Pan Bóg, gdy już stworzył świat, zauważył, że nie ma co robić. Nudzi się po prostu jak mops, którego też już stworzył. Co tu robić? - pomyślał Pan Bóg, po raz pierwszy czując, że wie, że nic nie wie. I tak gdzieś mniej więcej wtedy przyszedł mu do głowy pomysł, by stworzyć człowieka. Wtedy właściwie wszystko się zaczęło. To znaczy zaczął się powolny uwiąd Pana Boga.
Bo popatrzmy. Pan Bóg stworzył człowieka nie posługując się tą samą zasadą, której użył, dajmy na to, stwarzając mopsa. Nie, człowiek to miało być przecież stworzenie, które zapewni Panu Bogu rozrywkę, stanie się - być może, jeśli Pan Bóg będzie miał szczęście - jakąś dla niego intelektualną zagadką... i dlatego Pan Bóg, nazwijmy go w skrócie PB, dał człowiekowi wolną wolę.
Bowiem w świecie, który stworzył PB, a nawet w tym, który sam zamieszkiwał, nie istniało nic prócz stworzonych przez PB stworzeń. To był jakiś problem. Wszystkie te stworzenia zachowywały się przewidywalnie dla PB. Do bólu i do rozpaczy przewidywalnie. Człowiek miał być inny. Algorytm według którego miał funkcjonować jego mózg przewidywał, a może - zakładał - możliwość podejmowania decyzji w oparciu o zjawiska probabilistyczne. Może jakiś udział w tym pomyśle miał wcześniejszy pomysł PB, na mocy którego powstały zjawiska kwantowe - równie nieprzewidywalne. Ale jakąż radość może dać PB, na dłuższą metę, nieprzewidywalność pojawiania się elektronu w tym czy owym miejscu? Niewielką, bądźmy szczerzy... zresztą w końcu taka nieprzewidywalność stawała się sama w sobie paradoksalnie przewidywalna.
Co innego mózg działający w oparciu o zjawiska kwantowe. Tu już nie tylko elektrony skaczą sobie nieprzewidywalnie, ale cały układ chodzi sobie, kędy chce... niezależnie, co należy podkreślić, a co było sednem bożego pomysłu, od woli PB.
I stało się, że powstał człowiek, dokładnie według projektu. PB przyjrzał mu się z zadowoleniem, uruchomił, a następnie postanowił sprawdzić w działaniu. Wymyślił sobie skrajnie absurdalny zakaz, by zobaczyć, jak zareaguje nań człowiek.
- Nie będziesz zrywał jabłek z tej tu oto jabłoni, człowiecze - rzekł człowiekowi.
- A dlaczego? - ozwało się stworzenie.
- A dlatego - odparł PB, który nigdy dotąd nikomu niczego nie tłumaczył, więc nie wiedział jak to zrobić. Uradowało go jednak, że tak wspaniale udała się implantacja nieprzewidywalności kwantowej w ludzkiej jednostce centralnej. Bo dotychczas, gdy zabraniał mopsowi sikać pod tą czy inną jabłonią, ten posłusznie merdając ogonem udawał się w inne miejsce. I podlewał, dajmy na to, gruszę. A tu masz - "dlaczego?". Jednym słowem było dobrze, a PB z radością zatarł ręce. I nie musiał długo czekać, by ową nieprzewidywalną - czy aby na pewno? - istotę przyłapać na złamaniu zakazu. Człowiek jeszcze nie zdążył przełknąć sporego kęsa jabłka z zakazanej jabłoni, który utkwił mu na zawsze w gardle, a już PB był przy nim.
- Jesz jabłko z zakazanego drzewa - zagrzmiał PB, z trudem ukrywając satysfakcję.
- W życiu - oburzył się człowiek. - To nie mogło chodzić o TO drzewo, proszę pana.
- A więc twierdzisz, że to ja, twój Pan i Bóg, pomyliłem drzewa? - zainteresował się PB.
- Nie nazwałbym tego pomyłką, zapewne zaszło małe nieporozumienie - człowiek wyraźnie pragnął uniknąć konfliktu o niewyobrażalnych skutkach. - Może pan rzeczywiście pokazał mi TO drzewo, a ja myślałem, że chodzi o tamTO.
- Człowieku, jak było tak było, złamałeś zakaz - PB pragnął mieć to już za sobą, bo miał sprecyzowane dalsze plany względem tego niesubordynowanego stworzenia. Chciał je po prostu wypuścić na wolność, by sobie wolno pobiegało.
- Niech panu będzie, panie boże - spuścił głowę człowiek, myśląc, że na tym się skończy. W końcu to było tylko jedno jabłko. Nie wiedział nieszczęsny, że Himalaje nieporozumień z PB dopiero przed nim.
- Pójdziesz oto na wschód od Edenu, człowiecze, a tam w pocie i znoju będziesz zdobywał środki niezbędne do życia. A kobieta twoja w bólu innych człowieków rodzić będzie.
- Pójdę jak każesz - zgodził się człowiek, bo raj poznał już cały, a - prawdę mówiąc - jabłko z TEJ właśnie jabłoni zerwał, bo wszystkich innych kosztował już wiele razy.
- Zaraz, jaka kobieta? - zdziwił się człowiek.
- Prawda, byłbym zapomniał - stworzę ci niewiastę, byś mógł się replikować i powielać, jako i ten tu mops.
- Super - oznajmił człowiek bynajmniej nieprzekonany, jednak bardzo szybko zmienił zdanie, gdy już zakosztował inicjacji pierwszego powielenia. PB bowiem, przez roztargnienie, tylko poród naznaczył bólem, całkowicie zapominając o implantacji nasienia, tę czynność - przewrotnie - wyjątkowo przyjemną czyniąc. Co zresztą do dzisiaj zagadką jest dla teologów człowieczych.
Potem zdarzyło się wiele, bywało różnie. Człowieki do takiej frustracji doprowadzali PB, że ten postanowił ich wszystkich potopić. Ale gdy pomyślał, że wszystko musiałby zaczynać od początku, albo znów kosztować wszechpotężnej nudy, co nieco ze stworzenia postanowił uratować, licząc że się poprawi. Potop przy okazji ujawnił pewną niewygodną dla opinii o PB prawdę, tę mianowicie, że inne niż człowiek stworzenia, aczkolwiek wolnej woli i co za tym idzie - nieprzewidywalności pozbawione, też sprawowały się nagannie, bo i one potopione zostały. Tu co światlejsi obserwatorzy poczynań PB zaczynają drapać się w głowę, bo wszystko w Edenie dość jasne, na ziemi pokomplikowało się i udziwniło. Oto PB umyślił sobie, arbitralnie, jak to PB miewa we zwyczaju, podzielić czyny ludzkie na dobre i złe, dla większego zamieszania te złe czyniąc dla człowieka przyjemnymi, te dobre zaś - no żeby nie owijać w bawełnę - dość upierdliwymi. Te dobre uczynki nazwy nie dostały, bo i tak mało kto je czynił, te złe zaś nazwane zostały grzechami. Co to takiego grzech, dlaczego to grzech a tamto nie - daliBóg, nikt do końca nie wie. Jedak precedens z potopem daje domyślenia - oto każdy mops i każdy karaluch też grzeszą, skoro - na równi z człowiekiem - zostały pokarane ostateczną kąpielą.
więcej:
www.humoreski.wordpress.com