Racjonalista - Strona głównaDo treści
Czy za 200 lat polski będzie jeszcze językiem żywym?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
NapisanoAutorTytuł
27-10-2009 12:07Jacek Tabisz (30006 punktów)Czy za 200 lat polski będzie jeszcze językiem żywym?
Ocena 2 na 2
Świat się globalizuje, mamy Unię Europejską, co jest moim zdaniem doskonałym pomysłem dla nas, Europejczyków. Wiadomo, że języki wymierają. Oczywiście nie takie jak polski, który ma więcej niż 50 milionów użytkowników. Tym nie mniej zastanawiam się nad jego przyszłością. Czy ósme pokolenie Polaków, jakie nadejdzie po nas będzie nadal mówić po polsku? Czy też raczej po angielsku (niemiecku, może chińsku?), albo w jakimś nowym, paneuropejskim języków, będącym mieszanką angielskiego, niemieckiego, francuskiego i słów polskich? Co o tym sądzicie?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Leon Cabbage (1821 punktów)
(zablokowany)

A czy język którym mówiło się na Śląsku kilkaset lat temu był taki jak dziś? Oczywiście, że nie, oto przykład; "Day, ut ia pobrusa, a ti pociwaj" (czyt.: Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj), czyli Daj, ać ja pobruszę, a ty skocz do piwnicy po piwo.
Język jest tworem żywym, zmienia się nieustannie. Współczesny język polski jest mieszanką angielskiego, niemieckiego, włoskiego, łacińskiego, francuskiego, starogreckiego i wielu innych. Otwórz słownik Kopalińskiego.

archiwum.p(*)polonista-nie-baca,357707.html
27-10-2009 14:53 
 Ocena 1 na 1
stilgar (7322 punktów)
> czyli Daj, ać ja pobruszę, a ty skocz do piwnicy po piwo.
Plus za Jaskra
27-10-2009 15:43 
 Ocena 2 na 2
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Wielu przypuszcza, że ten fragment z "Księgi Henrykowskiej" to raczej język czeski . Temat jest otwarty, a twoja wypowiedź mądra. Kiedy możemy mówić, że język przestał być sobą? Wydaje mi się, że duże znaczenie ma zastąpienie gramatyki lokalnej przez dominujący język z zewnątrz. Zasób słownictwa ma drugorzędne znaczenie. Póki co zapożyczenia z innych języków europejskich były dostosowane do gramatyki polskiej.
Kinia Kinska (825 punktów)
>Wiadomo, że języki wymierają. Oczywiście nie takie jak polski, który ma więcej niż 50
>milionów użytkowników. Tym nie mniej zastanawiam się nad jego przyszłością

To czy język przetrwa, czy nie oraz jak bardzo się zmieni zależy wyłącznie od narodu, który się tym językiem posługuje.

Jako przykład podam Islandię: kraj liczy sobie nieco ponad 300 tys. mieszkańców, a język islandzki żyje i ma się świetnie - przetrwał w formie praktycznie niezmienionej od czasów Wikingów i współcześni Islandczycy bez problemu czytają sagi sprzed tysiąca lat. Ale oni po prostu dbają o swój język, są z niego dumni i chronią go przed obcojęzycznymi naleciałościami.

O Polakach nie można powiedzieć tego, co o Islandczykach, więc prawdopodobnie nasz język będzie się z upływem lat coraz bardziej zmieniał.
27-10-2009 14:18 
 Ocena 4 na 4
M.M.M (1158 punktów)

>Jako przykład podam Islandię: kraj liczy sobie nieco ponad 300 tys. mieszkańców, a język islandzki żyje i ma się świetnie - przetrwał w formie praktycznie niezmienionej od czasów Wikingów i współcześni Islandczycy bez problemu czytają sagi sprzed tysiąca lat. Ale oni po prostu dbają o swój język, są z niego dumni i chronią go przed obcojęzycznymi naleciałościami.

>O Polakach nie można powiedzieć tego, co o Islandczykach, więc prawdopodobnie nasz język będzie się z upływem lat coraz bardziej zmieniał.

Wszystkie języki się zmieniają.
Islandczycy mieli trochę szczęścia, nie sama troska o spuściznę uchowała ich język przed zmianami. Pomogła im, żywa od stuleci, tradycja oralnych popisów dotyczących epopei rodowych. Nie tylko historycznych sag z czasów wikingów, ale także historii rodzin osiadłych w samej Islandii. Co więcej można było bowiem robić w długie, mroźne, zimowe wieczory, kiedy nosa za drzwi nie warto było wysuwać? Nie pamiętam, ale wydaje mi się, że sagi dość szybko zostały spisane i język został "zamrożony" w trwałej formie. To też pomogło.
Poza tym Islandia jest wyspą, ich kontakty z innymi nacjami / innymi językami były w porównaniu z Polską nikłe. Ciekawie będzie sprawdzić co z językiem islandzkim zrobi telewizja i internet ja kilkadziesiąt lat. Czy nadal będzie trwał niezmieniony?

Jest jeszcze jeden wątek, który chciałbym przy okazji podnieść. Próbuję sobie przypomnieć tytuł i autora książki o zmianach języków na przestrzeni dziejów. Tytuł to była chyba "Wieża Babel" a autor był Witold M.... - tu mnie pamięć zawodzi, a domowej biblioteczki nie mam teraz przed oczami.
Zapadła mi w pamięć jedna z tez z tej książki, ciekawa choć i kontrowersyjna. Autor poszukiwał bowiem wspólnego przodka dla języków europejskich. Korzenia z którego wyrosły języki, którymi mówi dziś większość Europy. Pamiętam, że metody poszukiwawcze były mało typowe dla językoznawców, bo autor odwołał się do statystyki i sprawdzał ile słów przenikało do którego języka, poszukując tego, który zapożyczeń miał najmniej. Wnioskował z tego, że był to język dla Europy źródłowy. Kontrowersja pojawia się w miejscu, w którym autor dowodzi, że to właśnie język polski jest najbliższy oryginałowi i w (sic!) sarmatach upatruje praprzodków dla europejczyków.
---
27-10-2009 14:49 
 Ocena 6 na 6
Kinia Kinska (825 punktów)
>Wszystkie języki się zmieniają.

Zgadza się. Ale podczas gdy jedne języki zmieniają się prawie nie do poznania w ciągu - powiedzmy - kilkuset lat, inne zachowują prawie niezmienioną formę (jak właśnie islandzki).

>Islandczycy mieli trochę szczęścia, nie sama troska o spuściznę uchowała ich język przed zmianami. Pomogła im, żywa od stuleci, tradycja oralnych popisów dotyczących epopei rodowych. Nie tylko historycznych sag z czasów wikingów, ale także historii rodzin osiadłych w samej Islandii. Co więcej można było bowiem robić w długie, mroźne, zimowe wieczory, kiedy nosa za drzwi nie warto było wysuwać?

Czytać, czytać i jeszcze raz czytać - to właśnie robili Islandczycy sto, dwieście, pięćset lat temu. A co w tym czasie robili polscy chłopi w zasypanych śniegiem wioskach? - nie czytali (bo większość nawet nie umiała).

