Racjonalista - Strona głównaDo treści
Mój Ateizm - inny ale co

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
19-09-2011 05:41RenardAx (9 punktów)Mój Ateizm - inny ale co
Ocena 2 na 2
Zazwyczaj istnienie bądź nieistnienie Boga rozpatruje się na gruncie materialistycznym, to jest czy on jest czy go niema, jest chemią, czy ma osobowość etc.

Rozmawiałem z paroma ludźmi wierzącymi, na dobrym poziomie - i oni właśnie na swój sposób wierzyli. Wszyscy postrzegaliśmy boga (piszę z małej litery bo nie mówimy tu koniecznie o bogu konkretnym lecz jakimkolwiek bóstwie) jako pojęcie z zakresu wartościowania.

Chcę wyrazić - że jako ateista nie uważam się za kosmologa, i znawcy bozonów Higgsa. Mój ateizm pochodzi z zakresu wartościowania. Wielu ateistów mota się w dyskusjach z wierzącymi na temat materializmu - ale przecież bez względu na to co zostanie odkryte istotą ateizmu jest:

"Dla mnie nic bogiem nie jest, nie pokłonie się przed niczym jak kłania się przed bogami".

Nawet jak jakiś szaleniec nazwie kiedyś "Bogiem" jakieś odkrycie kosmologiczne, materialne bądź cokolwiek co można odnotować - dla ateistów będzie jasne tylko tyle że to kolejne wspaniałe odkrycie ale czy boskie? Niee.. : D

Więc po co kłócić się o wielki wybuch? Z tymi którzy raz mówią "dosłownie" a raz "to metafory" >?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

astrotaurus (12445 punktów)

>Nawet jak jakiś szaleniec nazwie kiedyś "Bogiem" jakieś odkrycie kosmologiczne, materialne bądź cokolwiek co można odnotować - dla ateistów będzie jasne tylko tyle że to kolejne wspaniałe odkrycie ale czy boskie? Niee.. : D
Eeee...
Jeśli ktoś kiedyś odkryje coś co zmieni definicję boga jako postaci z opowieści religijnych na element czy cechę świata rzeczywistego to ja przestanę być ateistą.

A czemu w ogóle jakieś pojęcie z zakresu wartościowania (?) nazywasz bogiem, a nie krokodylem na przykład?


Każdy ma prawo do własnego zdania, ale nie do własnych faktów.
RenardAx (9 punktów)
>A czemu w ogóle jakieś pojęcie z zakresu wartościowania (?) nazywasz bogiem, a nie krokodylem na przykład?<

Ponieważ wierzący najważniejszą dla siebie rzecz identyfikują ze swoim bóstwem. Często podkreślają swą podrzędność - pokłonami, klękanie, składaniem ofiar. Zachowaniami religijnymi.

Ja niczemu i nikomu takiej wartości nie nadam żebym miał się modlić do figur i innych rzeczy.

Uważam to za zbędne, myślę że zwykła miłość jak do człowieka - jest największą wartością dla takiej postaci jak ja, do kobiety np. tak jak dla mnie.
kkuj (614 punktów)
>Więc po co kłócić się o wielki wybuch? Z tymi którzy raz mówią "dosłownie" a raz "to metafory" >?

Ateiści raczej nie kłócą się między sobą jakie są ich motywacje. Oczywiście niektóre mogą wynikać z racjonalnych przesłanek inne z nieracjonalnych. Nie przekonują cię twierdzenia teistów? wystarczy tyle - jesteś ateistą. To teiści w ramach apologetyki będą ci wmawiać, że musisz mieć własne wyjaśnienie na wskazane przez nich "pytania i problemy", bo to odciąga dyskusję z pola ich wzajemnie sprzecznych i miernych intelektualnie twierdzeń na pole tłumaczenia się ateisty z jego rzekomo nieracjonalnej i dziecinnej postawy. Oczywiście tego typu zabiegi apologetyczne spowodowały reakcję obronną i skrystalizowały szereg twierdzeń podzielanych przez ateistów. Jednakże nadal upieram się, że jeśli nie przekonują mnie twierdzenia teistów i nie wierzę w byty wytworzone w ramach tych twierdzeń to jestem ateistą i nie muszę mieć do tego żadnych innych powodów (chociaż ja osobiście mam wiele apologetyk przepracowanych). Inna sprawa, że przebiegli teiści wylansowali takie "problemy życiowe" jak skąd pochodzimy?, kto nas stworzył? jak żyć? i teraz każda postawa życiowa musi odpowiadać na te pytania, jednak wiele z nich to są pytania z tezą, które dość łatwo na polu intelektualnym zamienić na pytanie bez tezy, gdzie tracą swoje ostrze.
19-09-2011 18:04 
 Ocena 2 na 2
Marek Matejewski (3695 punktów)
>Inna sprawa, że przebiegli teiści wylansowali takie "problemy życiowe" jak skąd pochodzimy?, kto nas stworzył? jak żyć? i teraz każda postawa życiowa musi odpowiadać na te pytania, jednak wiele z nich to są pytania z tezą, które dość łatwo na polu intelektualnym zamienić na pytanie bez tezy, gdzie tracą swoje ostrze.

Zgadza się. W rozmowach z wierzącymi takie pytania wracają jak bumerang. Najczęściej gdy ktoś mnie męczy tego typu pytaniami to odpowiadam równie głupim pytaniem. Np. Jak żyć? odpowiadam: A jak nie żyć?

Ale zwróciłem uwagę na pewną szczególną myśl, która kilka razy pojawiła się z moich rozmowach z wierzącymi i jest niestety wyrazem głębokiej patologii. Kilka osób na pewnym etapie rozmowy wyjeżdżało mi mniej więcej z takim przemyśleniem: "Aha, czyli uważasz, że Boga nie ma tak? czyli można zabijać?".

Przecież to jakiś dramat! To brzmi jakby jedyną rzeczą powstrzymującą ich przed zabijaniem były boskie przykazania. Ale jeśli Boga nie ma to przykazania są bajką, są fałszywe i można zabijać. Może cały kodeks karny też jest fałszywy? Przecież Bóg go nie napisał...
20-09-2011 12:14 
 Ocena 3 na 3
jasenka (1863 punktów)
> Kilka osób na pewnym etapie rozmowy wyjeżdżało mi mniej więcej z takim przemyśleniem: "Aha, czyli uważasz, że Boga nie ma tak? czyli można zabijać?".
>Przecież to jakiś dramat! To brzmi jakby jedyną rzeczą powstrzymującą ich przed zabijaniem były boskie przykazania.


Też się z tym spotykałam. Ja kontratakuję zawsze takim argumentem, że ateista musi być dużo silniejszy moralnie, panować sam z siebie nad destrukcyjnymi zachowaniami wobec społeczeństwa, bo on nie ma żadnej protezy dla swojego sumienia w postaci drzemiącego w konfesjonale księdza, który "mu odpuści". Jak komuś zrobię krzywdę, to żadna bozia mi nie wybaczy i nie wyczyści sumienia, sama będę musiała z tym żyć.
A jak tego nie rozumieją, to mówię ostrzej, że tylko agresywne i głupie psy muszą chodzić w kagańcu, mądre i łagodne biegają bez smyczy.
RenardAx (9 punktów)
"Wszystko ma swój początek" "więc coś musiało być pierwsze" (ale to pierwsze już nie musi mieć początku) Logika tych asów

Gdybym miał wnikać w moje teorie to powiedział bym że - rzeczywistość niema początku. Rzeczywistość to głównie czas i przestrzeń - ich ośrodek to pole elektromagnetyczne. Istnienie można zdefiniować jako podmiotowość względem rzeczywistości (bycie jej uczestnikiem).

Tak więc wszystko co hipotetycznie było poza rzeczywistością, stworzyło ją etc - nie mogło istnieć - bo nie znajdywało się w niej.

Wyklucza to jak dla mnie możliwość istnienia "początku wszystkiego" - naszego wszechświata, układu, zgoda - te wyodrębnione logicznie pojedyncze zjawiska gdzieś się zaczynają - jednak bez wyodrębnienia..

Logiczny jest tutaj raczej brak początku. Bierzemy do worka WSZYSTKO, nie życie człowieka, gwiazdy, te rzeczy mają początek - ale wszystko do kupy, nie materię - tylko całą rzeczywistość samą w sobie.

Nowocześni teiści wyznają - że "tym wszystkim" był Bóg i nagle rozkwitło to rozlazło się budując zwarte struktury. Ale moim zdaniem takie założenie niema podstaw - bo skoro wszystkim był Bóg - to teraz albo powinien być tym wszystkim albo nie powinno go być (w końcu wszystko się rozproszyło podczas nowoczesnych wizji aktów stworzenia) - tak więc forma pierwotna (ich Bóg) musiał by umrzeć w momencie stworzenia.

Ale ta dyskusja już jest na temat materialistycznych teorii istnienia, natury bóstw etc.
finerbijk (17282 punktów)
>"Wszystko ma swój początek" "więc coś musiało być pierwsze" (ale to pierwsze już nie musi mieć początku) Logika tych asów
Nie tylko, również zwolenników determinizmu. Jakoś coś tak człowiek ma w naturze, że różne rzeczy lubi nazywać "bogiem". Nie wiem skąd się to wzięło, ale nazywanie swoich wymysłów "bogiem" bardzo jest wciąż pociągające.
magdaruda666 (0 punktów)
(zablokowany)
Usunięte przez moderatora
DEMONICON (4893 punktów)

>"Dla mnie nic bogiem nie jest, nie pokłonie się przed niczym jak kłania się przed bogami".

Tworzyć sobie obraz opiekuna w głowie , kłaniać się przed nim, błagać go o litość, prosić o podarunki i liczyć na to, że te pragnienia się spełnią, bo obraz opiekuna jest wszystko mogący ... cóż - to chyba świadczy o "niesamowitości" tego "potworka". nazwanie tego bogiem i szaleńcza obrona obrażenia jego nic nie zmienia, wszelkie kombinacje samogwałtu myślowego z tym obrazem opiekuna są tylko i wyłącznie dziecinną zabawą. Czy to się komuś podoba, czy nie, takie są fakty. Jest jeszcze inna możliwość - choroba psychiczna, ale to chyba nie polepsza jakości opiekuna, ani sensowności tego obrazu.
Tu się zostawia obiektywny materialny wszechświat, jest to sprawa absolutnie nieboska.

>Więc po co kłócić się o wielki wybuch? Z tymi którzy raz mówią "dosłownie" a raz "to metafory" >?

No cóż, jak ktoś kłótnie lubi? Żyje w kłótni? Żyje dla kłótni?

Niektórzy mają mieszkania dla siebie, a inni żyją dla czystości mieszkań, maniakalnego ułożenia każdego przedmiotu. W marę możliwości luźne życie, czy znerwicowany trans?
Święte prawdy bardzo często idą w parze z nerwicami np. natręctw.

Pozdrawiam
NEO DARK LORD (152 punktów)
>Ale przecież bez względu na to co zostanie odkryte (przecinek) istotą ateizmu (dla mnie) jest:
>"Dla mnie nic bogiem nie jest, nie pokłonie się przed niczym jak kłania się przed bogami".

Dziwię się, że nikt nie skomentował powyższej kwestii. W nawiasach użytych w cytacie dodałem stosowne, moim zdaniem, naprostowania.

Osobiście, jako sceptyk-racjonalista, określany także mianem ateisty agnostycznego (pierwsze określenie zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Jest bardziej uniwersalne i wymyślając byt już istniejący, zdążyłem się z nim mocniej utożsamić) twierdzę, że nie ma różnicy pomiędzy radykalnym ateistą (boga nie ma na 100%), a radykalnym teistą (bóg istnieje na 100%). Każdy, z punktu widzenia sceptyka-racjonalisty, wierzy w swoją bajkę, stanowiącą element jego światopoglądu. A raczej jego doraźnej, temporalnej definicji na miarę kompetencji poznawczych.

Le dygresja. ;P

Już wyjaśniam. Ponieważ wielokrotnie natknąłem się na posty pisarzy sadystów, stosujących skomplikowaną terminologię oraz bardzo skomplikowane wywody w przeprowadzanych ścieżkach rozumowania, których [a tak, na wszelki wypadek!] nie dopchnęli kolanem do futryny by były, bardziej zrozumiałe.

Otóż, sceptyk-racjonalista wychodzi z racjonalnego założenia, iż człowiek jest takim samym omylnym stworzeniem jak wszelkie inne stworzenie, a że rzadziej polega na swym instynkcie, to bywa nawet bardziej omylny, gdyż więcej błądzi aniżeli "maszyny biologiczne", jak je miał w zwyczaju pojmować Kartezjusz. Człowiek jako jednostka nie posiada takiego potencjału poznawczego, aby mianować się encyklopedystą poprawnie i nieomylnie definiującego wszechrzecz. Nasze potrzeby poznawcze, które rządzą umysłem, który to z kolei nie znosi chaosu i przypadkowości - skądinąd, logiczna cecha ewolucyjna - powodują, że definiujemy sobie świat po swojemu, aby lepiej się z nim czuć. Bardziej jak w domu. Słowem, oswoić. Za parę lat dojrzejemy, odkryjemy, że Julka faktycznie nas nie kochała i przedefiniujemy nasze uczucie do niej jako czysto chemiczne oślepienie. Lub też inaczej zracjonalizujemy sobie, zintelektualizujemy, przedefiniujemy, dopracujemy, ponownie przeanalizujemy pewne zjawiska. W tym boga (dla realiów polskich zachowajmy terminologię regionalną: Boga, ponieważ wierzymy w boga Jahwe o imieniu Ja, lub też Bóg. Tak piszę, ponieważ zerknąłem, że ktoś krytykował poprawny zapis "Bozi", czyli imienia, nazwy własnej, regionalizmu, pisanego z Wielkiej litery. ).

Podsumowując, przydługi wywód. Tak rozumiemy świat jak nam na daną chwilę potrzeba oraz tak dobrze, na ile potrafimy tego dokonać. Stąd określenia temporalny, dotychczasowy i tak dalej.

RenardAx w swym pierwszym poście, zasugerował jakoby ateizmem była przybliżona przez niego postawa. Nie jest to jednak po prostu "ateizm", bo coś takiego - w obliczu mozolnie prowadzonych przez ludzi komplikacji terminologicznych, rozmyło się na kilka podkategorii... Mamy ateizm silny (o którym mówi autor), słaby, agnostyczny itp. Nie wnikam, bo to nudne... i zbędne (dlatego posługuje się swoją nazwą "sceptyka-racjonalisty").

Co więcej. Cytat, który przytaczam bardziej nakłania nas do zidentyfikowania poglądów tej osoby jako skrajnego negatywizującego anarchisty, a nie ateisty.

Wątpić i szczać na Boga, nawet jak nam wejdzie do pokoju, a wcześniej usmaży grzanki i usadzi jajo na patelni.

Jako sceptyk-racjonalista nie wierzę w Boga, gdyż podważam istnienie Świętego Mikołaja. A oprócz tego, podważam jakikolwiek sens "wierzenia" w cokolwiek, podobnie jak podważam sensowność stosowania postaw i czynności określanych mianem "nadzieja", "życzenia", "marzenia". Według mnie, istnieje jedynie sensowna racjonalna kalkulacja prawdopodobieństwa wystąpienia danego zjawiska lub okoliczności, i jedynie to będzie miało sens, co faktycznie wystąpi lub może wystąpić.

Z tej też przyczyny, jako istota ograniczona poznawczo, nie jestem w stanie stwierdzić o istnieniu Boga (czy tam po prostu jakiegokolwiek boga), podobnie jak nie jestem stwierdzić o jego nieistnieniu.

Logicznie jest oszacować (a jak ktoś potrafi, to wyliczyć - ja nie) prawdopodobieństwo istnienia takiego czegoś i się tej wiedzy trzymać, aż nie zostanie zweryfikowana empirycznie. (Patrz: Dżizas gospodyni/gospodarz domowa/y)

Stwierdzam, iż bardziej prawdopodobne jest, weryfikowane co rusz, twierdzenie o wielkim wybuchu, nanostrukturalna koncepcja wszechświata (wspomniany Bozon Higgsa), ewolucja Darwina (z którą się nie zgadza Maciej Giertych) czy choćby nauki społeczne (czysta empiria) i folozofia (czysta logika).

W przypadku, gdyby istniał jednak Bóg, uważam za negatywistyczny anarchizm wojowanie z nim i uciekanie przed nim po lasach, jak banita, skoro z oczywistych względów nie byłoby to opłacalne (patrz Zakład Pascala, co jest bardziej opłacalne, wierzyć czy wątpić w istnienie boga i się przejechać).

Podsumowując. Chciałbym delikatnie uszczypnąć w nos ateistów (i zachęcić ich do riposty) tym też oto metaforycznym porównaniem.

- Teista tak postrzega świat: magiczne miniaturowe duszki dowalają węgla do pieca w człowieku, dzięki czemu on oddycha i w konsekwencji żyje.

- Ateista tak postrzega świat: pieprzyć wszystko. Skoro nie widzę jak, to znaczy że nie oddychamy. Skoro nie wiem czym, to znaczy, że nie ma czym oddychać. Zakładam więc, że nie oddychamy i nie byłoby czym, bo tak. Żyjemy bo żyjemy i jest porządek.

- SR tak postrzega świat: jest mało prawdopodobne by w człowieku żyły inne ludziki, bo i one w sobie musiały by mieć mniejsze ludziki, dzięki którym samy by żyły i tak weszlibyśmy w dziesiątki coraz mniejszych od siebie istnień nie znając końca tego szaleństwa. W zasadzie to trzeba być idiotą by wierzyć w duszki, ale jest to prawdopodobne. Na poziomie mikro-mikro-mikro duszka, siedzącego w mikro... duszku, siedzącego w człowieku może zachodzić inny proces życiowy. Jest to cholernie mało prawdopodobne ale zbadamy to i się przekonamy. Jak nie teraz, to za 50 lat...

Niestety, to jest podejście dla cierpliwych i ciekawskich osób
RenardAx (9 punktów)
Dziękuję wam za odpowiedzi w temacie.

Chyba nie do końca udało mi się przekazać to co mam na myśli pisząc post. Mówiąc Bóg masz na myśli kogo? Hipotetycznego Stwórcę mniemam.

Nawet jakby taki istniał - i jak to napisałeś "wszedł by mi do pokoju" a wcześniej coś usmażył.

To dla mnie istota owa była by na pewno niezwykła. Natomiast nie była by dla mnie Bogiem. O tym co jest Bogiem decyduje stosunek innych do tej osoby/przedmiotu/zjawiska. Bóg to obiekt kultu.

Ja bym tej istoty tak nie traktował, nie czcił bym jej, traktował bym ją areligijnie Być może nawet zaufał bym - że miała ona wpływ na pewne procesy tworzenia jeżeli miała by stosowne argumenty.

Jednak nie było by między nami relacji wyznawca-bóstwo ponieważ nie było by z mojej strony zachowań religijnych.
23-09-2011 20:35 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
Uparcie buntownicza areligijność, powiadasz...

Doskonale!

Teraz wszystko doskonale zrozumiałem i muszę się przychylić do Twojego stanowiska. Pomimo, iż jestem sceptykiem-racjonalistą, również jest we mnie niepoprawny duch buntu, protestu i szacunku dla własnej autonomii.

Choć nie ukrywajmy, że w konfrontacji z Bogiem (mam na myśli judeochrześcijańskiego boga, który ma na imię właśnie "Bóg", albo Ja, lub Jahwe, co jest znacznie lepsze niż "Bóg" z wielkiej litery, ale tak jakoś przeszło i mamy nieporozumienia) nie zdobylibyśmy sobie jego sympatii ani najlepszego kapitału na przyszłość.

