Racjonalista - Strona głównaDo treści
ziwązek ateisty/ateistki i katolika/katoliczki

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
10-04-2011 13:31larwa żaby (17 punktów)ziwązek ateisty/ateistki i katolika/katoliczki
Ocena 1 na 1
Witam.
Ostatnio w moim życiu stało się coś pięknego - zakochałem się . Ale w życiu jak to w życiu, "ni ma letko". Oto mój problem:
Mam wspaniałą, bardzo wierzącą dziewczynę. Jesteśmy ze sobą krótko, jakieś 2 miesiące. Pochodzimy z podobnych środowisk - ona dorastała w małym miasteczku i jest bardzo wierząca, ja wychowywałem się na wsi - oczywiście w katolickiej rodzinie, co niedziela do kościoła itd. Jednak ostatecznie jak mówi mój tata "pomieszało mi się coś" i obecnie jestem wzorowym ateistą. I właśnie. Moja dziewczyna zaczęła myśleć o przyszłości, co jak można się domyślić, nie przyniosło nic dobrego. Ja mimo, że napisałem wcześniej, że jestem wzorowym ateistą, nie jestem jakimś zapaleńcem, czy "jednym z walczących". Religia nie ma dla mnie żadnego znaczenia i jedyne działania jakie jestem w stanie podjąć to takie, by nie sprawiała mi ona problemów, (poza tym jeśli dobrze pójdzie za 3,5 roku dostanę dyplom lekarza, więc choćby dlatego wyznanie nie może mieć dla mnie żadnego znaczenia). Wiedząc więc jakie ma ona [religia] dla niej znaczenie jestem w stanie zgodzić się na bardzo dużo. Mogę chodzić z nią do kościoła co niedzielę, przechodząc do owej daleko idącej "przyszłości", mogę wziąć ślub kościelny (oficjalnie wciąż jestem wybierzmowanym katolikiem), mogę ochrzcić swoje dzieci, obchodzić wszystkie katolickie święta i nie będzie mi to przeszkadzać i mogę być szczęśliwy. Ale dla niej to i tak za mało bo ja "muszę uwierzyć, albo nie będzie dla nas przyszłości" a to jedyne czego nie potrafię. Tracić coś tak pięknego z powodu religii jest dla mnie nie do pomyślenia. Mimo to, jest to dla mnie sytuacja bardzo ciężka. Chociaż nasz związek jest bardzo krótki nie chciałbym, żeby się rozpadł bo jest to bardzo piękna, wartościowa dziewczyna, inteligentna z poczuciem humoru (długo by tu jeszcze wymieniać), z którą jestem i mógłbym być nadal szczęśliwy.
I mimo, że ciągle powtarza mi, że mnie kocha (co oczywiście odwzajemniam), że jestem wspaniałym człowiekiem nie jest w stanie mnie zaakceptować "na dłuższą metę", gdyż jak już wcześniej zaznaczyłem, wiara jest dla niej priorytetem. Właściwie to już prawie ultimatum z jej strony.
Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

10-04-2011 13:56
 Ocena 16 na 16
KarolG (2892 punktów)
>I mimo, że ciągle powtarza mi, że mnie kocha (co oczywiście odwzajemniam), że jestem wspaniałym człowiekiem nie jest w stanie mnie zaakceptować "na dłuższą metę", gdyż jak już wcześniej zaznaczyłem, wiara jest dla niej priorytetem. Właściwie to już prawie ultimatum z jej strony.
>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Współczuję.
Niestety mam wrażenie, że to tylko przedsmak przyszłych problemów. Zastanów się o czym będziecie rozmawiać za parę lat gdy zakochanie już przeminie, gdy hormony już nie będą Cię wspierać? Czy będziesz w stanie znieść jej system wartości, który już wpływa negatywnie na Wasz związek? Czy zaakceptujesz to, że tylko Ty jesteś masz ustępować, a ona ani trochę? Czy zaakceptujesz to, że nie będziesz mógł wychowywać swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami? Czy zaakceptujesz to, że zawsze coś innego będzie dla niej ważniejsze niż Ty?
Myślę, że możesz zadać sobie więcej tego typu pytań. Żeby związek przetrwał musisz odpowiedzieć na nie wszystkie twierdząco.

Thank God, I'm an atheist
10-04-2011 14:18 
 Ocena 5 na 5
farmer (22440 punktów)
Ileż to kumpli przepadło po ślubie....nie spiesz się.
tomekhuta (1 punktów)
>>I mimo, że ciągle powtarza mi, że mnie kocha (co oczywiście odwzajemniam), że jestem wspaniałym człowiekiem nie jest w stanie mnie zaakceptować "na dłuższą metę", gdyż jak już wcześniej zaznaczyłem, wiara jest dla niej priorytetem. Właściwie to już prawie ultimatum z jej strony.
>>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
>Współczuję.
>Niestety mam wrażenie, że to tylko przedsmak przyszłych problemów. Zastanów się o czym będziecie rozmawiać za parę lat gdy zakochanie już przeminie, gdy hormony już nie będą Cię wspierać? Czy będziesz w stanie znieść jej system wartości, który już wpływa negatywnie na Wasz związek? Czy zaakceptujesz to, że tylko Ty jesteś masz ustępować, a ona ani trochę? Czy zaakceptujesz to, że nie będziesz mógł wychowywać swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami? Czy zaakceptujesz to, że zawsze coś innego będzie dla niej ważniejsze niż Ty?
>Myślę, że możesz zadać sobie więcej tego typu pytań. Żeby związek przetrwał musisz odpowiedzieć na nie wszystkie twierdząco.
>
Thank God, I'm an atheist

Ja też jestem ateistą,ale nie wykluczam istnienia Boga.Mnie po prostu religia nie przeszkadza,ani katolicy.Póki sobie żyją spokojnie,bez siłowego,nachalnego przekonywania innych,to jest wszystko ok.Nikt w wolnym kraju,nie powinien wywierać presji na nikogo.Dla mnie istnieje tylko dialog,a nie rozwiązania siłowe,czy poprzez ograniczenia praw i wolności
18-04-2011 07:50 
 Ocena 7 na 7
Meretseger (61860 punktów)

>Ja też jestem ateistą, ale nie wykluczam istnienia Boga.
Dziwny ateizm...
Wycinaj niepotrzebne cytowanie poprzedników. I stawiaj spację po znakach przestankowych, będzie łatwiej czytać.


Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
10-04-2011 14:03
 Ocena 21 na 21
Arystyp z Cyreny (6368 punktów)
Rzucić. Tego kwiatu jest pół światu. Mówię z autopsji. Nie ma co się męczyć w związku z katoliczką ekstremistką. Jeśli chce żebyś się modlił i wierzył w Boga to pół biedy, gorzej jak zacznie z łóżka wyrzucać prezerwatywy, bo ją to obraża albo w ogóle zamknie nogi na kłódkę bo seks to tylko po ślubie, bo ważne jest żeby był w tym Jezus. Ja przeżyłem takie ultimatum i szczerze powiedziawszy wizja takiego trójkąta była dla mnie zbyt odpychająca.

>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!

Bądź mężczyzną!

Chyba że kręcą Cię takie metafizyczne trójkąty, jakkolwiek po Twojej wypowiedzi jestem przekonany, że nie.


"Mądrość jest dobrem, aczkolwiek jest pożądana nie sama dla siebie, ale z uwagi na konsekwencje"
11-04-2011 22:49 
 Ocena 2 na 2
Bill Kilgore (3086 punktów)
(zablokowany)
>Rzucić. Tego kwiatu jest pół światu.

A trzy czwarte ch..a warte.

>Mówię z autopsji.

Łączę się w bólu.

Fabricati Diem, Pvnc!
10-04-2011 14:04
 Ocena 18 na 18
diogenes (42753 punktów)
>CO JA MAM ZROBIĆ?!

Zastąpić jej Jezusa.


Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
11-04-2011 22:45 
 Ocena 1 na 1
Bill Kilgore (3086 punktów)
(zablokowany)
>Zastąpić jej Jezusa.