>Nie pamiętam, ale wydaje mi się, że sagi dość szybko zostały spisane i język został "zamrożony" w trwałej formie. To też pomogło.

Polskiej literatury też jest sporo (oczywiście nie aż tak starej), a jakoś język polski "zamrożony" nie został. Każde kolejne pokolenie uznawało za stosowne dodać "coś" od siebie (i odjąć również).

>Poza tym Islandia jest wyspą, ich kontakty z innymi nacjami / innymi językami były w porównaniu z Polską nikłe. Ciekawie będzie sprawdzić co z językiem islandzkim zrobi telewizja i internet ja kilkadziesiąt lat. Czy nadal będzie trwał niezmieniony?

Islandczycy mają całą politykę odnośnie własnego języka. Wyspa nie pozostaje już w izolacji, dostęp do internetu ma każdy obywatel, wszyscy Islandczycy mówią po angielsku (i często programy telewizyjne, filmy etc. oglądają w angielskiej wersji językowej), a mimo to język islandzki się nie zmienia.

Nie znajdziesz w nim takich międzynarodowych słów, jak "telefon", "komputer" itd. Wiesz czemu? Bo tworzą własne neologizmy. Mają nawet konkursy na najlepszy neologizm, w których wszyscy z zapałem biorą udział, gdy tylko na świecie pojawia się nowe słówko na określenie jakiejś "nowinki technicznej".

Poza tym, obecnie na Islandii pojawił się postulat, aby językowi przywrócić jego absolutnie pierwotną formę - chodzi tu o przywrócenie pewnych form gramatycznych (końcówki odmian).
27-10-2009 15:03 
 Ocena 3 na 3
M.M.M (1158 punktów)

>Islandczycy mają całą politykę odnośnie własnego języka. Wyspa nie pozostaje już w izolacji, dostęp do internetu ma każdy obywatel, wszyscy Islandczycy mówią po angielsku (i często programy telewizyjne, filmy etc. oglądają w angielskiej wersji językowej), a mimo to język islandzki się nie zmienia.
>Nie znajdziesz w nim takich międzynarodowych słów, jak "telefon", "komputer" itd. Wiesz czemu? Bo tworzą własne neologizmy. Mają nawet konkursy na najlepszy neologizm, w których wszyscy z zapałem biorą udział, gdy tylko na świecie pojawia się nowe słówko na określenie jakiejś "nowinki technicznej".
>Poza tym, obecnie na Islandii pojawił się postulat, aby językowi przywrócić jego absolutnie pierwotną formę - chodzi tu o przywrócenie pewnych form gramatycznych (końcówki odmian).

Jesteś lepiej zorientowana w specyfice Islandii. Przyklaskuję wyspiarzom z chęcią, nie jestem wcale za wielką unifikacją. Podtrzymuje jednak tezę, że im było łatwiej.

MSPANC-owo jednak: na "bankructwo" też własny termin znaleźli?
27-10-2009 15:36 
 Ocena 5 na 5
Kinia Kinska (825 punktów)
>Jesteś lepiej zorientowana w specyfice Islandii. Przyklaskuję wyspiarzom z chęcią, nie jestem wcale za wielką unifikacją. Podtrzymuje jednak tezę, że im było łatwiej.

Na pewno wieloletnia izolacja wyspy nie była bez znaczenia - masz rację. Należy jednak pamiętać, że Islandia bardzo długo była zniewolona przez Duńczyków, czyli nie była tak zupełnie odcięta od wpływów innych nacji. Język islandzki mimo to się nie zmienił, w przeciwieństwie do norweskiego, który pod wpływem Duńczyków zmienił się bardzo.

Pozdrawiam.
27-10-2009 15:50 
 Ocena 6 na 6
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Norweski jest w dużej mierze rekonstrukcją, podobnie jak fiński, czy czeski. Był już wcześniej moment, kiedy większość wykształconych Norwegów, Finów i Czechów nie mówiła w swoich językach. Czesi wrócili do średniowiecznej wersji swej mowy, Finowie oparli się na "Kalevali", zaś Norwegowie sporządzili wypadkową dialektów w oparciu o język Duński. Po czym to co wyszło pragmatycznie uprościli. Język norweski jest chyba najprostszym językiem europejskim jeśli chodzi o gramatykę.

Warto zauważyć, że powrót do języków narodowych miał miejsce podczas Wiosny Ludów, następnie się nasilił w pierwszych latach XX wieku, aby wybuchnąć z całą mocą po I WŚ, kiedy to wiele krajów odzyskało niepodległość, niekiedy po 500 latach (Czechy). Tymczasem znów wszystko się zmienia. Ideały nacji i jej języka są w dużej mierze anachroniczne.
27-10-2009 17:45 
 Ocena-1 na 1
Leon Cabbage (1821 punktów)
(zablokowany)
Jest jeszcze ciekawa historia z językiem włoskim, związana z Dantem i jego
Komedią.
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Pojawienie się języków innych niż łacina w piśmiennictwie, u progu renesansu, było oczywiście ważne, ale wtedy wyglądało to inaczej niż przed I WŚ. Ilość osób znających pismo nie była zbyt duża, zmiana łaciny na języki narodowe w publikowaniu książek dotyczyła wąskich elit.
27-10-2009 15:36 
 Ocena 1 na 1
rudyment (3233 punktów)
Chodzi ci zapewne o Witolda Mańczaka i jego "Wieżę Babel"?


Rozum to umiejętność naginania poglądów do faktów
M.M.M (1158 punktów)
>Chodzi ci zapewne o Witolda Mańczaka i jego "Wieżę Babel"?
>
Rozum to umiejętność naginania poglądów do faktów

>
O to, to!
Dzięki!
27-10-2009 15:59 
 Ocena 2 na 2
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Był taki polski "historyk sztuki" z Lwowa, który był profesorem i pisał wiele prac na temat tego, że cała światowa architektura wyewoluowała z polskiej . Języki indoeuropejskie dzielą się na grupy, główny podział to języki "seti" i "centum" od słowa "sto". O ile łacina i języki germańskie należą do grupy centum, o tyle polski, irański, hindi i sanskryt należą do grupy seti. Nie wiem na ile ów językoznawca wziął pod uwagę języki Indii i Iranu... Nie wiem, jak sobie dał radę z greką i ormiańskim, a także hetyckim... Wiele bardzo starych słów w języku polskim pochodzi z gockiego i ma postać bardziej archaiczną niż w językach germańskich. Są to takie słowa jak "chleb", "świnia", "chlew"... W statystycznym ujęciu mogą wprowadzić masę nieporozumień... Inna rzecz to Sarmaci. Jest to swego rodzaju legenda, lecz najstarsze warstwy języka i folkoru polskiego wskazują na istnienie scytyjskich (grupa irańska) elit w prehistorii plemion zachodniosłowiańskich. Nastarszymi zabytkami języków indoeuropejskich są indyjskie wedy, datowane na okres od 1800 pne do 1300 pne. Do tego dodać można najstarsze zabytki piśmiennictwa hetyckiego, pochodzące z podobnego okresu, nie niosące jednak przeważnie walorów literackich.
27-10-2009 15:46 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Ale z drugiej strony wielu Skandynawów zna biegle angielski od młodych lat. To w dłuższej perspektywie może sprawić, że polski będzie jeszcze trwał, za to Szwedzi, Norwegowie, Duńczycy i Islandczycy będą już anglojęzyczni.
27-10-2009 17:51 
 Ocena 2 na 2
Leon Cabbage (1821 punktów)
(zablokowany)
>Ale z drugiej strony wielu Skandynawów zna biegle angielski od młodych lat. To w dłuższej perspektywie może sprawić, że polski będzie jeszcze trwał, za to Szwedzi, Norwegowie, Duńczycy i Islandczycy będą już anglojęzyczni.

