Racjonalista - Strona głównaDo treści
Turystyka, rekreacja czy pararealizacja?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » O wszystkim i o niczym
NapisanoAutorTytuł
22-03-2014 17:55Wilhelm Wokulski (215 punktów)
(zablokowany)
Turystyka, rekreacja czy pararealizacja?
Ocena 2 na 2
   Rozwinął się na świecie nowy rodzaj turystyki uprawianej w pojedynkę, parami, czasem grupowo. Jest to podróżowanie, w którym chodzi tylko o to, aby być w drodze, być gdzie indziej - bez żadnego zamiaru czy celu. Ci nowi turyści nie chcą nikogo poznać, niczego szczególnego dowiedzieć się, chcą po prostu być np. w Indiach, albo w Argentynie, albo w Maroku - i już, i tyle. Jest to rodzaj globalnego wałęsania się, współczesnego obierzyświatowania. Podróżują, aby przejechać z punktu A do punktu B i to właśnie jest ich jedyną ambicją - odbyć trasę z punktu A do punktu B.
   Ryszard Kapuściński - Lapidarium

   Ale, jak pisze Dariusz Czaja w swojej książce o świeckiej pielgrzymce: "Każda podróż zaczyna się przecież od oczekiwania, od jakiejś wizji tego, co chcemy zobaczyć, co poznać chcemy". Czy można więc mówić o syndromie turysty, o chorobie współczesności, która objawia się tym, że człowiek niczego nie szuka, do niczego nie dąży, przemieszcza się tylko z miejsca A bez żadnych oczekiwań na to, co nadaje wartość podróżom? Jak nazwać ten nowy trend? Czy wraz z postępem cywilizacji umiera etos podróżnika i wędrowca, a rodzi się etos wałęsy?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
Mnie tam wałęsanie się, przemieszczanie, podróż, bycie w drodze - samo w sobie - fascynuje i to jest dla mnie najcenniejsze w tym wszystkim. Ale nie mógłbym powiedzieć, że nie patrzę z ciekawością na światy, w które wchodzę. Patrzę. Jednak to, co dla mnie jest istotą, to odklejanie się mojej psyche od myśli, od oczekiwań, od projekcji, programu, od planów, od nieustannego myślenia o tym czy o tamtym, od tych wszystkich światów równoległych w mojej głowie, czyli przyszłości, przeszłości, tego co zaliczyłem, a co muszę jeszcze zaliczyć, rozpamiętywania czegoś (również tego, co zostało w domu), od oczekiwań właśnie. Liczy się tu i teraz. Chwila. Tylko to, co jest. Co tu i teraz się dzieje. Bo to jedyny, prawdziwy świat. Wszystkie inne są projekcjami naszych myśli, którymi jesteśmy zaczadzeni w codziennym życiu. W zachodnim, jebniętym kieracie, systemie, kompleksie wielu światów w myślach. Istniejemy w ogromny zestawie światów - myślanych nadrzeczywistościach. Generalnie - w fikcji. Tylko podróż pozwala mi się od tego w pełni odkleić i być tu i teraz, w chwili, w świecie jedynym i prawdziwym. Gdzie umysł mnie nie zwodzi, nie projektuje nadmiernie oczekiwań, planów, miejsc, obiektów do zaliczenia, jak największej liczby wrażeń, szczegółów, myśli, słów, pojęć, nowości. Niech mój umysł to chwyta, ale tylko w tu i teraz, kiedy TO się dzieje, kiedy dzieje się świat prawdziwy w danej chwili. Jeden, bez tych nadprogramowych, myślanych, przemieszczanych, oczekiwanych, planowanych, marzonych. Kiedy jestem w podróży, chcę być od tego odklejony. Umiem to zrobić, mam to doskonale wypracowane. Wystarczy mi pół godziny, kiedy wchodzę w tylko tu i teraz, a najlepiej pomaga mi w tym drobna ilość alkoholu. Zostaje tylko jeden świat.

