdy przedmiot jest prowadzony w systemie "od koła do koła" motywacja opada i studenci zaczynają się uczyć 2 tygodnie przed kolokwium.
Skąd takie wnioski? Równie dobrze student może olać naukę. Motywować to może chęć zdobywania wiedzy, nie wejściówki. Nie mówię, że nikt się nie będzie na nie uczył, ale nie powiem, że to najlepszy sposób motywacji.
>-system punktów, nie ocen- jeśli w ciągu roku na kolokwiach można "zebrać" np. 300 punktów, a (przykładowo) 60% dopuszcza do egzaminu, to student ma większą motywację żeby te 60% wyciągnąć i uczy się systematycznie. Nawet jak jedno kolokwium pójdzie mu gorzej (np. na 30%), to zawsze może to nadrobić na kolejnym.
System punktów nie jest zły, jeśli coś za nim idzie. Punkty dla punktów nie różnią się wiele od ocen. Duża liczba punktów=zwolnienie z egzaminu to moim zdaniem dobra motywacja.
>-oceny za każde kolokwium- jeśli student uczył się i zdobędzie np. 50%, daje mu to dwóję. Taki system zupełnie demotywuje, gdy mamy dużo innych zaliczeń na głowie, "bo i tak dostanę dwóję, niezależnie czy napiszę na 5 czy 50%, poświęcę ten czas na inny przedmiot".
Jeśli się uczył i zdobędzie 50% to widać słabo się uczył, względnie pytania były za trudne, albo wykładowca nie wyjaśnił czego trzeba.
>-poprawianie kolokwiów- pomysł zupełnie chybiony. Na niektórych uczelniach funkcjonuje nawet nieskończona liczba poprawek, byle zaliczyć na 3. To także nie motywuje do systematycznej nauki, "bo jak nie zdam, to sobie poprawię... kiedyś".
Poprawa to według mnie coś dobrego. W końcu nie zawsze coś udaje się za pierwszym razem. Zresztą jakby miało to wyglądać, raz się nie udało i koniec? Jedno zawalone kolokwium i po studiach?
>-mała liczba pytań na kolokwium- jeśli jest 10 pytań, to oznacza, że wystarczy popełnić niewiele błędów, by uzyskać słaby wynik. I na odwrót- by uzyskać np. 50% wystarczy mieć fart. Duża liczba pytań problem ten eliminuje i pozwala sprawdzić, czy student rzeczywiście umie, czy też coś tam ledwie kojarzy i szczęśliwie trafił na pytania, na które zna odpowiedź.
Pytania otwarte i nie ma problemu. Wtedy widać czy ktoś ma wiedzę, czy nie.
>-takie same warunki zdania egzaminu dla wszystkich- nie ważne, czy uzyskało się średnią 60% z kolokwiów czy 90%- egzamin wszyscy piszą na 60%. Student nie ma żadnej motywacji do dawania z siebie wszystkiego. Nie oszukujmy się- na studiach są przedmioty, które nie wszystkich studentów interesują. Czy to z powodu ich lenistwa, czy też niewielkiej przydatności w późniejszej karierze, czy też dlatego, że każdy ma innego "konika" i jemu się woli poświęcić niż zakuwać przedmiot, który go nie pociąga.
Warunki powinny być takie same. Możliwość zwolnienia z egzaminu jednak jest jak najbardziej pożądana. Mnie na przykład bardzo to motywowało, wolałem popracować cały semestr niż wypruwać żyły pod koniec.
e.coli (338 punktów)

>Skąd takie wnioski? Równie dobrze student może olać naukę. Motywować to może chęć zdobywania wiedzy, nie wejściówki. Nie mówię, że nikt się nie będzie na nie uczył, ale nie powiem, że to najlepszy sposób motywacji.