Moim zdaniem języki te zmieszają się i utworzą lokalną mutację. Przypominam, mimo iż językiem urzędowym w GB jest angielski, to Irlandczycy mają problem ze zrozumieniem Szkotów. Podobna historia dotyczy USA. Stawiam więc na lokalne dialekty anglopodobne.
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Z drugiej strony Wielka Brytania coraz mniej się liczy jako źródło języka angielskiego. Nie wspominając o Amerykanach, już teraz w Indiach liczba osób znających angielski jako swój pierwszy język zbliża się ilościowo do liczby mieszkańców Wysp Brytyjskich. Niebawem mowa Anglików będzie postrzegana jako niszowy dialekt w stosunku do głównych użytkowników angielskiego. Całkiem możliwe, że już za niedługo podstawową formą angielskiego będzie hinglish - angielski z ekspresją i wymową hindustką
27-10-2009 20:33 
 Ocena 4 na 4
M.M.M (1158 punktów)
>Ale z drugiej strony wielu Skandynawów zna biegle angielski od młodych lat. To w dłuższej perspektywie może sprawić, że polski będzie jeszcze trwał, za to Szwedzi, Norwegowie, Duńczycy i Islandczycy będą już anglojęzyczni.

Myślę, że zmiany w językach będą postępować dalej. Mniej więcej na podobnych zasadach jak do tej pory. Nadal będzie też trwał proces zanikania języków. Proces ten negatywnie wpływa bogactwo kultury, należy ratować co się da ze spuścizny, ale zmian się nie zatrzyma.

Można jednak rozważyć jakie będą dominujące wpływy na 'tkankę' języka w najbliższych stuleciach. Stiller wykonał kiedyś dwa tłumaczenia "Mechanicznej Pomarańczy", tylko po to aby pokazać co się stanie, jeżeli język polski będzie pod wpływem języka rosyjskiego lub angielskiego. "Nastojaszczyj horror szoł" po prostu . Postawię jednak ostrożną tezę, że doczekamy czasów kiedy to Chiny zdominują światową gospodarkę a za tym pójdzie wpływ chińskiej kultury na język.

Druga sprawa związana z ewolucją języka to wpływ kultury obrazkowej na język.
Kilka pomysłów:

- nośnik zdefiniuje język, ponieważ czytać będziemy z nośników elektronicznych
- stałe miejsce w języku znajdą obrazki i inne osadzone obiekty
- także linki hipertekstowe znajdą stałe miejsce w języku pisanym
- emocje powszechnie wyrażane będą emoticonami
- do powszechnego użytku wejdą wszelkiego rodzaju skrótowce: LOL, AFAIK, WTF, inne

Ciekawy jestem które z tych zmian zostaną uznane przez Radę Języka Polskiego za obowiązujące, a które trafią do języka powszechnego aczkolwiek za poprawne uznane nie zostaną.
---
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Bardzo ciekawy głos w dyskusji . Skróty i obrazki pewnie już niedługo wejdą do słowników, a na przykład emotki są ogólnoludzkie, nie związane z żadnym konkretnym językiem.

Postawię jednak ostrożną tezę, że doczekamy czasów kiedy to Chiny zdominują światową gospodarkę a za tym pójdzie wpływ chińskiej kultury na język.

To bardzo możliwe. Ale zauważ, że kultura chińska jest pod dużym wpływem Zachodu. Podobnie jak indyjska. Już teraz w Indiach warstwy średnie uczą niekiedy swoje dzieci jedynie angielskiego, jest też wielu Hindusów z angielskich collegów, którzy czytają czcionkę łacińską, lecz dewanagari, w której się zapisuje hindi, przeczytać nie potrafią. Dlatego na przykład tytuły Bollywoodzkich filmów podawane są w transliteracji łacińskiej, na przykład "Kuch Kuch Hota Hai", albo "Dil Se".

W Chinach większość osób nie zna angielskiego, ale co jakiś czas pojawiają się postulaty reformy pisma. Koreańczycy już dawno zmienili pismo hieroglificzne na alfabet, Wietnamczycy przyjęli łacińską czcionkę. Rezygnacja chińczyków z ideogramów będzie oznaczała bardzo głębokie zmiany. Na przykład w literaturze. Do tej pory istotne było słowo i obraz słowa. Poezja była też po części malarstwem, czymś kompletnie nieprzetłumaczalnym na język kultury europejskiej. Jeśli Chińczycy wprowadzą pismo alfabetyczne, będą się czuli równie obco wobec swojej dawnej poetyki, jak my.
-jad- (18783 punktów)
>Co o tym sądzicie?

Wydaje mi się, że im bardziej świat zglobalizowany tym bliżej do wspólnego narzecza. Zgaduję, że wspólna mowa nie będzie "sprawiedliwą" mieszaniną każdego z języków a raczej zwycięży jeden język dominujący w internecie. Jeśli z każdym będzie można się porozumieć jednym językiem, to inne stracą prawo bytu. Niektóre będą znane garstce fascynatów, ludzi nauki. A może nawet nie. Dawne języki będzie można pewnie na bieżąco rozszyfrowywać i tłumaczyć za pomocą programu komputerowego.
Tak se fantazjuję


Myśl i rzeczywistość są jak gdyby dwoma odpowiadającymi sobie brzmieniami, o których żaden człowiek nie może powiedzieć z pewnością, które z nich jest głosem, a które echem. Coleridge
28-10-2009 12:37 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Internet jest ważnym unifikatorem języków. Stawia on na mocnej pozycji angielski i zmniejsza szansę chińskiego na pełnienie roli jego językowego rywala.
rudyment (3233 punktów)
>Polaków, jakie nadejdzie po nas będzie nadal mówić po polsku? Czy też raczej po angielsku
>(niemiecku, może chińsku?), albo w jakimś nowym, paneuropejskim języków, będącym mieszanką
>angielskiego, niemieckiego, francuskiego i słów polskich?

Język to narzędzie. Trwa tak długo, jak długo władająca nim populacja może skutecznie przekazywać nim treści, przydatne dla jej przetrwania. Ewoluuje, przyjmując zapożyczenia z innych języków, które działają skuteczniej.
Ta skuteczność z kolei jest efektem rozwoju naukowego i kulturalnego danej populacji.
Język polski z tych właśnie powodów jest od kilkuset lat w odwrocie i na kontrofensywę się tutaj nie zanosi. Nawet przeciwnie. Myślę, że jeszcze jakieś dwa prattchetowskie "dziadki" (ok. 100 lat)i polszczyzna przejdzie do kategorii języków martwych.
Język martwy bywa wskrzeszany, o ile zdążył się dorobić własnego piśmiennictwa i o ile zawarte tam treści są przydatne potomkom, już tego języka nie znającym. Polski ma tutaj nikłe szanse, jako że polski wkład piśmienniczy w światową naukę i kulturę jest minimalny. Może więc tylko jakiś historyk, filozof czy inny dziwak zechce w oryginale poczytać Lema, ale jak dotąd mało kto na świecie wie, że większość utworów Lema powstała po polsku.