Była taka świetna piosenka...

www.youtube.com/watch?v=V0LSO-dtsxo


Fabricati Diem, Pvnc!
Matix (5786 punktów)
Ucz się na cudzych błędach. Mogę Cię kolego zapewnić, że najwięcej nieudanych związków to niezgodność w poglądach. Ludzie zamiast dopatrywać się u drugiej osoby podobieństw w sprawach ważnych zwracają uwagę na drobnostki. Oczywiście zawsze są wyjątki. Znam związek w którym facet już ojciec ukrywa przed żoną, że jest niewierzący i dobrze im się żyje. (jemu też) Także jak widać można dobrze sobie żyć w kłamstwie.
bafiozo (717 punktów)
Byłem w podobnej sytuacji. Przez wile dni ustępowałem i godziłem się na tzw. kompromis. Doszedłem jednak do wniosku, że jeżeli druga połówka nie akceptuje mojego ateizmu, to trochę tak, jakby nie akceptowała mnie w ogóle. Wątpię, żeby można było stworzyć trwały i szczęśliwy związek z osobą, która zamiast akceptacji swojego partnera, chce mu narzucić swój światopogląd i na dodatek w tym celu stosuje rodzaj szantażu. Myślę, że poza miłością najważniejsze w związku są obopólny szacunek i zrozumienie. Jeśli na starcie pojawiają się tego typu problemy, to moim zdaniem nie zbyt dobrze to wróży na przyszłość. Mimo wszystko życzę powodzenia.
rysiek (4593 punktów)
Dobry przykład problemów które stwarza wiara religijna. Trudno przewidzieć jak rozwinie się sytuacja.

Z postu wynika że tylko Ty chcesz pójść na wszelkie możliwe ustępstwa (chyba że potrafisz jeszcze uwierzyć na żądanie). Twoja partnerka nie przewiduje takich ustępstw, tym samym jasno oświadcza co wybierze i co jest dla niej najważniejsze.

Nie lubię dawać takich rad, ale jeśli jeszcze nie jest za późno, może spróbuj rozluźnić wasz związek. Jeśli wtedy okaże się że bycie z Tobą nie jest dla niej warte ustępstw, to raczej nie widzę dobrej przyszłości dla takiego związku.

Faktycznie, jak tu już ktoś napisał, byłby to swoisty trójkąt małżeński.
10-04-2011 21:59 
 Ocena 2 na 2
sztejkat (4743 punktów)
>>(...)(chyba że potrafisz jeszcze uwierzyć na żądanie).(...)

Nie ma żadnych granic w praniu mózgu. Samemu też można sobie wyprać. To nie jest takie trudne. Spróbuj.... ale będziesz potem żałować

Bardziej serio: jeśli larwa żaby nie zacznie z powrotem wierzyć a partnerce rzeczywiście zależy na tym do tego stopnia, że jego niewiara sprawia jej cierpienie (w domyśle: bo wie, że czeka go wieczne potępienie), to ma przewalone. Koniec kropka. Udawanie wiary też nie wchodzi w grę - jak każde kłamstwo udawanie ma krótkie nogi i prędzej czy później okaże się, że trzeba za kłamstwo zapłacić. Albo on, pogrążając się w czymś, czego nie lubi, albo ona, wiedząc lub podejrzewając go o oszustwo w tak ważnej sprawie.

Niestety, miłość nie wszystko potrafi pokonać - to tylko mit, niezmiernie powszechny w naszej kulturze. Nie wszystkie różnice da się zniwelować, nie we wszystkim można się dogadać. Czym innym jest utrzymywanie właściwych stosunków a czym innym - życie razem w miłości. O dziwo, gdy kochasz wiele rzeczy nieważnych wcześniej nabiera niezmiernie istotnego znaczenia. Ktoś obcy się na cię obrazi - a co tam. Obrazi się ukochana - katastrofa. I tak dalej, i tak dalej. Im bardziej nam na kimś zależy, tym bardziej liczymy się nie tylko z jego zdaniem ale i z własnymi urojeniami na temat reakcji ukochanej osoby.

Głupie to i smutne za razem. Choć bywa piękne. Nic to, czas płynie, trza nam zbierać dobre wspomnienia.

>(...)Jeśli wtedy okaże się że bycie z Tobą nie jest dla niej warte ustępstw, to raczej nie widzę dobrej przyszłości dla takiego związku.(...)

Nie wszystko jest kwestią "gry handlowej".

Załóżmy przez chwilę, że spotykasz się z dziewczyną, która.... no właśnie - popełnia równie wielką głupotę jak larwa i niszczy swoje szanse na przyszłość. Ja wiem, może codziennie wyrywa sobie po zębie? Albo robi sprint przez rondo dla przetestowania refleksu? (A może chodzi do kościoła i robi sobie wodę z mózgu ) Coś niedorzecznie głupiego, coś, o czym każdy wie że robić tego nie wolno. Dla osób wierzących odrzucenie Boga (celowo piszę z dużej litery) jest głupotą i celowym, dobrowolnym skazaniem siebie na wieczne cierpienie. Ba, nie tylko siebie - bo także ci, którzy ten stan będą tolerować dostaną rykoszetem!

Załóżmy więc, że zakochałeś się w takiej dziewczynie, ale jak nie przestanie codziennie puszczać się sprintem między pędzące auta to przyszłości razem nie widzisz. Bo przede wszystkim za dużo stresu!

Czy jest tu miejsce na handel? Czy dla tego by z nią być zrezygnujesz z nacisków by zaprzestała tak niesamowicie niebezpiecznej (i głupiej) zabawy? Pozwolisz jej się zabijać?

Dla wielu religia jest sprawą drugo lub trzecio-rzędną. Czasem tylko kwestią fasady. Czasem tradycji. Czasem roboczą hipotezą wedle której się żyje, ot tak po prostu.

Jednak dla niektórych jest ona i stojacy za nią Bóg sprawą podstawową. Jeżeli larwa trafił właśnie na taką osobę.... to to co piszę powyżej powinno dobrze pasować do Jego sytuacji.

Pozdrawiam,

Tomasz Sztejka
17-04-2011 20:48 
 Ocena-1 na 1
tomekhuta (1 punktów)
>>>(...)(chyba że potrafisz jeszcze uwierzyć na żądanie).(...)
>Nie ma żadnych granic w praniu mózgu. Samemu też można sobie wyprać. To nie jest takie trudne. Spróbuj.... ale będziesz potem żałować
>Bardziej serio: jeśli larwa żaby nie zacznie z powrotem wierzyć a partnerce rzeczywiście zależy na tym do tego stopnia, że jego niewiara sprawia jej cierpienie (w domyśle: bo wie, że czeka go wieczne potępienie), to ma przewalone. Koniec kropka. Udawanie wiary też nie wchodzi w grę - jak każde kłamstwo udawanie ma krótkie nogi i prędzej czy później okaże się, że trzeba za kłamstwo zapłacić. Albo on, pogrążając się w czymś, czego nie lubi, albo ona, wiedząc lub podejrzewając go o oszustwo w tak ważnej sprawie.
>Niestety, miłość nie wszystko potrafi pokonać - to tylko mit, niezmiernie powszechny w naszej kulturze. Nie wszystkie różnice da się zniwelować, nie we wszystkim można się dogadać. Czym innym jest utrzymywanie właściwych stosunków a czym innym - życie razem w miłości. O dziwo, gdy kochasz wiele rzeczy nieważnych wcześniej nabiera niezmiernie istotnego znaczenia. Ktoś obcy się na cię obrazi - a co tam. Obrazi się ukochana - katastrofa. I tak dalej, i tak dalej. Im bardziej nam na kimś zależy, tym bardziej liczymy się nie tylko z jego zdaniem ale i z własnymi urojeniami na temat reakcji ukochanej osoby.
>Głupie to i smutne za razem. Choć bywa piękne. Nic to, czas płynie, trza nam zbierać dobre wspomnienia.
>>(...)Jeśli wtedy okaże się że bycie z Tobą nie jest dla niej warte ustępstw, to raczej nie widzę dobrej przyszłości dla takiego związku.(...)
>Nie wszystko jest kwestią "gry handlowej".
>Załóżmy przez chwilę, że spotykasz się z dziewczyną, która.... no właśnie - popełnia równie wielką głupotę jak larwa i niszczy swoje szanse na przyszłość. Ja wiem, może codziennie wyrywa sobie po zębie? Albo robi sprint przez rondo dla przetestowania refleksu? (A może chodzi do kościoła i robi sobie wodę z mózgu ) Coś niedorzecznie głupiego, coś, o czym każdy wie że robić tego nie wolno. Dla osób wierzących odrzucenie Boga (celowo piszę z dużej litery) jest głupotą i celowym, dobrowolnym skazaniem siebie na wieczne cierpienie. Ba, nie tylko siebie - bo także ci, którzy ten stan będą tolerować dostaną rykoszetem!
>Załóżmy więc, że zakochałeś się w takiej dziewczynie, ale jak nie przestanie codziennie puszczać się sprintem między pędzące auta to przyszłości razem nie widzisz. Bo przede wszystkim za dużo stresu!
>Czy jest tu miejsce na handel? Czy dla tego by z nią być zrezygnujesz z nacisków by zaprzestała tak niesamowicie niebezpiecznej (i głupiej) zabawy? Pozwolisz jej się zabijać?
>Dla wielu religia jest sprawą drugo lub trzecio-rzędną. Czasem tylko kwestią fasady. Czasem tradycji. Czasem roboczą hipotezą wedle której się żyje, ot tak po prostu.
>Jednak dla niektórych jest ona i stojacy za nią Bóg sprawą podstawową. Jeżeli larwa trafił właśnie na taką osobę.... to to co piszę powyżej powinno dobrze pasować do Jego sytuacji.
>Pozdrawiam,
>
Tomasz Sztejka