Czasem jest tak, że w sobotę mamy kolokwium z 250-300 stron podręcznika+ wykłady+ materiał z ćwiczeń, a na wtorek lub środę trzeba się nauczyć 50-80 stron z podręcznika. Gdyby nie wejściówka, to każdy wolałby po prostu odpocząć. Gdy tego typu kolokwia są praktycznie co 3 tygodnie, człowiek naprawdę nie miałby już ochoty się uczyć, gdyby nie te wejściówki. Oczywiście mówię tu na przykładzie moich studiów, gdzie nad książkami trzeba siedzieć praktycznie codziennie do wieczora. Gdy materiału jest tak mało, że spokojnie można pójść sobie na imprezę w piątek a w weekend opanować materiał na przyszły tydzień, problem zmęczenia psychicznego zapewne nie występuje i wtedy głównie motywować może chęć do nauki.

>Jeśli się uczył i zdobędzie 50% to widać słabo się uczył, względnie pytania były za trudne, albo wykładowca nie wyjaśnił czego trzeba.

Pytania nigdy nie są za trudne, a profesor ma zawsze rację. Nawet jeśli spośród 500 slajdów wybiera jeden, gdzie małym druczkiem jest coś dopisane i na podstawie tego dopisku układa pytanie za 10% punktów, a rzeczy naprawdę ważne (kluczowe do zrozumienia tematu) pomija.

>Poprawa to według mnie coś dobrego. W końcu nie zawsze coś udaje się za pierwszym razem. Zresztą jakby miało to wyglądać, raz się nie udało i koniec? Jedno zawalone kolokwium i po studiach?

Tu, zapewne z racji na późną godzinę, pozostawiłem niedomówienie. Już uzupełniam: jedno oblane koło nie oznacza wyrzucenia ze studiów, ale zaniża średnią potrzebną do dopuszczenia do egzaminu. Jeśli student może poprawiać w nieskończoność, będzie odkładał naukę. Jeśli wie, że może napisać tylko raz- będzie go to motywowało do systematycznej pracy.

>Pytania otwarte i nie ma problemu. Wtedy widać czy ktoś ma wiedzę, czy nie.

To też nie jest takie oczywiste. Przykład wyżej: pytanie wyjęte z jakiegoś małego dopisku spośród setek slajdów, tudzież na podstawie jednego zdania z książki. Albo w ogóle wymyślone takie, o którym nie było mowy na wykładach/ćwiczeniach, a żadna z polecanych książek o tym nie wspomina. Taki przypadek też miałem.

>Warunki powinny być takie same. Możliwość zwolnienia z egzaminu jednak jest jak najbardziej pożądana. Mnie na przykład bardzo to motywowało, wolałem popracować cały semestr niż wypruwać żyły pod koniec.