Ale sama idea szlachetna i bardzo mi bliska. (Piszę tak doskonale znając porównanie do karpia, ryby, która nawet wbrew nurtowi rzeki popłynie by się rozmnażać, kierowana tym swoim irracjonalnym, samobójczym instynktem, gdyż po tarle nie ma na tyle siły by sam mógł przetrwać. Z drugiej jednak strony, sprawia mi przyjemność zachowanie swojego własnego królestwa, enklawy, aniżeli podporządkowywanie się silniejszemu i liczniejszemu. Taka już niepoprawna natura nonkonformistów i protoplastów filmu "młodzi gniewni". - Choć to złe porównanie... oni po prostu byli nieufni i zrezygnowani wobec życia, nieświadomi własnego potencjału.)

Dziękuję za satysfakcjonującą ripostę (mam niczym nie poparte przekonanie ("nadzieję"), że nie zamordowałem nikogo swoimi zbędnymi dla przetrwania świata dygresjami i anegdotami. Taki już autoerotyczny fetyszysta jestem, że lubię ).

NEO

PS: jak mówi stanowisko psychologii religii, "każdy ma religijność, ale nie każdy jest religijny" - to znaczy, że każdy MA JAKIŚ STOSUNEK DO RELIGII, WYZNAŃ, SENSU ŻYCIA, SENSU I POCZĄTKU ŚWIATA, BOGA, STWORZENIA... (religijność), ale nie każdy przekłada to na praktykę będąc religijnym, gdyż jego religijność może negować istnienie tych stworzeń i zjawisk.
23-09-2011 20:45 
 Ocena 2 na 2
zupełna (2507 punktów)
Piszę tak doskonale znając porównanie do karpia, ryby, która nawet wbrew nurtowi rzeki popłynie by się rozmnażać, kierowana tym swoim irracjonalnym, samobójczym instynktem, gdyż po tarle nie ma na tyle siły by sam mógł przetrwać.
Łosoś ?Bo raczej nie karp.
23-09-2011 20:59 
 Ocena 1 na 1
i.czaplicka (5782 punktów)

>Ale sama idea szlachetna i bardzo mi bliska. (Piszę tak doskonale znając porównanie do karpia, ryby, która nawet wbrew nurtowi rzeki popłynie by się rozmnażać, kierowana tym swoim irracjonalnym, samobójczym instynktem, gdyż po tarle nie ma na tyle siły by sam mógł przetrwac.


RenardAx (9 punktów)
Dzięki za feedback. Taki właśnie mam pogląd na ateizm.

Co do tematów bardziej fizycznych i kosmicznych - też mam pewną nieśmiałą teorię jest ona jednak ogólna.

==
Uważam że rzeczywistość trwa wiecznie, czas jest jej częścią zatem ona sama jako ogół znajduje się poza nim. Przyjmowała różne formy gdyż jest chaosem - być może jedną z tych form, był okres jakiegoś porządku. Być może wierzący nazywają ten stan Bogiem.
==

Parafrazując Greków - początku upatrywać można w chaosie. Jednakże pewien uporządkowany stan, czy okres mógł wywodzić się z bardziej romantycznych form, które charakteryzował ład, zjednoczenie etc.
NEO DARK LORD (152 punktów)
Dokładnie. Łosoś.

Zrobić z siebie dno wędkarstwa już w trzecim poście. Bezcenne jak podróż w męskich majtkach na głowie autobusem pełnym przeciwników homoseksualizmu.

Przepraszam. Nie wiem czemu wyobraziłem sobie karpia. Chyba każda ryba wygląda dla mnie jak karp.

Tak się kończy kreatywność w pośpiechu.

PS: a przy okazji jestem dumny, że spowodowałem offtop, który zdaje się NIJAK nie nawiązywać do religii, religijności, kościoła i poglądów kościoła.

Niemalże jak poczuć powiew wiatru po uchyleniu okna.

Zastanawia mnie dlaczego forum racjonalista, zajmuje się głównie nieracjonalnymi sprawami. Pewnie kiepsko szukałem, mało było o LHC, kosmosie, prawdopodobieństwu możliwości znalezienia życia na innych planetach, fizyce, socjologii, filozofii NIE-metafizycznej.

Gdzie nie zajrzałem tam, kościół, kościół, kościół, bóg, bóg, kościół, bóg, żartem, na poważnie, z przejęciem, z bitą śmietaną, polane topionym serem, wegetariańskie, z abortowanym jak mini-torpeda płodem czy bez...

=========================================
RenardAx

Czytając kiedyś na jakimś portalu o kosmosie (szukałem informacji nt. zakrzywienia czasoprzestrzeni na obrzeżach wszechświata - ponieważ potrzebne mi to było do opowiadania) doczytałem pewną sugestię, iż rzeczywistość jest stanem nieustannego trwania bez podziału na początek i koniec. Jej (rzeczywistości) konkretne przejawy, które znamy, to zatem zaledwie subiektywne fenomeny całości. Tak to postrzegam w formie przypuszczenia, bo daleki jestem od tworzenia systemu ideologicznego - rzuciłem to, gdy zadałem sobie samemu ostrzał pytań kim jestem, jaki jestem, i czemu ma hołdować ta ideologia, bo na pewno nie sobie, tylko pewnym przejętym w toku socjalizacji schematom oraz "kryteriom wartości", jak choćby dobro czy zło.

Prywatnie twierdzę, że pojęcie boga wywodzi się z kultu słońca lub z kultu ognia (zakładając również, że ogień mógł być traktowany jako pochodzący ze słońca. Jego część, element, "podarunek"). I miało być objaśnieniem niezrozumiałego dla człowieka zjawiska. Szczerze powątpiewam by pierwotni wyciągnęli z taką głębię, jaką Ty dostrzegasz. To raczej na pewno efekt wtórny postępu nauki, bo wiemy więcej.

Przechodziłem gdzieś na antropologii kulturowej przez ewolucję wierzeń: animizm, totemizm, politeizm, monoteizm... To bez znaczenia, nie zajmuje się babraniem w sprawach religii, bo jaki jest tego sens, oprócz gdybania i tworzenia kolejnych nic nieznaczących przypuszczeń.


PS: słyszałem dzisiaj w radiu / radio, że rozpędzono jakąś cząstkę (nie słyszałem tego wyraźnie bo byłem w innym pokoju, ale pewnie chodziło o LHC) do prędkości większej niż prędkość światła. To dopiero ciekawe, a nie ciągnięcie za brodę Świętego Mikołaja. - Bez urazy.
26-09-2011 12:01 
 Ocena 1 na 1
Przemek J. (3008 punktów)
Chodziło o neutrino. Jest nawet dyskusja na ten temat .
NEO DARK LORD (152 punktów)
>Chodziło o neutrino. Jest nawet dyskusja na ten temat .

W rzeczy istotnie samej. W Wiadomościach pokazali nawet symulację, w radiu jeszcze dwa razy o tym wspomniano i na forum również znalazłem, między innymi dzięki Tobie.

Teraz nie mam już wątpliwości.

PS: Dostałbyś plusa ode mnie, ale JESZCZE nie przysługuje mi taki przywilej.

(Choć, gdy już przysłuży, to sobie przypomnę i wrócę tutaj)
perun (8610 punktów)

> ==Uważam że rzeczywistość trwa wiecznie
A ile czasu trwa wieczność ?
24-09-2011 20:59 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
>A ile czasu trwa wieczność ?

To pytanie nie zostało skierowane bezpośrednio do mnie, ale jeśli pozwolicie wypowiem się krótko i treściwie.

Ważnym jest aby zjawisko "czasu" objaśnił jakiś fizyk z talentem do pisania książek fabularnych, bo taki potrafiłby unaocznić i uzmysłowić poziom komplikacji otaczającej nas przestrzeni.

Mógłby on precyzyjnie odpowiedzieć, nie używając nieczytelnych dla większości ludzi wzorów, że czas nie jest okresem obiegu Ziemi wokół Słońca, czas nie jest porą dnia i nocy, czas nie jest chwilą, gdy o 6 rano spiker radiowy oznajmia, iż pora jeść śniadanie i wychodzić do pracy. Czasu, a raczej pełni jego okazałości nie oddaje tarcza zegara, 12, 24 godzinny system dobowy, kalendarz na ścianie, pamięć o minionych zdarzeniach.

Nie jestem pewien, czy gdy mówimy o czasie możemy mówić o przyszłości, przeszłości i teraźniejszości. Te pojęcia zawierają się jedynie w układzie odniesienia jakim jest Wszechświat. Według teorii Wielkiego Wybuchu materia, antymateria, wszystkie wymiary a w tym również czas, powstały właśnie wtedy. Nie jest możliwe by objąć ludzką logiką, co mogło być "przed" wszystkim. Podobnie jak niemożliwością (oby tylko jak na obecną chwilę, a nie po "kres wieczności") jest by człowiek zdał sobie sprawę, co by miało miejsce gdyby nie powstało wszystko.

Jaka jest istota wszechrzeczy... To jest tak szalenie skomplikowane, że nie powinniśmy naśmiewać się i szydzić z ludzi, którzy się poddali, załamali ręce, uronili kilka łez, lub przetrącili kilka własnych karków nie mogąc znieść ogromu niewiedzy i skusili się na prostą, "logiczną" oraz bliską ludzkiemu sercu "teorię świata" - bogów.

Czas jest bowiem rodzajem wymiaru rzeczywistości. Tak jak długość, szerokość, przestrzenność. (Istnieją teorie o 12 wymiarach)

Według mojego pojęcia, iż Wszechświat jest jedynie poznanym epizodem w niepoznanej wszechrzeczy (bo inaczej po prostu nie umiem. Jestem zbyt prymitywny, zbyt ograniczony. Zbyt przywiązany do żałosnego, ciepłego od krwi, śmiesznego od bezsensowności masturbowania się nad przyziemnymi sprawami jak podatki, dzieci, ciepło, głód, narodowość, ziemia, oś z początkiem i końcem, cyframi rzymskimi, centymetrami, matematyką), to czas jest swego rodzaju podłużnością istnienia i jego rozciągliwością. Nie jest osią (-) bo tak łatwo sobie to wyobrazić, tylko pętlą (o) i nie posiada początku ani końca.

Ten rodzaj wymiaru oznacza fenomen bytu samego w sobie. Fakt, że coś istnieje i ma prawo posiadać swój fizyczny przejaw.

Człowiek podzielił to kontinuum na odcinki, nazwał i wplótł w swoje życie. Co więcej, określił "czasem". Nie mam pewności, że czas to jest to samo, co my przez to rozumiemy. A rozumiemy jedynie to, co możemy obserwować, czyli upływ czasu.

Według mnie, to jedynie rama przez którą rozumujemy i postrzegamy.

Podobnie jak nazywając ławkę "ławką" nie czynimy z niej ławki. Ona wciąż pozostaje bytem samym w sobie. Tym właśnie czym jest, i to wyłącznie dla bycia niepodważalną sobą.

Według lingwistów, psycholingwistów nazywając coś, odbieramy temu czemuś romantyzm. (No dobra, to moje słowa. Według nich nazywając coś, ograniczamy się tylko do tego, co zostało przypisane tej nazwie (czyli tracimy zdolność wychodzenia poza nią), a zarazem ograniczamy się do pojmowania jako takie, tylko tych faktów o owej nazwie (czyli tworzenia zamkniętych zbiorów kategorii pojęciowych. Nic poza nimi nie należy już do tego samego zbioru)).

Nie zadaję sobie pytanie ile trwa długość, ile trwa przestrzenność, ile trwa szerokość, ile trwa drganie, ile trwa pulsowanie... (i tak dalej). Nie umiem zadać sobie pytania ile trwa czas.

Wydawać by się mogło, że czas trwa 13-14 mld lat.
Ale nie umiem tak po prostu przyjąć czegoś oczywistego za fakt niepodważalny.

To pozbawiłoby mnie wewnętrznego niepokoju. Wprowadziłoby w stan błogiej świadomości ze stateczności i określoności istoty rzeczy. Rozleniwiło. Rozpasało. Upoiło jak narkotyk zmysły i zatraciłbym zdolność do błądzenia... poszukiwania... bezsenności.

NEO
RenardAx (9 punktów)
>> ==Uważam że rzeczywistość trwa wiecznie
>A ile czasu trwa wieczność ?
>

W mojej wypowiedzi pisze - że czas jest składnikiem rzeczywistości - tak więc sam ogół znajduje się poza nim, i mu nie podlega. (Czas rozumiany jako odchylenie pola elektromagnetycznego) w sensie termin z fizyki.

Tak więc w praktyce, dla nas, będących w środku jest to równoznaczne z wiecznością.
Uriel_ (360 punktów)
   

Co dla człowieka jest wartością najwyższą ?

Co to jest godność ?

Spróbuj jak masz odwagę

   
25-09-2011 18:57 
 Ocena 2 na 2
NEO DARK LORD (152 punktów)
Przebiegły lis. Z jednej strony sugerując się moją świeżą aktywnością na forum podążającą w kierunku filozofii (nie licząc, szczerze powiedziawszy żenującej wpadki z karpiem, jak widać nie zostałem w 100% odebrany za równie niewiarygodnego i zagubionego w gąszczu terminów jak bezmyślny przepisywacz Wikipedii.) podrzucasz mi dwa betonowe buty, które tylko niezobowiązująco "proponujesz" mi podjąć. A jednocześnie wiesz, że czyniąc to (nie tyle nawiązaniem do odwagi, co zaproponowaniem problemu i zagadki, które uwielbiam roztrząsać) istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że ubrawszy je zatonę.

Po pierwsze, nie wiem czy wolno mi w ogóle odpowiadać na to zapytanie w tym temacie. Jest on własnością RenardAx'a i w zasadzie dotyczy on jego, subiektywnego stanowiska wobec religijności i metafizyki.

Jednakże, ponieważ jest to forum i otrzymanie odpowiedzi od autora (oraz moderatorów) zajęłoby przynajmniej 1 dzień, toteż mógłbym się wypowiedzieć dopiero drugiego dnia.

Jeśli więc ktoś ma coś przeciw, to nie będę chować urazy, bo nie jestem 3 letnią dzidzią i apeluję o przeniesienie, wydzielenie, przeklejenie, doklejenie, wyrażenie zgody czy co Wy tam robicie na tym forum w takich okolicznościach...

-----------------
1. Pytasz mnie co jest dla człowieka wartością najwyższą?

Ja się Ciebie pytam, ale dlaczego TYLKO dla człowieka?

Odpowiedź na tą wątpliwość jest niestety (DLA MNIE) bardzo prosta i oczywista, ale straciłbym jakikolwiek szacunek i uruchomiłbym naturalne bariery krytycyzmu u czytelników, gdybym po prostu odpowiedział na nią jednym zdaniem nie posiłkując się żadnymi celnymi i przemyślanymi argumentami.

"Według mnie istnieją Marsjanie, bo uważam, że NASA kłamie"... eee... no...

Jako "prawie" psycholog (jeszcze parę semestrów) oraz sympatyk filozofii zdążyłem wpaść na złowieszczy plan, aby napisać małą, drobną, skromną, niewiele wnoszącą książeczkę zawierającą moje własne interdyscyplinarne psycho-socjo-filozoficzne poglądy. Prace trwają, ale problem priorytetów, które ja w swojej książce pragnę nazwać "twardymi prawami psychologii" (w psychologii oprócz quasi prawa Jerkesa-Dodsona nie ma żadnego oficjalnego, uniwersalnego, niepodważalnego prawa oprócz licznych prawidłowości i dziwi mnie niezmiernie dlaczego tak jest) został przeze mnie wstępnie naszkicowany.

Priorytety, programy funkcjonowania, czy też prawa psychologii - jak zwał, tak zwał, ściśle nawiązują bowiem do Twojego pytania.

Czytałem w Twoim profilu, że interesujesz się filozofią dlatego zapewne znasz poglądy Thomasa Hobbes'a. Ja pozwalam sobie na śmiałość, aby uczynić z nich nie tyle teorię społeczeństwa, teorię prawa i teorię motywacji, ale wręcz teorię egzystencji sprowadzającą się do nieświadomych mechanizmów psychiki.

Według mojej interpretacji, a zarazem treścią pierwszego Twardego Prawa psychologii jest to, iż główną siłą napędową (motywacyjną) człowieka jest JA.

(I zastanawiam się tylko czy także może być zastosowane do wszystkich istot żywych. Stworzenia żyjące w koloniach, silnie kooperujące. Jednostki-roboty, które żyją jedynie dla dobra partii i przyszłości narodu sprawiają mi ogromne problemy. )

Postępując o krok wstecz. Człowiek z natury jest egocentryczny. Sam sobie jest najbliższą istotą, jego własne odczucia i wrażenia są dla niego jedynie realnymi (trąci to o solipsyzm, gdyż nie uznaję że "empatia" jest uczuciem, tylko wtórnym mechanizmem kooperacji, wplecionym do funkcjonowania jednostkowego poprzez konieczność socjalizacji i współpracy. Empatia według mnie wynika bowiem z egoizmu.)

Jedynie jego własne myśli są mu znane, a przeżycia i jego dobro jemu najważniejsze. Troski najdotkliwiej odczuwane, potrzeby własne najpilniejsze - najpierw zwracasz uwagę i myślisz o własnym pragnieniu, głodzie i innych potrzebach fizjologicznych (Maslow) a dopiero potem o potrzebach pozostałych ludzi. Lecz fakt, że "myślisz" nie musi od razu oznaczać, że "traktujesz jako najważniejsze", co nazywam kulturowo wpojoną iluzją altruistyczną.

Świeżo wydalone dziecko (pardon, kocham tego typu pedofilsko-sadystyczne przytyki, do dzieci, które uwielbiam tylko pod warunkiem, że są podawane z sałatą i sosem czosnkowym) jest tego idealnym przykładem. Czyste, niczym nieskrępowane, nieskażone świadomością obecności innych JA. Egocentryczne, egoistyczne, pożądliwe i naturalne. (Jak "Id" zboczonego wuja Freuda)

Tak też brzmi pierwsze prawo.

1. Człowiek w swoim życiu zawsze kieruje się Zasadą Przetrwania oraz ogólnie pojętego dobrobytu, nawet wtedy, gdy twierdzi, że się nią nie kieruje. (Przez dobrobyt rozumiem wszystkie potrzeby wg Maslowa / Malinowskiego a wtórnie wszelkie wynikające z nich żądze).

Ból własnej nogi jest silniejszy niż troska o czyjeś kalectwo. Emocje umożliwiają wtórnie poznać potrzeby i priorytety innych osób, ale z domysłu są to tylko następstwa wyobrażenia, iż KTOŚ jest podobne do JA i może podobnie jak JA odczuwać tego typu troskę. Pierwotne jest JA. Nie znając uczucia głodu i nie mając możliwości obcowania z głodującymi, ani z ludźmi troszczącymi się o głodujących wg mojego założenia nie ma prawa pojawić się "troska". Inni nazwą to patologią a ja naturalną konsekwencją rozwoju psychicznego.

Dla przykładu (bo miejsce mi się kończy) podam inne prawo. Człowiek zawsze kieruje się dążnością (miłością) do trwania (życia), nawet wtedy gdy twierdzi, iż się nią nie kieruje. Samobójca nie pragnie umrzeć, lecz pragnie zmienić swoje życie i żyć lepiej, zaś w obliczu niemożności tej zmiany, pragnie uczynić swoje życie lepszym, czyli pozbawionym cierpienia i trosk, dokonać korzystnej decyzji. Podobnie z terrorystami, którzy walcząc o idee narodowości, wolności, kultury, wiary poświęcą siebie w imię własnego wyobrażenia lepszego życia, które warte jest pozbycia się stanu ciemiężonej egzystencji.

