Polityka i politycy stali się nudni. Śmiertelnie nudni.
Nie trawię widoku gęb prezydentów, żywych i półżywych, premierów, posłów, posłanek, wójtów, sołtysów i ministrów. Mam obstrukcję po debatach, sraczkę po sejmowych mowach. Może mam już raka? Wiem: nie da się bez polityki żyć. Chodzi więc o zminimalizowanie kontaktu z tym parszywym tworem. Zredukowania go do niezbędnego, koniecznego minimum.
Kiedy chcę, powiedzmy, jutro skoczyć do Krakowa, interesuje mnie oczywiście, jaka będzie pogoda w grodzie sarkofagu Kaczyńskiego. Rzucam okiem na jakiś portal internetowy:
15/8°C
i wszystko jest jasne, w ułamku sekundy. Reszta dzieje się automatycznie: parasol (lub nie), kalesony (lub nie), gumofilce (lub nie), okulary przeciwsłoneczne (lub nie), itd. Kiedy zaś chcę dowiedzieć się, co piszczy w polityce, straszą mnie długie artykuły, znane gaduły, ględzioły, komentarze, komentarze do komentarzy, blogi, smogi, ekspertyzy, eksperci, analitycy, schizofrenicy.
Czy nie można by tej mowy skrócić do powszechnie zrozumiałego języka piktogramów? Takiego, jakim opisujemy pogodę, jaki prowadzi nas do WC i z powrotem, do kasy , po bagaż czy wyjścia bezpieczeństwa? Zamiast wywodów i retorycznych wzwodów miałbym przejrzyste rysuneczki: rząd i opozycja grają w kulki, NN leci (w h***), XX odleciał, ZZ zszedł, fragmenty samolotu x piktogram trumienek, biało-czerwona łezka, itd., itp. Kilkoma rzutami oka można by ogarnąć polityczną scenę, bez zbędnych ceregieli, rytuałów. Symbol słońca znaczyłby po prostu: nihil novum sub sole.
Gra w kulki rządu z opozycją (projekt)
Czy języka polityki, podobnie jak języka o pogodzie, nie da się zredukować do prostego, wizualnego języka kilkunastu znaków?
Jak w języku piktogramów wyglądałaby historia Polski?
Teoria ewolucji?
Czego nie można narysować, tego nie warto opisywać.