Tu się nie zgodzę. Dla większości studentów uzyskanie zwolnienia to wielki skok i rezygnują już na początku. Natomiast zdobywanie dodatkowych punktów na egzamin to małe kroczki, przy czym do każdego kroku łatwiej jest się zmotywować niż do jednego wielkiego skoku.
Można to porównać do mostka rozwieszonego nad przepaścią: małymi kroczkami o wiele łatwiej nad taką przepaścią przejść (a jak się nie uda, to chociaż dokądś się zaszło i cel jest bliższy) niż wykonać jeden wielki skok i w razie niepowodzenia nie zyskać nic.
Iwan Denisowicz (16705 punktów)
(zablokowany)
>Czasem jest tak, że w sobotę mamy kolokwium z 250-300 stron podręcznika+ wykłady+ materiał z ćwiczeń, a na wtorek lub środę trzeba się nauczyć 50-80 stron z podręcznika. Gdyby nie wejściówka, to każdy wolałby po prostu odpocząć. Gdy tego typu kolokwia są praktycznie co 3 tygodnie, człowiek naprawdę nie miałby już ochoty się uczyć, gdyby nie te wejściówki.
Wątpię aby z taką liczbą materiałów ktoś miał ochotę się uczyć. To raczej zmusza do nauki niż do niej motywuje. Inna sprawą jest to czy taka ilość materiału jest potrzebna, czy są to zapchajdziury?
>Pytania nigdy nie są za trudne, a profesor ma zawsze rację. Nawet jeśli spośród 500 slajdów wybiera jeden, gdzie małym druczkiem jest coś dopisane i na podstawie tego dopisku układa pytanie za 10% punktów, a rzeczy naprawdę ważne (kluczowe do zrozumienia tematu) pomija.
To patologia nie poprawny sposób przekazywania wiedzy. Zastanawiam się czemu ma to służyć?
>Tu, zapewne z racji na późną godzinę, pozostawiłem niedomówienie. Już uzupełniam: jedno oblane koło nie oznacza wyrzucenia ze studiów, ale zaniża średnią potrzebną do dopuszczenia do egzaminu. Jeśli student może poprawiać w nieskończoność, będzie odkładał naukę. Jeśli wie, że może napisać tylko raz- będzie go to motywowało do systematycznej pracy.
Nie mówię o poprawianiu w nieskończoność, ale przynajmniej jedna poprawka się moim zdaniem należy. Brak możliwości poprawy to by mnie raczej zestresował niż nastroił do nauki. Zresztą nawet gdy student wie, że wynik kolokwium nie podlega poprawie nie ma żadnej gwarancji na to, że będzie się systematycznie - czy w ogóle - uczył.
>To też nie jest takie oczywiste. Przykład wyżej: pytanie wyjęte z jakiegoś małego dopisku spośród setek slajdów, tudzież na podstawie jednego zdania z książki. Albo w ogóle wymyślone takie, o którym nie było mowy na wykładach/ćwiczeniach, a żadna z polecanych książek o tym nie wspomina. Taki przypadek też miałem.
Czyli wina wykładowcy. Skoro praktycznie nigdzie nie można znaleźć wiadomości potrzebnych do zaliczenia to test został źle ułożony.
>Tu się nie zgodzę. Dla większości studentów uzyskanie zwolnienia to wielki skok i rezygnują już na początku. Natomiast zdobywanie dodatkowych punktów na egzamin to małe kroczki, przy czym do każdego kroku łatwiej jest się zmotywować niż do jednego wielkiego skoku.
Być może. Tym niemniej powinna istnieć możliwość zwolnienia, obok dodatkowych punktów na egzaminie. W ten sposób i pilniejsi i mniej pilni byliby zadowoleni.
24-05-2013 15:43 
 Ocena 3 na 3
liliac (147340 punktów)
>>Czasem jest tak, że w sobotę mamy kolokwium z 250-300 stron podręcznika+ wykłady+ materiał z ćwiczeń, a na wtorek lub środę trzeba się nauczyć 50-80 stron z podręcznika. Gdyby nie wejściówka, to każdy wolałby po prostu odpocząć. Gdy tego typu kolokwia są praktycznie co 3 tygodnie, człowiek naprawdę nie miałby już ochoty się uczyć, gdyby nie te wejściówki.
>Wątpię aby z taką liczbą materiałów ktoś miał ochotę się uczyć. To raczej zmusza do nauki niż do niej motywuje. Inna sprawą jest to czy taka ilość materiału jest potrzebna, czy są to zapchajdziury?

Jeśli - a tak podejrzewam - e.coli ma na myśli takie podręczniki, jak chociażby Bochenek czy dużo skromniejszy, będący bardziej brykiem niż pełnym podręcznikem, Pituch, to nie, nie są one zapchajdziurami. A weź pod uwagę, że to tylko jeden z przedmiotów.

Zresztą niech się studenci przyzwyczajają, to ich potem podręczniki specjalizacyjne czy zwyczajne książki przydatne w codziennej pracy nie odstraszą

>>Tu, zapewne z racji na późną godzinę, pozostawiłem niedomówienie. Już uzupełniam: jedno oblane koło nie oznacza wyrzucenia ze studiów, ale zaniża średnią potrzebną do dopuszczenia do egzaminu. Jeśli student może poprawiać w nieskończoność, będzie odkładał naukę. Jeśli wie, że może napisać tylko raz- będzie go to motywowało do systematycznej pracy.
>Nie mówię o poprawianiu w nieskończoność, ale przynajmniej jedna poprawka się moim zdaniem należy.

