Nie mam nic wspólnego z żadną religią. Uważam, że branie na poważnie Biblii i innych modnych starych książek to przejaw desperacji (albo po prostu głupoty). Bóg osobowy wydaje mi się zbyt ludzki aby mógł istnieć, zresztą czym są ludzie jak nie bardziej "zorientowanymi" małpami. Staram się budować mój światopogląd używając obiektywizmu, odrzucając wszelkie dogmaty i jakąkolwiek religijność, ale... no właśnie, czy aby na pewno jestem ateistą? Dwa dni temu Ziemia była płaska a wszystkie ciała niebieskie kręciły się wokół niej, nie myślano wiele na temat prędkości światła. Wczoraj Ziemia stała się elipsoidą a światło było nie do prześcignięcia. Dziś już jest (neutrino), no chyba, że nie jestem na bieżąco. Ateiści często mówią "żadna siła sprawcza nie stworzyła Wszechświata no bo niby jak sama powstała". Wszechświat może powstać z niczego, ale siła sprawcza (Kreacja? Coś?) już nie  Duszy nie ma. Mózg tworzy rzeczywistość wewnątrz a po jego śmierci świadomość zanika. Jednak czy możemy wykluczyć pewną... bezwzględną duchowość? Istnienie ducha? Reinkarnację? Istnienie innych sił? Celu życia (np. rozwój na poziomie duchowym)? Tak naprawdę - nie (choćby wg. realizmu zależnego od modelu, ale wiem, równie dobrze mogę stwierdzić, że różowy jednorożec mieszka na marsie) . Tak więc, czy dla człowieka XXI wieku najlepszym rozwiązaniem nie byłoby myślenie neutralne? Zachowanie krytycyzmu z nutką pokory  P.S. Nie wrzucajcie mnie do worka z napisem New Age. To co napisałem to tylko spekulacje. |