Rozum to umiejętność naginania poglądów do faktów
28-10-2009 12:41 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
100 lat to może zbyt szybko, ale zgadzam się z tobą. Za jakiś czas ludziom nie będzie się chciało uczyć języka dziadów, skoro i tak będą musieli niemal w każdej sytuacji posługiwać się językiem powszechnym. Rola kultury ma ogromne znaczenie i słusznie zauważasz, że język polski nie ma takiej ostoi w swoich pisarzach, poetach i myślicielach jak na przykład francuski, niemiecki, czy angielski.
28-10-2009 13:48 
 Ocena 3 na 3
Kinia Kinska (825 punktów)
>Język to narzędzie.

Racja.

>Trwa tak długo, jak długo władająca nim populacja może skutecznie przekazywać nim treści, przydatne dla jej przetrwania.

A to już jest teza bardzo odważna i moim zdaniem nieprawdziwa. Uważam, że język trwa tak długo, jak długo władająca nim populacja postrzega ten język jako wartość, czyli np. nośnik tradycji, element własnej tożsamości..., a nie tylko jako nośnik informacji - narzędzie.

>Ewoluuje, przyjmując zapożyczenia z innych języków, które działają skuteczniej.

Nie rozumiem. To znaczy, że np. skuteczność słowa "kartofel" jest większa od skuteczności słowa "ziemniak"? Albo słowo "karotka" działa lepiej niż "marchewka"?

Moim zdaniem zapożyczenia z obcych języków wdzierają się do języka rodzimego na skutek niechlujstwa - z jednej oraz mody - z drugiej strony.

>Ta skuteczność z kolei jest efektem rozwoju naukowego i kulturalnego danej populacji.

Uhm, jasne. Ja skuteczność języka pojmuję nieco inaczej. Jeśli chcę rozwiązać jakiś problem informatyczny, to wybieram język programowania, który najlepiej się do tego celu nadaje, najskuteczniejszy w danym przypadku. Ale języki narodowe, to nie języki programowania.

>Język polski z tych właśnie powodów jest od kilkuset lat w odwrocie i na kontrofensywę się tutaj nie zanosi.

Język polski jest w odwrocie z powodów, o których napisałam wyżej. Polacy nie doceniają wartości własnego języka, nie dbają o ten język, nie przywiązują uwagi do własnych wypowiedzi, lekce sobie ważą ortografię, interpunkcję, frazeologię. Panuje epidemia dysgrafii i innych dys-..., a czasami chyba wręcz dysmózgii.

Najgorsze jest chyba to, że wielu rodaków nie docenia nawet wartości języka jako narzędzia właśnie - formułują swoje wypowiedzi w sposób tak niezrozumiały, że aby rozszyfrować "co autor miał na myśli" trzeba skorzystać z narzędzia bardziej adekwatnego - telepatii.
28-10-2009 17:05 
 Ocena 2 na 2
rudyment (3233 punktów)
>>Język to narzędzie.
>Racja.
>>Trwa tak długo, jak długo władająca nim populacja może skutecznie przekazywać nim treści, przydatne dla jej przetrwania.
>A to już jest teza bardzo odważna i moim zdaniem nieprawdziwa. Uważam, że język trwa tak długo, jak długo władająca nim populacja postrzega ten język jako wartość, czyli np. nośnik tradycji, element własnej tożsamości..., a nie tylko jako nośnik informacji - narzędzie.

Tradycja, tożsamość itp. - nie są to informacje? Myślę, że są, i to wielce istotne dla przetrwania populacji jako odrębnej, specyficznej całości. Nie twierdzę przecież, że uważam język wyłącznie za nośnik informacji, że tak powiem, "technicznej".
>>Ewoluuje, przyjmując zapożyczenia z innych języków, które działają skuteczniej.
>Nie rozumiem. To znaczy, że np. skuteczność słowa "kartofel" jest większa od skuteczności słowa "ziemniak"? Albo słowo "karotka" działa lepiej niż "marchewka"?

Rzeczywiście, zdanie ma wydźwięk dwuznaczny. Sformułuję inaczej zakończenie: "... z innych języków, działających skuteczniej". Teraz lepiej?

>Moim zdaniem zapożyczenia z obcych języków wdzierają się do języka rodzimego na skutek niechlujstwa - z jednej oraz mody - z drugiej strony.

Zostanę przy wyższej skuteczności, jako że zarówno niechlujstwo, jak i modę postrzegam jako efekt, nie przyczynę.

>>Ta skuteczność z kolei jest efektem rozwoju naukowego i kulturalnego danej populacji.
>Uhm, jasne. Ja skuteczność języka pojmuję nieco inaczej. Jeśli chcę rozwiązać jakiś problem informatyczny, to wybieram język programowania, który najlepiej się do tego celu nadaje, najskuteczniejszy w danym przypadku. Ale języki narodowe, to nie języki programowania.

Przetrwanie zarówno języka narodowego, jak i samego narodu, to ciąg wielu zadań, wymagających jednoczesnego rozwiązywania w sposób ciągły. Co gorsza, nie ma tu programisty, który by z zewnątrz dokonywał najtrafniejszych wyborów.

>>Język polski z tych właśnie powodów jest od kilkuset lat w odwrocie i na kontrofensywę się tutaj nie zanosi.
>Język polski jest w odwrocie z powodów, o których napisałam wyżej. Polacy nie doceniają wartości własnego języka, nie dbają o ten język, nie przywiązują uwagi do własnych wypowiedzi, lekce sobie ważą ortografię, interpunkcję, frazeologię. Panuje epidemia dysgrafii i innych dys-..., a czasami chyba wręcz dysmózgii.
>Najgorsze jest chyba to, że wielu rodaków nie docenia nawet wartości języka jako narzędzia właśnie - formułują swoje wypowiedzi w sposób tak niezrozumiały, że aby rozszyfrować "co autor miał na myśli" trzeba skorzystać z narzędzia bardziej adekwatnego - telepatii.

Kłopoty, które wymieniasz, mają wszystkie języki - i te uwsteczniające się, i te ekspandujące. Swego czasu głośna była sprawa pewnego Amerykanina, który podał do sądu swoją uczelnię - z tego powodu, iż nie był w stanie przeczytać dyplomu, otrzymanego na zakończenie studiów.
U Polaków, jak i innych użytkowników języków upadających, można zaobserwować niechęć do uczenia się rodzimej mowy - a to właśnie przez jej nieskuteczność. Znajomość przekazywanej przez nią tradycji, tożsamości i innych takich rzeczy nie napawa dumą ani nie podnosi poczucia własnej wartości, zaś sztuka komunikowania się tym językiem na niewiele się przydaje komuś, kto chce zrobić karierę naukową, artystyczną, lub w inny dowolny sposób zyskać rozgłos i pieniądze. To jest właśnie ów brak skuteczności języka, który uważam za przyczynę podstawową.