Pojęcia nie mam, czy to zrozumiałe, czy to można poczuć (?), ale gdzieś tam rozumiem, gdzieś w sobie czuję tych obieżyświatów - wałęsaczy. Jednak to nie jest tak, że niczego nie zauważam i mam wszystko gdzieś. Nie. Ale liczy się tylko aktualna chwila. Umysł mam wolny od dodatkowych projekcji. On niczego wtedy nie projektuje, ponad to, co musi. To chyba jest bardzo wschodnie, buddyjskie podejście. Chyba w takich chwilach to moje życie jest najbardziej żywe. Bez tych wszystkich mai, iluzji, nadświatów, myślanych nadrzeczywistości, światów równoległych. Wtedy mi życie najbardziej smakuje i najmocniej go doświadczam. Bo jestem w JEDNYM świecie. W TERAZ. Podróże genialnie mi w tym pomagają. Zaliczanie obiektów i miejsc, program i oczekiwania mają tutaj drugorzędne znaczenie. Może nawet trzeciorzędne. Najważniejsze jest bycie w drodze i w jednej chwili. Jakoś niezwykle dotkliwe jest wtedy doświadczanie bycia w świecie. Pewnie dlatego, że się uwalniam od tego całego, dodatkowego śmietnika i niepotrzebnie przeskakującego umysłu po myślanych, fikcyjnych światach. Dlatego uciekam od projekcji i oczekiwań i rozpamiętywania programu. Chcę głównie być. W jednym świecie. Tu i teraz. Gdzieś. Mniejsza z tym gdzie. Jak oni, ci wałęsający się.
diogenes (42753 punktów)
>Podróżują, aby przejechać z punktu A do punktu B i to właśnie jest ich jedyną ambicją - odbyć trasę z punktu A do punktu B.... Kapuściński

Nie widzę nic złego w tego rodzaju - powiedzmy - przemieszczaniu się. Nie zawsze musi być jakaś intencja wyruszenia w drogę. Co innego zawodowy reporter - musi się do podróży przygotować. Ale nie można takiego podejścia uogólniać. Jeśli ktoś ma ochotę polecieć na piwo na antypody - to jego sprawa. A z psychologii wiadomo, że mózg i tak rejestruje: krajobrazy, egzotyczne twarze, niebo, zachody słońca. Sam fakt wyjścia poza schemat codziennych bodźców (habituacja) robi swoje: odbieramy świat intensywniej, z innej perspektywy. Japoński poeta Basho z pogoni za doznaniami uczynił metodę swej liryki:

Zdjąłem kimono
by łatwiej wędrować
przerzuciłem przez ramię.

Nie wiemy, skąd idzie, nie wiemy dokąd zmierza, nie wiemy, po co: chodzi o to, by wędrówkę, która jest przecież kawałkiem losu, uczynić bardziej znośną.

Kiedy wyruszam z aparatem w plener, nie zakaładam niczego. Idę przed siebie i czekam. Jeśli coś zobaczę, to dobrze, jeśli nie - też. A kiedy wyruszam w daleką podróż - podobnie. Nie wiem, czy w Rzymie olśni mnie bardziej kałuża, czy fresk Michała Anioła.

>Jak nazwać ten nowy trend?

Jest jeden trend polegający na tym, że ludzie przebierają nogami. A w ramach tego trendu jest tyle trądzików, co ludzi.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
22-03-2014 21:43 
 Ocena 5 na 5
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>Kiedy wyruszam z aparatem w plener, nie zakaładam niczego. Idę przed siebie i czekam. Jeśli coś zobaczę, to dobrze, jeśli nie - też. A kiedy wyruszam w daleką podróż - podobnie. Nie wiem, czy w Rzymie olśni mnie bardziej kałuża, czy fresk Michała Anioła.

Pięknie. Ta kałuża w Rzymie. I brak założenia. Dzięki. Dla mnie podróż, to przede wszystkim stan umysłu. Uwolnionego od nadbagażu projekcji. Wchodzę w kolory Toskanii, światło słoneczne w Pompejach czy dźwięki Rzymu, w smak pizzy i wina. Tu i teraz. Tyle. Nic więcej. Koniec. Wystarczy. Się jest. Przerwy między słowami i myślami robią się coraz dłuższe.
Mieszkam pod samymi górami, wczoraj miałem fantastyczne nastawienie do wyruszenia. Obudziłem się o siódmej rano z totalnie poskręcanym umysłem. Wiedziałem, że nie uda mi się go odplątać. Nie było sensu. Ugotowałem żurek.
farmer (22440 punktów)
>   Rozwinął się na świecie nowy rodzaj turystyki
wxzoraj byłem na slajdowisku z podróży
www.hej.mi(*)gonimy-slonce-wstep-wolny.html
Mam wielki szacunek do turystyki ale.
www.zlomni(*)iejszych-nowych-chinskich-aut/

z turystki wolę jak wyżej.
panTeista (6808 punktów)
pararealizacja?

Każdy realizuje się po swojemu.