Z każdego koła? Może jeszcze kartkówki pozwolić poprawiać?

>Brak możliwości poprawy to by mnie raczej zestresował niż nastroił do nauki.

System punktowy, o którym pisze e.coli, ma tę zaletę, że masz okazję niższą punktację z poprzedniego kolokwium nadrobić, pracując intensywniej przy kolejnym. Liczyć się będzie suma punktów, ewentualnie podrasowywana np. punktami za aktywność podczas seminariów, etc.

>Zresztą nawet gdy student wie, że wynik kolokwium nie podlega poprawie nie ma żadnej gwarancji na to, że będzie się systematycznie - czy w ogóle - uczył.

To wyleci. A przynajmniej tak powinno być. Nikt do nauki i studiowania nikogo nie zmusza. Rozumiem poprawki egzaminów końcowych - jednorazowa wpadka może się każdemu przytrafić. Rozumiem nawet ewentualnie "zbóje" - tych punktów może jednak zabraknąć i dodatkowy "sprawdzian ostatniej szansy" jest potencjalnie akceptowalnym rozwiązaniem. Ale poprawianie każdego większego sprawdzianu (a tym przecież są kolokwia)? Nie mówimy o dzieciach w podstawówce - to są dorośli ludzie. Studia to ostatnia chwila, by ich przyzwyczaić do odrobiny odpowiedzialności. Przyda im się to potem w pracy zawodowej, gdzie "poprawki" nie będą stałą opcją.

>Być może. Tym niemniej powinna istnieć możliwość zwolnienia, obok dodatkowych punktów na egzaminie. W ten sposób i pilniejsi i mniej pilni byliby zadowoleni.

A to akurat prawda.

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny" )
Iwan Denisowicz (16705 punktów)
(zablokowany)
>Jeśli - a tak podejrzewam - e.coli ma na myśli takie podręczniki, jak chociażby Bochenek czy dużo skromniejszy, będący bardziej brykiem niż pełnym podręcznikem, Pituch, to nie, nie są one zapchajdziurami. A weź pod uwagę, że to tylko jeden z przedmiotów.
Jeśli nie są zapchajdziurami to nie ma problemu.
>Z każdego koła? Może jeszcze kartkówki pozwolić poprawiać?
Zależy od ilości kolokwiów na semestr i tego jak danemu studentowi idzie. Gdyby ktoś zawalał koło za kołem to nie ma sensu dawać mu kolejnej szansy.
>System punktowy, o którym pisze e.coli, ma tę zaletę, że masz okazję niższą punktację z poprzedniego kolokwium nadrobić, pracując intensywniej przy kolejnym. Liczyć się będzie suma punktów, ewentualnie podrasowywana np. punktami za aktywność podczas seminariów, etc.
Nie mówię nie, system punktowy mi odpowiada, ale całkowity brak popraw nie wydaje mi się dobrym pomysłem.
>To wyleci. A przynajmniej tak powinno być. Nikt do nauki i studiowania nikogo nie zmusza. Rozumiem poprawki egzaminów końcowych - jednorazowa wpadka może się każdemu przytrafić. Rozumiem nawet ewentualnie "zbóje" - tych punktów może jednak zabraknąć i dodatkowy "sprawdzian ostatniej szansy" jest potencjalnie akceptowalnym rozwiązaniem. Ale poprawianie każdego większego sprawdzianu (a tym przecież są kolokwia)? Nie mówimy o dzieciach w podstawówce - to są dorośli ludzie. Studia to ostatnia chwila, by ich przyzwyczaić do odrobiny odpowiedzialności. Przyda im się to potem w pracy zawodowej, gdzie "poprawki" nie będą stałą opcją.
Owszem powinno tak być. Chodziło mi jednak o to, że nawet najsurowsze warunki zaliczeń nie są w stanie zmusić od nauki kogoś kto uczyć się nie chce. Co do popraw to jak pisałem wyżej, nie wszystkie, ale jedno czy dwa najważniejsze czemu nie. Z tym, że studia powinny uczyć odpowiedzialności jak najbardziej się zgadzam, ale powinno być też miejsce na poprawę błędów.
i. o. (1269 punktów)
Czemu ma służyć to wkuwanie tak dużych ilości materiału? Jeszcze bym zrozumiała, jakby to zostawało zapamiętane raz na zawsze, ale znając życie, trwałość tej wiedzy sięga pierwszego egzaminu, na którym jest wykorzystana. Bo do kolejnego, którego materiał zahacza o ten poprzedni, to studenci uczą się od nowa. Nie słyszałam jeszcze o studiach, gdzie np na 5r sprawdzają na kolokwiach i egzaminach wiedzę z 1r. To o czym piszesz pomaga rozłożyć sobie dużą partię materiału na mniejsze części, żeby potem nie okazało się, że w jeden wieczór trzeba opanować kilkaset stron tekstu. Z tym to ledwo profesjonalny aktor dałby rady a co dopiero niewprawiony w uczeniu się student.