Rozum to umiejętność naginania poglądów do faktów
28-10-2009 18:39 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
U Polaków, jak i innych użytkowników języków upadających, można zaobserwować niechęć do uczenia się rodzimej mowy - a to właśnie przez jej nieskuteczność.

To zjawisko jest ogromnie mocne w Indiach. I ciężko się dziwić Hindusom. Wolą od dziecka uczyć się angielskiego, bo wiedzą, że aby mieć rzeczywistą wolność wyboru pracy i kariery, trzeba to załatwiać po angielsku. Z kolei ludzie sukcesu, nawet jeśli znajdą się wśród nich rozkochani w językach Indii, znają oczywiście angielski i gdy coś trzeba załatwić, nie kręcą nosami na anglojęzycznych współobywateli.
28-10-2009 18:40 
 Ocena 4 na 4
Kinia Kinska (825 punktów)
Tym razem odniosę się jedynie do końcowego fragmentu Twojej wypowiedzi - jako podsumowującej Twoje przemyślenia.

>U Polaków, jak i innych użytkowników języków upadających, można zaobserwować niechęć do uczenia się rodzimej mowy - a to właśnie przez jej nieskuteczność.

Nadal uważam, że niechęć ta wynika z lenistwa i z głupoty. Jeżeli problemem jest według Ciebie nieskuteczność języka polskiego, to może mi wyjaśnisz dlaczego Polacy równie znakomicie (a nawet znakomiciej) nie znają innych języków - tych bardziej skutecznych?

>Znajomość przekazywanej przez nią tradycji, tożsamości i innych takich rzeczy nie napawa dumą ani nie podnosi poczucia własnej wartości

A czy to jest wina języka, czy narodu? Bo moim zdaniem narodu - jego historii, szeroko pojętej kultury i ogólnej świadomości, z którymi ten naród nie chce się już utożsamiać. Język nie ma tu nic do rzeczy.

>zaś sztuka komunikowania się tym językiem na niewiele się przydaje komuś, kto chce zrobić karierę naukową, artystyczną, lub w inny dowolny sposób zyskać rozgłos i pieniądze. To jest właśnie ów brak skuteczności języka, który uważam za przyczynę podstawową.

Pomyśl, gdyby to, co piszesz było prawdą, to właśnie ludzie ambitni i - w związku z tym - dobrze wykształceni znaliby rodzimą mowę najsłabiej. Najlepiej powinni się nią posługiwać ludzie pozbawieni wszelkich aspiracji, którym brak skuteczności języka w robieniu kariery nie przeszkadza, bo jako półanalfabeci mogą sobie jedynie o takiej karierze pomarzyć.

Pozdrawiam.
29-10-2009 15:36 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Nadal uważam, że niechęć ta wynika z lenistwa i z głupoty.

Bardzo lubię nasz język, piszę w nim utwory literackie, więc niejako piszę tu trochę wbrew własnym interesom. Ale - staram się być obiektywnym. Odniosę się znów do przykładu Indii - rodzina uczy swoje pociechy jedynie angielskiego, elementem nauki jest też ciągłe mówienie po angielsku w domu. Pisarze w Indiach najczęściej publikują swoje utwory po angielsku. Czy to źle, czy dobrze? Uwielbiam poezję w hindi, urdu i ich dialektach (takich jak brij bhasa). Ale czy można nazwać tych zapatrzonych w angielski ludzi leniwymi i głupimi? Sądzę, że nie. Bowiem co złego w tym, że rodzice dziecka, które zostanie zapewne naukowcem, albo biznesmenem, wpajają mu od zarania lingua franca? Albo co złego w tym, że dobry pisarz chce mieć jak najszersze grono czytelników? Przecież im lepsza książka, tym więcej traci w tłumaczeniu...

A powieści pisane przez Hindusów po angielsku są uważane przez wielu znawców literatury angielskiej za renesans prozy.

Nie zapominajmy przy tym, że dla Hindusów angielski powinien być czymś takim, jak dla nas niemiecki, czy rosyjski - językiem dawnych okupantów. A jednak Hindusi się językowo globalizują...
29-10-2009 16:03 
 Ocena 3 na 3
Kinia Kinska (825 punktów)
Jacku, no nie wiem - może ja się nieprecyzyjnie wyrażam, wiec napiszę najjaśniej jak umiem: jestem zdania, że ludzie mądrzy i ambitni uczą się zarówno mowy ojczystej, jak i języków obcych (a także nieustannie pogłębiają wiedzę w rozmaitych innych dziedzinach). Natomiast ludzie głupi i leniwi nie uczą się wcale (bo po co?) - kaleczą własną rodzimą mowę, a w innych językach dukają (jeśli umieją choć tyle).

Jaka jest pod tym względem sytuacja w Indiach, tego nie wiem. Wiem za to jaka jest sytuacja w Korei Pd. Tam wszyscy są "poliglotami" - do Koreańczyków możesz zwrócić się w dowolnym języku, a i tak zawsze zrozumieją tak samo dobrze - czyli wcale. Nie przeszkadza im to jednak robić oszałamiającej kariery.

Pozdrawiam.
30-10-2009 03:21 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Rozumiem. Ale doba ma 24 godziny i gdy większość tego czasu ludzie mówią w danym języku, przywiązują się do niego bardziej niż do innych i biorą udział w jego rozwoju. Mówiąc w nim, pisząc w nim, czytając. Nawet poliglota musi wybierać... Wydaje mi się, że sytuacja, z którą mamy do czynienia w dobie globalizacji jest nowa, nie jest historyczną powtórką. Dlatego możliwe są głębokie zmiany, być może polegające na szybkim wymieraniu języków. A może nie? Może komputerowe programy tłumaczące rozwiną się do tego stopnia, że będą znakomitym narzędziem i nauka języków obcych stanie się wymyślnych hobby? W ten sposób każdy język regionalny nie będzie tak zagrożony jak dzisiaj, choć tłumacze ludzcy stracą pracę.
rudyment (3233 punktów)
Rzekliśmy swoje zdanie, przy swoim każde ostanie.