>Rozwinął się na świecie nowy rodzaj turystyki uprawianej w pojedynkę, parami, czasem grupowo.
>Jest to podróżowanie, w którym chodzi tylko o to, aby być w drodze, być gdzie indziej - bez żadnego
>zamiaru czy celu.

Czyli taki współczesny tramp (wędrowiec, włóczęga) niezupełnie nowy. Kiedyś tę formę turystyki uprawiano głównie pieszo i okazjami, współczesnych "włóczęgów" stać na dalsze podróże.

>Ci nowi turyści nie chcą nikogo poznać,

A może wolą poznawać przypadkowych ludzi, niż tych których mogą poznać poprzez media. W każdym razie nie uważam aby unikali poznawania ludzi.

>niczego szczególnego dowiedzieć się,

W dzisiejszej globalnej wiosce, aby się dowiedzieć można nie ruszać się z domu.

>chcą po prostu być np. w Indiach, albo w Argentynie, albo w Maroku - i już, i tyle.

"Prawdziwy turysta" obierając obiekty "godne" poznania i zwiedzenia poznaje to co jest przeznaczone dla turystów. Natomiast "turysta tramp" zbaczając ze szlaków proponowanych przez przewodniki turystyczne poznaje świat i ludzi takim jakimi one są w rzeczywistości, a nie na pokaz turystom.

>Jest to rodzaj globalnego wałęsania się, współczesnego obierzyświatowania.

Skoro ktoś wałęsa się za zarobione uczciwie pieniądze, to nie jest gorszy od turysty nastawionego na planowe poznanie tego co mu polecają inni (biura podróży, znajomi).

>Podróżują, aby przejechać z punktu A do punktu B i to właśnie jest ich jedyną ambicją - odbyć trasę z punktu A do punktu B.

Ale przemieszczając się poznają ludzi i obserwują otoczenie.
Ambicja- co właściwie osiąga turysta podróżujący z przewodnikiem turystycznym po tzw. ciekawych miejscach i do tzw. interesujących ludzi? To co przygotowano na pokaz.

>   Ale, jak pisze Dariusz Czaja w swojej książce o świeckiej pielgrzymce: "Każda podróż zaczyna się
>przecież od oczekiwania, od jakiejś wizji tego, co chcemy zobaczyć, co poznać chcemy".

Dla tych co mają oczekiwania, wizje, przygotowuje się (przemysł turystyczny) to czego oczekują. Włóczędzy spotykają świat i ludzi takimi jakimi są. Nie mając ambicji nie doznają porażek, rozczarowań.

>Czy można więc mówić o syndromie turysty, o chorobie współczesności, która objawia się tym, że człowiek
>niczego nie szuka, do niczego nie dąży, przemieszcza się tylko z miejsca A bez żadnych oczekiwań na
>to, co nadaje wartość podróżom? Jak nazwać ten nowy trend? Czy wraz z postępem cywilizacji umiera
>etos podróżnika i wędrowca, a rodzi się etos wałęsy?

Nie bardzo wiem dlaczego postrzegasz współczesnych trampów (włóczęgów) jako osoby chore. W czym ludzie działający planowo z ambicjami mieliby być zdrowsi?

Nadzieją na deklerykalizację Polski są wybory i Twój Ruch
23-03-2014 00:24 
 Ocena 3 na 3
Barbiel (1106 punktów)
Pięknie napisane.

>"Prawdziwy turysta" obierając obiekty "godne" poznania i zwiedzenia poznaje to co jest przeznaczone dla turystów. Natomiast "turysta tramp" zbaczając ze szlaków proponowanych przez przewodniki turystyczne poznaje świat i ludzi takim jakimi one są w rzeczywistości, a nie na pokaz turystom.
Jedno drugiego nie wyklucza. Można włócząc się zahaczać po drodze o największe atrakcje, bo zwykle rzeczywiście są ciekawe. Byle zwiedzanie obiektów nie zajmowało większości czasu.
23-03-2014 00:34 
 Ocena 3 na 3
Rafał Poniecki (7132 punktów)
>>Nie bardzo wiem dlaczego postrzegasz współczesnych trampów (włóczęgów) jako osoby chore. W czym ludzie działający planowo z ambicjami mieliby być zdrowsi?<<
No właśnie. Te plany do planów. Jeśli dziś jest wtorek, to jesteśmy w Neapolu.
A pamietam wyjazd z Barcelony do Port Lligat, żeby obejrzeć dom, w ktorym tworzyl Dali. I muzeum było właśnie zamkniete w ten dzień. Wiec wybrałem się do Andorry, gdzie noc spedziłem w samochodzie na przełęczy prowadzącej do Francji. Rano pojechałem z powrotem do Port Lligat. Po zwiedzeniu muzeum wróciłem do Barcy, gdzie odbywała się konferencja, na której oficjalnie miałem sie nudzić. No i jaka zorganizowana wycieczka dała by mi tyle wrażeń?
Ojciec Lesiotr (6102 punktów)
> chodzi tylko o to, aby być w drodze, być gdzie indziej - bez żadnego
>zamiaru czy celu. Ci nowi turyści nie chcą nikogo poznać, niczego szczególnego dowiedzieć się,