Odpowiedź:

Najważniejszą wartością dla człowieka jest byt sam w sobie. A więc i jego utrzymanie jako jedynego pewnego źródła doświadczeń. (Solipsyzm)

Godność jest więc obroną potrzeb JA.
Uriel_ (360 punktów)
>1. Pytasz mnie co jest dla człowieka wartością najwyższą?
>Ja się Ciebie pytam, ale dlaczego TYLKO dla człowieka?

A dla kogo jeszcze? Skoro wolą większości i marzeniem jest zorganizować się w społeczeństwo np. solidarne i bezpieczne, w którym "bieda" jest pojęciem znanym jedynie z historii to ustalmy, że jedynym obiektem naszego zainteresowania będzie podstawowa komórka organizmu społecznego - człowiek.

Co jest najwyższą wartością dla racjonalnie definiującego siebie człowieka chcącego wejść w relacje społeczne ?

Czy jest tym prawda o nim samym ?

(...)
>Jedynie jego własne myśli są mu znane, a przeżycia i jego dobro jemu najważniejsze.

Ludzkie dobro - Czy prawda o środowisku zewnętrznym jest podstawą do budowania własnego jednostkowego dobra i ochrony tego dobra ? Czy na kłamstwie można budować skuteczniejszy system ochrony swojego jestestwa ?
Jaki jest Twój stosunek do prawdy i do kłamstwa bez względu na treść informacyjną jakie one w sobie niosą ?

(...)
>Tak też brzmi pierwsze prawo.
>1. Człowiek w swoim życiu zawsze kieruje się Zasadą Przetrwania oraz ogólnie pojętego dobrobytu, nawet wtedy, gdy twierdzi, że się nią nie kieruje. (...)

Czy stosunek do Prawdy u jednostek, z którymi współtworzę społeczeństwo ma znaczenie dla mojego własnego dobrobytu ?

>(...) Pierwotne jest JA. (...)

Czy posiadanie prawidłowych, zgodnych z rzeczywistością danych na temat istoty własnego JA i jego miejsca w ogóle rzeczywistości planety, na której żyjemy może być/ jest/ powinno być składową najwyższych wartości człowieka ?

>Odpowiedź:Najważniejszą wartością dla człowieka jest byt sam w sobie. A więc i jego utrzymanie jako jedynego pewnego źródła doświadczeń. (Solipsyzm)

Czy ludzie, którzy twierdzą inaczej bądź promują ideologie zaprzeczające tej odpowiedzi automatycznie atakują zaproponowaną tu najważniejszą wartość dla człowieka ?

Czy ogół ludzi, dla których najważniejszą wartością są ich własne egzystencje I NIC WIĘCEJ !!! powinni tworzyć opozycyjną grupę wyznaniową w obecnym społeczeństwie potępiającą wartościowanie egzystencji pośmiertnej, które samo w sobie jest atakiem na ich najwyższe wartości ?

>Godność jest więc obroną potrzeb JA.

Czy potrzebą JA może być przekonanie kogolwiek kto śmie deklarować, że jest tym samym czym ja, że nie ma prawa twierdzić, że jego własny " Byt sam w sobie" NIE JEST najważniejszą wartością jego samego ?

Jeżeli Twoja propozycja byłaby prawdą w sensie obiektywnym to nie możesz zaprzeczyć, że większość religii byłaby bezdyskusyjnym atakiem na godność człowieka?

Na ile dla racjonalisty-sceptyka jest prawdopodobne, że tak właśnie jest?

Czy prawdą jest, że im bardziej człowiek wierzy w to co napisałeś tym bardziej rośnie w nim pogarda dla osób klęczących w kościele nieopodal ?

Czy godnym jest pomóc tym ludziom czy przeciwnie godnym jest tolerancyjnie zostawić tych ludzi samym sobie w kłamstwie, w którym żyją często nie z własnego wyboru (winy) ?

Zapraszam
29-09-2011 01:42 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
> Zapraszam
Wrodzone łakomstwo, nie pozwala mi odmówić.

>A dla kogo jeszcze?
Waham się mianowicie czy nie postulować aby egoizm uznać za cechę każdego żywego stworzenia, skoro już teraz z pełną świadomością egocentryzm za taki uznaję. Świadczy o tym koncepcja, iż jedynie Moje jest realne, to co zewnętrzne sprawia jedynie wrażenie, iluzję realności. Może być prawdziwe, ale nie musi. Oczywiście jesteśmy zdolni dowieść laboratoryjnie istnienia fal mózgowych, emocji, a nawet wrodzonych instynktów. Nie w tym sensie jest to iluzja. Tym się bowiem różni od fałszywej percepcji, że istnieje realnie, ale jedynie w obiektywnej niedostępnej rzeczywistości. Tymczasem ludzie są na siebie wzajemnie zamknięci i mogą jedynie zakładać, przypuszczać, domniemywać swego istnienia i proporcjonalności swoich intersubiektywnych doznań. (Aż przypomniała mi się z socjologii teoria "monady społecznej").

>Skoro wolą większości [...]
Uriel, nie mnie decydować czym jest większość, a nawet czy jest bytem realnym a nie sloganem, skoro nie mamy nawet prawa mówić o woli NARODU, czy woli SPOŁECZNOŚCI. Większość ma to do siebie, że na przekór, pomimo swych rozmiarów lubuje się w byciu anonimową.

Nawet dzisiaj słyszałem w radiu, jak wypowiadał się pewien finansista i modlił się by kryzys nie tylko się nie skończył, ale życzył mu najgoręcej by wybuchł z nową siłą, ponieważ można na nim - będąc zaradnym i zorientowanym - mnóstwo zarobić.

Ja sam, jako swego rodzaju rewolucjonista wolałbym system merytokratyczny, odchodzący możliwie jak najdalej od "rządów tłumu" zwanych demokracją. Kapitał zaś kładł w rozwój i naukę, a w dalszej kolejności na sektor społeczny.

Co więcej! Moja filozofia nie nazywa żadnego z tych stanowisk negatywnym, a już tym bardziej złym! Kieruje się tzw. Zasadą Uczciwości, wedle której natura ludzka jest niezmienna (a wynikają z tego niezliczone konsekwencje od celibatu, przez sadyzm, snobizm aż po pedofilię) i to, co o niej stanowi - chociażby temperament czy potencjał intelektualny jest genetycznie nadane niczym metka od urodzenia. Należy więc postępować W ZGODZIE ze swoją naturą, bez względu na to jaka by nie była. Ale również, pogodzić się z konsekwencjami, że pożytek mniejszości, będąc szkodą większości może spotkać się z odzewem. Należy więc substytuować potrzeby, a nie odmawiać ich sobie i na siłę "zmieniać mechanizm biologiczny". (Wyborów prezydenckich to ja bym nie wygrał. Nie umiem mieć popularnego światopoglądu)

Posiłkowanie się argumentem większości jest dla mnie synonimiczne z konserwatywnym mydleniem oczu (pardon za mocne słowo). "Nasze wartości tego zakazują, w związku z czym żyjemy w przekonaniu, że większość ludzi również tak uważa, ponieważ to my mamy rację".

Analogia równa tej: "bóg interesuje się człowiekiem, bo człowiek interesuje się człowiekiem".

>Co jest najwyższą wartością dla [...]
W dalszym ciągu JA. Odebrałeś moją koncepcję zbyt dosłownie. Nie jest ona manifestem zła, ale pokornym przyznaniem faktu. Człowiek jest egoistyczny i w miłości, i w rodzinie, i w pracy, i w stosunku do innych ludzi. Chce zyskać, a że postępuje racjonalnie (aczkolwiek racjonalnym nie jest! Taki paradoks), to i oferuje coś w zamian, wchodzi w relacje, układy. (Teoria wymiany - niestety nie moja). Do ud des (daję abyś dawał).

Gdy pożądam czegoś materialnego, osiągalnego, niezbędnego, jest to tzw. "Egoizm pierwotny". Niczym nieskrępowany, bezpośredni, niewyrafinowany.

Gdy zaś wchodzę w relację typu miłość, to jest to "Egoizm wtórny" (bo DAJĘ, a nie wyłącznie BIORĘ). Daję jednak po to, by rozkochać i być kochanym, a więc otrzymywać nagrodę (choć z opóźnieniem). To samo z pomocą, altruizmem czy szlachetnością. Sęk w tym, że egoizm, podobnie jak "mowa wewnętrzna" jest silnie zinternalizowana. W kontakcie z normami i oczekiwaniami szybko ulega wytłumieniu, habituacji (lub po prostu Adaptacji ).

>Czy jest tym prawda o nim samym?
Raczej umiejętnością niż wartością.

O prawdzie uważam tyle, że jest bytem abstrakcyjnym (i jednocześnie pożywnym kąskiem dla demagogów i charyzmatycznych liderów. Genialnym polem krwawych sporów typu: PiS, ty bucu mówi prawdę, nie bo PO komunisto! - Znamy to... nuda). Obiektywnie istnieje, ale tak samo jak "piękno" czy "doskonałość". W przekładzie na ludzki język, nie są to idee osiągalne, a ograniczoność intelektualna i silny egocentryczny subiektywizm uniemożliwiają metapoznanie. Ideałem człowieka byłby dla mnie człowiek bestialski, zimny i bezlitośnie racjonalny analityk, strateg, mechanicysta. On, przełamując wcześniej barierę skończoności ludzkiego poznania, byłby w stanie orzekać o prawdzie.

Nie takie dżdżownice jak My.

Kłamstwo zaś - bo i o nie pytasz, jest dla mnie tylko naturalną grą o surowce (albo inaczej, o "środki"). Czy to niematerialne, czy materialne. Nie jestem przeciwnikiem kłamstwa, bo nie jestem przeciwnikiem życia i przetrwania. Unikanie go uważam za niebezpieczne i niepraktyczne z jednostkowego punktu widzenia.

>Czy prawda o środowisku zewnętrznym [...]
Nie wiem o co pytasz. O przyrodę, czy o fakt społeczny Durkheima? Sprecyzuj proszę.

>Czy stosunek do Prawdy u jednostek [...]
Takie samo ma znaczenie dla Ciebie, jak i dla nich. Postrzegam to jako grę społeczną, pełną zagadek i ukrytych pod płaszczem obłudnej uprzejmości interesów.

Ja wiem, czego po nich MOGĘ się spodziewać, toteż winno być i odwrotnie.

>Czy posiadanie prawidłowych [...] danych [...]
Pytasz mnie czy lepiej być głupim i naiwnym czy sprytnym i perfidnym? Tak, pochwalam i doceniam samoświadomość, obłudną JEDYNIE wobec innych, ale ZAWSZE szczerą wobec siebie (nie wiem czy to w ogóle możliwe, inaczej Freud i jego mechanizmy obronne byłyby tylko grą słów jak Scrabble, a nie dorobkiem współczesnej psychologii). Jednak należy mieć na uwadze kontekst Zasady Uczciwości - "wiem kim jestem i czego potrzebuję". Te "dane" jest to składowa kompetencji społecznej (specjalizacji w życiu pośród ludźmi) by nie błądzić, zaś jej brak dowodem istnienia automatyzmów społecznyc
29-09-2011 02:18 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
Uff... wywalczyłem więcej miejsca odpowiadając na własną odpowiedź.

Wybacz mi proszę "wycięcia" z Twoich cytatów. Oszczędzam miejsce jak tylko potrafię, by wszystko pomieścić, a jak widać i tak nie zdołałem domknąć tego w jednym poście.

>Czy ludzie, którzy twierdzą inaczej bądź promują ideologie zaprzeczające tej odpowiedzi automatycznie atakują zaproponowaną tu najważniejszą wartość dla człowieka?
W przypadku ideologów (jak to brzmi) mamy do czynienia z dwoma typami stanowiska.

1. mnie się wydaje i
2. taka jest natura rzeczy.

Jako sceptyk-racjonalista nie mam prawa być niczego pewien, ani o niczym NIGDY orzekać. Zawsze jest to maksymalnie 99,9% (tak jak czystość złota, srebra, diamentu... Nigdy 100%). Prowadzę dyskurs, na przykład z Waści szanowną osobliwością (proszę, bez urazy. Taki mam zwyczaj by byt jednostkowy mianować osobliwością, a byt masowy powtarzalnością), aby lepiej poznać szereg mechanizmów kierujących ludzkim postępkiem.

Oczywiście tym, co proponuję nie zagwarantuję ludzkości Oświecenia równego temu, którego doznał Budda. Jest to swoisty (mniej lub bardziej) konstrukt teoretyczny, i wymaga żmudnej weryfikacji, analiz, pytań, krytyki, wątpliwości. Nie można po prostu orzec, że jest się solipsystą, hedonistą, egzystencjalistą, utylitarystą, egoistą, czy kim tam jeszcze i wyłącznie na tej podstawie rościć sobie prawo do formowania koncepcji świata. Takie przynajmniej jest moje zdanie. Nie może być bowiem AŻ TYLU koncepcji uniwersum, pomimo jego złożoności "systemy globalne", za przeproszeniem muszą być globalne i nie stanowić lokalnych wyjątków, czy też reprezentatywnej większości.

Uważam, że swego zdania należy dowieść konfrontując je z innymi stanowiskami, i tak jak w barażach sportowych, kolejno je eliminować.

"Człowiek nie jest zły, bo ma emocje, kocha innych i to go odróżnia od zwierząt".

- Aby przejść dalej należy najpierw zanegować romantyczno-metafizyczną wartość emocji i brutalnie sprowadzić je do procesów chemicznych, działających na człowieka jak narkotyki, przed którymi wzniosła moralność ostrzega (pomijając fakt, że umiejętnie selektywnie - kawa, alkohol, nikotyna, adrenalina).

Tak więc, może zabrzmi to arogancko, ale nie ma w tym mieście miejsca dla dwóch szeryfów. Któryś, prędzej czy później oberwie o jeden raz za dużo i zwolni miejsca.

Potwierdzam. Z MOJEGO punktu widzenia, ludzie promujący inną a nawet sprzeczną ideologię do wyżej zaprezentowanej, nie tyle ją atakują (bo atakować samego siebie? Chyba przez nieświadomość, a jeśli tak, to żaden to atak a jedynie oczywista w tym wypadku i w pełni uzasadniona blokada mentalna). Większość wychowanków będzie dobrze świadczyć o swoim miejscu wychowania, jednak z perspektywy mojego zbioru twierdzeń, takie osoby przeczą samym sobie (albowiem przeczą swej naturze). Oczywiście wyłącznie wtedy, gdy mam rację. Jeśli się mylę, to ja każdym słowem przeczyłem ludzkiej naturze, dobrej, szlachetnej, pozytywnej, uśmiechniętej, kochającej dzieci, heteronormatywnej, teokratycznej, wyrozumiałej, altruistycznej, pięknej, uczciwej, obdarzonej w duszę.

Jeśli spotkasz kogoś, kto cokolwiek twierdzi, a ponadto poświadcza na wszelkie wartości, że na pewno ma rację, to jest to albo sekciarz, albo polityk manipulujący podatnie-emocjonalnym elektoratem.

Czy więc ludzie mają do tego prawo, aby nie zgadzać się z tym, że są stadną watahą wilków, ale jednak wilków. Zębiastych, szponiastych, sensualnych, hedonistycznych i lękliwych przed krzywdą ze strony innych. No oczywiście, że tak.

Podobnie jak samobójca ma prawo twierdzić, że nie chce żyć i jest to WYŁĄCZNY powód jego decyzji. Albo mąż tłukący żonę ma prawo twierdzić, że to on miał zawsze rację, twardo chowając potomstwo i strofując swoją "babę" (tak się to wymawia?), a ona na niego źle patrzy, mruga, pochrząkuje, szura pantoflami i specjalnie go drażni wiedząc, że jest zmęczony po pracy i po piwie.

Sceptyk-racjonalista musi umieć odmówić sobie prawa do osądu i do "odgórnej" moralności. Choćby więc i z niechęcią, musi sprawdzić czy ten mąż faktycznie nie miał racji, wbrew poprawnie politycznemu, popularnemu uważaniu... ech...

>Czy ogół ludzi, dla których najważniejszą wartością są ich własne egzystencje I NIC WIĘCEJ !!!
Och, ale zauważ, że z tego "nic więcej" wynika wszystko inne.

Na studiach uczą nas mnemotechnik oraz łańcuchów skojarzeń. Ucz się na przykładach i czytaj teksty do końca, a nie same streszczenia rozdziałów - mówią. No więc i ja muszę podać co najmniej dwie scenki, które dowodzą, że egoizm tylko powszechnie na korzyść wychodzi i nie jest pustym wymysłem, produktem zaburzonej aspołecznej osobowości autora, który szuka pomsty na świecie za to, że czesali go jogurtem w przedszkolu. (Albo czymkolwiek innym, można wykropkować i wstawić swój ulubiony scenariusz "życiowej tragedii").

1. Słynny i cholernie niepoprawny politycznie przykład Zakonnicy. Jeśli PRZYPADKIEM czyta mnie ktoś, kto miał ze mną styczność na przestrzeni mojego całokształtu filozofowania (przez małe "f"), to przepraszam za brak oryginalności.

Scena: młoda i pokorna zakonnica pomaga trędowatym dzieciom w biednej, kamiennej szkółce w Afryce. Pomyśli sobie krytyk teorii, że już teraz jest to dowód na altruizm i żegnaj wydumana koncepcjo! Wręcz przeciwnie. Wg mojego założenia zakonnica pomaga bo... (Przykładowo. W życiu nie ma żelaznych scenariuszy. Proszę tego tak nie rozpatrywać, "jeśli mama kaszlnie, a córka poda jej chusteczkę" to z jakiego prawa korzysta, z jakiej zasady, komponentu? Nie muszą one być wszystkie i zawsze obecne, to przecież zależy od indywidualnej motywacji, interesu, okoliczności. KONTEKSTU)... jej religia pochwala ofiarność, a będąc uczynnym "zasłużysz sobie na niebo" -> dostaniesz nagrodę. Bo, uśmiech dziecka jest dla zakonnicy przyjemny. My ludzie, lubimy ten charakterystyczny układ warg. Geny. Bo, poczuje się potrzebna. Bo, chce te dzieci wyleczyć i zjeść! (egoizm pierwotny! Poprzednie były wtórne, a więc i silnie zinternalizowane, "szlachetne" ).
29-09-2011 02:58 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
Powyższa historia niesie ze sobą szereg korzyści i każda strona jest zadowolona. Proszę zauważyć, że panicznie unikam słowa "dobro" i "zło". Dla mnie liczy się jedynie korzyść, pożytek, strata, neutralne umiarkowanie czy użyteczność. Nie mieszam w to wartości innych, niż wartości jedynie pierwotne. Sam też się nimi w życiu osobistym nie posługuję...

O Allahu święty, a ja się martwiłem, że mi pisanie książki nie idzie...

Przepraszam, że to znowu ja. Ale to Jego wina, wszystko Jego wina. Gdyby mi Uriel tylu pytań nie zadawał, a ja wiedziałbym iż oczekuje tylko "tak", "nie", "chrupki serowe", to bym się streścił w połowie posta.

Kontynuując poprzednie pytanie.

>[...]powinni tworzyć opozycyjną grupę wyznaniową w obecnym społeczeństwie, potępiającą wartościowanie egzystencji pośmiertnej, które samo w sobie jest atakiem na ich najwyższe wartości

"Grupa wyznaniowa" już mi sektą trąci. Nie jestem sekciarzem i nie postuluję powstania Neo-New-Age. (Choć początkowo byłoby klawo). Proszę, błagam i upominam, że nie wolno wierzyć w moją koncepcję. Albo po latach wysiłków i wielogodzinnego trawienia stanie się ona dostatecznie wiarygodna by i w nocy, i w dzień, i w kościele, i pędząc 350 na autostradzie, i podczas seksu, i podczas przewijania pieluch, i podczas jedzenia, i w euforii, i w depresji, i po pozytywnym zdarzeniu, i po negatywnym, wydawała się tak samo BEZEMOCJONALNIE wiarygodna i słuszna, albo mi się ten wysiłek nie uda i zbiór poglądów trafi gdzieś na półkę, pomiędzy Marksa i Engelsa, Hitlera oraz Słonika Dumbo...