Rozum to umiejętność naginania poglądów do faktów
Kowalski (1042 punktów)
Myślę, że tak.
200 lat to szmat czasu i wiele zależy od czynników (zwłaszcza ekonomicznych), których istnienia nawet nie podejrzewamy.
Jednak dlaczego miałby zaginąć? Jedyna poważna możliwość, to skokowy wzrost liczby małżeństw mieszanych, albo głęboka zapaść demograficzna Bo poza relacjami osobistymi, intymnymi, zwykle wcale dobrze sprawdza się "drugi język", czyli obecnie uproszczony angielski. Uproszczony, a więc nie mający szans na wypełnienie wszystkich funkcji "pierwszego języka". Nawet zastąpienie angielskiego przez chiński, powiedzmy, nie powinno wiele zmienić. Pouczające mogą być przykłady zaborców (chyba bardziej niż dawna dominacja łaciny, czy francuskiego, która za każdym razem była ograniczona do poszczególnych grup społecznych) -- język polski pozostał zwykle językiem domowym, nawet jeśli język zaborcy umożliwiał karierę i czasem sprzyjał wynarodowieniu jednostek.
28-10-2009 12:47 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Nie doceniasz roli internetu i mediów. W XIX wieku tego nie było. Bądź co bądź osoba, z którą rozmawiamy w internecie to nasz bliski sąsiad, choćby mieszkał "realnie" na Antarktydzie. Druga rzecz, to globalizacja. W XIX wieku, czyli w czasie zaborów, nie było idei Uni Europejskiej. Jednoczono siłą, język wynarodowionych narodów był elementem protestu. Trzecia rzecz, to idee nacjonalistyczne i rasowe. W XIX wieku wierzono w rasy - były wśród nich lepsze i gorsze, zaś kultura rodzima była powodem do rasowej dumy. II WŚ ostatecznie podważyła ten sposób widzenia kultury, podobnie jak idąca za II WŚ dekolonizacja. W XIX wieku było oczywiste, że Hindus albo CHińczyk są podludźmi w stosunku do białego, pielęgnującego swą wyższą kulturę Polaka, Anglika czy Francuza (vide "W pustyni i w puszczy"). Dziś to jest już na szczęście niezbyt oczywiste, przez co język narodowy przestaje być elementem podkreślenia rasy.
28-10-2009 12:58 
 Ocena 2 na 2
Kowalski (1042 punktów)
>Nie doceniasz roli internetu i mediów. W XIX wieku tego nie było.
Nie do końca bym się zgodził
Zauważ, proszę, że na przykład prasa jest wciąż krajowa -- nawet jeśli czasopismo wydaje numery za granicą, robi to w lokalnej wersji językowej, także z lokalnymi dodatkami.
Dobrze, prasa umiera. Ale z telewizją mamy to samo. Gdy wchodziły kanały satelitarne języka polskiego w nich nie było. Dzisiaj jest, bo otwiera kieszenie reklamodawców.
Owszem, sam zerkam czasem do internetowych mediów zagranicznych. Znam osoby, które robią to regularnie. Ale stanowią one niewielki odsetek Polaków. I nie tylko Polaków.
Powiedziałbym, że dla mnie wniosek z tej fali globalizacji informacji jest wprost przeciwny -- języki narodowe trzymają się mocno, owszem, podlegają zmianom, ale wymuszają raczej dostosowanie do siebie, niż zanikają.

> W XIX wieku, czyli w czasie zaborów, nie było idei Uni Europejskiej. Jednoczono siłą, język wynarodowionych narodów był elementem protestu.

Ma to plusy, ma minusy.
Był przymus zmian. O wiele większy niż obecnie istniejący, nawet jeśli wiele dziedzin zdobywa angielski.
Zmiany wiązały się z dominacją -- każde z państw zaborczych miało za sobą wielką kulturę. Kultura UE jest 'rozproszona' między kulturami narodowymi i językami. Możemy mówić o jednoczącej sile kultury anglosaskiej, ale ona wydaje się odleglejsza, przede wszystkim zaś dociera w dość karykaturalnej formie popkultury.

> Trzecia rzecz, to idee nacjonalistyczne i rasowe. W XIX wieku wierzono w rasy - były wśród nich lepsze i gorsze, zaś kultura rodzima była powodem do rasowej dumy.

To prawda.
Ale z drugiej strony obrona kultur lokalnych stała się przedmiotem polityki ponadnarodowej, na przykład takiej UE...
28-10-2009 18:28 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że mój topik należy do gatunku zwanego "bez gotowej tezy" . Zatem, jeśli przytaczam kontrargumenty to dlatego, że je widzę i mogą wzbogacić naszą rozmowę.

A są kontrargumenty. Po pierwsze, coraz więcej moich znajomych pracując we Wrocławiu używa częściej języka angielskiego (także hiszpańskiego, niemieckiego i francuskiego). Po drugie coraz więcej wykładów na uniwersytecie (zwłaszcza tych najciekawszych) jest w języku angielskim, a nie chodzi mi bynajmniej o wydział anglistyki. Jeśli chodzi o pielęgnowanie języków narodowych, to spędziłem pół roku w największym mieście Katalonii i zorientowałem się, że wielu katalońskich pisarzy woli pisać po hiszpańsku, gdyż mają wtedy szerszy krąg odbiorców (a Katalończyków jest więcej niż Czechów, Słowaków, Węgrów etc.). Również tłumaczyć na język kataloński się nie opłaca, gdyż Katalończycy znają inne języki, w szczególności hiszpański. Wiele książek fachowych nie czeka na tłumaczenie z angielskiego w całej Europie. Podobnie miłośnicy gier, filmów, czy seriali nie czekają na polskie tłumaczenie.
28-10-2009 18:56 
 Ocena 2 na 2
Kowalski (1042 punktów)
>Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że mój topik należy do gatunku zwanego "bez gotowej tezy" . Zatem, jeśli przytaczam kontrargumenty to dlatego, że je widzę i mogą wzbogacić naszą rozmowę.

Mój głos też był taki na początku, ale im więcej o nim myślałem, tym bardziej do tezy się zbliżałem

>A są kontrargumenty. Po pierwsze, coraz więcej moich znajomych pracując we Wrocławiu używa częściej języka angielskiego (także hiszpańskiego, niemieckiego i francuskiego).

W jakim charakterze?
Ja też używam czasem angielskiego w pracy. Szczęśliwie na tym się kończy

> Po drugie coraz więcej wykładów na uniwersytecie (zwłaszcza tych najciekawszych) jest w języku angielskim, a nie chodzi mi bynajmniej o wydział anglistyki.

A owszem Samemu mi się trafiło

W Niemczech Stowarzyszenie Maxa Plancka ('tamtejszy PAN', że z pewnym przybliżeniem to przetłumaczę ) wymaga używania języka angielskiego, jako roboczego. W Polsce także wymaga się go często na konferencjach, nawet gdy na sali są sami Polacy. Propozycja przejścia całej nauki polskiej na angielski czasem pojawia się w wśród proponowanych tejże nauki reform.

Ale też bywałem na spotkaniach międzynarodowych, czy byłem świadkiem prób załatwiania spraw z przedstawicielami firm zagranicznych. Teoretycznie po angielsku, ale ze znajomością angielskiego bardzo różną, często z pomocą kogoś bardziej w języku (czy językach) biegłego.