Czytałem Lapidarium i trochę dziwiłem się, że Kapuściński nie może zrozumieć tych "bezplanowych turystów". Gdzie indziej przecież opisywał i rozumiał Afrykanów, którzy czekając na coś (np. na autobus) przez cały dzień po prostu kucali i zapadali w rodzaj letargu. A przecież mogliby robić coś sensownego i planowego (po europejsku rozumując): zwiedzić okolicę, poczytać książkę, narysować coś na piasku, poznawać innych ludzi...

Zawsze trudno jest zrozumieć ludzi postępujących inaczej niż my sami.
Bezplanowa turystyka to może być zarówno to, co opisał darkside; albo też zwykły urlopowy wyjazd typu "w Polsce jest za drogo, a Marokiem się można pochwalić znajomym i będą zazdrościć".
Ja również zupełnie nie jestem zainteresowany "poznawaniem nowych ludzi w egzotycznych miejscach", bo zwyczajnie mam trudności w nawiązywaniu przygodnych znajomości. Wolę przyrodę i wiejskie drogi. Monumentalne budowle są ciekawe, rzucę na nie chętnie okiem, ale to rozlatująca się wiejska chata zachwyci mnie tak, że mogę chodzić naokoło niej przez godzinę.
Ale rzeczywiście na krawędzi bezsensu są dla mnie wyprawy typu "prucie motocyklami przez Afrykę przez dwa tygodnie i dziesięć krajów, patrząc tylko na drogę przed przednim kołem, żeby zdążyć na statek, na który mamy wykupiony bilet"


W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
23-03-2014 15:01 
 0 na 2
Wilhelm Wokulski (215 punktów)
(zablokowany)
Ci nowi turyści nie chcą nikogo poznać, niczego szczególnego dowiedzieć się, chcą po prostu być np. w Indiach, albo w Argentynie, albo w Maroku - i już, i tyle.
>Czytałem Lapidarium i trochę dziwiłem się, że Kapuściński nie może zrozumieć tych "bezplanowych turystów".
Nie chodzi o podróż bez planu, czyli wędrówkę, ale o coś, co właściwie podróżą już nie jest, co jest tylko przemieszczaniem się z punktu A do punktu B. Taki wałęsa strzeli sobie fotkę przy penisie jakiegoś boga w Indiach i poleci do Argentyny zaliczyć dziwkę na plaży Mar del Plata. I tyle. I nic więcej.
23-03-2014 17:43 
 Ocena 1 na 1
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
Czyli tutaj celem nie jest wędrówka, zobaczenie, doświadczenie, nawet zaliczenie dla odhaczenia kolejnego punktu? Coś tam takiemu piźnie do głowy, wybór miejsca jest właściwie przypadkiem, ot jakiś impuls, nic specjalnego się od tego miejsca nie chce, a samo podróżowanie też nic w sumie nie znaczy. Jest tylko przemieszczaniem się do obranego punktu. Bez większego celu. A za chwilę kolejny punkt.