Jeśli pytasz czy otwarcie wzywam do zimnego, niemedialnego, niepopularnego, czasem szkodliwego dla samego siebie racjonalizmu, to owszem. Wzywam też do indywidualizmu kosztem życia w grupie, apatii emocjonalnej - rozumianej jako wyzwolenie od uzależniających dystraktorów, Zasady Uczciwości (wiem kim jestem), Zasady Szczerości (godzę się z tym), kreatywności (BARDZO, BARDZO cenię wymyślanie własnych, nawet dennych przysłów i sentencji, niż cytowanie choćby najwznioślejszych ale ukradzionych, odebranych, podpatrzonych, uznanych za własne! - to jest najgorsze. Świeżak po studiach lub po akademii wojskowej. Przyjdzie ci taki z wypiętą piersią na kompanię i traktuje regulamin służby jak własny kodeks dobrego i godnego życia), twórczości (każdy ma potencjał twórczy. Tylko, że jeden w obieraniu ziemniaków, a inny w rzeźbieniu w brązie) i autonomii myślenia, która oznacza by mówić TYLE razy nie, zanim nie zdamy sobie sprawy po co odmawialiśmy, aniżeli o parę razy zbyt często się zgodzić i w rozrachunku ostatecznym coś potraktować jak własne...

Tym też sposobem, podczas tego - momentami topornego dzieła, dochodzimy do drugiego przykładu dla zainteresowanych.

Wspomniałem (celowo), o "czasem szkodliwym nawet i dla siebie samego racjonalizmie", czytaj to proszę też jako obiektywizm lub umiłowanie do idei prawdy (nie mówmy "umiłowanie prawdy", bo to puste hasło, które niczego w sobie nie niesie. Tak jak i Osiecka cudnie napisała o "gonieniu króliczka", tak jak i nie pochwycenie ale pościg za ideą doskonałości, prawdy, piękna jest istotą rozwoju. Samo osiągnięcie idei, z natury abstrakcyjnej, nie jest przecież możliwe a twierdzenie, że jest inaczej brzmi arogancko).

Drugi przykład do mojej koncepcji egzystencjalno-motywacyjnej, to osoba naukowca, który na własną szkodę się garbi przy biurku, wzrok przy sztucznym białym świetle traci, pigment w skórze niemal traci, siwieje, łysieje, a tak w ogóle to pracuje dla innych a nie dla siebie...

No i znowu krytyka mojego stanowiska, że to niby tak oczywiste, że nie sposób z tego wybrnąć, a tym samym pogrążam się dalej i dalej twierdząc, że cokolwiek świeżego wnoszę.

Nie do końca. Zgodnie z 3 (lub 4, nie mam pamięci do cyfr) Prawem Psychologii, każdy człowiek na podstawie 1 i 2 prawa walczy z chorobą śmierci. Analogicznie więc, każdy człowiek walczy o nieśmiertelność i wieczne trwanie, lękając się z wieeelu powodów ustania procesów życiowych i skrępowania jego dłoni przez uścisk kościotrupa z kosą. Wchodzisz w relacje z ludźmi, bogacisz się, nabywasz i budujesz perspektywicznie (firmę, organizację, most, kopalnię, pomnik), tworzysz (malujesz, piszesz, rzeźbisz, filmujesz, fotografujesz), publikujesz, płodzisz potomstwo (oczywiste prawo Darwinowskie jak zamiary gościa z maczetą i kominiarką spacerującego po parku), przejmujesz, nadajesz i podtrzymujesz nazwisko... Słowem, kujesz w granicie ślad po swoim istnieniu. Nie patrzmy na to płytko, że nieśmiertelność znaczy MOJE życie na wieczność. Tak samo jak ten samobójca WALCZYŁ O ŻYCIE odbierając je sobie. Błagam, nie jestem może Jungiem z jego nieświadomością zbiorową, ale choćby cząstkę głębi gdzieś tam zapodziewam. (Piszę tak, bo raz mi zarzucono science-fiction, że myślę, iż ludzie pragną być bogami lub Cyborgami. Niezniszczalni i nieśmiertelni... bez komentarza ). Walka o nieśmiertelność z natury jest rozpaczliwa, więc i ze swej natury bije poniżej pasa (że się tak wyrażę) i pragniemy ją osiągnąć JAKKOLWIEK. Choćby fantazjując, że wiele osób płacze na naszym pogrzebie!!!

W ten sposób, budując swój własny pomnik naukowiec się utrwala na zawsze (może chociaż patent dostanie jeśli nie Nobla). Ale ma wiele innych motywów, i o ile sam nie jest kaleką i nie konstruuje doskonałych cybernetycznych protez, to głównymi jego pobudkami są liczne "egoizmy wtórne". Pragnie też sławy (korzyść odroczona), pieniędzy, pożytku dla ludzkości (gatunku) - (błagam! Bez patosu i mówienia o "dobrze ludzkości" bo sobie ręką drzwi ścisnę Nie wartościuję, orzekam o fakcie - użyteczność). Gdy społeczeństwo lepiej funkcjonuje, to jest bogatsze i szczęśliwsze, a gdy tak jest, to i jego elementy zyskują, czyt. naukowiec, jego żona, jego pies odżywiany wysoko energetyczną karmą, a korzyść tych ludzi to kolejne korzyści naukowca.

PS: ON o tym nie musi nawet świadomie myśleć. Egoizm i subiektywizm są dla człowieka tak naturalne jak oddychanie. Taka jest bowiem istota egocentrycznego punktu widzenia.

NEO
29-09-2011 03:24 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
PPS: piszę, że jestem anarchistą lecz nie pragnę stworzyć idealnej, wolnej, socjalistycznej komuny (komuna = zbiorowość, nie w sensie pogardliwym o komunizmie). Bardziej mnie interesuje jednak merytokracja (czy jak ktoś na forum wspominał "geniokracja" ? Menso-kracja. Nie ważne). Anarchizmem się podpieram na wzór rewolucjonizmu, ponieważ uważam, że obecny system demokratyczny wymaga uprzedniego spalenia, by ziemia pod nim była żyźniejsza (strategia wypalania lasów, jak mniemam i znowu czegoś nie przekręcam bo przyrodnikiem to ja nie jestem). Pewna znajomość socjologii nie pozwala mi sądzić, by darowanie jakiegokolwiek chwasta nie poskutkowało na nowo obrośnięciem nimi łąki. Wizja utopijna, mocno pachnąca radykalizmem... Ale tylko dlatego, że nie jest wykonalna bo ów "większość" się na nią nie zgodzi nie mam zamiaru z niej rezygnować. Oczywiście nie zgodzi, jeśli wcześniej kłamstwem nie przekonamy ich, że na tym bezpośrednio nie skorzystają (by faktycznie skorzystało dopiero ich potomstwo, lub nawet wnuki - taka istota polityki. Wyborca jest łakomy, rzadko kiedy i w mniejszości refleksyjny oraz krytyczny, a polityka działa z opóźnieniem. Efekty tego, co wyprawia dzisiaj rząd będą widoczne za 10-16 lat, podobnie jak teraz obserwujemy cień polityki socjalistycznej).

Piszę również o pochwale dla indywidualizmu, a jednocześnie o korzystaniu z dobrobytu dobrze prosperującego społeczeństwa (patrz przykład korzyści dla naukowca). To również nie jest sprzeczność ani przeoczenie. Po prostu sądzę, podpierając się i socjologią (socjologia mas) i psychologią (psychologia tłumu), że człowiek otoczony masą sobie podobnych przejmuje cechy społeczeństwa, w którym żyje. Nie sposób już być Polakiem nie będąc zakażonym chrześcijaństwem. Wiesz ile przykazań ma dekalog? Kto to był Józef? Jak wyglądał Jezus? A czy wiesz także jak brzmi 99 imion Allaha, albo jakie próby przeszedł Budda zanim został, tym kim został. No właśnie, kim został?

O takim zakażeniu mówię. I to się tyczy również homogenicznych kultur, zamkniętych społeczności, wychowywania poprzez media.

Człowiek musi z wieloma problemami współczesnej cywilizacji zmierzyć się samodzielnie, bez automatycznego opierania się o sprawdzone rozwiązania. To jest pierwszy krok, czyli rozwój indywidualizmu. Służy temu filozofia, sztuka - będąca formą medytacji, kontemplacja retoryczna (kim jestem? jaki jestem? czy moja moralność jest moją własną? Gdzie się kończę, a gdzie zaczynają moi rodzice? Co lubię, a co nauczyłem się lubić? Jaka jest istota dociekania prawdy? Po co?) i / oraz konfrontacja z radykalnie innymi poglądami.

Osiągnięcie Zasady Uczciwości i Zasady Szczerości, na równi z krytycznym treningiem kompetencji społecznych umożliwi człowiekowi wyrachowane i egoistyczne wykorzystywanie społeczeństwa, w którym żyje, co się przeniesie bezpośrednio na jego korzyść oraz pośrednio na korzyść tego społeczeństwa.

I na koniec coś betonowego, co powali widownię z krzeseł przed komputerami. Po czym już żaden psychoanalityk, psychoterapeuta, psychiatra nie będzie miał wątpliwości z jakim schorzeniem autora ma do czynienia.

Przemyślcie to zdanie na podstawie całego mojego wywodu.

"Jeśli ci na kimś zależy, to pragniesz go wykorzystywać. Jeśli zaś nie zależy ci na nim, to pozostajesz wobec niego obojętnym albo nawet gorzej, uprzejmym!"


Pozdrawiam TYM RAZEM na 100% kończąc pisaninę.
Ostatnio mnie leń dopadł i dlatego odpisałem dzisiaj z opóźnieniem.
Uriel_ (360 punktów)
>>A dla kogo jeszcze?
>Waham się mianowicie czy nie postulować aby egoizm uznać za cechę każdego żywego stworzenia, (...)

Nie zapraszajmy braci mniejszych delfinów do naszej społeczności mimo ich osobliwego uroku, jesteś za? Czy będziesz z nimi polemizował o ich stosunku do czegokolwiek?

>>Skoro wolą większości [...]
>Uriel, nie mnie decydować czym jest większość, (...)
>Posiłkowanie się argumentem większości jest dla mnie synonimiczne z konserwatywnym mydleniem oczu (...)

Błąd, użyłem "wola większości" w znaczeniu zjawisko sprzyjające i motywujące nas do prowadzenia dyskusji w temacie.

>>Co jest najwyższą wartością dla [...]
>W dalszym ciągu JA. Odebrałeś moją koncepcję zbyt dosłownie. Nie jest ona manifestem zła, ale pokornym przyznaniem faktu. Człowiek jest egoistyczny i w miłości, i w rodzinie, i w pracy, i w stosunku do innych ludzi. Chce zyskać, a że postępuje racjonalnie (aczkolwiek racjonalnym nie jest! Taki paradoks), to i oferuje coś w zamian, wchodzi w relacje, układy. (Teoria wymiany - niestety nie moja). Do ud des (daję abyś dawał).

Co jest złego w tym, że jesteśmy najważniejsi sami dla siebie, że jesteś tylko TY i tylko TY się liczysz dla siebie. Ja podzielając Twój pogląd jestem taki jak TY, liczę się tylko JA. Czy jesteśmy sobie do czegoś potrzebni? Czy ma sens abyśmy tacy właśnie wchodzili w jakieś relacje? Czy korzystne jest abyśmy budowali społeczeństwo?

A może budowa społeczeństwa w oparciu o wspólny światopogląd jest nieetyczna ?

Doprecyzuję: Jest nas dwudziestu, Ty, Ja i identycznie postrzegający siebie kolesie. Z używania rozumu udało ( uda się! ) nam się opracować doskonałe dla nas społeczeństwo, które realizowane w 30 procentach (ustalamy niekrępujące normy) zapewni nam i naszym rodzinom, dzieciom względny dobrobyt zakładając też, że nasza liczebność będzie rosła. Nie znamy lepszej alternatywy a inne konkurencyjne koncepcje społeczne są gorsze przy zastosowaniu jednakowych, logicznych metod oceny.

>Gdy zaś wchodzę w relację typu miłość, to jest to "Egoizm wtórny" (bo DAJĘ, a nie wyłącznie BIORĘ).

U Nas miłość byłaby tylko do siebie. Ja miłuję siebie ALE skoro Ty jesteś taki ja i widzę siebie w Tobie to miłuję i Ciebie i to co nas łączy. Łączy nas niby z pozoru tak niewiele, ale jednakowo widzimy (?) ogrom konsekwencji jakie rodzi nasze fundamentalne założenie jakie przyjęliśmy względem samych siebie, jednakowo Ty i Ja.

>Daję jednak po to, by rozkochać i być kochanym, a więc otrzymywać nagrodę (choć z opóźnieniem).

Nie biorę wszystkiego bo mi nie potrzebne, choć może dam Ci przyjemność i wezmę to co mi tam dasz materialnego. To co mi już dałeś najcenniejszego to to, że jesteś Mną (tożsamy na poziomie samoidentyfikacji) i nie jesteś przez to już dla mnie ciężarem, symbolicznie możemy to uczcić raz w roku, zróbmy święto ogólnospołecznościowe, w którym radujemy się z tego, że dzieląc się sobą czynimy nas w innych, którzy świadomie i z radością wstępują do naszej ( ateistycznej?) społeczności wyznaniowej. Co powiesz na nazwę "Nasze ciało" albo "Święta Naszego Narodenia", w których wspomnimy ciężkie żywota naszych prekursorów, którzy wydarli się na świat w piekle naszego niebytu ? A może dla rozróżnienia nazwijmy to nasze wspólne Ja np JA JESTEM i pójdźmy dalej stwórzmy nasz wspólny wizerunek literacki , Jahn, John sam zaproponuj Jego imię.
Opiszemy jego przygody.

>>Czy jest tym prawda o nim samym?
>Raczej umiejętnością niż wartością.
>O prawdzie uważam tyle, że jest bytem abstrakcyjnym

Więc jesteśmy społeczeństwem wyznaniowym albowiem uważamy, że nasze wartości i społeczeństwo na nich zbudowane nie są oparte na prawdzie w 100% a jedynie na koncepcji prawdy, której nie sposób logicznie, doświadczalnie czy metodą naukową podważyć w przeciwieństwie do jej żałosnych a przez to wrogich nam alternatyw.

>>Czy prawda o środowisku zewnętrznym [...]
>Nie wiem o co pytasz. O przyrodę, czy o fakt społeczny Durkheima? Sprecyzuj proszę.

Prawda o środowisku zewnętrznym jest dla nas jedna. Nasza wiedza o niej rośnie w miarę rozwoju naszych możliwości poznawczych, które nigdzie indziej jak w naszym społeczeństwie mogą przeżywać gigantyczny rozkwit, tym bardziej szokuje nas pojawienie się intruza z pomysłem by w stolicy wybudować meczet. W naszych mediach rozgorzewa dyskusja czy to jest kolejny clown, próbujący ożywić ćwiczebną dyskusję w środowiskach licealnych czy niedoinformowany przybysz z zewnątrz. ( może to Ziemianin AD 2011 ? - pytają ubawieni do łez Marsjanie )

>>Czy stosunek do Prawdy u jednostek [...]
>Takie samo ma znaczenie dla Ciebie, jak i dla nich. Postrzegam to jako grę społeczną, pełną zagadek i ukrytych pod płaszczem obłudnej uprzejmości interesów.

Nasz stosunek do wiedzy jest otwarty, każdy może wykazać nam błąd, każdy może ją uzupełniać jednak zakazane jest wyciąganie jakichkolwiek wniosków z obszaru niewiedzy. Żyjemy w przekonaniu, że nie ma nic zakrytego czego nie mielibyśmy odkryć ani nic czego nie możliwe by nam było się dowiedzieć. Mt 10,26 Szczególnie na swój temat, nawet jak jakiś żyd, islamista czy katolik zwyzywa nas od belzebubów Mt 10,24, że zabraniamy mu łamać obowiązujący u nas zakaz, my nie damy sobą nikomu pomiatać. Staramy się bronić granic naszego społeczeństwa, w którym nie ma synagog gdzie miano by nas biczować Mt 10,17 albowiem myślący inaczej, a tu przykładowo żydzi=judaiści, nas nienawidzą i to jest mały problem. Nie mieścimy się z takimi poglądami jakie mamy w granicach ich tolerancji i im podobnych stąd też m.in. Mt 10,18

>Ja wiem, czego po nich MOGĘ się spodziewać, toteż winno być i odwrotnie.
>>Czy posiadanie prawidłowych [...] danych [...]
>Pytasz mnie czy lepiej być głupim i naiwnym czy sprytnym i perfidnym?

Nie, pytam czy jesteś otwarty na weryfikację prawidłowości posiadanych danych o samym sobie i konfrontację z inną, powszechnie nieznaną bazą danych.

Zapraszam łakomczucha
30-09-2011 17:39 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
Witam.

Ja przyjmuję za fakt, że ludzie są zwierzętami i nie ma od tego odstępstwa. Tworząc swoją teorię motywacji, starałem się objąć nią całe uniwersum a nie tylko ludzi. Nie skupiam się wyłącznie na ludziach, co więcej, staram się od nich przekornie na siłę odchodzić. Podobnie jak z dylematem boga. Nie angażuję się w niego, bo jakiś człowiek ma problem z wiarą, ale dlatego, że kiedykolwiek na świecie pojawiła się idea Rzeczy nadprzyrodzonej.

Unikam antropocentryzmu, zaślepiałby mój obiektywizm.

Zaś co do polemiki. Przyjmując, że twierdzę iż dominująca postać egoizmu (wtórna) jest w większości nieuświadomiona, zaś skutki obcowania z kulturą i społeczeństwem pod postacią licznych mechanizmów społecznych - empatia, altruizm, konformizm, moda, gust, preferencje, idee, poglądy, sympatie, definicje rzeczywistości, są na tyle silnie zinternalizowane, że nie jest możliwym świadome oddzielenie jednostki od dorobku gatunku ludzkiego (toteż nazwałem tego typu dociekania "kontemplacją retoryczną" a nie refleksją.

Wielu filozofów i socjologów pisało, że człowiek jest "produktem kultury" i oczywiście się z tym zgadzam. Po to, aby zajmować aktualnie piastowane stanowisko i być tym, kim się aktualnie jest człowiek zmuszony jest do nierozłącznego obcowania z kulturą. Tu się jednak pojawia moja wątpliwość, albowiem im człowiek staje się bardziej ludzki (czyt. uspołeczniony), tym mniej przestaje być samym sobą [JA].

Nie widać rozwiązania tego dylematu poza właśnie interesownym wejście w kulturę i świadomym z niej wyjściem. Obcowanie bez kultury udowodni empirycznie dlaczego człowiek jest zwierzęciem odrobinę bardziej inteligentnym, podobnie jak całkowite spożycie dorobku kulturowego wykreśli sens zadawania moich pytań. Świat stanie się wówczas prosty i zautomatyzowany, podporządkowany nurtowi Rzeki Społecznej.

Jak widzisz, nie zakładałem nigdy na wstępie możliwości polemizowania nawet z ludźmi. W tym wypadku, tyczy się to tak i ludzi jak delfinów, chodzi o obserwację i wyciąganie niekonfrontacyjnych wniosków, na poziomie wykraczającym poza antropocentryczny narcyzm. Z Tobą rozmawiam, bo jesteś ciekawy. Zadajesz pytania, poddajesz krytyce, nie korzystasz OD RAZU z innych, bardziej popularnych i rozpowszechnionych poglądów ale dociekasz sensowności moich.