Studia powinny dawać nie wiedzę, ale mądrość, czyli umiejętność korzystania z tej wiedzy. Co z tego, że ktoś ma w jednym palcu całą wiedzę tego świata, jak nie umie z niej korzystać? I tego właśnie powinny szkoły uczyć, od podstawowych do wyższych. W zasadzie nie trzeba tego wszystkiego mieć w głowie, trzeba w razie potrzeby wiedzieć gdzie szybko znaleźć daną informację i jakiej informacji w danym momencie potrzebujemy.

I tym między innymi różni się brytyjski system edukacji od polskiego. Miałam okazję poznać obydwa osobiście z punktu widzenia studenta. Tam nikt nie oczekuje od studentów popisywania się znajomością podręcznika. Owszem, trzeba go znać, ale tylko po to, żeby mieć jakąś wiedzę, którą wykorzysta się w praktyce. I to ta umiejętność praktycznego zastosowania różnych informacji jest oceniana na egzaminach i na zajęciach. Od studentów oczekuje się krytycznego myślenia, dyskutowania i wyrażania własnych opinii na temat przerabianych zagadnień, itp. I to działa. Studenci wyższych lat doskonale orientują się w tematach, które przerabiali kilka semestrów wcześniej, mimo, że nikt tej wiedzy już nie sprawdza.
W związku z tym uważam, że nie ma sensu opracowywać od początku nowego systemu edukacji, wystarczy rozejrzeć się po świecie i skopiować to co u innych się sprawdza.
i. o. (1269 punktów)
> Często słyszę lub czytam w mediach, że jakość wykształcenia studentów jest coraz gorsza.

Na jakiej podstawie takie stwierdzenia powstają? Ktoś jakieś badania porównawcze robił? Wszyscy tylko powtarzają, że jest gorzej niż kiedyś, ale nigdy z żadnymi konkretami się nie spotkałam.

Nie sposób porównywać wyników starej matury z nową. Stara to było klasyczne wodolejstwo, którego wyniki miały wartość sentymentalną, bo nijak nie przekładały się na dalsze losy maturzysty. Sprawdzane były w szkole przez nauczycieli. Uczniom nieszczególnie zależało na tym, żeby się przykładać, ważne było, żeby w ogóle zdać. Nauczyciele też przez palce patrzyli na to wszystko. Zdaje się tylko 2% uczniów oblewało. Zupełnie inaczej, niż w przypadku egzaminów wstępnych na studia, których wyniki nijak miały się do matur. Tutaj kandydaci masowo chadzali na korepetycje, których ceny były wprost proporcjonalne do szansy otrzymania indeksu.
Podejrzewam, że jakby porównać wyniki dzisiejszych matur z dawnymi egzaminami wstępnymi na studia, to mielibyśmy bardzo podobną sytuację. Taki sam odsetek osób zdawał to na poszczególnym poziomie i tak samo wymagane były odpowiedzi pod klucz a nie znajomość tematu. W tej sytuacji nie ma większego znaczenia, czy to test czy lanie wody.