No to spróbujmy to rozebrać. Co to za ludzie? Powinni mieć sporo pieniędzy, dużo wolnego czasu i mało zobowiązań. Na zachodzie pewnie jest całkiem sporo takich osób. Tylko po co jeżdżą po świecie, jak niczego właściwie od tych miejsc i od samego podróżowania nie oczekują? Nawet nie chodzi im już o to, żeby pobyć z kumplami, upić się czy zabawić. Narzuca mi się nietzscheański "ostatni człowiek". Czyli taki, który właściwie nic już nie musi, niczego nie potrzebuje i niczego nawet nie umie chcieć. Oduczył się "chodzić". Totalne zgnuśnienie. Jego umysł nie jest w stanie się już na niczym zafiksować. Żadnej poruszającej treści i narracji. Nic go nie rusza i nie wzrusza. Nic specjalnie nie ciekawi. Wykluł się, pobiera energię, kopuluje, zniknie. Wszystko. Ale jest i coś z tym trzeba zrobić, bo samo siedzenie w swoim małym i beznadziejnie beznamiętnym świecie w końcu zaczyna uwierać, męczyć, drażnić. To już lepiej się przemieszczać, żeby łagodniej znieść swoje bycie. Choć niczego się od tych miejsc nie oczekuje. Bo się tego nie umie. Ale jest jakaś zmiana, ruch, cokolwiek. Zawsze to lepsze niż całkowicie ukamienowana i zastygła codzienność. Zawsze jakieś zadanie do wykonania. Cokolwiek. To "lepsze" niż jakieś zainteresowania, którym trzeba poświęcić uwagę i energię, bo to jest jakiś wysiłek, jakaś umysłowa praca. To już lepiej i łatwiej na lotnisko. Może to taki sposób rozpraszania naturalnej, zawsze obecnej i wzrastającej, popędowej energii? Bo nic nierobienie kończy się nudą, rozdrażnieniem, w końcu frustracją. Wtedy trzeba coś zrobić. Na przykład gdzieś się udać. Choćby bez specjalnego celu.
Wilhelm Wokulski (215 punktów)
(zablokowany)
> To już lepiej się przemieszczać, żeby łagodniej znieść swoje bycie. Choć niczego się od tych miejsc nie oczekuje. Bo się tego nie umie. Ale jest jakaś zmiana, ruch, cokolwiek. Zawsze to lepsze niż całkowicie ukamienowana i zastygła codzienność.
Może ten ruch fizyczny i zmiana krajobrazu to jakaś namiastka, substytut duchowej przemiany?
23-03-2014 21:36 
 Ocena 1 na 1
panTeista (6808 punktów)
>to jakaś namiastka, substytut duchowej przemiany?

Przemiany z człowieka odbierającego świat jakim jest, w człowieka żyjącego w świecie duchowym czyli wyimaginowanym? Czy na odwrót?
O jakiej przemianie duchowej piszesz?


Nadzieją na deklerykalizację Polski są wybory i Twój Ruch
24-03-2014 08:10 
 Ocena 4 na 4
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>Może ten ruch fizyczny i zmiana krajobrazu to jakaś namiastka, substytut duchowej przemiany?

Jest to raczej fizjologiczna zmiana w organizmie przynosząca ulgę pod postacią redukcji napięcia/gratyfikacji hormonalnej do układu nagrody. I tyle. Coś jak masturbacja, która jest tylko czynnością fizjologiczną prowadzącą do zdjęcia napięcia, a nie substytutem miłości. To ostatnie, to już raczej będą mieli ci podróżujący z celem. "Duchowa" przemiana to chyba w tym przypadku za dużo powiedziane. To raczej tylko regulacja. Nagła, radykalna zmiana miejsca/otoczenia/klimatu/barw/zapachów/języka/dźwięków, jak sądzę, mogłaby skutecznie redukować napięcie wynikające ze znudzonego zasiedzenia w jednym miejscu, z którym niewiele już można/umie się zrobić.
Nie chodziłoby tu zatem o doświadczenie, ale o fizjologiczną zmianę. Coś zamiast wyjścia na spacer z psem, pobiegania, bo tego typu rzeczy kolejno odpadają. Bo nie działają/nie chce się/za trudne/bez sensu.
Irracja (4721 punktów)
>   Ale, jak pisze Dariusz Czaja w swojej książce o świeckiej pielgrzymce: "Każda podróż zaczyna się przecież od oczekiwania, od jakiejś wizji tego, co chcemy zobaczyć, co poznać chcemy".

... i to jest właśnie dość tragiczne podejście do turystyki, takie "dorożkarskie klapki na oczy" i pęd do określonego celu. Często pomijając po drodze naprawdę wiele cudownych miejsc i doznań...

>Czy można więc mówić o syndromie turysty, o chorobie współczesności, która objawia się tym, że człowiek niczego nie szuka, do niczego nie dąży, przemieszcza się tylko z miejsca.

... ależ taki człowiek szuka. Szuka nowych, nieznanych jeszcze innym wrażeń, widoków, miejsc, itp. Gdyby nie takie (wydawałoby się) "bezcelowe wałęsanie", to do dziś nie poznalibyśmy, nie odkryliśmy by wielu zabytków, pomników natury, itd...