FAKTYCZNIE,MASZ RACJE.JA TEŻ MAM IDENTYCZNE ZDANIE.POZDRAWIAM
17-04-2011 20:58 
 Ocena 2 na 2
Alicja Duda (25557 punktów)
Należy wycinać niepotrzebne cytowanie poprzedników.

Zmień politykę, głosuj na kobiety.
Marszalik (733 punktów)
Kim jest ta wspaniała dziewczyna, skoro nie potrafi zaakceptować twoich poglądów? Dla mnie to główne kryterium w dobieraniu sobie partnera.
sceptymucha (moderator, 11470 punktów)

>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Czekać spokojnie i nie podejmować tej kwestii.

Pozdrawiam

Karp żyje, więc ma prawo do życia! Nie naruszajcie tego prawa!
10-04-2011 15:09
 Ocena 17 na 17
perun (8610 punktów)

>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Użyj jej wiary .Powiedz , że jeśli chce byc dobra katoliczką to powinna postepować tak jak bóg w bibli nakazuje kobiecie, o św Pawle też możesz wspomnieć .Kobieta ma być posluszna mężowi , ma byc cicha i pokornego serca i że to grzech sprzeciwiać sie swojemu meżczyżnie . Aaaaa i ,że to mężczyzna decyduje co robi kobieta , a nie na odwrót . Odeślij ja do bibli , niech sie uczy pokory wobec Ciebie
Meretseger (61860 punktów)
Po 2 miesiącach nie ma co jeszcze planować przyszłości. Coś mi się zdaje, że nie będzie ona usłana różami. Początek nie jest zachęcający, potem może być gorzej.
Jedyne, co mogę Ci doradzić, to żebyś bardzo dokładnie przemyślał decyzję co do przyszłości, odkładając ją na później. Masz jeszcze czas.

Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
Cudofix (138 punktów)
Nie zapominaj, że są jeszcze teściowie. Oni pewnie też Tobie spokojnie nie dadzą nie wierzyć. Być może nawet nie zgodzą się na ślub.
Warto tutaj przy okazji sprawdzić czy twoja wybranka jest niezależna psychicznie od swoich rodziców. Bo wtedy dopiero jest tragedia, gdy córeczka robi zawsze to co mamusia i tatuś każą, a zdanie męża jest zupełnie dla niej nieważne.
prof. Grabowska (8446 punktów)
(zablokowany)
> ciągle powtarza mi, że mnie kocha
No tak, ale jest jeszcze Ten trzeci między wami, niejaki Jezus Chrystus.
> Mogę chodzić z nią do kościoła co niedzielę, , mogę wziąć ślub kościelny , mogę ochrzcić swoje dzieci, obchodzić wszystkie katolickie święta i nie będzie mi to przeszkadzać.
No to jeszcze uwierz, albo twierdź, że wierzysz. Przecież nie będzie wiedziała co tak naprawdę myślisz. A jednocześnie kup "Boga urojonego" i zostaw niby to przypadkiem na nocnym stoliku. Może Twoja "przyszła" się zainteresuje i Bóg da zostanie też ateistką.

Wszystko ma swój początek i koniec.
neurosurgery (2484 punktów)
>Ale dla niej to i tak za mało bo ja "muszę uwierzyć, albo nie będzie dla nas przyszłości"

"Tam, gdzie jest miłość, nie ma narzucania drugiej osobie swojej woli." - Albert Einstein
Astrogator (183 punktów)
>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!

Przeczytać: www.forum.wiara.pl/viewtopic.php?f=26&t=27402
Odpowiedzieć sobie na pytanie "Czy chcę przechodzić przez coś podobnego?"
10-04-2011 16:49 
 Ocena 11 na 11
Meretseger (61860 punktów)

>Przeczytać: www.forum.wiara.pl/viewtopic.php?f=26&t=27402
Ja sobie przeczytałam
Gdybym była wierząca, zakrzyknęłam zapewne "Jezus, Maria!!!", bo włosy mi się nieco zjeżyły ze zgrozy. Czy ona naprawdę jest aż tak głupia, że nie rozumie, co się do niej pisze, czy tylko doskonale udaje? W każdym razie ten jej mąż to wyjątkowy człowiek.

Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
10-04-2011 18:33 
 Ocena 10 na 10
liliac (147340 punktów)
>Ja sobie przeczytałam
>Gdybym była wierząca, zakrzyknęłam zapewne "Jezus, Maria!!!", bo włosy mi się nieco zjeżyły ze zgrozy. Czy ona naprawdę jest aż tak głupia, że nie rozumie, co się do niej pisze, czy tylko doskonale udaje? W każdym razie ten jej mąż to wyjątkowy człowiek.

Ja też przeczytałam - makabryczne. Ale zobacz - jacy ci pozostali forumowicze rozsądni Aż miło czytać (ich), a to przecież religijne forum jest

Edit:
Poprawka. W sumie połowa rozmówców to przecież ateiści są
10-04-2011 19:10 
 Ocena 1 na 1
neurosurgery (2484 punktów)
>Ale zobacz - jacy ci pozostali forumowicze rozsądni

Oni zazwyczaj tacy rozsądni między sobą. Mowa oczywiście o katolikach.
10-04-2011 19:12 
 Ocena 5 na 5
Marszalik (733 punktów)
Właśnie miałem o tym napisać. Jestem w szoku po przeczytaniu tego tematu, ale nie z powodu tej dziwnej kobiety, a dlatego, że jej rozmówcy odnoszą się do ateisty z... szacunkiem! Okazuje się, że jak się chce, to można i nie-wiarę zrozumieć...
10-04-2011 20:13 
 Ocena 3 na 3
Amol (692 punktów)
>>Przeczytać: www.forum.wiara.pl/viewtopic.php?f=26&t=27402
>Ja sobie przeczytałam

Podobała mi się uwaga, że ateista się nawet nie przeżegnał, oraz jadł sobie co chciał w post. Poszanowanie cudzych zasad, raczej nie polega na stosowaniu się do nich.
10-04-2011 20:19 
 Ocena 5 na 5
Alpha Phoenicis (4607 punktów)
@ Tamto forum:
Pytam się jako kobieta: Dlaczego te baby są takie głupie?
A może to tylko dlatego, że ona jest katoliczką? Czy kobiety będące w innych wyznaniach też są tak pokręcone?
Gdyby ona ustąpiła mężowi, to co, spaliłaby się żywcem? Przecież po śmierci i tak zeżrą ją robale, no chyba, że dokona kremacji...
Po prostu żal tyłek ściska...
10-04-2011 22:33 
 0 na 2
Matix (5786 punktów)
>@ Tamto forum:
>Pytam się jako kobieta: Dlaczego te baby są takie głupie?

Bo Korwin ma rację!
17-04-2011 16:14 
 Ocena 2 na 2
perun (8610 punktów)
>@ Tamto forum:
>Pytam się jako kobieta: Dlaczego te baby są takie głupie?
>A może to tylko dlatego, że ona jest katoliczką? Czy kobiety będące w innych wyznaniach też są tak pokręcone?