Bo pytaniem ważnym dla przyszłości języka będzie to, czy polski pozostanie językiem używanym w domu. W rozmowach rodziców z dziećmi, dziadków z wnukami. Nawet ewentualna dwujęzyczność, czy dominacja języka obcego, nie musi być dla polskiego zabójcza. Pamiętam pewną swoją wizytę we Francji, gdzie spotkaliśmy profesora-Francuza, który mówił do nas po polsku. Bo jego dziadkowie byli z Polski, on ich raz odwiedził (tak! tylko raz był parę tygodni na polskiej wsi, mimo to używał polskiego i to zrozumiałego). I dla niego mówienie w języku przodków, było czymś 'fajnym', swoistą atrakcją, którą kultywował przy każdej okazji. I poniekąd to odpowiedź na Twoje pytanie w innym podwątku zadane, o wagę tożsamości. Dla niektórych jest ona ważna -- niekoniecznie centralna (tu będzie zapewne pełny zakres przykładanych wag, od braku, do bardzo intensywnego podejścia), ale wystarczy, że atrakcyjna.
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Angielski w pracy to dopiero początek procesu. Niewykluczone, że za 50 lat Polacy z wyższym wykształceniem będą musieli używać angielskiego we wszystkich niemal sytuacjach, poza własnym domem. Tymczasem to głównie wykształceni ludzie (co oczywiście nie znaczy automatycznie "mądrzy") czytają i publikują. Zatem taka sytuacja może sprowadzić polszczyznę do roli języka tylko mówionego. Tak dzieje się już teraz w Indiach. Oznacza to powolną degenerację języka, który coraz rzadziej pojawia się w literaturze i w publikacjach. Zdegenerowany język staje się coraz bardziej podobny do gwary ludowej, a nie każdy ma sentyment do gwary. Dlatego coraz częstsze używanie angielskiego przez wykształconych ludzi moim zdaniem jest zapowiedzią dalszej anglizacji.

A w domu? Cóż wyobraźmy sobie, że rodzicie znają świetnie angielski, ale też starają się w nim ćwiczyć, uważają też, że gdy dziecko będzie od narodzin słyszeć angielski, będzie dla niego lepiej. Tak dzieje się już w Indiach, dlatego coraz więcej Hindusów z wyższym wykształceniem mówi w domu po angielsku.
29-10-2009 18:24 
 Ocena 1 na 1
Kowalski (1042 punktów)
A ja cały czas uciekam od 'elit'. Bo przypadek z elitami już mieliśmy -- choćby w modzie na francuszczyznę, wcześniej w dominacji łaciny. Oczywiście, każda z tych dominacji miała jakieś ograniczenia w porównaniu z angielskim... Ale jednak niewielkie. I każda, choć pozostawiła ślady w języku polskim, przeminęła.
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Być może okres 200 lat jest zbyt niewielki dla zaniku polszczyzny, bądź co bądź ponad 45 milionów osób mówi w naszym języku. Ale z drugiej strony nie zakładasz chyba, że nasz piękny język będzie trwał zawsze?
30-10-2009 04:52 
 Ocena 1 na 1
Kowalski (1042 punktów)
Nie, nie zakładam. Nie wiem, jakie czynniki wystąpią w dłuższym okresie. Nawet o zaniku w tych 200 latach mówię 'raczej nie', a nie 'z pewnością nie'.
30-10-2009 05:54 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
. Swoją drogą ciekawe, czy chiński rzeczywiście stanie się rywalem angielskiego jeśli chodzi o pozycję światowego języka. Ta rywalizacja może mieć również wpływ na mniej popularne języki. Jeśli nawet Chińczycy zaczną się anglizować, to może to przyspieszyć zanik innych języków na rzecz angielskiego. Z pewnością dla języka chińskiego ogromnym impulsem do oddziaływania na zewnątrz byłaby zmiana pisma. Lecz coś za coś. Zmieniając swoje ideogramy na litery łacińskie Chińczycy poświęciliby piękno swojej wizualno - literackiej poezji, no i kaligrafię... Cóż - takich rzeczy nie da się przewidzieć, dopóki się nie dzieją .
30-10-2009 08:05 
 Ocena 2 na 2
Kowalski (1042 punktów)
Chiński na pewno jest językiem o rosnącym znaczeniu. Czy będzie rywalizował z angielskim -- o tym chyba dyskutować za wcześnie. W każdym razie dyskutując o 'romanizacji' chińskiego zerknąłbym za morze -- do Japonii. W japońskim można używać liter łacińskich -- nazywa się taki zapis, o ile pamiętam, romanji. Owszem, Japończycy wykształcili wcześniej dwa sylabariusze (stosowane pomocniczo), co zapewne ułatwia im zastosowanie romanji. W każdym razie, pisma o różnym wyrafinowaniu artystycznym współistnieją. Kaligrafia i swoista erudycja w wykorzystaniu kanji, współistnieje z zapisami sylabicznymi (od tego zaczynają naukę dzieci, to widzimy w mandze) i romanji (tam, gdzie warto ułatwić odczyt także cudzoziemcom). Myślę, że podobnie może się stać z chińskim, gdzie zresztą ścierają się różne podejścia do zapisu, bardziej lub mniej odnoszące się do tradycji. Większym wyzwaniem może być problem znaczenia artykulacji w tym języku. Ale chyba i to byłoby do rozwiązania.
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Chińczycy nie posiadają dwóch pism sylabicznych, tak jak Japończycy. U Japończyków wzięło się to stąd, że wzięli pismo z Chin. Lecz język chiński nie ma nic wspólnego z japońskim. W chińskim podstawą są intonowane na pięć różnych sposobów sylaby. Gramatyka nie zmienia słów. Nie ma przyrostków, przedrostków, tylko rdzenie - słowa. Jedynie szyk buduje składnię zdania i niektóre nowe znaczenia starych słów. Natomiast japoński jest dużo bliższy językom indoeuropejskim (co nie znaczy, że bliski). Zatem do chińskich sztywnych ideogramów musiał dodać sylabiczne elementy zapisu odpowiadające przedrostkom i przyrostkom. To co robią Japończycy, dla Chińczyków jest niemożliwe. U nich przeważnie znak oddaje słowo. Ani znak, ani słowo nie zmieniają się. Są niczym nieporuszone archetypy, co jest absolutnie niesamowite w kompletnie nieprzetłumaczalnej (choć tłumaczonej) poezji.
28-10-2009 19:34 
 Ocena 2 na 2
M.M.M (1158 punktów)
> Jeśli chodzi o pielęgnowanie języków narodowych, to spędziłem pół roku w największym mieście Katalonii i zorientowałem się, że wielu katalońskich pisarzy woli pisać po hiszpańsku, gdyż mają wtedy szerszy krąg odbiorców (a Katalończyków jest więcej niż Czechów, Słowaków, Węgrów etc.). Również tłumaczyć na język kataloński się nie opłaca, gdyż Katalończycy znają inne języki, w szczególności hiszpański.

Właśnie w tym tygodniu słyszałem w radio, że rząd kataloński nakazał wszystkim dystrybutorom filmowym przygotowywanie połowy kopii rozpowszechnianych filmów z katalońskim dubbingiem. Obwarował to postanowienie sporymi karami. Pozostaje nam obserwować jak wpłynie to na a) język kataloński, b) oglądalność hollywoodzkich hiciorów.
---
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Byłem przez pół roku obserwatorem walki Katalończyków o ich język. Ale zawsze pośród językowych patriotów znajdzie się wielu sceptyków, nie utożsamiających się z batalią o przetrwanie języka ojców. Takich ludzi zazwyczaj przybywa z czasem. Nakaz odgórny może świadczyć o dużej ilości takich "leniwców" wśród Katalończyków. Inaczej ludność sama wymusiłaby katalonizację przekazu, oddziałując po prostu na rynek ("na filmy w moim języku chodzę, na inne nie").
28-10-2009 13:15 
 Ocena 3 na 3
-jad- (18783 punktów)
>Bo poza relacjami osobistymi, intymnymi, zwykle wcale dobrze sprawdza się "drugi język", czyli obecnie uproszczony angielski. Uproszczony, a więc nie mający szans na wypełnienie wszystkich funkcji "pierwszego języka".