>A bez żadnych oczekiwań na to, co nadaje wartość podróżom?

... jedną z podstawowych wartości podróżowania jest poznawanie. I nie ważne czy jest to poznanie czegoś co jest znane i sławne ( i napychanie, przy okazji, kieszeni tym którzy przywłaszczyli sobie prawo do tego)- czy też oczekiwanie, że pozna się coś nieznanego, unikalnego, coś nieznanego jeszcze nikomu (lub znanego tylko nielicznym). A przy okazji - każda droga jest trochę inna, każdy skrawek nieba jest trochę inny, etc. (nie mówiąc już o poznaniu siebie samego i towarzyszy podróży) - a poznanie tego, emocje z tym związane też mają swoją wartość....

>Jak nazwać ten nowy trend?

... turystyką poznawczo-odkrywczą? Na pewno turystyką dla uboższych, bo choć też wymaga przygotowania i pieniędzy, to na pewno dużo mniej niż w przypadku miejsc do których zmierza cała rzesza turystów.


... nauka jest nienawistna teizmowi, gdyż prowadzi do deizmu. A ten wyklucza wpływ "Boga i kleru" na życie doczesne...
Wilhelm Wokulski (215 punktów)
(zablokowany)
>... jedną z podstawowych wartości podróżowania jest poznawanie.
Tak, ale niestety jest coraz więcej turystów, którzy "nie chcą nikogo poznać, niczego szczególnego dowiedzieć się".
25-03-2014 14:26 
 Ocena 1 na 1
Barbiel (1106 punktów)
>Tak, ale niestety jest coraz więcej turystów, którzy "nie chcą nikogo poznać, niczego szczególnego dowiedzieć się".
Problem z tym wątkiem jest taki, że za mało wiemy o tych turystach. Na podstawie kilku cytatów nie wiadmo, o co tym ludziom chodzi.
Możemy tylko zgadywać.
Podejrzewam, że większość osób pisze tu nie na temat i nic dziwnego, bo nie wiadomo o czym ten temat konkretnie jest.
Dobrze byłoby gdybyś zamieścił więcej materiału, jakieś linki, wywiady.
Książka nie jest dobrym pomysłem, bo nikt tu nie będzie jej czytał.
Piszesz "nie chcą nikogo poznać" ale nie wiadomo czy oni sami tak twierdzą i czy nie udają, czy ktoś inny tak o nich myśli i na jakiej podstawie.
"Niczego szczególnego dowiedzieć się" to nie znaczy w ogóle niczego, więc może czegoś chcą tylko nie wiemy czego.
I co mamy o tym myśleć?

Nie czepiałbym się, ale skoro zjawisko jest dość powszechne i nowe to myślę, że warto je zgłębić.
Interesuje mnie turystyka, jeśli pojawił się jakiś nowy trend to chyba warto się z nim zapoznać.
31-03-2014 11:28 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
>>Tak, ale niestety jest coraz więcej turystów, którzy "nie chcą nikogo poznać, niczego szczególnego dowiedzieć się".

... ależ oni chcą kogoś poznać, chcą się czegoś szczególnego dowiedzieć. Problem z nimi jest ten, że nie szukają jeszcze jednego, znanego wszystkim człowieka - oni szukają kogoś kto by ich zafascynował nową postawą, nowym stylem, czymś jeszcze nieznanym. Szukają nowych ludzi, nowych miejsc, itp, które odbiegają od dotychczasowych kanonów wybierania i szukania - ludzi i miejsc - wartych poznania i odwiedzenia. Szukają nowego spojrzenia, nowych odczuć, wszystkiego czego jeszcze inni ludzie nie ujrzeli, nie odczuli, nie poznali. Nie są jak np. "poszukiwacze złota", którzy poszukują nowych złóż złota. Raczej jak badacze którzy poszukują nowych minerałów (ich złóż i miejsc występowania), nieznanych jeszcze innym ludziom...


... nauka jest nienawistna teizmowi, gdyż prowadzi do deizmu. A ten wyklucza wpływ "Boga i kleru" na życie doczesne...
Wilhelm Wokulski (215 punktów)
(zablokowany)
>>>Tak, ale niestety jest coraz więcej turystów, którzy "nie chcą nikogo poznać, niczego szczególnego dowiedzieć się".
>... ależ oni chcą
Że są tacy, którzy chcą to ja wiem. Ale mówimy o tych, którzy nie chcą.

Wróć do listy wątków działu O wszystkim i o niczym
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365