>Po prostu żal tyłek ściska...
Pomyśl o muzułankach , one sa równie głupie , jesli nie głupsze...potrafią dla swojej chorej religii zabić własną córke , nie wspominając o mniej drastycznych głupotach ...Mozesz sie jednak pocieszyć tym, że głupota religijna nie dotyka tylko kobiet
Manian (950 punktów)
>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Ciężka sprawa, ale to już pewnie wiesz. Trochę szkoda, że Twoja wybranka nie potrafi zaakceptować Twojego światopoglądu. Z tego co piszesz, wnioskuję, że naprawdę Ci na niej zależy, ale wg mnie nie powinieneś zdradzać własnych przekonań ze względu na dziewczynę (zdaję sobie sprawę, że łatwo mi się mówi). Czy aby na pewno jest taka wspaniała, skoro nie stawia warunki dotyczące Twojej wiary? Przecież z dnia na dzień nie zaczniesz wierzyć. Tzn. możesz się oszukiwać, że się nawróciłeś, ale to nie ma sensu na dłuższą metę.

Wg mnie jedyną szansą jest postawienie sprawy jasno. Co to za miłość? Warunkowa, tak to się nazywa. Szczerze współczuję chłopie, ale jeśli w takiej sprawie ulegniesz, to dalej będzie gorzej. Jeśli nie wystarczysz jej taki jaki jesteś to nie wróżę wam szczęśliwego życia.
Rafaela (2059 punktów)
>Ostatnio w moim życiu stało się coś pięknego - zakochałem się .
Gdyby nie słowa wypowiedziane przez Ciebie poniżej napisałabym - Gratuluję

>Jednak ostatecznie jak mówi mój tata "pomieszało mi się coś" i obecnie jestem wzorowym ateistą.
To mimo wszystko dobrze świadczy o nim, bo nie wyklął Cię z rodziny

>Mogę chodzić z nią do kościoła co niedzielę, przechodząc do owej daleko idącej "przyszłości", mogę wziąć ślub kościelny (oficjalnie wciąż jestem wybierzmowanym katolikiem), mogę ochrzcić swoje dzieci, obchodzić wszystkie katolickie święta i nie będzie mi to przeszkadzać i mogę być szczęśliwy.
   Myślisz, że żyjąc w zakłamaniu można być szczęśliwym? Jak będziesz mógł spojrzeć sobie w oczy, gdy Twoja ewentualna żona będzie Waszym czyli i Twoim dzieciom od najmłodszych lat wdrażała, że tylko w wierze jest droga do szczęścia i prawdy? Będzie uczyła je niezrozumiałych formułek przed komunią i opowiadała bajki o Ewie i Adamie? Czy jesteś gotów sprzeniewierzyć własne wartości dla miłości, która wg mnie, kolokwialnie mówiąc, wyjdzie Ci bokiem? Wszyscy będziecie nieszczęśliwi.

>Ale dla niej to i tak za mało bo ja "muszę uwierzyć, albo nie będzie dla nas przyszłości" a to jedyne czego nie potrafię.
   Młody człowieku, opamiętaj się! Jak sadzę jest jeszcze na to czas. Gdyby nie było, nie opisałbyś swojej sytuacji na forum i nie interesowałaby Cię niczyja opinia. Nie ma takiej siły, która sprawi, że będziesz szczęśliwy z osobą, która próbuje ubezwłasnowolnić Twoje poglądy, która nie pozwala Ci myśleć. Jeśli się na to zgodzisz, to znaczy, że stałeś się ślepy i jesteś masochistą. To niesamowite, że można żądać od drugiej osoby zaprzeczenia swojego ja jednocześnie wyznając jej miłość... To nic innego jak nadużycie emocjonalne i kompletna niedojrzałość!

>Tracić coś tak pięknego z powodu religii jest dla mnie nie do pomyślenia.
To nie religia będzie powodem tej straty, ale Twoja dziewczyna! To ona za wszystko ponosi winę, Ty dopiero ponosić będziesz jak się nie opamiętasz.
Jak na razie Twoja wina sprowadza się do tego, że ulokowałeś swoje uczucia w stosunku do niewłaściwej (dla Ciebie) osoby.

>(..) jest to bardzo piękna,
estetyka jest ważna, ale nie najważniejsza, zresztą nie ona jedna jest piękna

>wartościowa dziewczyna, inteligentna
Pewien jesteś, bo wg mnie może to być wątpliwe.

>(...) z którą jestem i mógłbym być nadal szczęśliwy.
Nie oszukuj się, nie będziesz szczęśliwy w związku, w którym będziesz ograniczony w każdej najmniejszej próbie postępowania wbrew partnerce i nie tylko światopoglądowo.
Jeśli nie ma partnerstwa, jeśli nie ma zrozumienia, jeśli jest szantaż jeszcze przed ślubem, to strach pomyśleć co będzie po nim. Człowieku, przyszły lekarzu, otwórz oczy!

>I mimo, że ciągle powtarza mi, że mnie kocha (co oczywiście odwzajemniam), że jestem wspaniałym człowiekiem nie jest w stanie mnie zaakceptować "na dłuższą metę", gdyż jak już wcześniej zaznaczyłem, wiara jest dla niej priorytetem. Właściwie to już prawie ultimatum z jej strony.
Przepraszam za to co powiem - jesteś głupcem! Taka miłość to nie emocje, uczucia to uzurpowanie sobie praw do Ciebie w całości. Takiej 'miłości' oczekujesz? Miłości, w której nie będziesz miał czym oddychać, w której zaczniesz się dusić spętany kajdanami jej wiary?

>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Jakkolwiek głupio to zabrzmi - ODKOCHAĆ SIĘ! To jedynie rozsądne wyjście, Ateisto.

*życie to moja pasja - nie boję się żyć*
10-04-2011 17:14
 Ocena 16 na 16
Fizyk (17637 punktów)
> Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!

Wbrew tej rozpaczy, moja odpowiedź jest prosta: musicie być ze sobą szczerzy. W prawdziwej miłości nie ma miejsca na udawanie. Powinniście zaakceptować swoje różnice światopoglądowe jak i to, że mogą się one zmienić w przyszłości. Może Ty uwierzysz, może ona straci wiarę, ale to prawdopodobnie zajmie lata a nie miesiące.

> Mogę chodzić z nią do kościoła co niedzielę, przechodząc do owej daleko idącej "przyszłości", mogę
> wziąć ślub kościelny (oficjalnie wciąż jestem wybierzmowanym katolikiem), mogę ochrzcić swoje
> dzieci, obchodzić wszystkie katolickie święta i nie będzie mi to przeszkadzać i mogę być szczęśliwy.

Szczerze odradzam. To recepta prowadząca do rozwodu. Chodź do kościoła, tylko jeżeli to Cię naprawdę interesuje. Nie bierz ślubu jako katolik, jeżeli się nim nie czujesz. Weź ślub jako niewierzący przed księdzem, tylko jeżeli wychowywanie Twoich dzieci w wierze katolickiej nie będzie Ci przeszkadzać. Nie módl się na pokaz i nie rób nikomu nadziei, że będziesz to robił przed swoimi dziećmi. No chyba, że na serio uwierzysz w boga katolickiego.

> Ale dla niej to i tak za mało bo ja "muszę uwierzyć, albo nie będzie dla nas przyszłości" a to jedyne czego nie potrafię.

Powiedz jej, że na zawołanie nie da się uwierzyć, ale może kiedyś...

> jest to bardzo piękna, wartościowa dziewczyna, inteligentna...

Skoro inteligentna, to zrozumie.

> ...z poczuciem humoru...

To możesz dodać, że Bóg dał Ci łaskę niewiary.

> Właściwie to już prawie ultimatum z jej strony.