Zadaj sobie jednak pytanie, kogo oprócz garstki nielicznych na prawdę by to interesowało do tego stopnia co Ciebie? W życiu większości "braci większych" liczy się to, aby mieć piwo na stole, chleb w szafce na zakupy, zapłacone podatki i trafić wieczorem na jakiś fajny meczyk / filmik po przyjściu z 12 godzinnej pracy.

A nie jakieś "bzdury" o wartościach, motywacji i uniwersum.
(Jest to też odpowiedź na Twój argument, czy istotna jest "sprzyjająca wola większości". Nie, nie jest istotna. Bo czy pytasz się świerszcza dlaczego świerszczy, albo człowieka dlaczego nie gotuje na obiad nadwyżki dzieci w rodzinie?)

---
Mówiąc o manifeście zła, starałem się dać przykład, że nie sposób mi jest uniknąć konotacji pejoratywnej, jaka jest wiązana z moimi poglądami. Egoizm, egocentryzm, ja, precz z moralnością i zasadami, nie ma emocji, liczy się wykorzystywanie, wyzyskiwanie, użytek, pożytek, koszty, opłacalność. Posługuje się brutalnym i zimnym językiem ekonomii, choć oczywiście nigdy nie wiązałem swoich poglądów ani ze złem, ani z dobrem. Jeśli już, to z postulatami bliskimi utylitaryzmowi.

Skoro liczy się tylko JA, to jaki mamy z siebie wzajemny pożytek? Taki sam jak teraz, bo moja koncepcja nie wprowadza NICZEGO NOWEGO. My od tysiącleci jesteśmy egocentrycznymi egoistami, tylko nauczyliśmy się to łagodnie i pochlebnie wyrażać, jako troska o dobrobyt społeczeństwa, czy też w ogóle nie wysławiać - jak rzeczony egoizm, kamuflowany przez wyrzuty sumienia pod postacią pomocniczości.

Ja mogę być dobrym filozofem, ale Ty wybitnym. Ja mogę być rewelacyjnym psychologiem, ale Ty możesz być ikoną antropologii lub inżynierii. Nasze życie jest ziemskie i skończone, osadzone w kontekstach i epokach. Żaden człowiek nie osiągnie w pojedynkę dorobku ludzkości. Współpraca jest konieczna, ja tylko interpretuję co nami kieruje, i że nie jest tym magia miłości, tylko rachunek opłacalności. Bo, tutaj twierdzę, że nie jest możliwe, choćby się uprzeć i bić piąstkami w szybę, inne postrzeganie świata niż poprzez pryzmat samego siebie. Prawdą jest przecież - i to uznaną, że "nikt nie zna nas lepiej od nas samych".

---
Co do etyczności. Uważam, że ten JEDYNY model społeczeństwa istniał dziesiątki tysięcy lat temu i trwa po dziś dzień. Muzułmanin, komunista z ChRL czy NOR, katolik a może Polinezyjczyk niczym się dla mnie nie różnią. Wyznaję TE SAME ZASADY, choć nie zdają sobie z tego sprawy. Żyją tymi samymi kryteriami wartości, chociaż wartości nadane przez kulturę moim zdaniem, zaburzają i rozmywają ideę systemu uniwersalnego, opartego o Teorię motywacji i egzystencji. (Dowód za chwilę)

---
Brawo! W kwestii miłości jako jedyny tak szybko doszedłeś do puenty, że ja uznaję tylko jeden rodzaj miłości. Miłość prawdziwą do samego siebie. Pozostałe odmiany traktuję jako emocjonalne poruszenie, grę hormonów, feromonów. Biologiczny mechanizm rozrodu odpalany przez instynkt. Sam jestem przeciwnikiem takiej subiektywizacji tego pojęcia, zachwytu nad nim i wręcz sceptyczny, czy ma prawo być nazywany "najwspanialszym uczuciem". Zakładam, że zinternalizowany subiektywizm (lubię to, czego mnie nauczono lubić) pozwala nam uwielbiać różne rzeczy. Odchodzę też od naiwnego, magicznego, romantycznego i szlachetnego postrzegania miłości jako daru (boskiego?), czegoś szczególnego, wyłącznie ludzkiego (psy są w stanie tego samego dokonać, czym znacząco różnią się od kotów "tu i teraz, kto da więcej").
30-09-2011 18:22 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
Zauważ, że NIE jesteśmy w stanie miłować nikogo tak, jak siebie samych, ponieważ nasza wiedza o innych opiera się wyłącznie na przypuszczeniach i domysłach. Ja nie wiem czego Ty chcesz, jaki jesteś, co czujesz gdy widzisz żabę, jaki rodzaj przekąsek lubisz i w jakim stopniu, na jakiej skali, na nie reagujesz? Przypuszczam, że lubisz spokój, dobrą atmosferę, ciepło, wysiłek intelektualny i dajmy na to jakiś rodzaj rozrywki.

Empatia? Magia kosmosa pozwala mi w Ciebie wejrzeć? Nie, jest to przykład (wielu) heurystyk myślenia (choćby heurystyki zakotwiczenia, czy heurystyki dostępności), stereotypizacji, a co więcej! Błędu atrybucji. Czynię Cię takim, jakim Cię postrzegam (a jakie mam prawo W OGÓLE CIĘ jakoś postrzegać? Życie bez definiowania rzeczywistości byłoby chaotyczne - to fakt, ale to nie znaczy, że NASZE definiowanie REALNIE czyni je uporządkowanym).

Na tej zasadzie postrzegamy Muzułmanów jako wściekłe, złe z natury demony, pragnące siać chaos, morderstwo i widowiskowe zniszczenie. Azjatów jako śmiesznie mówiące, hałaśliwe oliwkowe ludziki. A tego przystojnego Marka z mojej klasy, za idealny wybór człowieka, z którym spędzę najwspanialsze chwile w moim życiu, bo on pewnie pragnie tego samego co ja i będziemy szczęśliwym małżeństwem!

---
Czuję się winny tego, że nie egzemplifikowałem na przykładzie czym jest pojęcie solipsyzmu (nie tylko u mnie, ale w ogóle), w wyniku czego oberwałem parodystyczną historyjką o "ŚWIĘCIE NASZEGO NARODZENIA" i wspólnym bycie literackim.

Oczywiście według mojego założenia, jesteśmy w stanie (przebijając się przez liczne mechanizmy socjalizacji) ledwo (częściowo) poznać samych siebie. Poznawanie innych ludzi jest z założenia NIEMOŻLIWE. 1. Nigdy nie odsiejemy kłamstwa i wizerunku od obiektywnego bytu, którego sam ten byt nie może znać w pełni i do końca. 2. to, co rzeczywiste, jest pochodzenia zmysłowego. (Nie sądzę by zmysły ZAWSZE nas kłamały, a nasze życie było dojrzewaniem w kokonie, hodowanym przez rasę obcych, czy innego niezbyt mądrego Matrixa - gdyby pojmować go dosłownie, a nie jako zaślepienie "zaburzonym przez emocje oraz socjalizację postrzeganiem świata i rzeczywistości społecznej"). Nie da się zaś bez psychologicznego Błędu atrybucji (rodzaj nieuprawnionego wnioskowania poprzez nadawanie cech psychicznych osobie, na podstawie jej wyglądu zewnętrznego) zdefiniować nikogo (oczywiste), ani niczego (przykład z czasem. Postrzegamy go jako wymierną skalę, podzieloną na godziny, minuty, sekundy a nie jako wymiar obiektywnego istnienia. Inne to: przykład prędkości światła, przykład fal radiowych, przykład widzenia kolorów) - jeśli wcześniej nie rozebrać danego zjawiska na empirycznie mierzalne elementy składowe. Bez takiej procedury, możliwe jest jedynie poznanie teoretyczne, dedukcyjne - moim zdaniem wyjątkowo nacechowane przypadkowością i analogicznością.

Dlatego nigdy nie będziemy NIKOGO traktować jak siebie. Już pomijam fakt, że idea równości za wszelką cenę, jest dla mnie niepojęta, bezpodstawna i typowo socjalistyczna. Ludzie różnią się od siebie, nie są podobni tak jak i nie są równi. Bywają wybitni, ogół jest przeciętny, jak również bywają i odstający od standardów. Błędem jest - moim zdaniem - wprowadzanie zasady równości, bez wcześniejszego zaprzeczenia sobie w tej regule, wprowadzając - KONIECZNĄ - moim zdaniem, zasadę / kryterium ewaluacyjnego. Wewnętrzna sprzeczność tej koncepcji czyni ją miałką i bezużyteczną, gdyż jest tylko niedowiedzionym Hipisowsko-Marksistowskim sloganem.

(Oczywiście pomijam zasadę równouprawnienia. Ta jest zasadna, ponieważ wnika w strukturę bytu. Byt sam przez się, jest uniwersalny. I każdy tak samo istnieje jak inni, toteż wszystkie jego potrzeby podstawowe - dowiedzione filozoficznie, bo jak inaczej? (Inne metody eksperymentalne byłyby niebezpieczne i nieetyczne), winny być w takim samym stopniu zaspokojone w przypadku każdego osobnego bytu. - I nawet tutaj pojawia się zasada egoizmu, albowiem człowiek uważa swój rodzaj bytu za byt ważniejszy - a przez to postrzegany pochopnie jako wyższy - od bytów innych gatunków, a często też własnych ras, i rodzajów.)

---
Prawda i społ. wyznaniowe.
Ależ jest wręcz przeciwnie niż mówisz. My właśnie uważamy, że jesteśmy w stanie dosięgać prawdy i Istoty rzeczy. Mózg nie toleruje dziur w całym, postępuje holistycznie i radykalnie. Jeśli według moich emocji, prezes Kaczyński jest mężem narodu, to to mi wystarczy by nazwać psem, zdrajcą i komunistą nie tylko podobnych mnie ideologicznych wyznawców, ale i sympatyków partii opozycyjnej (wiadomo jakiej). Nie zadaję sobie pytania czy postulat "jedna partia, jeden Prawdziwy naród, jedna religia, jedna moralność, jedna oświecona i doskonała Prawda" sam w sobie nie jest postulatem komunistycznym, i czy sam siebie nie przezywam. Albo odwrotnie, zachłyśnięty modą na liberalizm głosuję na partię quasi-liberalną, na jaką się kreuje dajmy na to PO. Spory toczą się wokół racji, preferencji, majątku, dobrego imienia. Setki drobnych, minimalistycznych pobudek by twierdzić, że to MY mamy rację i to nam jest bliżej do prawdy.

Człowiek o ile postępuje racjonalnie, o tyle sam w sobie nie jest racjonalny (z natury jest raczej emocjonalny lub właśnie egoistyczny - tylko te dwie koncepcje uznaję za uprawnione i za równoprawną traktuje koncepcje dobra, miłości, emocji i zwierzęcej pasji, z którą się realnie mierzę. Zwierzęca koncepcja magii i emocji vs. racjonalna koncepcja bytu bezwzględnego. Każda moim zdaniem ma podobne szanse by stać się uniwersalną).

Reasumując. Nie mamy także innej alternatywy. Alternatywy wyznaniowe są nielogiczne i empirycznie niemierzalne. Mój obecny stan "ducha", nazwałbym głęboko sceptycznym i nieufnym wobec 100% pewników, nie zaś wyznaniowym. Ja sam nie buduję mojej definicji rzeczywistości w oparciu o niepewne przesłanki. Dopuszczam ich istnienie jako temporalnych, przejściowych, by na czymś się opierać ale nie zamykam się na ich doskonalenie, weryfikowanie i obalanie! (Człowiek nienawidzi negacji światopoglądu)
30-09-2011 18:59 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
---
Wybacz, że nie odpowiadam indywidualnie na KAŻDY Twój pytajnik. Tworzę niekiedy odpowiedzi zawierające w sobie odpowiedź na kilka Twoich pytań lub (czasem przypadkowo, czasem intencjonalnie) porywam się na dygresje, które przy okazji wyjaśniają inne Twoje wątpliwości.

Myślę, że fragment o "wiedzy o środowisku" wytłumaczyłem swoimi słowami. Jako taką wiedzę posiadamy, nie jest ona jednak rzetelna, aczkolwiek, nie ważne pod jaką postacią, to konieczna, aby umożliwić dalsze funkcjonowanie. Człowiek nie umie przyjąć chaosu jako definicji rzeczywistości, dlatego porządkuje fakty w kategorie, którymi potem ochoczo operuje. Przy okazji, do ich tworzenia wykorzystuje emocje, sentymenty, właśnie fakty społeczne, i moim zdaniem tworzy się iluzję uporządkowanej rzeczywistości, która mnie nie zadowala.

Moje postulaty są próbą nie tyle PRZEMIANOWANIA istniejących od zarania ludzkości zjawisk, ale również pociągnięciem za ów zmianą etykiety złożonej i filozoficznej refleksji nad kwestiami elementarnymi.

Jaki według mnie powinien (wynika z tego) profil człowieka? Zakładając, że przeprowadziłby on podobną do prezentowanej tu ścieżkę dedukcyjną.

Byłby człowiekiem świadomie egoistycznym, który wyzbył by się wartościowania na zło i dobro, przez co z dzisiejszego punktu widzenia mógłby być postrzegany jako niebezpieczny psychopata i zboczeniec, do tego zimny ekonomista. Zdolny byłby uruchamiać procesy emocjonalne dla własnych i cudzych korzyści znając skład emocji i ich pochodzenie i przestając je traktować jako dotknięcie czoła różdżką przez magiczną wróżkę. Nauczyłby się wykorzystywać swój potencjał aby się rozwijać, a nie jedynie egzystować w teraźniejszości. Nastawiony na przyszłość oraz rozwój intelektualny i technologiczny, zaniedbywałby więzi społeczne, co doprowadziłoby do zdeprecjonowania wartości rodziny, ale jemu już by to nie przeszkadzało, ponieważ taki styl życia byłby powszechny i korzystny.

Wchodziłby zaś w inny typ relacji, relacji partnerskich, które opierałby o dobór rozsądkowy poparty nie tylko empirycznie obserwowaną wartością człowieka, pod względem jego atrakcyjności fizycznej - co byłoby oznaką posiadania wartościowego kodu genetycznego, ale również dobierając partnera pod względem ekonomicznym - czyli zwracając uwagę na jego wyzywający i pociągający poziom intelektualny, priorytety życiowe gwarantujące dynamiczny i efektywny rozwój interpersonalny, kompetencje społeczne, zaradność życiową - popartą dorobkiem intelektualnym i materialnym.

Decyzji tych dokonywałby jednak nie pod kątem doboru partnera seksualnego - tak jak współcześnie, pseudo argumentując, iż powyższe kroki, które przedstawiłem przeanalizował. Tutaj selekcja byłaby wyzwolona z nakazów moralnych i aktualnych, tymczasowych przeżyć. Kładła by nacisk na własny zysk, a co za tym idzie na pracę zespołową, w której zysk ten można by powiększać, toteż dobór miałby charakter "homogeniczny", a nie "heterogeniczny". W moim idealnym, fantastyczno-naukowym, utopijnym świecie bezzasadny byłby podział na płeć i różnice płciowe, rasy, stopniowo umierające wyznania i różnice kulturowe. Zanikałby nacjonalizm, szowinizm, lęki społeczne, ale również patriotyzm, tradycje, języki mniejszości, nieużyteczne nawyki jak nałogi czy kompulsje.

Alternatywą do takiego świata byłby świat emocjonalny, który aktualnie się promuje. Świat hedonistyczny, w którym wiele jest podobieństw, ale wyboru dokonuje się na podstawie chwili, atrakcyjności, siły głosu, częstotliwości krzyku, popularności, głosu większościowego, konformistycznego dyktu mody. Człowiek nastawiony by był na pożądanie, osiąganie, zdobywanie, utrzymywanie i wygodne życie, bez rozdrabniania się na daleko przyszłościowe wizje. Nie wiem czy posiadałby boga, ale z pewnością posiadałby patrona, idola medialnego, gwiazdę, dyktatora, naród-policyjny stojący na straży innych państw (USA), demokrację (ew. politeę), ukierunkowany by był na zawłaszczanie dóbr słabszych wedle zachcianek silniejszego i na zwielokrotnione technologicznie przeżycia zmysłowe (kilkugodzinne orgazmy, niskokaloryczne i bogato aromatyczne potrawy, kolorowe-erotyczne i niewyobrażalnie pociągające życie społeczne). Możliwe, że zatarłaby się granica pomiędzy rozwojem duchowym a rozwojem estetycznym, społeczeństwa - podzielone i namiętne, byłyby euforyczne i impulsywne.

Życie niezwykle ciekawe, barwne i obfitujące w niezapomniane wrażenia. Znacznie ciekawsze i znacznie atrakcyjniejsze niż alternatywa, którą ja proponuję, gdyż mój erotyzm, mój hedonizm, mój sensualizm wynika z egoizmu, a nie z przyzwolenia na emocjonalność, i ten sam egoizm byłby ukierunkowany również na "niejednostkowe" dobra odroczone, których jednostka mogłaby nigdy za swojego życia nie doświadczyć.

Oczywiście jestem z zamiłowania pisarzem powieści fantasty, niewiele lub nawet nic z tego, co podejrzewam nie musiałoby się spełnić. Podobnie jak na chwilę obecną nie jest też nijak racjonalnie uargumentowane. Ot takie przypuszczenia, domysły, gra słów i jasnowidzenie.

---
>Żyjemy w przekonaniu, że nie ma nic zakrytego czego nie mielibyśmy odkryć ani nic czego nie możliwe by nam było się dowiedzieć.

Optymistyczna wizja. Osobiście jestem wobec niej sceptyczny, choć uważam, że prawie na pewno nie mam racji. Choć nawet gdybym miał, to takie podejście do sprawy gwarantuje ciągły rozwój i pożądanie poznawcze.

Moją jedyną obawą jest, że emocje zanieczyszczą poznanie z natury intelektualne.

Przykładem niech będzie budowa LHC. Ludzie dowiedzieli się z czyjejś niezręcznej wypowiedzi, że w LHC możliwe będzie wyprodukowanie miniaturowej czarnej dziury. Wpadli w panikę, zaczęli organizować protesty przeciwko budowie Zderzacza Hadronów i niemal nie sparaliżowali jego pracy, bo uwierzyli w coś sugestywnego, a nie w mało atrakcyjne i równie przemawiające do wyobraźni zapewnienia, że taka dziura byłaby mała, krótkowieczna i nieszkodliwa. Że nie pożarłaby ludzkości.

---
Jestem otwarty na konfrontacje, choć nie byłaby ona z przyczyn technicznych możliwa.

NEO
30-09-2011 19:20 
 Ocena 1 na 1
NEO DARK LORD (152 punktów)
PS: dlaczego łączę postać dyktatora z demokracją? Ponieważ dla mnie jedno sprzyja drugiemu. Taka na przykład Północnokoreańska republika demokratyczna.

Jeśli lider emocjonalny dominującej partii lub jakiegoś innego prądu polityczno-ideologicznego przekona do swojego stanowiska większość obywateli, wówczas ci będą "świadomie" demokratycznie popierali jego stanowisko i wierzyli we wspólnotę wyznawanych idei (powiedzmy, że prezydentem narodu przez kilka kadencji stałby się Prezes PiS Jarosław Kaczyński - odwołujący się do uczuć patriotyczno-religijnych, tradycji i postaw narodowościowo-antyrosyjskich oraz "antyokupacyjnych" (wszelako rozumianych i narodowościowo i religijnie i ideologicznie), Władimir Putin - odwołujący się tak samo do postaw narodowościowych, tęsknych wspomnień o matce Rosji i ducha Związku Socjalistycznego Republiki Radzieckiej, kreujący się na silnego i twardego ojca narodu, czy powiedzmy Kim Jeong-Il, pielęgnujący schedę po ojcu, odwołujący się do emocji strachu przed okupującym świat kapitalistycznym wrogiem ludzkości jakim jest Korea Południowa i Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, terytorializmu, paranoi inwigilacji no i rzecz jasna ducha tradycji.