Co do ocen szkolnych, to też nie jestem pewna, czy sprzed epoki testów było lepiej i sprawiedliwiej. Teraz przynajmniej wszyscy uczniowie piszą ten sam test wg tego samego klucza. Dawniej byli oceniani na podstawie widzi misie nauczyciela. Jeden za nic dostawał dobre oceny i pytania w stylu ilu było Mieszków (autentyczna sytuacja) a inny poza trójczynę nie miał szans wyjść, żeby nie wiadomo jak się produkował. A same oceny były wystawiane za wyuczenie się na pamięć partii materiału, nie za jego zrozumienie. W końcu pojęcie ZZZ (zakuć, zaliczyć, zapomnieć) pochodzi sprzed reformy edukacji.

Same studia szły podobnym trybem co wcześniejsza edukacja. Nie było żadnego porównawczego egzaminu. Oceny były wg uznania wykładowców. Jeden gnębił reszta miała to w jeszcze większym poważaniu niż studenci. W najgorszym wypadku brało się korepetycje. Za PRL to nawet pracodawca nie mógł niczego zweryfikować podczas rekrutacji, bo każdy absolwent dostawał skierowanie do pracy zgodnej z wykształceniem i nawet jak się nie sprawdzał, to co najwyżej do innego zakładu pracy został przeniesiony.
emilpromil (184 punktów)

> Czy macie jakieś
>własne przemyślenia na ten temat? (oprócz oczywistego, ogólnego wniosku, że wykładowcy to stare
>pierdzistołki, którzy wymagają od was dziwnych rzeczy, które nigdy "w życiu" się wam nie przydadzą
>)
> Może uda się kiedyś poruszyć ten temat na szerszym forum, bo tak dalej nie może być - tracą na tym
>przede wszystkim uczniowie i studenci, a nauczyciele wpadają we frustrację, co też nie sprzyja
>dobrej pracy. Na początek pytam Was o zdanie.
>

Obecni studenci w swojej przyszłej pracy też będą cały czas "on line", a egzaminy muszą zdawać "off line" i dlatego słabe wyniki.

Ocena ze studiów nie ma żadnego wpływu na dalszą karierę, więc wkładanie wysiłku większego niż na "3-" jest bezsensowne.

Dla przykładu z mojej dziedziny, automatyki i robotyki, dla przyszłego pracodawcy znacznie cenniejszy jest absolwent z trójami który startował w konkursie "robotów sumo" niż absolwent z piątkami który zajmował się tylko teorią.

Bardzo podoba mi się amerykański system gdzie jest dużo praktycznych projektów i międzyuczelnianych konkursów i mniej teorii, i projektami można zaliczyć wykłady bez pisania egzaminów.
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
> Najłatwiej jest oczywiście narzekać, że studenci coraz głupsi, że to wina reformy i nowej matury, i
>tak dalej. Pewnie jest w tym dużo racji

Co to znaczy, że są coraz głupsi? Czy to jest ocena uśredniona dla ogółu studentów? A gdyby zapytać o uśrednioną mądrość 10% najlepszych studentów, to czy też prawdą jest twierdzenie, że ci najlepsi studenci też są coraz głupsi?

Mógłbym się zgodzić z pierwszą oceną, bo namnożyło się różnych badziewnych uczelni. Jednak jeśli ograniczymy się do dobrych uczelni i popatrzymy tylko na dobrych studentów tych uczelni, to wątpię, czy oni są rzeczywiście głupsi niż ich odpowiednicy sprzed 10 czy 20 lat. Może więc nie ma w ogóle problemu?

doku (Tomasz Kamiński)

Wróć do listy wątków działu Nauka
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365