Miej na uwadze, że jak kobieta owinie sobie mężczyznę dookoła palca, to przestaje jej imponować.
romanis (573 punktów)
kochany!! namów ją do wstąpienia do zakonu!!
jeżeli teraz stawia Ci takie ultimatum to nic już z tego nie będzie;
ja wygrałem los na loterii jestem niemalże "wojującym ateistą" natomiast moja przyszła żona jest osobą wierzącą - nie moherem, nie takim fanatykiem jak ja ale głęboko wierzącą; i nie w cały ten czarny biznes; nasze dyskusje tak się czasami rozpalają, że później nie możemy przestać się całować biblia nie zabrania miłości tylko dlatego, że ktoś drugi nie uznaje tego autorytarnego gościa; najważniejsze aby być dobrym człowiekiem, tak jak byli tzw. albigensi "wycięci w pień" przez katolski fanatyzm "jenocentaIII";
jak jest to prawdziwa miłość to pokona fanatyzm a jak nie to namawiaj do klasztoru -pozdrówki
medicus (45 punktów)
Powiem szczerze, współczuję ci Młody Człowieku. Zakochanie się jest zawsze formą założenia sobie na szyję obroży. Ale obroża to nie pętla, która dusi ! Masz racjonalny stosunek do przyszłego zawodu i cieszę się, że tak go widzisz. Jeszcze przyjdzie Ci w życiu, również zawodowym, walczyć o swoje racje światopoglądowe i przepowiadam: nie będzie Ci łatwo. Warto wtedy mieć u boku kogoś kto będzie Cię wspierał a przynajmniej rozumiał i akceptował. Sam obserwuję takiego młodego lekarza, w podobnej sytuacji jak Ty. Zrezygnował ze swoich poglądów mimo, że po szczerej rozmowie był zdecydowany stanąć twardo w obronie swoich racji. Poświęcił je jednak swojemu uczuciu. Nie jest to dobre rozwiązanie. Mogę to powiedzieć Ci z całą stanowczością. Bo moje doświadczenia nasuwają mi jeden wniosek. Zawsze któraś strona płaci niewspółmiernie duży rachunek. Kiedy mijają lata związku ten rachunek staje się coraz mniej akceptowalny. W efekcie pole ciężkiego konfliktu jest gotowe do rozpoczęcia walki. Moja rada: rozluźnij przynajmniej chwilowo Wasze więzi, stań się mniej otwarty i zacznij być wątpiącym. Jeżeli dziewczynie będzie zależeć nie tylko na Jezusie ale również i na Tobie jest szansa, że zmieni postawę na bardziej otwartą. Może wtedy uda Wam się ? Oby...
Madman (7811 punktów)
>Oto mój problem:
>Mam wspaniałą, bardzo wierzącą dziewczynę.
To nie tylko Twój problem. Ja znam wielu wspaniałych ludzi, którzy w dyskusjach na tematy religijne pokazują swoje drugie oblicze - obłudne, zakłamane, chamskie i aroganckie, czasem wręcz prostackie.
Faktycznie, trzeba religii, by dobrzy ludzie robili złe rzeczy.
>Wiedząc więc jakie ma ona [religia] dla niej znaczenie jestem w stanie zgodzić się na bardzo dużo.
Skoro możesz chodzić do kościoła, obchodzić święta, chrzcić dzieci, to co za problem uwierzyć?
To tylko kolejny krok w okłamywaniu samego siebie.
>Ale dla niej to i tak za mało bo ja "muszę uwierzyć, albo nie będzie dla nas przyszłości" a to jedyne czego nie potrafię.
>Tracić coś tak pięknego z powodu religii jest dla mnie nie do pomyślenia.
Dla niej najwidoczniej jest do pomyślenia, skoro nie widzi przyszłości z niewierzącym Tobą. Więc zastanów się, czy jej na Tobie zależy tak samo jak Tobie na niej.
>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Hable con ella.
Możesz też jej przeczytać:
1 Kor 7:12-16 (BT)
12. Pozostałym zaś mówię ja, nie Pan: Jeśli któryś z braci ma żonę niewierzącą i ta chce razem z nim mieszkać, niech jej nie oddala.
13. Podobnie jeśli jakaś żona ma niewierzącego męża i ten chce razem z nią mieszkać, niech się z nim nie rozstaje.
14. Uświęca się bowiem mąż niewierzący dzięki swej żonie, podobnie jak świętość osiągnie niewierząca żona przez brata. W przeciwnym wypadku dzieci wasze byłyby nieczyste, teraz zaś są święte.
15. Lecz jeśliby strona niewierząca chciała odejść, niech odejdzie. Nie jest skrępowany ani brat, ani siostra w tym wypadku. Albowiem do życia w pokoju powołał nas Bóg.
16. A skądże zresztą możesz wiedzieć, żono, że zbawisz twego męża? Albo czy jesteś pewien, mężu, że zbawisz twoją żonę?

Młot na czarowników
Artur@R (7115 punktów)
> CO JA MAM ZROBIĆ?!

Powiedziałbym tak "Kijanko" - DOROŚNIJ, OCHŁOŃ, MYŚL, zdejmi okulary te "różowe".

1.W tym co piszesz jest wiele sprzeczności.
2.Nie widzisz rzeczywistej osoby w "swojej boginii" tylko widealizowaną postać(chyba z marzeń).
3.Jesteś w stanie wskazującym na ...hormony a one juz sprawiaja,że nie widzisz realiów, argumentów, rozsądku itd....niestety.

Powtórze...OCHŁOŃ, MYŚL, NABIERZE DYSTANSU...jeśli tylko hormony Ci pozwolą...

Powodzenia

vivere est cogitare
"...upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem" - Myslovitz
asmodai (2845 punktów)

>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!
Ja miałem, podobną sytuację. Same ustępstwa, jedyna słuszna postawa to... chrześcijańska postawa. Olej to, inaczej się wykończysz. Szacunek idzie, w obie strony. W tym wypadku, to jest stawianie ultimatum: musisz wierzyć. Chcesz Ją oszukiwać? Daj sobie spokój, olej to.
Amol (692 punktów)


>Mogę chodzić z nią do kościoła co niedzielę, przechodząc do owej daleko idącej "przyszłości", mogę
>wziąć ślub kościelny (oficjalnie wciąż jestem wybierzmowanym katolikiem), mogę ochrzcić swoje
>dzieci, obchodzić wszystkie katolickie święta i nie będzie mi to przeszkadzać i mogę być szczęśliwy.
>Ale dla niej to i tak za mało bo ja "muszę uwierzyć, albo nie będzie dla nas przyszłości"

Potrafisz się dla niej upodlić w ten sposób. Co ONA potrafi zrobić dla Ciebie?
Nie wyobrażam sobie małżeństwa w ogóle , ale na pewno nie już na takich warunkach.
Ty robisz wszystko co możliwe, ośmieszasz samego siebie, a ona stawia kolejne warunki.

Zresztą jaki z Ciebie jest ateista. Chodzenie do kościoła wypełnienia rytuałów itd. Tak robi większość katolików, myślisz że oni tak gorliwie wierzą? Trafiła się Tobie nawiedzona dziewczyna, może radio Maryja jeszcze włączy i każe Tobie słuchać?

>zaznaczyłem, wiara jest dla niej priorytetem. Właściwie to już prawie ultimatum z jej strony.

To niech wyjdzie za mąż za nawiedzonego katolika.

>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!

Znajdź sobie mniej rygorystyczną katoliczkę, lub jakąkolwiek inną kobietę.
rafko (83 punktów)
Muszę przyznać że temat dość ciekawy bo i mnie dotyczy w pewien sposób. Kilka dni temu chciałem pisać o mojej sytuacji. Otóż, przez ostatnie kilka tygodni chyba, a raczej na pewno za mocno polubiłem koleżankę ze studiów. Niestety jak to bywa z kobietami z małych miast i wiosek jest religijna. Jak bardzo? Tego jeszcze nie wiem
, ale podczas postu nie je słodyczy chociaż podobno je uwielbia. Niby nic, to tylko słodycze, ale obawiam się że jej religijność stanowiłaby przeszkodę w byciu razem na dłuższą metę. Ogólnie ciężka sprawa z tym wszystkim, szczególnie że chciałem wystąpić z kościoła w najbliższym czasie. Wiem że pakowanie się w ten związek to duże ryzyko i chyba będę musiał odpuścić licząc na to że mi przejdzie. Tobie radzę to samo bo tak jak mówili poprzednicy z czasem przestanie Ci odpowiadać fakt iż jedynie ty jesteś gotowy na ustępstwa.
DyktaFon (9281 punktów)
>Mam wspaniałą, bardzo wierzącą dziewczynę.

Zagajenie wątku to same sprzeczności. I jak niektórzy tu już mówili - widać wpływ hormonów. Powyższe zdanie brzmi całkiem podobnie do tego: Mam wspaniałą wysoką dziewczynę, ma 140 cm (oczywiście, jak założy szpilki).

>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!