Nie wydaje mi się. Czasem ludzie nawiązują bardzo osobiste relacje przez internet i do takiej "bliskiej" komunikacji "drugi język" nie wystarcza. Obecnie najpowszechniejszy w internecie język jest faktycznie angielskim uproszczonym ale uważam, że każde kolejne pokolenie będzie coraz bardziej się specjalizować. Już dziś wielu z pewnością chciałoby posługiwać się nim lepiej ale nie starcza im zapału do nauki. Co innego młode pokolenia, które będą uczone tego języka od najmłodszych lat życia i które od najmłodszych lat będą się tym językiem posługiwać. Będą go znały jakby naturalnie i posługiwały się nim równie swobodnie, jak językiem ojczystym.

Myśl i rzeczywistość są jak gdyby dwoma odpowiadającymi sobie brzmieniami, o których żaden człowiek nie może powiedzieć z pewnością, które z nich jest głosem, a które echem. Coleridge
28-10-2009 17:23 
 Ocena 1 na 1
Kowalski (1042 punktów)
>Nie wydaje mi się. Czasem ludzie nawiązują bardzo osobiste relacje przez internet i do takiej "bliskiej" komunikacji "drugi język" nie wystarcza.

To prawda. I świetnie to się odnosi do małżeństw mieszanych, polsko-zagranicznych. Ale nie są one liczne. Zapewne, dzięki otwartym granicom i lepszej znajomości języków zachodnich (skoro na Zachód się otwieramy) będzie ich więcej. Ale mimo wszystko wątpię, by było ich aż tyle, by znieść polszczyznę.

> Obecnie najpowszechniejszy w internecie język jest faktycznie angielskim uproszczonym ale uważam, że każde kolejne pokolenie będzie coraz bardziej się specjalizować.

Myślę, że w kolejnym pokoleniu-dwóch rzeczywiście możemy oczekiwać poprawy znajomości angielskiego u Polaków. Jednak już spotkałem się z przypadkiem, gdy nie-Anglosasi mówiąc po angielsku wymuszają wręcz obniżenie standardów językowych, tak by dla wszystkich to było zrozumiałe. Czym angielski będzie bardziej międzynarodowy, tym bardziej spodziewałbym się tego typu nacisków.

> Będą go znały jakby naturalnie i posługiwały się nim równie swobodnie, jak językiem ojczystym.

I poniekąd dlatego pisałem o językach zaborców. Musiano ich uczyć od dziecka, wymagano przy załatwianiu spraw urzędowych, były konieczne dla kariery. I wiele osób bardzo dobrze nimi mówiło. Pomagało to także mieszanym małżeństwom. Ale polszczyzny nie zlikwidowało (choć chyba bliski zaniknięcia był czeski). Wyżej przeczytałem w odpowiedzi, że obrona języka była sposobem obrony przeciwko przemocy. Ale teraz będzie obroną tożsamości. Sam mieszkam na Śląsku i widzę, że wiele osób chce odtwarzać gwarę, często spontanicznie, mimo silnych nacisków ogólnopolskiej wersji polszczyzny (znanej od dziecka, wykorzystywanej bez problemów, itp.). Spodziewałbym się podobnej identyfikacji z polszczyzną.
28-10-2009 18:35 
 Ocena 1 na 1
Jacek Tabisz (30006 punktów)
Ale czy tożsamość nie jest swego rodzaju mitem? Czy rzeczywiście nam tak na niej zależy i czy jest to wartość obiektywnie pozytywna? Ja osobiście nie lubię literatury tożsamościowej, modnej obecnie, a artystycznie wątłej. Bo co mnie obchodzi, że autor książki urodził się w jakimś X, gdzie obyczaje są Y? Wolę dobrą fabułę i umiejętności tworzenia bohaterów literackich, niezależnie od tego, czy ich perypetie są reportażem, czy też są fikcyjne. W sumie nawet wolę, żeby były fikcyjne. Realizm dla samego realizmu potrafi być bardzo kiczowaty, podobnie jak przedstawianie lokalnych obyczajów dla nich samych...

I kolejna rzecz związana z tożsamością i językiem. Spójrzmy na Irlandię, albo kraje Południowej Ameryki - tożsamość nie zawsze budowana jest na narodowym języku.
28-10-2009 21:53 
 Ocena 2 na 2
-jad- (18783 punktów)

>To prawda. I świetnie to się odnosi do małżeństw mieszanych, polsko-zagranicznych. Ale nie są one liczne. Zapewne, dzięki otwartym granicom i lepszej znajomości języków zachodnich (skoro na Zachód się otwieramy) będzie ich więcej. Ale mimo wszystko wątpię, by było ich aż tyle, by znieść polszczyznę.

Nie musi dochodzić do małżeństw by relacje były zażyłe. Podobną rolę mogą pełnić "tylko" przyjaźnie. Jeśli chce się rozmawiać o wszystkim, to wszystko trzeba umieć powiedzieć. Nawet moda na gadżety i nowości techniczne taki rozwój powoduje. Powszechnie wiadomo, że na stronach anglojęzycznych można znaleźć znacznie więcej i szybciej na tego typu tematy. By czegoś się dowiedzieć często trzeba przeczytać i zrozumieć tekst nafaszerowany fachowymi terminami. To jest zaraźliwe i się rozprzestrzenia

>Jednak już spotkałem się z przypadkiem, gdy nie-Anglosasi mówiąc po angielsku wymuszają wręcz obniżenie standardów językowych, tak by dla wszystkich to było zrozumiałe. Czym angielski będzie bardziej międzynarodowy, tym bardziej spodziewałbym się tego typu nacisków.

Racja. Sądzę jednak, że będzie to tylko chwilowe i miejscowe obniżenie standardów po czym język znów się wzbogaci. Albo nie wszędzie. Bogactwo językowe będzie pewnie różne dla różnych osób, podobnie jak teraz. Nawet dziś porównując wypowiedzi przeciętnego profesora z wypowiedziami przeciętnego blokersa, można odnieść wrażenie, że posługują się oni różnymi, choć nieco podobnymi, językami.

>Wyżej przeczytałem w odpowiedzi, że obrona języka była sposobem obrony przeciwko przemocy. Ale teraz będzie obroną tożsamości. Sam mieszkam na Śląsku i widzę, że wiele osób chce odtwarzać gwarę, często spontanicznie, mimo silnych nacisków ogólnopolskiej wersji polszczyzny (znanej od dziecka, wykorzystywanej bez problemów, itp.). Spodziewałbym się podobnej identyfikacji z polszczyzną.

Coś w tym jest. Sam używam czasem słówek czy zwrotów gwarowych (w żartach), choć w domu i w okolicy nigdy się tak nie mówiło. Mama rozmawia tak tylko z jakąś starą ciotką, która w Polsce od dawna nie mieszka i czystego polskiego chyba nie rozumie.
Gwara śląska jest z jednej strony obciachowa a z drugiej ma w sobie jakiś czar. Trochę zabawna i jakby bardziej dosadna. Lubię ją samą w sobie.

Wróć do listy wątków działu Społeczeństwo i kraj
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365