Spokojnie można być dyktatorsko-totalitarną republiką demokratyczną. To się wzajemnie nie wyklucza. Ubóstwiam hasło (głównie SLD) "bo wyborcy są świadomi, potrafią samodzielnie myśleć i dokonają mądrego wyboru".

NEO
Uriel_ (360 punktów)
>Zauważ, że NIE jesteśmy w stanie miłować nikogo tak, jak siebie samych, ponieważ nasza wiedza o innych opiera się wyłącznie na przypuszczeniach i domysłach.

Miłuję wszystko to co reprezentuję sobą w Jezusie. Moja wiedza o nim jest wiedzą o Mnie samym.
Żyłem, pisałem wtedy do siebie z nadzieją, że przyjdę ponownie by wziąć udział w życiu wiecznym tego, który JEST.
Jest we mnie i wtedy był w Jezusie, rozpoznaję Go w nim. Jezus ukrzyżował się dla Mnie. I nie jestem nikim bardziej wyjątkowym od Ciebie, poza tym, że mogę Cię pocieszyć, że zrobił to również dla każdego z nas, dla Ciebie też a moim moralnym obowiązkiem jest to anonimowo bez owacji na stojąco, bez praw autorskich, bez pobierania opłat, wykazać.

>Ja nie wiem czego Ty chcesz, jaki jesteś, co czujesz gdy widzisz żabę, jaki rodzaj przekąsek lubisz i w jakim stopniu, na jakiej skali, na nie reagujesz? Przypuszczam, że lubisz spokój, dobrą atmosferę, ciepło, wysiłek intelektualny i dajmy na to jakiś rodzaj rozrywki.

Chcesz się wiązać ze mną personalnie (Marek, Ziutek, Ala) czy duchowo (Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego zjednoczeni w Duchu Świętym wyrosłym na zdefiniowanym JA ) ?

>Empatia? Magia kosmosa pozwala mi w Ciebie wejrzeć?

Nie. Rozumne spojrzenie w siebie. Poznanie wewnętrzne drogą oświecenia ku ciasnej bramie, za którą jestem/jesteś/jesteśmy i czekam. Jestem JA JESTEM i chcę Tobie objawić, usłysz Mnie w sobie, wejrzyj w siebie i zobacz Mnie, który się w Tobie staję [ Mt 11,27 ]

>Nie, jest to przykład (wielu) heurystyk myślenia (choćby heurystyki zakotwiczenia, czy heurystyki dostępności), stereotypizacji, a co więcej! Błędu atrybucji. Czynię Cię takim, jakim Cię postrzegam (a jakie mam prawo W OGÓLE CIĘ jakoś postrzegać? Życie bez definiowania rzeczywistości byłoby chaotyczne - to fakt, ale to nie znaczy, że NASZE definiowanie REALNIE czyni je uporządkowanym).

Wejdź w moją definicję i sam to dopiero ocenisz. NASZE Królestwo zwane Bożym REALNIE nie istnieje, społeczeństwo ludzi takich jak My NIE ISTNIEJE i NIGDY NIE ISTNIAŁO poza obszarem Słowa - czystej informacji - metafizyki, w której tylko tacy jak My jesteśmy Jego filarami, gwarantem bytu itp. Zbudowaliśmy potężny oręż do walki o swoje prawa - Pismo Święte Nowego Testamentu co potwierdza, że i jaj nam nie brakowało, czyż nie?

>Na tej zasadzie postrzegamy Muzułmanów jako wściekłe, złe z natury demony, pragnące siać chaos, morderstwo i widowiskowe zniszczenie. Azjatów jako śmiesznie mówiące, hałaśliwe oliwkowe ludziki. A tego przystojnego Marka z mojej klasy, za idealny wybór człowieka, z którym spędzę najwspanialsze chwile w moim życiu, bo on pewnie pragnie tego samego co ja i będziemy szczęśliwym małżeństwem!

Powiesz im wszystkim to: [ Mt 11,28 ] - albo i nie, przecież nie jest powiedziane, że się tu dogdamy

>Czuję się winny tego, że nie egzemplifikowałem na przykładzie czym jest pojęcie solipsyzmu (nie tylko u mnie, ale w ogóle), w wyniku czego oberwałem parodystyczną historyjką o "ŚWIĘCIE NASZEGO NARODZENIA" i wspólnym bycie literackim.

Nie to jest wiesz tak jak na weselu w Kanie Galilejskiej. [ J 2,10 ] Im dłużej będziesz ze Mną pił to wino, tym lepsze w smaku ono będzie, coraz lepsze i lepsze aż doznasz rozkoszy i szczęścia, że ta butelka nie ma dna a apetyt nigdy się nie kończy.

>Oczywiście według mojego założenia, jesteśmy w stanie (przebijając się przez liczne mechanizmy socjalizacji) ledwo (częściowo) poznać samych siebie. Poznawanie innych ludzi jest z założenia NIEMOŻLIWE.

Wychodźmy więc na powierzchnię. Jesteśmy tu obiektem ataku definicji nas samych, bo któremuś z nas udało się ją wypowiedzieć dawno temu po postawieniu pytania o fudamentalnym znaczeniu, a brzmiało ono: A co żydzie jeśli twojego boga nie ma? Przeżywszy niczym Kołakowski horror metafizyczny odważył się ów (owi) śmiałek pomyśleć : A jeśli istnieję tylko Ja i tylko w moich rękach jest los mój, moich bliskich i mojej planety? No i się zaczęło, [ Łk 4,18-21 ]

>1. Nigdy nie odsiejemy kłamstwa i wizerunku od obiektywnego bytu, którego sam ten byt nie może znać w pełni i do końca.

Jakakolwiek koncepcja ludzkiego JA w tym i człowieczeństwa jest więc wyznaniem wiary, nasze swoiste wyznanie czyni nas innymi na tle innych wyznań. Jesteśmy innowiercami.

>2. to, co rzeczywiste, jest pochodzenia zmysłowego. (Nie sądzę by zmysły ZAWSZE nas kłamały, a nasze życie było dojrzewaniem w kokonie, hodowanym przez rasę obcych, czy innego niezbyt mądrego Matrixa - gdyby pojmować go dosłownie, a nie jako zaślepienie "zaburzonym przez emocje oraz socjalizację postrzeganiem świata i rzeczywistości społecznej").

To o czym tu mowa jest pozazmysłowe. Jest konsekwencją korzystania z rozumu przy opisie samego siebie i swojej sytuacji w świecie przy założeniu prawdziwości własnej definicji samgo siebie, w którą wierzymy [albo odrzucamy i nie ma tematu]

>Nie da się zaś bez psychologicznego Błędu atrybucji (rodzaj nieuprawnionego wnioskowania poprzez nadawanie cech psychicznych osobie, na podstawie jej wyglądu zewnętrznego) zdefiniować nikogo (oczywiste), (...)

To i reszta - Pewnie, że masz rację ale to nie na temat. Definicja JA przeniesiona do dostępnego dla ogółu obszaru informacji staje się własnością ogółu. To z nią musimy się zmierzyć. Ani kolor włosów, cera, ubiór, uroda, zapach ITD ITD nie decydują o tym jaki będzie stosunek danej osoby do informacji o sobie samej. Możliwe, że wybierze Barabasza.

   
Uriel_ (360 punktów)
>Dlatego nigdy nie będziemy NIKOGO traktować jak siebie.

Oczywiście, że na każdym poziomie jest to niemożliwe. Proszę wróć do pytań źródłowych naszej dyskusji mówimy tu m.in. o możliwości ustalenia odpowiedzi na pytanie : Czym jesteśmy i czym jest wobec tego nasza godność. Zauważ już w samym tym pytaniu nie można mówić o godności w oderwaniu od przyjętej definicji tego czym jesteśmy nawet jeśli definicja zawiera w sobie nasz stosunek do niewiedzy na swój temat [żywa wiara, potrzeba walki z niewiedzą traktowaną jako upośledzenie, domaganie się zakazu stosowania zapchajdziur/y].

>Już pomijam fakt, że idea równości za wszelką cenę, jest dla mnie niepojęta, bezpodstawna i typowo socjalistyczna. Ludzie różnią się od siebie, nie są podobni tak jak i nie są równi. Bywają wybitni, ogół jest przeciętny, jak również bywają i odstający od standardów.

Ale również (czy?) są podmiotami, które jednakowo w ogólnym znaczeniu podlegają TYM SAMYM PRAWOM FIZYKI lub ogólniej TYM SAMYM PARAMETROM WSZECHŚWIATA, do których mogą ale nie muszą się ustosunkowywać. Jeżeli ktoś chce mieć wybór - "czy chce wiedzieć czy nie chce wiedzieć" - proszę bardzo. Co Ty wybierasz? Przecież nie życie zwierzęco-emocjonalne pod patronatem katabasa załatwiającego Ci przychylność u pana boga ? Serwującego gusła zamiast realnej pomocy medycznej itp.

>Błędem jest - moim zdaniem - wprowadzanie zasady równości, bez wcześniejszego zaprzeczenia sobie w tej regule, wprowadzając - KONIECZNĄ - moim zdaniem, zasadę / kryterium ewaluacyjnego. Wewnętrzna sprzeczność tej koncepcji czyni ją miałką i bezużyteczną, gdyż jest tylko niedowiedzionym Hipisowsko-Marksistowskim sloganem.

Proszę stosujmy kryteria ewaluacji. Projekt zawiera samotestującą się jednostkę/ki wyznające, iż oficjalną prawdą obowiązującą warunkowo do jej racjonalnego/naukowego obalenia jest zdanie, że człowiek jest autonomicznym organizmem zwierzęcym, który na drodze ewolucji uzyskał dostęp do Podmiotowości, której podstawową cechą jest dostęp do świata pojęć, których transformacja zwana procesem myślenia czyni go ogniwem zdolnym do korzystania z wiedzy ogólnej i praw rządzących powszechnie otaczającą go jedyną rzeczywistością, której część integralną stanowi i prawom tym sam podlega (...)

Ludzie tak definiujący się tworzą społeczeństwo wyznaniowe wobec tej definicji będącej jednym z fundamentów ich człowieczeństwa i silnie skutkującej na jego cechy jakościowe.

Podstawową kulturą tej populacji jest kultura SŁOWA ale nie dlatego, że tak oznajmia w epilogu Jan Ewangelista ale dlatego, ze SŁOWO jest składową informacji a w tym tej najważniejszej, tej o nas samych bez której niemożliwe jest nasze człowieczeństwo w przyjętej tu formie (ani pewnie żadne inne). Nie z tego powodu, że Jezus tak powiedział ale to MY APELUJEMY niech Wasza mowa będzie prosta tak, tak, nie, nie [Mt 5,37] czyli o powszechne stosowanie Brzytwy Ockhama tak by rodzące się potomstwo dochodziło ekonomicznie do celu jakim jest dojrzałość umysłowa jednostki dająca jej prawa obywatelskie po uprzedniej weryfikacji.

Wiem jak to brzmi ale tylko spróbuj zaprzeczyć.

>(Oczywiście pomijam zasadę równouprawnienia. Ta jest zasadna, ponieważ wnika w strukturę bytu. Byt sam przez się, jest uniwersalny. I każdy tak samo istnieje jak inni, toteż wszystkie jego potrzeby podstawowe - dowiedzione filozoficznie, bo jak inaczej? (Inne metody eksperymentalne byłyby niebezpieczne i nieetyczne), winny być w takim samym stopniu zaspokojone w przypadku każdego osobnego bytu. - I nawet tutaj pojawia się zasada egoizmu, albowiem człowiek uważa swój rodzaj bytu za byt ważniejszy - a przez to postrzegany pochopnie jako wyższy - od bytów innych gatunków, a często też własnych ras, i rodzajów.)

Zbytnie troski tu przejawiasz w powyższym akapicie [6,25-34]. (klasyczny przykład). Nie znasz jakości tego społeczeństwa zanim nie wydedukujesz prawdopodobnej produktywności systemu jaki uzgodnią i zoptymalizują jednostki go tworzące. Pamiętajmy, że świat optymalny dla nich to planeta ich własna, wolna od destrukcyjnych sporów wewnętrznych natury religijnej. Innymi słowy : Ziemia ludzi wyleczonych w ich mniemaniu [porównaj koncepcyjne Królestwo Tysiącletnie Ap 20,1-(...) i Nowe Jeruzalem 21,1-(...) ]

>Prawda i społ. wyznaniowe.
>Ależ jest wręcz przeciwnie niż mówisz. My właśnie uważamy, że jesteśmy w stanie dosięgać prawdy i Istoty rzeczy. Mózg nie toleruje dziur w całym, postępuje holistycznie i radykalnie.

Stan błogosławiony, który jest tu Twoim udziałem NIE JEST stanem obecnym w innych, wybranych grupach społecznych, które radykalizują się by potępić Twoje przekonanie. Czy Oni nie mają mózgu ? Nie, wyznają INNĄ koncepcję samych siebie barierową na tyle by odgrodzić się murem od twojej postgojowskiej zuchwałości.

>Jeśli według moich emocji, prezes Kaczyński (...)
Cóż, to nie moje podwórko więc bez komentarza.

>Człowiek o ile postępuje racjonalnie, o tyle sam w sobie nie jest racjonalny.

Nikt nie będzie miał pretensji do Ciebie, że nie jesteś doskonały. ALE obaj będziemy mogli uzgodnić czym doskonałość (monoantropoteistyczna alternatywa dla klasycznego boga w innych kulturach) jest dla człowieka przy przyjęciu JEGO DEFINICJI zaproponowanej powyżej. Nas będą obowiązywać przyjęte normy zachowań i przypomnę raz jeszcze nie ma w nich dopuszczenia lansowania pozycji klęczącej do obrazu, personalizowania wzoru na rynnie czy murze a także promowania np. wody z Lourdes czy cudu w Sokółce i setek innych aktów bałwochwalstwa. Przykładowo popularny dziś ksiądz N. ze wsi G. czy R. z miasta T. w naszym społeczeństwie ulega samowykluczeniu i musi przekonać się, bez złamania źdźbła, że popełnił błędy logiczne w samointerpretacji by wrócić do nas ponownie
i pytam:

Czy to Cię w jakiś sposób okalecza, znieważa, ubezwłasnowalnia czy jest inna wizja zagrożeń ?

   
NEO DARK LORD (152 punktów)
Widzę, że opłaca się nieco zwlekać z odpowiadaniem. (Pomijam oczywiście moje rozdrabnianie się na kilka pobocznych inicjatyw, w związku z czym sporo mi zajmuje odbycie pełnego cyklu, którego ogniwem jest wypowiadanie się na ów zacnym forum, nie dającym przyzwolenia na impulsywną awanturniczość).

>Życie innego niż ludzki Rodzaju nie musi być oparte na węglu ja unikam nawet carbocentryzmu.
Mówisz o alternatywie krzemowej? Oczywiście słyszałem, jednak jestem na poziomie rozróżniania co najwyżej "czerwonej" krwi od "niebieskiej" i wstępnego szacunku, co do ich efektywności. Nie posiadam takich kompetencji, ani ugruntowanych solidną wiedzą horyzontów by znać różnicę pomiędzy organizmami zbudowanymi na podstawie węgla, a teoretycznymi organizmami o krzemowym odpowiedniku budulca. Nie znając charakterystyk, trudno jest mi zebrać listę różnic oraz podobieństw, a więc utworzyć z nich zbioru, ponad który możliwe byłoby wychodzenie.

Sądzę jednak, iż jest to właściwie rozumowanie. Wszelki byt, o ile nie obdarzony zdolnościami telepatycznymi (warunek konieczny) i przekraczającą nasze pojęcie inteligencją (warunek uzupełniający), nie byłby zdolny do wychodzenia bezpośrednim poznaniem poza samego siebie. To zaś fundament idei egocentryzmu - a więc i zasady egoizmu.

Mógłbym nawet rzec, że taki sposób postrzegania motywacji, jest typowy dla natury znanych nam inteligentnych form życia (czyli oczywiście wykluczając rośliny, które nie są zdolne do jakiegokolwiek intencjonalnego podejmowania decyzji, a jedynie pasywnego wykorzystywania okazji. Podobnie jak grzyby, bakterie czy np. ciało gazowe w pojemniku próżniowym, który ulega rozszczelnieniu).

---
To, co piszesz dalej o Twoim postrzeganiu poświęcenia i kolaboracji jest bardzo sensowne. Dlaczego nie chcę zaimponować światu machając sobie frywolnie szalikiem przywiązanym do... nosa? Sprawia mi przyjemność podejmowanie takich działań, które ocierają się o moje preferencje, te z kolei są efektem świadomości swoich predyspozycji (ważna życiowa zasada: robię to, co lubię. Lubię to, co umiem robić). Gdybym był gwiazdorem filmów wiadomo-jakich, mając jego libido oraz potrzebę publicznego uzewnętrzniania swojego życia prywatnego, to pewnie nie pisałbym długimi latami tego samego, a co zarazem jest dla przeciętnego czytelnika dość... nudne. Podobnie jak człowiek może być zblokowany wewnętrznie przez nieświadomość swoich predyspozycji lub też niemożność realizacji preferencji (pogodna duchem lesbijka w katolickiej, heteronormatywnej Polsce, która tak samo ma ochotę afiszować się ze swoją sympatią do kogoś, jak pospolita heteryczka).

Ważnym jest jednak by chęć uzewnętrzniania się, nie przybrała na sile w swym niedojrzałym, pierwotnym egoizmie: "patrzcie jaki jestem mądry", i nie zamieniła się w impuls do np. demagogii (zobacz tylko, ile mogę na tym ich uwielbieniu zyskać) lub próżnej, blokującej dalszy rozwój postawy radykalnie narcystycznej. Moim zdaniem jest to rozsądny argument przemawiający za tym, aby starać się opanować rozsądkiem i uświadamiać sobie korzenie procesów emocjonalnych, i siłą rzeczy, w sytuacjach odpowiedzialnych nauczyć się je miarkować lub całkiem wyciszać.

>My nie przestajemy być samymi sobą tylko żyjemy w konflikcie z samymi sobą, który z racji pojmowania higieny osobistej oraz możliwości fizjologicznych noszącego nas organizmu wytłumiamy bądź aktywujemy.
Bardzo celnie to sparafrazowałeś. Chyba lepiej ode mnie. Oczywiście jest to dowodem, że zrozumiałeś metaforyczność mojego "przestawania być sobą".

Hmmm... a gdybyśmy to tak nazwali Kulturowym dysonansem egzystencjalnym?

Kulturowym, bo wynikającym z norm, zakazów i konwenansów a egzystencjalnym, bo tak na prawdę nie przestajemy być sobą (w dosłownym tego słowa znaczeniu), żyjąc wedle tych schematów, a jedynie wchodzimy w konflikt z tym co naturalne i pierwotne, a tym co wtórne i krępujące swobody JA. Tym samym zatracamy nasz kontakt ze swoją naturą.

Nie powinno być więc śmieszne, ani godne pogardy a jedynie alarmujące, że człowiek boi się niektórych eksperymentów (w życiu, z życiem, dla czegoś, po coś...itd.), a inne z góry uważa za niewłaściwe, sądząc (i nie mając innej alternatywy), iż kultura w której żyje, dostatecznie i zupełnie już do zdefiniowała.