Wbrew niektórym wypowiedziom powiem tak: szkoda zaraz się rozstawać. Naprawdę nie zawsze trafiają się super laski Natomiast lepiej się nie spieszyć z podejmowaniem nieodwołalnych decyzji: do ślubu można pójść za pół roku, za rok, po kilku nawet latach. Jak zrozumiesz (a szczególnie jak ona zrozumie) Waszą sytuację i jak trochę się bliżej poznacie. Pytaj ją o różne sprawy związane z religią, które Tobie wydają się niezrozumiałe. Jeśli i ona po jakimś czasie uzna, że nie wszystko w religii jest rozsądne, to już macie pewne pole porozumienia.

Ja mówię to z własnego doświadczenia, nie są to puste teorie.... Czas jest sojusznikiem w takim wypadku. Dziewczyna była od małego indoktrynowana i nie miała szans zostać myślącą osobą. Ty jej to możesz umożliwić. Korzyść będzie obopólna. Oczywiście nie będzie to łatwe, ale zawsze możesz zapytać na Racjonaliście, co robić w konkretnym wypadku.
pchełka (11 punktów)
Witam po raz pierwszy na forum. Jako ateistka od kilku lat zwiazana z katolikiem (a od dwoch lat zona) postanowilam Ci odpowiedziec
Dwa miesiace to stanowczo za malo moim zdaniem, zeby snuc jakiekolwiek obawy, a co dopiero cokolwiek postanawiac. Dziewczyna byc moze przyjela takie radykalne stanowisko asekuracyjnie, aby ewentualnie nie dopuscic do sytuacji, ze to Ty bedziesz ja przekonywac do swoich racji. (I "nie daj boze" przekonasz). Jesli to milosc, to zmieknie z czasem i po prostu zaakceptuje Twoje przekonania, tak jak Ty jej.
Ja tez poczatkowo obawialam sie starc na tym tle i owszem bywaja, ale na zasadzie normalnej dyskusji (jesli wierzacy z niewierzacym moga w ogole podjac dyskusje, ale to odrebny temat) i ANI RAZU nie stalo sie to przyczyna jakiegos powaznego konfliktu miedzy nami. Z wyksztalcenia jestem filozofem i wykazuje naturalna tendencje do podejmowania trudnych tematow i radzenia sobie z nimi. Moj maz tak srednio, ale rozkrecil sie z czasem. I nawet zaglada mi przez ramie, jak czytam artykuly z Racjonalisty . Z roznym komentarzem.
Jak zaczelismy planowac slub, postawilam jasno, ze nie chce brac slubu koscielnego wystepujac w nim jako katoliczka - nie znosze obludy i klamstwa. Po wielu rozmowach zdecydowalismy sie na slub cywilny. Z rodzina tez mozna sobie dac rade, jesli od poczatku postawicie razem na swoim i nie pozwolicie sobie na wtracanie. A komentarze ignorowac i robic swoje Pod warunkiem, ze przyjmiecie wspolny front. Oczywiscie to odlegla sprawa, ale uspokajam, ze to nie jest sytuacja bez wyjscia.
Co wiecej, jako osoby wyrazajace zupelnie przeciwstawne poglady wobec wiary mozecie sie nawzajem wzbogacic o nowe punkty widzenia, interpretacji swiata i ogolnie rozumianej duchowosci. Ja takie rozmowy z moim mezem traktuje nieraz jako wyzwanie, bo dzieki nim zauwazam nowe argumenty, wzbogacam sie erystycznie ("Zaraz spale tego Twojego Shopenhauera!") i w ogole Najwazniejsze, to zachowac zdrowy rozsadek, nie doprowadzac do klotni na tym tle i nie przekonywac drugiej strony do swoich racji. Rozmawiac, ale nie namawiac.
Jestem zywym dowodem na to, ze da sie utrzymac taki zwiazek, byc w nim szczesliwym i spelnionym.
Pozdrawiam i zycze powodzenia!
11-04-2011 03:21 
 Ocena 2 na 2
Jan Res (4015 punktów)
<Jesli to milosc, to zmieknie z czasem i po prostu zaakceptuje Twoje przekonania, tak jak Ty jej.>

W mojej najbliższej rodzinie niemal wszystkie pary (5/7) są złożone z ateistów i katoliczek, lecz wszyscy się nawzajem szanują i akceptują. Widziałem jednak pary, gdzie katolicka połowa była nie do zniesienia. Jeśli ta dziewczyna jest teraz tak bardzo nietolerancyjna, to wyłonią się po ślubie bardzo poważne problemy. Pójdziesz na ustępstwa, zniknie ten problem i pojawi się następny.
Usiłowanie kształtowania "kochanej" osoby według własnego widzimisię, to oczywisty dowód braku miłości. Kocha się nie dlatego, że ktoś jest ideałem, lecz dlatego, że jest SOBĄ: przyjmuje się osobę kochaną z całym jej bagażem. Ty ją akceptujesz taką, jaka jest. Masz obowiązek wymagać z jej strony tego samego. Jeśli ona tego nie potrafi, to lepiej się odkochaj.
Pozdrawiam
Ojciec Lesiotr (6102 punktów)
> Z wyksztalcenia jestem filozofem i wykazuje naturalna tendencje do podejmowania trudnych tematow i radzenia sobie z nimi. Moj maz tak srednio, ale rozkrecil sie z czasem. I nawet zaglada mi przez ramie, jak czytam artykuly z Racjonalisty . Z roznym komentarzem.

Największym problemem w związku z osobą wierzącą jest to, że wierzący oduczeni są umiejętności rozmowy na drażliwe tematy. W katolicyzm wpisany jest zakaz krytyki wiary i Kościoła nawet w MYŚLI - każdy taki przypadek to grzech.
Lepiej, jeśli stroną wierzącą jest mąż. Kobiety bowiem chyba bardziej emocjonalnie pojmują wiarę; podważanie wiary jest dla nich zamachem na małżeńską miłość, wierność, na tradycję rodzinną, przekreśla wspólną przyszłość itd. A facet łatwiej znosi "walkę na argumenty".

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Ojciec Lesiotr (6102 punktów)
> Tracić coś tak pięknego z powodu religii jest dla mnie nie do pomyślenia.

A gdyby dziewczyna żądała, żebyś przestał być białym człowiekiem, a zaczął być prawdziwym murzynem? Zdecydowałbyś się, czy byłoby Ci szkoda tracić tak cudownej miłości z powodu czegoś tak banalnego jak kolor?

>bo jest to bardzo piękna, wartościowa dziewczyna, inteligentna z
>poczuciem humoru (długo by tu jeszcze wymieniać), z którą jestem i mógłbym być nadal s
szczęśliwy.

Nie mógłbyś być szczęśliwy, niestety.

Jeśli dziewczyna jest inteligentna naprawdę, to czy potrafi przedstawić Ci jakieś argumenty przemawiające za wiarą? Czy potrafi rozmawiać i dyskutować, czy tylko mówić?
Bo jeśli jedyne co ma do powiedzenia na temat religii to "Bo Jezus Cię kocha", "bo Jezus oddał za Ciebie swe życie na krzyżu" - to przykro mi, ale nie jest inteligentna. Jej mądrość jest tylko wyobrażeniem Twego zakochanego umysłu. Z taką osobą nie da się długo żyć razem, bo co rusz będziesz natykał się na mur niezrozumienia i to Ty będziesz zawsze musiał ustępować.

Jeśli jednak potrafi dyskutować z ateistą na temat religii, bez obrażania się, bez powtarzania wciąż tych samych frazesów o Jezusie co Cię kocha, jeśli potrafi słuchać i zastanawiać się nad tym co słyszy, jeśli zastanawia się nad swoją odpowiedzią a nie tylko próbuje Cię zagłuszyć i nie dopuścić do głosu - to jest nadzieja.

>I mimo, że ciągle powtarza mi, że mnie kocha (co oczywiście odwzajemniam), że jestem wspaniałym
>człowiekiem nie jest w stanie mnie zaakceptować "na dłuższą metę", gdyż jak już wcześniej
>zaznaczyłem, wiara jest dla niej priorytetem.

To znaczy, że jest misjonarką, a nie kandydatką na żonę.