W tym upatrywałbym się KONIECZNOŚCI formułowania uniwersalnych praw - choć nie wiem czy nazwałbym je "moralnymi" (różnorodność istnień o podobnych celach, ale rozmaitych pomysłach i sposobach ich osiągania, nie może być pozostawiona sama sobie do woli i bez granic. Człowiek może żyć w chaosie i anarchii jedynie, gdy nie tworzy z niczym wspólnoty lub gdy owym działaniem nie wpływa realnie na cały system, i pod warunkiem, że ten system - z jakiejś racji, działał poprawnie i efektywnie), ale również bezzasadności sprowadzonego do danego ośrodka (centrum: czyt. kultury, np. tzw. zachodniej czy muzułmańskiej) i inwazyjnego precyzowania owych norm. (Moim zdaniem ingerencja w barwne i wielogatunkowe sfery prywatne, jakimikolwiek ideami, systemami (rel-polit), a w końcu i zinstytucjonalizowanymi i znormalizowanymi sposobami represji (moralność, mało obiektywne prawo, obyczaje, kultura) jest oczywistą formą agresji wymierzoną w sam BYT. Jego naturą jest przecież zarówno uniwersalność istnienia, jak i swoistość tego istnienia. Każdy jest, ale nie każdy jest taki sam, nawet gdy kierują nim identyczne potrzeby i mechanizmy psychosocjologiczne).

---
Zmęczony jestem.

Zarwałem noc pisząc... wróć... bazgroląc sobie w Wordzie i potrzebuję krótkiej przerwy. Nie wiem czy wszystko, co napisałem było odpowiednio spójne, logiczne (i absolutnie konieczne, bo i majaczenie ze swojej strony zakładam), ale starałem się.

Odpisałem już teraz, by dać świadectwo swej obecności i pilności w czytaniu. Do pozostałej części rozbudowanych (o jak dobrze, już nie jestem jedyną papugą w wątku) wypowiedzi wrócę dzisiaj wieczorem.

A teraz dobranoc... eee... dzień dobry?... eee... dobrego popołudnia!

Ech te konwenanse... konwenanse... hrr
Uriel_ (360 punktów)
>Widzę, że opłaca się nieco zwlekać z odpowiadaniem.
Jasne nie spiesz się, będę zerkał regularnie (tylko tu, nie priv)

>Mówisz o alternatywie krzemowej? (...)
Jasne, i zostawmy to ( z musu )

>To, co piszesz dalej o Twoim postrzeganiu poświęcenia i kolaboracji jest bardzo sensowne. (...)
Z wzajemnością Ty również.

>Hmmm... a gdybyśmy to tak nazwali Kulturowym dysonansem egzystencjalnym?
>Kulturowym, bo wynikającym z norm, zakazów i konwenansów a egzystencjalnym, bo tak na prawdę nie przestajemy być sobą (w dosłownym tego słowa znaczeniu), żyjąc wedle tych schematów, a jedynie wchodzimy w konflikt z tym co naturalne i pierwotne, a tym co wtórne i krępujące swobody JA. Tym samym zatracamy nasz kontakt ze swoją naturą.

Inna jest narura człowieka samoświadomego a inna jest natura człowieka pozbawionego tej "wiedzy". Ci dwaj tworzą dwie odrębne kultury z czego ten drugi zgodnie ze swoją naturą, której cechą jest niewiadomojakośc (baza=człowiek jest np. tajemnicą) lub jakość losowa (skutkująca multikulturowością w ujęciu globalnym). Uwaga - człowiek przyjmujący swoją definicję przestaje być sobą, zostaje wyrwany z bycia sobą i nie jest już jego naturą to co było nią przed wyrwaniem. Staje się innym człowiekiem wchodząc w ciągłość kultury (życie wieczne ) tych, którzy już byli tacy jak on zanim ten się stał 07.10.2011 (zjednani w Duchu Świętym czyli "wiedzy" o sobie samych mającej status wiary w rozumieniu silnego przekonania o prawidłowości przyjętych założeń, twierdzeń weryfikowalnych przez samo życie indywidualne każdego z nich.) To jest bowiem życie wieczne abyście Mnie znali. [ J 17-1,5 ]
Czy rozumiesz o czym piszę?

>Moim zdaniem ingerencja w barwne i wielogatunkowe sfery prywatne, jakimikolwiek ideami, systemami (rel-polit), a w końcu i zinstytucjonalizowanymi i znormalizowanymi sposobami represji (moralność, mało obiektywne prawo, obyczaje, kultura) jest oczywistą formą agresji wymierzoną w sam BYT.

Jezus dla BYT-u przeciętnego, klasycznie rozumianego ateisty będzie chyba radosną nowiną ?

>Jego naturą jest przecież zarówno uniwersalność istnienia, jak i swoistość tego istnienia. Każdy jest, ale nie każdy jest taki sam, nawet gdy kierują nim identyczne potrzeby i mechanizmy psychosocjologiczne.

O tak u niektórych jest taka gotowość na spotkanie z Chrześcijańskim Bogiem, że 3 dni jak u św.Pawła nie wystarczą na wyjście z depresji, że oto wali się świątynia starego JA, którą Jezus miejmy nadzieję, że w 3 dni odbuduje. Powiadają, że trzeciego dnia zmartwychwstał i gdy teraz to czytasz czyż nie żałosnym jawi się żądanie Tomasza by na dowód pokazał przebite dłonie, nadgarstki czy piernik wie co jeszcze?

(...)
x
Uriel_ (360 punktów)
>Witam.


>Ja przyjmuję za fakt, że ludzie są zwierzętami i nie ma od tego odstępstwa.
Tak. Jako, że rodzaj ludzki wyodrębnia się w świecie zwierząt może on być wybiórczo obiektem badań. Skutkiem pobocznym przełamania progu ewolucyjnego jaki dokonał się w historii ewolucji tego rodzaju jest powstanie barier integracyjnych z pozostałym światem zwierzęcym.

>Tworząc swoją teorię motywacji, starałem się objąć nią całe uniwersum a nie tylko ludzi.
Każdy inny rodzaj zwierzęcy, który na tej i dowolnej planecie osiągnie poziom rozwoju umożliwiający korzystanie, przetwarzanie i wymianę informacji jest milewidziany. (poszukam w nim siebie, coś jakby iskrę "bożego" podobieństwa, może się nawet zaprzyjaźnimy, kto wie )

>Nie skupiam się wyłącznie na ludziach, co więcej, staram się od nich przekornie na siłę odchodzić. (...)
Skupiając się na ludziach staram się nie tracić kontaktu z otaczającą mnie wszechrzeczą.

>Unikam antropocentryzmu, zaślepiałby mój obiektywizm.
Życie innego niż ludzki Rodzaju nie musi być oparte na węglu ja unikam nawet carbocentryzmu.

>Wielu filozofów (...). Tu się jednak pojawia moja wątpliwość, albowiem im człowiek staje się bardziej ludzki (czyt. uspołeczniony), tym mniej przestaje być samym sobą [JA].

U mnie jest tak, że mogę ale nie muszę czynić innych na swoje podobieństwo. Tacy jak Ja(My) nie żyjąc we własnym świecie, który pozostaje tylko projektem, a w świecie AD 2011 lub AD 33 dla porównania, możemy czynić pewne starania w skali od 0-100 % aby rozpowszechniać siebie dla naszej korzyści wewnętrznej. Jeżeli przesuwamy suwak w kierunku 100% oddania się działalności prokulturowo-prospołecznej rośnie satysfakcja, maleje bezpieczeństwo osobiste, maleją wpływy finansowe z kolaboracji z systemem takim jaki jest ITD ITD. Suwak idący bardzo wysoko pow 50 % to poświęcenie, oddanie się idei aż do poziomu literackiego mistrzostwa zwieńczonego ukrzyżowaniem.

My nie przestajemy być samymi sobą tylko żyjemy w konflikcie z samymi sobą, który z racji pojmowania higieny osobistej oraz możliwości fizjologicznych noszącego nas organizmu wytłumiamy bądź aktywujemy.

Ogromny komfort może stanowić powszechnie znana historia o jednym z nas, (gdyby takowa była) , który tak siebie umiłował, że podjął wyzwanie mu rzucone przez ociemniałych "braci" a mianowicie: Czy za cenę życia gotów jesteś wyrzec się głoszonych przez siebie poglądów?

Ale mogłeś mieć coś innego na myśli przedstawiając tę wytłuszczoną zależność. Może wyrasta ona ze świata, w którym to co nazywamy ludzkim pasowałoby skorygować i nazwać światem Twoich i Moich (Naszych) odwracalnie uszkodzonych kopii ? Światem, którego jesteśmy częścią i jest to powód naszego np. zdenerwoania czy poirytowania dodatkowo wzmagający potrzebę naprawy ?

>Zadaj sobie jednak pytanie, kogo oprócz garstki nielicznych na prawdę by to interesowało do tego stopnia co Ciebie?

Interesujesz mnie tylko jako anonimowy rozmówca na forum, z którym polemizuję chcąc poddać się Twojej ( lub innego czytelnika) ocenie by zaspokoić swoje egoistyczne potrzeby utwierdzenia się we własnym przekonaniu, że jestem Drogą, Prawdą i Życiem tudzież przeżycia wybuchu agresji ze strony rozmówcy, po której spytałbym Skoro nie zaprzeczysz, że prawdą jest to co mówię to dlaczego mnie bijesz?

>W życiu większości "braci większych" liczy się to, aby mieć piwo na stole, chleb w szafce na zakupy, zapłacone podatki i trafić wieczorem na jakiś fajny meczyk / filmik po przyjściu z 12 godzinnej pracy.

I dlatego nie rzucam pereł przed wieprze. Interesują mnie osoby gotowe na dialog, a choć każdy ma w sobie iskrę Bożą to nie mam zamiaru tracić czasu na wysiłek ku jej aktywowaniu do poziomu roztropnej Panny z pełną lampą oliwną czekającej na swojego oblubieńca. Jednakowo odrobienie zadania, którym jest posiadanie pełnej lampy oliwnej, pełnej choćby sensownych pytań wobec posiadanych i okiełznanych wątpliwości natury egzystencjalnej nie wchodzi jakoś szczególnie w konflikt z przytoczonym wyżej stylem bycia jeśli ten całkowicie nie zdominował aktywności umysłowej jednostki.

>A nie jakieś "bzdury" o wartościach, motywacji i uniwersum.
>(Jest to też odpowiedź na Twój argument, czy istotna jest "sprzyjająca wola większości". Nie, nie jest istotna. Bo czy pytasz się świerszcza dlaczego świerszczy, albo człowieka dlaczego nie gotuje na obiad nadwyżki dzieci w rodzinie?)

Gdyby jednak spojrzeć na podniesienie efektywności własnych działań, które mają sprawić bym egocentrycznie przetransformował społeczeństwo do swoich potrzeb dobrze byłoby przygotować grunt, a już szczytem marzeń zastać ludzi chcących słuchać tego co mam o sobie/o nich do powiedzenia z taką uwagą by niemal moczyli się nie mogąc stłumić emocji jakie towarzyszą potrzebie zaspokojenia ich rozbudzonego wcześniej głodu informacji na mój temat. Twoje spostrzeżenia mogą brzmieć dla mnie złowróżbnie. Czyżby świat nie czekał na powtórne przyjście jakiegoś Zbawiciela ? Mówisz, że koncepcja by jako błogosławioną rozpowszechniać postawę człowieka łaknącego i pragnącego sprawiedliwości upadła i mało kto jej się dziś domaga ? Mt 5,6
Dobrze, że chociaż jesteś Ty i Tobie podobni - to dodaje mi otuchy.

>Mówiąc o manifeście zła, starałem się dać przykład, że nie sposób mi jest uniknąć konotacji pejoratywnej, jaka jest wiązana z moimi poglądami.
Nie w mojej ocenie brzmisz mi bardzo blisko i pozytywnie dla mnie osobiście.

>choć oczywiście nigdy nie wiązałem swoich poglądów ani ze złem, ani z dobrem.
>Jeśli już, to z postulatami bliskimi utylitaryzmowi.
Mnie popieści to co zaproponujesz, innych wręcz przeciwnie. My ludzie i oni ludzie? Nie coś tu nie gra. Jaki jest warunek konieczny tego by interesy indywidualny i ogółu nie były przeciwstawne? Czy ogół muszą tworzyć jednakowe tożsamościowo (egoistyczni egocentrycy) i jednakowo definiujące się ( samotność w przekonaniu o całkowitej, w bezwzględności swej bezkompromisowej, autonomii wewnętrznej) indywidua?

P
Uriel_ (360 punktów)
>Skoro liczy się tylko JA, to jaki mamy z siebie wzajemny pożytek? Taki sam jak teraz, bo moja koncepcja nie wprowadza NICZEGO NOWEGO.

Moja [wydawałoby się pokrewna Twojej a może i ta sama (?)] wręcz przeciwnie. Wprowadza nowe, albo wskrzesza stare dobrze zatuszowane, uśpione by wrócić ze zwielokrotnioną siłą rażenia

1. Bezczelne twierdzenie czym jest JA, z którym chyba się zgadzasz ?. = odrzucenie innych twierdzeń jako niewłaściwe, aż do potępienia w wyniku samodoświadczania na sobie skutków jego przyjęcia.

2. Wezwanie do przyjęcia go za prawdziwe. = podstawa ateistycznej religii antopoteistycznej dającej kontrofertę pozostałym systemom religijnym, własny system wartości, w tym fundamentalną jaką jest obrona wiary w to, że twierdzenie czym jest ludzkie JA jest prawdziwe do momentu podważenia jego prawdziwości metodą naukową łącznie z obaleniem prawidłowości wyznawanej koncepcji opartego na nim systemu społecznego, do którego zaistnienia, wdrożenia dąży utylitarnie ogół społeczności wierzących. [tak na marginesie skutki tego procesu przedstawia językiem literackim Apokalipsa Jana]

>My od tysiącleci jesteśmy egocentrycznymi egoistami, tylko nauczyliśmy się to łagodnie i pochlebnie wyrażać, jako troska o dobrobyt społeczeństwa, czy też w ogóle nie wysławiać - jak rzeczony egoizm, kamuflowany przez wyrzuty sumienia pod postacią pomocniczości.

Czym innym jest przetraszone świata ludzkie zwierzę a czym innym wolny człowiek rozumiejący własne JA.
Egoizm pierwszego to egoizm bydlaka, egoizm drugiego to dobrobyt społeczeństwa, które współtworzy dzięki czemu niczego mu nie brakuje poza wciąż niedoskonałą formą zagospodarowywania nadwyżek produkcyjnych.

>Bo, tutaj twierdzę, że nie jest możliwe, choćby się uprzeć i bić piąstkami w szybę, inne postrzeganie świata niż poprzez pryzmat samego siebie. Prawdą jest przecież - i to uznaną, że "nikt nie zna nas lepiej od nas samych".

Zauważ. Osiągnięcie przez ucznia poziomu nauczyciela (realnego znawcy natury ludzkiej jaźni i JA) czyni go nauczycielem. ALE nauczyciel nie był nim zanim stał się. Wszyscy, którzy się nie stali nauczycielami nie znają siebie samych tak jak nauczyciel zna siebie. Jeżeli nauczyciel ma rację nikt poza nim jej nie ma i każdy kto jej nie ma przegra polemikę z nauczycielem co nie jest istotne w świetle tego, że może wygrać osiągnięcie poziomu nauczyciela. Mówimy wtedy o zbawieniu, uzdrowieniu, wyjściu z ciemnoty, która po pewnym okresie staje się na wyciągnięcie ręki w koledze obok, który tak jak ja wcześniej trwa nadal w grzechu pierworodnym. Pamiętając wół jak cielęciem był świeży nauczyciel nie ma w sobie gniewu na widok człowieka z domu obok ale czy nie będzie tak, że korzystając z "prawdy o człowieku" wie o nim więcej, niż On sam o sobie gdy dojdzie do uzgodnienia stanowisk "Kim jesteśmy" niezbędnego moim zdaniem do budowy czegokolwiek wspólnego na skale [ Mt 6,24 ] a nie jak dziś na chwiejnym, piaszczystym gruncie ?

>Co do etyczności. Uważam, że ten JEDYNY model społeczeństwa istniał dziesiątki tysięcy lat temu i trwa po dziś dzień.

Stawiam tezę, że ten model to Królestwo Niebieskie w zamiarze twórców religii chrześcijańskiej i pomysłodawców Jezusa jako języka komunikacji ponad głowami niebezpiecznej otaczającej ich dziczy światopoglądowej. Jeśli tak to istniał w tym sensie, że unosił się jak Duch Święty nad wodami nikomu nie służąc a mimowolnie istniejąc gotów na odkrycie.

>Muzułmanin, komunista z ChRL czy NOR, katolik a może Polinezyjczyk niczym się dla mnie nie różnią.
Dla mnie też. Każdy z nich zasługuje na zbawienie. Z każdym podzielę się chlebem Dobrej Nowiny.

>Wyznają TE SAME ZASADY, choć nie zdają sobie z tego sprawy.


>Żyją tymi samymi kryteriami wartości, chociaż wartości nadane przez kulturę moim zdaniem, zaburzają i rozmywają ideę systemu uniwersalnego, opartego o Teorię motywacji i egzystencji. (Dowód za chwilę)


>Brawo! W kwestii miłości jako jedyny tak szybko doszedłeś do puenty, że ja uznaję tylko jeden rodzaj miłości. Miłość prawdziwą do samego siebie.

Jak bardzo zachwyca Cię Twoja samotność bycia sobą? Lisy mają swe nory a ptaki powietrzne swe gniazda a Ty Synu Człowieczy nie masz miejsca gdzie mógłbyś głowę oprzeć, nie masz bozi co? Koronki nie odwalasz? Różańca też nie ciśniesz? Co z Ciebie za człowiek, że się nie modlisz na kolanach do Matuni Świętej albo nie bujasz w kierunku Mekki zostawiąc decyzję o ukamienionowaniu własnej żony radzie starszych za to, że jeździła samochodem albo pracowała w szabas. Co z Ciebie za odszczepieniec ? [ Mt 8,19 ] Cóż takiego żeś umiłował ? Godnie więc broń, jest czego? Co to jest warte ? "Gospodarzu ziemski" jesteś tam ? To Ty? Wróciłeś Panie Mój ? To Ja Twój sługa, ani mniejszy ani większy od Ciebie. [ Mt 10,25 ]

>Pozostałe odmiany traktuję jako emocjonalne poruszenie, grę hormonów, feromonów. Biologiczny mechanizm rozrodu odpalany przez instynkt. Sam jestem przeciwnikiem takiej subiektywizacji tego pojęcia, zachwytu nad nim i wręcz sceptyczny, czy ma prawo być nazywany "najwspanialszym uczuciem". (...)