Wyobraź sobie, że Ty mówisz do niej: "kocham Cię ponad wszystko, ale musisz powiększyć sobie biust, bo takiego jak masz nie mogę zaakceptować "na dłuższą metę". Byłoby ładnie i fajnie? Albo chociażby powiedz, że jeśli chce zostać Twoją żoną, powinna porzucić swoje niemądre zabobony (niby dlaczego to Ty masz ustępować? Dlaczego to Tobie ma bardziej zależeć na związku?). Prawda, że takie odwrócenie sytuacji jest komicznie absurdalne?

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Hodża (11172 punktów)
>Wiedząc więc jakie ma ona [religia] dla niej znaczenie jestem w stanie zgodzić się na bardzo dużo.

Byłem kiedyś w związku, dzięki któremu zanurzyłem się w cudownym świecie "prawdziwych chrześcijan", dla których cuda działy się codziennie. A to komuś udało się coś załatwić dla zboru, a to komuś się przyśnił sen proroczy, a to w czasie wspólnego wyjazdu w Tatry nad doliną Bóg rozpiął nad nami przecudną podwójną tęczę, znak przymierza i łaski, którą nas obdarzył. I niektórzy nawet mówili różnymi językami, nawet takimi, o których żaden językoznawca nie słyszał; anioły latały nad nami tak nisko, że pęd powietrza rozwiewał nam włosy jakbyśmy stali na trasie lądującego jumbo-jeta. I wtedy znalazłem w czasie swojego samotnego spaceru TO.
Zastanowił mnie kawałek wapienia, na którym zauważyłem jakieś symetryczne kształty. Podniosłem go i obejrzałem i stwierdziłem ponad wszelką wątpliwość, że jest to skamieniała gąbka, zresztą później nawet udało mi się ustalić jej systematykę. Rzecz w tym, że znalazłem to w rejonie Gór Świętokrzyskich, a gąbki występują, jak wiem, tylko w ciepłych morzach.
Zacząłem czytać.
Również o "ewolucji" i "kreacji".
Zapytałem się jej, czy może wierzyć w to, że świat ma tylko sześć tysięcy lat.
Odpowiedziała mi, że Bóg nie kłamie i żebym nie próbował więcej.

To były ciężkie dla mnie dni. Ten kamyk zadziałał jak katalizator i sprawił, że - po początkowych próbach jakiegoś pogodzenia mojej własnej obserwacji z dogmatami, zrezygnowałem.
Któregoś dnia wyrzucę ten kamień i zostawię smutek i wszelkie wspomnienia, i pójdę dalej.
Dziś - jeżeli szukam czasem śladów Boga - trzymam się tylko i wyłącznie rozumu. I nawet, jeśli go nie znajdę, to nie będę tego, mam nadzieję, żałował, bo uczciwy chcę być wobec siebie przede wszystkim i nie chcę się już nigdy oszukiwać i tracić cennego czasu.

Ale tamta miłość pozostała. Bo nie wszystko, czego rozum nie może przyjąć, pozostawiamy bez żalu.
11-04-2011 12:11 
 Ocena 3 na 3
astrotaurus (12445 punktów)
>a to w czasie wspólnego wyjazdu w Tatry nad doliną Bóg rozpiął nad nami przecudną podwójną tęczę, znak przymierza i łaski, którą nas obdarzył.
To żadna strata, bo tęcza jest zawsze co najmniej podwójna..., ale to:
>I niektórzy nawet mówili różnymi językami, nawet takimi, o których żaden językoznawca nie słyszał; anioły latały nad nami tak nisko, że pęd powietrza rozwiewał nam włosy jakbyśmy stali na trasie lądującego jumbo-jeta.
Odlot! Coż za ....hmmmm... kadzideł używaliście?

> Ale tamta miłość pozostała. Bo nie wszystko, czego rozum nie może przyjąć, pozostawiamy bez żalu.
Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie lekko...
Niechże Autor wątku i Ciebie za temat rozwagi weźmie.
Bo dla człowieka zbyt wiele wiarą obejmującego inny człowiek najczęściej jest tylko przedmiotem.

Każdy ma prawo do własnego zdania, ale nie do własnych faktów.
Hodża (11172 punktów)
> Zapytałem się jej,

ją, ją.
larwa żaby (17 punktów)
Temat zakończony. Dziękuję za Wasze opinie.
13-04-2011 06:59 
 Ocena 1 na 1
Kowalska (14008 punktów)
>Temat zakończony. Dziękuję za Wasze opinie.

   Phi.... A ja się chciałam wypowiedzieć....

"Po śniadaniu przejazd przez Szwajcarię do La Salette - miejsce objawień Matki Bożej Płaczącej".
larwa żaby (17 punktów)
>    Phi.... A ja się chciałam wypowiedzieć....

Przykro mi, jak się okazuje życie to nie bajka...
viwerna (64 punktów)
>Przykro mi, jak się okazuje życie to nie bajka...

Hmm... Może być bajką, trzeba tylko zmienić oczekiwania i będzie git. Pozdrawiam ciepło.
Kowalski (2244 punktów)
Twoja wybranka, niestety, Cię nie kocha, gdyż stosując wobec Ciebie naciski i ewangelizując, obraża Cię i poniża. Możesz jej o tym powiedzieć, ale pewnie jako ortodoksyjna katoliczka - sądząc z jej zachowania - właścicielka do cna wypranego mózgu tego nie pojmie. Zdaje się, że taki jest jej obowiązek wymagany przez prawo kościelne. Jeśli ma w swoim zasięgu niewiernego czy wątpiącego, musi go nawracać. Daj sobie z nią spokój, związek z taką osobą nie ma przyszłości.
daddy (2737 punktów)
(zablokowany)
Zarżnij tę miłość słowami
wypleń u samych korzeni
spal i zakop popioły
w najgłębszej dziurze w ziemi
I byle byś mógł już nie być
Bez bólu uczucia, nadziei
I byle byś mógł już nie być
Lub być martwotą skały
viwerna (64 punktów)
To przykre jak ludzie mało wiedzą o miłości... Kobieta, która stara się Ciebie zmienić na pewno nie kocha Ciebie, jedynie kocha wyobrażenie jakie chce mieć o Tobie.

No i sam fakt planowania przyszłości po 2 miesiącach jest mało dojrzałym zachowaniem Obawiam się, że to nie miłość.

"56 lat z jedną kobietą. Srasz pod siebie w kinie a ona pomaga Ci sprzątać - to jest miłość!" Six Feet Under (serial) ;P
13-04-2011 13:53 
 Ocena 2 na 2
Arystyp z Cyreny (6368 punktów)
>To przykre jak ludzie mało wiedzą o miłości... Kobieta, która stara się Ciebie zmienić na pewno nie kocha Ciebie, jedynie kocha wyobrażenie jakie chce mieć o Tobie.

To tak nie działa. Ona chce go zmienić bo go kocha. Z tym że miłość nie zawsze musi mieć pozytywne konsekwencje. Grecy wiedzieli o tym już sporo przed naszą erą. Odsyłam do Medei Eurypidesa. Tam dopiero mamy przykład matczynej miłości.

Ludzie są zbyt przyzwyczajeni do myślenia o tym, że miłość jest czymś z natury pozytywnym. A ona sama w sobie może być przecież destruktywna. Kobieta go kocha najbardziej jak potrafi i chce dać mu szczęście, ba, życie wieczne! A Ty sugerujesz że ona nic nie wie o miłości? Jak chce się z nim podzielić najwspanialszą łaską jaką w życiu otrzymała?

To jest właśnie miłość!

Tylko że ona nie ma najmniejszego sensu.

Miłość jest równie względna jak wszystko inne.


"Mądrość jest dobrem, aczkolwiek jest pożądana nie sama dla siebie, ale z uwagi na konsekwencje"
13-04-2011 14:18
 Ocena 11 na 11
Ronja (626 punktów)
Co prawda założyciel wątku chciał zakończyć już dyskusję, ale może to, co chcę napisać, przyda się komuś innemu.

Sama byłam ortodoksyjną katoliczką, kiedy poznałam mojego obecnego męża (miałam wtedy 22 lata, za sobą wieloletnie uczestnictwo w ruchu oazowym, pięć czy sześć pieszych pielgrzymek, właśnie wstąpiłam do neokatechumenatu etc.). Mnie w zasadzie nie przeszkadzało to, że on nie wierzył (nigdy nie uważałam, że tylko wierzący mogą być zbawieni), a on do mojej wiary podchodził bardzo tolerancyjnie. Jedynym nierozstrzygalnym dla nas problemem, który "sam z siebie" wyszedł w jakiejś dyskusji, była kwestia antykoncepcji (ale do seksu nam się i tak zbytnio nie spieszyło). Prawie od razu zaczęliśmy planować wspólną przyszłość (chyba tak to jest, kiedy ludzie się bardzo zakochują... dlatego rozumiem Larwę Żaby). Mówiłam otwarcie, że będę chciała wziąć ślub kościelny, ale on nie musi nic udawać, może go wziąć jako niewierzący. Jednak pod wpływem konfrontacji z jego światopoglądem, naszych dyskusji i roztrząsania różnych kwestii, monolit mojej postawy życiowej zaczął się kruszyć. Nigdy wcześniej nie miałam okazji głębiej dyskutować z osobą, która nie byłaby katolikiem - większość moich znajomych wywodziła się z kręgów przykościelnych. Nagle okazało się, że powtarzam wyuczone frazesy, do których nie mam wcale głębokiego przekonania.
Do tego doszła jeszcze gwałtowna reakcja mojego środowiska, która mnie bardzo przykro zaskoczyła. Okazało się, że "nie ma sensu zadawać się z ludźmi, którzy nie chodzą do kościoła", "małżeństwa przecież i tak z tego nie będzie, więc po co tracisz z nim czas?", "chrześcijanie nie są dla pogan" etc. Oprócz tego miałam bonus w postaci bezustannych awantur z moją matką, która nie mogła pogodzić się z tym, że zerwałam z moim poprzednim chłopakiem, takim porządnym i wierzącym, żeby związać się z jakimś antychrystem. To wszystko mocno zachwiało moim dotychczasowym przekonaniem, że bycie chrześcijaninem prowadzi do stawania się lepszym człowiekiem i że jest to jedyna słuszna i moralna droga, a poza nią to tylko zgnilizna i rozpad Zmiana nie nastąpiła z dnia na dzień, ale chyba kluczowym momentem była dla mnie pewna letnia niedziela, kiedy to po raz pierwszy w życiu nie poszłam na mszę. Jeśli ktoś nie był wychowany w ortodoksyjnie katolickiej rodzinie może nie zrozumieć, jak głęboko u takich osób wpojone są pewne zwyczaje, nawyki i praktyki. W niedzielę do kościoła to tak jak w poniedziałek do pracy - nie możesz się rozmyślić i zamiast tego pójść na spacer.
Zaczęłam rozumieć, że moje postępowanie nie było podyktowane wiarą, tylko raczej wewnętrznym przymusem i lękiem. Ponieważ wcześniej chodziłam na wszystkie te msze, rekolekcje i spotkania wspólnoty, poddana byłam niezłemu praniu mózgu. Po czymś takim człowiek naprawdę jest w stanie uwierzyć choćby w latającego potwora spaghetti. No ale jak nie poszłam raz, to łatwiej mi było nie pójść następnym razem. Okazało się, że świat się nie zawalił. Nie zrezygnowałam z Kościoła Katolickiego od razu - miałam ze dwa chwilowe nawroty, ale ponieważ nabrałam już dystansu, to bardzo krytycznie podchodziłam do tego, co tam widziałam i słyszałam. W międzyczasie mój związek rozkwitał. Skończyło się to tak, że po roku zamieszkaliśmy razem, a kilka miesięcy temu, po ponad czterech latach razem, wzięliśmy ślub cywilny. Obecnie jesteśmy bardzo szczęśliwymi agnostykami. O tym, co przeszłam z moją rodziną, można by napisać książkę, ale już się między nami jako-tako poukładało.

Podsumowanie mojego przydługiego wywodu jest takie: katolicyzm jest uleczalny. Na pewno nie w każdym przypadku, ale w wielu tak. Nie skreślajcie na wstępie inteligentnych, ładnych dziewczyn ani inteligentnych, przystojnych chłopaków dlatego tylko, że ktoś im od dzieciństwa wmawiał, że zbawi ich bóstwo narodzone z dziewicy, które jest swoim własnym ojcem. I że w związku z tym nie wolno w piątek jeść kiełbasy. Dajcie im szansę. Dzięki temu, że niegdyś mój chłopak nie uciekł z krzykiem na wieść, że jestem katoliczką, jesteśmy dziś bardzo szczęśliwą parą.
13-04-2011 15:23 
 Ocena 4 na 4
Andrzej Bogusławski (52278 punktów)
>Podsumowanie mojego przydługiego wywodu jest takie: katolicyzm jest uleczalny. Na pewno nie w każdym przypadku, ale w wielu tak. Nie skreślajcie na wstępie inteligentnych, ładnych dziewczyn ani inteligentnych, przystojnych chłopaków dlatego tylko, że ktoś im od dzieciństwa wmawiał, że zbawi ich bóstwo narodzone z dziewicy, które jest swoim własnym ojcem. I że w związku z tym nie wolno w piątek jeść kiełbasy. Dajcie im szansę. Dzięki temu, że niegdyś mój chłopak nie uciekł z krzykiem na wieść, że jestem katoliczką, jesteśmy dziś bardzo szczęśliwą parą.
Bardzo Pani wypowiedź mi się podoba. Nasz światopogląd jest wtórnym do naszego człowieczeństwa i nie wolno wartościować ludzi według światopoglądu, ale tu zaczynają się problemy. Ludzie wierzący najczęściej starają się narzucić swoją wiarę innym. Często są intelektualnie ograniczeni, a jednocześnie swoją wiarą zaślepieni.
Dlatego ja polecałbym raczej racjonalistom powsciągliwość z dalekosiężnymi planami z fideistami. Nie ze względu na poglądy, a charakter człowieka. No, chyba że ktoś lubi być stale nawracany, tak przez małżonka jak i jego rodzinę.
Pani gratuluję i mądrości i szczęśliwego układu.

PS. Sam jestem nominalnym katolikiem. Przeżyłem z taką "katoliczką" jak Pani prawie całe szczęśliwe życie.
Nawet teściowie, pomimo mojego ateizmu, po jakimś czasie mnie pokochali - pozostając głęboko wierzącymi - jednak uznali, że można zachować przyzwoitość bez chodzenia do kościoła.
Człowiek i jego charakter są najważniejsze.

Pozdrawiam.

@@@
.
14-04-2011 22:05 
 Ocena 1 na 1
larwa żaby (17 punktów)
Bardzo ciekawa historia i dobrze, że się tu pojawiła. Nie do końca zgodzę się z tym, że "katolicyzm jest uleczalny" bo nie uważam, że jest to choroba. Każdy ma prawo do własnego wyznania. Wynika z tego jednak inna bardzo ważna, jeśli nie najważniejsza rzecz. Mianowicie niezbędny jest dialog, umiejętność AKCEPTACJI i chęć zrozumienia drugiego człowieka. Bez tego kończy się tak jak w moim przypadku.
Ronja (626 punktów)
Oczywiście, że każdy ma prawo wierzyć, w co chce - tekst o "uleczalności" miał zabrzmieć ironicznie (i efekciarsko ).

Taki katolicyzm jak mój to raczej był zestaw praktyk i głęboko wpojonych nawyków - podobny chyba trochę do nałogu - niż wiara. Najlepiej chyba dowodzi tego fakt, że kiedy przestałam pojawiać się w kościele, prawie zupełnie przestałam myśleć o Bogu.
julek (1527 punktów)
A ja miałem inaczej . Gdy byłem zakochany w mojej przyszłej żonie byłem 100% katolikiem z przeszłością ministranta , ona była ateistką z takiej właśnie rodziny . Szalałem ,żona przyjełła pierwszą komunię wzięliśmy ślub kościelny ,oczywiście "z rozpędu" wychowywaliśmy dzieci po katolicku .Po latach ja jestem ateistą ,dzieci też a żona studzi moje zapały gdy rozdaję np.Russella i przekonuję moje otoczenie by zaczynało myśleć .
Pozdrawiam Julek.
Feanor (7 punktów)
>Dlatego pytam rozpaczliwie: CO JA MAM ZROBIĆ?!

Ogólnie to zgadzam się z przedmówcami - jeśli czujesz się na siłach, to ją rzuć.
Jeśli jednak się uprzesz - kłam. Bo niby jak sprawdzi, czy naprawdę się nawróciłeś?
I tak "everybody lies". Wieczorami zaś módl się słowami: Judas my guide. Nothing is sacred - Back then or now. Everything's wasted...

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365