O tak, wszystko co z serca pochodzi czy Cię nieczystym, [ Mt 15,18]. Odrzućmy te uczucia i emocje idąc za głosem rozsądku w świetle współczesnych odkryć naukowych.

pzdr
// PS wczuj się w rolę i dawaj czadu
RenardAx (9 punktów)
>   Co dla człowieka jest wartością najwyższą ?
>Co to jest godność ?
>Spróbuj jak masz odwagę
>   

1. Dla każdego co innego zapewne, niema stałej.
2. NEO DARK LORD na końcu ma ciekawy wniosek. Podoba mi się, godność można śmiało zdefiniować jako obronę swych praw do realizacji potrzeb, głównie potrzeby szczęścia.
Janusz Bień (57 punktów)
A ja się niestety nieco nie zgodzę, co prawda raczej na poziomie definicji, ale jednak.
Nawet "bóg" pisany z małej litery, nie ów biblijny "Bóg" zakłada istnienie jakiegoś tworu który nadrzędnie ma wpływ na moje i innych życie, więc w mojej percepcji "bogiem/Bogiem" nie jest.
Mówisz o "wartościowaniu", zakładam, że mówimy o podejściu moralnym, więc nie jest to "bóg/Bóg" a wartościowanie czy moralność właśnie.
Jeśli mówimy o innych zagadnieniach, takich jak chemia, fizyka, kosmologia itp, to są to określone zjawiska, dla których już mamy (lub jeszcze nie mamy nazwy). Tak jak kiedyś, ktoś odkrył elektryczność, grawitację czy magnetyzm, których efekty (np. pioruny) były przypisywane działaniom boskim, tak w przyszłości jeśli pojawią się nowe odkrycia, nawet jeśli nazwiemy je "bogiem/Bogiem" oznacza to tylko, że zmienimy znaczenie słowa, które przestanie mieć owo "mistyczne" znacznie i zacznie być określeniem zjawiska..
Co zaś do samego ateizmu, tu też się nie zgodzę. Jak dla mnie sama etymologia słowa: a-teizm określa, moim zdaniem, tylko jedno... brak wiary w boga/Boga/bogów/Bogów jako takich. Nic tu nie ma "czczeniu". Z mojej perspektywy, nawet gdyby ów biblijny Bóg jutro objawił się, wszem i wobec (mam nadzieję, że "objawienie osobiste" byłbym mimo najwyraźniej poważnej awarii okablowania pod czerepem, rozpoznać jako właśnie takie zjawisko), daleko było by mi do "czczenia" owej zjawy... Nawet nie wiem czy byłby się w stanie z paru rzeczy wytłumaczyć:D
A żeby było śmieszniej, niekoniecznie zawsze jestem ateistą, wszak starożytni Słowianie czcili słońce, czy ono istnieje, oczywiście, czy jest boskie, to jakby odrębna sprawa...
Arystyp z Cyreny (6368 punktów)
Ha!

Bo ci którzy kłócą się z ateistami nie używają metafor tylko wierzą w osobowe bóstwo!

"Mądrość jest dobrem, aczkolwiek jest pożądana nie sama dla siebie, ale z uwagi na konsekwencje"
NEO DARK LORD (152 punktów)
Na mój gust, z chwilą udowodnienia zjawiska boga/Boga/Allaha/Gai przestanie ono być bogiem. Bóg samo przez się jest nieracjonalne i niepoznawalne, choć odnosi się do faktu leżącego poza tym poznaniem.

Poznając "co tak na prawdę" mieliśmy na myśli, w zasadzie odbieramy temu całą tą mistyczność. Wówczas z jednej metafory (fizyczno-chemicznej, odpowiedzialnej za istnienie tego wszystkiego, czego obecnie doświadczamy) moglibyśmy popaść w drugą, a mianowicie w kult prawa. Dla wielu Pieniądz jest Bogiem, a dla innych dostępnym jego atrybutem Władza.

Jestem nie tylko przeciwnikiem wiary i nadziei wobec niepoznanego lub nieprzewidywalnego, jak również przeciwnikiem kultu. Czy to kult jednostki, czy kult bóstwa, czy kult pieniądza, czy każdy inny kult, odnosi się do sytuacji utraty bezstronności, jak również samym sobą zasklepia wszelkie inne horyzonty.

Zamiast kultu proponowałbym termin szacunku, albo po prostu uznania.
Kult jest związany z naiwnym ładunkiem emocjonalnym.

Nie wiem do kogo był kierowany post Pana J.B., dlatego wypowiedziałem się za siebie w formie wtrącenia.

---
Wracając do riposty dla Uriela.

Oczywiście puenta metafory o lampie oliwnej jest słuszna. Nie jest rozsądnym wyborem dążność ku jakiejkolwiek skrajności. Ani pochłoniętego konsumpcją człowieka jako produktu kultury (i wyłącznie tyle), ani też ascetycznego utylitarysty, który bodajże zgodnie z manifestem Max'a Webera "Etyka protestancka a duch kapitalizmu" nakazuje gromadzić, gromadzić, gromadzić i wyłącznie gromadzić kapitał, będący świadectwem pomyślności bożej. Mało wydawać a majątek pieniężny pomnażać, nagrody zaś spodziewać się dopiero w niebie.

O ile za utopię uważam czystą postać złotego środka Arystotelesa, o tyle bezwzględnie niepraktycznym jest przesuwanie się ku jakiemukolwiek krańcowi, mówiąc Twoją terminologią, suwaka. Ani bufor bliski 0% ani ten blisko 100% nie jest dla jednostki korzystny (co innego dla wytwórców dobór, poszukujących niezbyt ambitnego pijaka, albo interesów korporacji, poszukujących pracoholicznego wołu, eksploatującego własne zasoby aż do upadłego).

---
>Jaki jest warunek konieczny tego by interesy indywidualny i ogółu nie były przeciwstawne?
Jestem niemal przekonany, iż receptą mogłaby być samoświadomość niejako ekonomiczna, ale głęboko sięgająca do prezentowanych postulatów ekonomicznych.

"Słuchaj no bracie, ja wiem, że mnie chcesz wyssać do cna, ja to samo chcę zrobić tobie. Albo słabszy z nas padnie, a drugi osiągnie jego kosztem dużą korzyść, albo wespół komitywę ustanowimy by osiągać korzyści obustronnie ogromne."

Interesem jednostki jak już wspomnieliśmy jest dobro własne (i nie ulega to najmniejszej wątpliwości nawet dla naiwnego zwolennika koncepcji altruistycznej), my jednak dodaliśmy, iż jest to interes "najważniejszy", dominujący, podstawowy i wypływający z natury każdego egocentrycznego bytu (czyli jakiegokolwiek).

Interes ogółu nie jest zaś żadna szlachetna inicjatywa, sama przez się stanowiąca cel. Według mojego pojęcia, interes ogółu jest sumą interesów indywidualnych. Budujemy most, silną gospodarkę, operę, tworzymy przedstawienie, bo wchodzące w skład inicjatywy jednostki dobrały się pod względem zbieżności celów, i zależy im na korzyści własnej (e. pierw.) oraz korzyści ogółu, przekładającej się na korzyść własną (e. wtórn.).

Mówiąc natomiast o ogóle jako o anonimowej masie społecznej, nieposiadającej spersonalizowanej tożsamości mamy zwykle na myśli konkretne obozy, prądy i ośrodki ideologiczno-wyznaniowe, które zakręcone wewnątrz słoiku swojej własnej kultury na jej podstawie wytwarzają imaginacje niezbędnych dla siebie potrzeb i dóbr służących ich zaspokajaniu.

Nie wiem Urielu, czemu ma służyć głęboka nienawiść do homoseksualizmu (oprócz wytłumaczenia z perspektywy ewolucyjnej, jako rywalizacji dwóch grup o zasoby i udział w procesie prokreacyjnym), albo głębokie uprzedzenie do inności (pokojowo usposobionego ateizmu, etniczności, kolejnej - tak samo uprawnionej kultury, czy poglądów) jeśli nie właśnie obronie wąskotorowych (och, wprowadzam wartościowanie), powiedzmy więc, że agorafobicznych (agorafobia - lęk przed dużymi przestrzeniami) interesów grup homogenicznych.

Dlaczego postuluję ideę zlewania się tożsamości kulturowych poprzez niwelowanie bezpośredniego wpływu kultury na jednostkę? Obserwacje i dane empiryczne dowodzą w moim przekonaniu, że oprócz tego, że nie podoba nam się aborcja, in vitro, Pan Murzyn, lesbijka ("geje to nie, choć na lesbijki to bym popatrzył"), klonowanie, GMO, singlowanie, małżeństwa partnerskie, kanibalizm, kara śmierci, transwestytyzm, brak skromności, wyrazistość poglądów, to w zasadzie oprócz wzajemnie sprzecznych komunikatów i niejednolicie przeprowadzanych badań wskazujących na korzyści lub ich brak, wiążące się z danymi terminami, nic innego nami nie kieruje podczas dokonywania oceny, jak właśnie wpojone jednostki wartościowania, osadzone w uniwersum wartościującym, w obrębie którego zostaliśmy wychowani.

Moim zdaniem, nadmiar ośrodków zarządzania (ideologie), i nadmiar uniwersów wartościujących (kultury) wpływa na SPADEK EFEKTYWNOŚCI rasy ludzkiej. Podziały, kłótnie, spory i NIERACJONALNA walka o zasoby, z ekonomicznej i wydajnej idei egocentrycznego egoizmu, który ma służyć jednostce, zbiorowości oraz ogółowi gatunku, tworzy patologię, od której NIESTETY z braku innych alternatyw musiałem zaczerpnąć terminologię.

Platformą porozumienia - metaświadomość. Zasada Uczciwości (jestem uczciwy wobec, siebie, czyli uczciwy wobec swej natury. Wiem więc kim jestem i jaki jestem) + Zasada Szczerości (nic, co zewnętrzne nie powinno wpływać na to, jaki jestem. Jestem wobec tego szczery, czyli nie ukrywam samego siebie. Godzę się z tym jaki jestem), promocja racjonalizmu i umiaru oraz otwartość światopoglądowa. Mogłyby pozwolić wyjść jednostce poza emoc. kryteria wartościujące, a skupić się na oszacowaniu (nie subiektywnej ocenie) korzyści płynącej z danej inicjatywy, ruchu społecznego, no i zalet współpracy ponad podziałami.
NEO DARK LORD (152 punktów)
Nie jestem przekonany czy bezkompromisowość nie jest wadą, zamiast zaletą.

Moda na testosteron ukształtowała sylwetkę prawdziwego, pachnącego uczciwą pracą mężczyznę-lidera-ojca, który ma silną pięść, stanowcze zdanie i nigdy do nie zmienia.

Czy jednak nie jest to zwykła upartość z lęku przed przyznaniem się do porażka, a agresja z którą się to czyni, ma odwrócić własną uwagę od faktu, że mamy wobec tego jakieś wątpliwości, obiekcje.

Nie jestem zwolennikiem twardego nie, chyba, że w sytuacji gdy podmiot będący składnikiem relacji jest nieodpowiedzialny, jego argumenty nieracjonalne, przesłanki nie rokują pomyślnie i ogólnie zasługuje on, co najwyżej na ubezwłasnowolnienie.

Bezwzględność w moim mniemaniu sprowadza się do ograniczania się do racjonalnych decyzji, bez względu na nadpisaną temu konotację, ładunek wartościujący czy popularność danej koncepcji. Bezwzględność w kapitalistycznym sensie.

Zaś rzeczona autonomia, jest niczym innym jak osiągnięciem pewnej granicy, która umożliwia nam odcięcie się od ogółu masy i świadome samostanowienie o sobie. Dopiero zindywidualizowany byt, świadomy swej odrębności jest w stanie racjonalnie wchodzić w relacje społeczne i współtworzyć obraz przyszłego społeczeństwa. Konformiści czy tak zwani "żołnierze" (slang gangów, mafijny, ale i nadający się do branżowego stosowania) są ręką siły ustawodawczej. W zasadzie ich kolektywna świadomość uniemożliwia im podejmowanie świadomych decyzji za samych siebie. Ten typ ludzi, który jest powszechnie dominujący i to on stanowi normę (eksperyment Salomona Asha z długością odcinków) jest często wykorzystywany do wypełniania przestrzeni pomiędzy daną ideą ośrodka zarządzającego a zamierzonym efektem.

Dlatego moja koncepcja jest utopijna i nie będzie miała szansy się zrealizować, jeśli nie zostanie wprowadzony globalny rząd merytokratyczny (w skład, którego będą wchodziły jednostki wyłącznie racjonalne, a nie emocjonalni egoiści chcący upajać się swoją inteligencją, wiedzą i kompetencjami, dla typowo bezpośrednich, prymitywnych korzyści wynikających z egoizmu pierwotnego), który niedemokratycznymi metodami, dla dobra ogółu będzie nim zarządzał.

Osobiście, obserwując tendencje do demokratyzacji, separacji państw (co w kryzysie ekonomicznym działa na zasadzie odważnika uwiązanego do nogi), i popularność jedynej alternatywy jaką jest dla tych systemów ustrój totalitarny, bazujący na tradycji, nacjonalizmie oraz charyzmatycznej osobowości lidera (a więc odwołującej się do emocji), nie widzę najmniejszych szans, by tego typu wizja kiedykolwiek się zrealizowała. A nawet jeśli, to czy nie byłaby to patologiczna kreatura przypominająca ZSRR, gdzie dobro ogółu w zasadzie było dobrem skupionym na stolicy i wielkich miastach.

---
>1. Bezczelne twierdzenie czym jest JA, z którym chyba się zgadzasz ?. = odrzucenie innych twierdzeń jako niewłaściwe, aż do potępienia w wyniku samodoświadczania na sobie skutków jego przyjęcia.

Tak, zgadzam się. Jestem solipsystą i uważam, że wyjście poza JA nie jest bezpośrednio możliwe. Dowiadywanie się o realności innych jest wynikiem przypuszczeń i zgadywanek, co sprowadza nas do tego, że jedynym a priori jestem JA sam. A skoro tak, to nie istnieje możliwość realnej troski o nic, co nie byłoby mną i moją potrzebą, chyba, że byłoby to usankcjonowanym i narzuconym (co czyni zeń jedyną akceptowaną społecznie możliwość nie budzącą żadnych kontrowersji) przez społeczeństwo sposobem "szlachetnej" realizacji idei egoizmu wtórnego - nazwanej, by się źle nie kojarzyła, prospołecznym terminem "altruizm", "humanizm", etc. Skoro tak, to żadne inne twierdzenie, tak jak piszesz nie jest właściwie. Co więcej, jest zwodnicze i tuszuje naturę bytu, takim jakim jest w istocie, tworząc go jakimś zlepkiem czyichś teorii o naturze człowieka, pewnie uformowanych dla jego własnych korzyści.

W końcu czym innym jest twierdzenie, że człowiek z natury jest zły, i po to potrzebuje boga by postępować mądrze i stać się dobrym? Cała ta idea "grzechu pierwotnego".

2. Ty w istocie wprowadzasz coś nowego Mój Drogi. O ile ja postuluję odejście od emocjonalnego postrzegania rzeczywistości, czyli nie uleganie chemicznym iluzjom (bo tak rozumiem swoją pochwałę racjonalizmu) o tyle Ty w rzeczy samej, chcesz powołać inicjatywę Rozumnej Religii. Czyżby to była opozycja wobec obecnie znanych odmian systemów religijnych opartych na czystej wierze i zakurzonych komiksach ilustrujących stworzenie świata?

Proszę, udowodnij mnie, sceptycznemu heretykowi, czy nie jest to rodzaj postrzegania ludzkiej egzystencji jako przymusu wiązania się z jakąkolwiek religią i wierzeniem? Gdzie wówczas wychodzące poza naszą galaktykę idee anty-karbonocentryzmu?

Mnie chyba bliżej do współczesnych Skandynawów, komunistów i nazistów (ale towarzycho...), którzy chcą / chcieli uwolnić swój naród od wiary i religii.

"Wiara jest pożywką dla mas", a więc i czynnikiem manipulogennym.

Gdy cytujesz Mateusza (?) to czasami nie wiem czy to już Ty piszesz czy jeszcze on. Nie pogardziłbym cudzysłowem. Jeśli jednak to Ty pisałeś, to mówisz o Oświeceniu, Prawdzie, Realnym, Jedynym, Nauczycielu, Pomyłce, Przegranej, Stawaniu się. Wydaje mi się, że to inspiracja wschodnia. Ja, znając ludzkie oporowanie wobec wmawiania im czegoś "jedynego i oczywistego" unikam radykalnych stwierdzeń.

Obawiałbym się, że mówiąc o oświeconej prawdzie wobec realnej istoty człowieka, byłbym natychmiastowo zaetykietowany jako guru wyznaniowy, mąciciel czy jakiś sztuczny innowator.

To nas chyba odróżnia.

Nie nazwałbym oświeceniem czegoś, co każdy nosi w sobie i codziennie realizuje, choć nauczono go przez lata by spostrzegał to inaczej i nazywał przeważnie ładnymi, miło kojarzącymi się słowami.

Dlatego też, nie uważam bym wprowadzał coś nowego. Najwyżej dzielę się własnymi refleksjami, ale nie obudzonego czy oświeconego (bo co by mnie miało ku temu pchnąć?), a jedynie immanentnie uświadomiony z mało romantyczną definicją ludzkości.

NEO DARK LORD (152 punktów)
>>Żyją tymi samymi kryteriami wartości, chociaż wartości nadane przez kulturę moim zdaniem, zaburzają i rozmywają ideę systemu uniwersalnego, opartego o Teorię motywacji i egzystencji.
>
Chodziło mi o to, że wszyscy kierujemy się w tym samym kierunku, choć innymi ścieżkami. Zależy jak to nazwiesz, tak będziesz pojmować, co nie zmieni faktu, że postępujesz według pewnych uniwersalnych zasad rządzących bytem. Zauważ, że kapitalizm i przeciwstawny mu komunizm kierują się tymi samymi zasadami. Jeden by gromadził, drugi by rozdawał, ale każdy chce na swój sposób dbać o zaplecze ekonomiczne jednostki, niezbędne mu do funkcjonowania, tylko że poprzez politykę socjalną lub poprzez mechanizmy wolnorynkowe.

>Jak bardzo zachwyca Cię Twoja samotność bycia sobą?
Autoerotycznie.

---
Nie będę ukrywał, że zawsze bezbłędnie się orientuję w tych religijnych odniesieniach, które mi serwujesz. Więc też dłuższy fragment o Jezusie spuentuję tak. Jak dla mnie, to biedak o ile istniał (a jakieś tam przesłanki są, że istniał), ukrzyżowali z powodów czysto rasistowskich, by nie rzec ideologicznych.

Taka różnica, że dzisiaj tego co mówi inaczej wyśmiejesz, a dawniej ukrzyżowałeś.

Taki tam Spartakus żydowski, choć nie wiem jakim sposobem nie czci się Spartakusa tylko Jezusa, skoro obydwaj dbali o interesy własnej grupy no i ten pierwszy nie dał się złapać dobrowolnie.

---
Jakiekolwiek odniesienia do ducha traktuję z mocnym przymrużeniem oka. Pochwalam dualizm ontologiczny, lecz definiuję go jako relację ciała z psychiką, czyli skutkiem przetwarzania energii przez komórki do tego celu wyspecjalizowane.

Ducha się nie dotykam. Chyba, że "Amityville" puszczane na 5.1 koło 3:00 w nocy. ;P

---
>Jakakolwiek koncepcja ludzkiego JA w tym i człowieczeństwa jest więc wyznaniem wiary, nasze swoiste wyznanie czyni nas innymi na tle innych wyznań. Jesteśmy innowiercami.
Hmmm... Każdy ma swój sposób postrzegania tego, co do siebie piszemy Uriel.

Ja nazwałbym to po prostu próbą definiowania tego, co niejawne, by uniknąć uczucia pustki wynikającej z obcowania w chaosie. Ni słowa o wierze.

---
Mówiąc o błędzie atrybucji jako jednej z przyczyn, miałem na myśli niezdolność obiektywnego poznania natury ludzkiej. O ile swojej możemy dowodzić wprost z empirii, o tyle trudno jest się z niezmienną, najwyższą skutecznością wzbraniać przed wszelkimi iluzjami, które pośredniczą w poznawaniu innych. Są też inne mechanizmy jak identyfikacja, przeniesienie (Freud).

To takie uzupełnienie do solipsyzmu, które umacnia moje stanowisko wobec próby poznawania innych. Żadne przeniesienie definicji JA nie będzie miało miejsca, gdy ludzie wciąż i wciąż postrzegają siebie jako wyabstrahowane objawy funkcjonującego społeczeństwa, w którym żyją, pozostając niemymi i ślepymi na obdartą z uprzejmości, ekonomiczną definicję motywacji.

Inaczej: to, kim jesteśmy jest pojmowane i utożsamiane z wartościami promowanymi przez dane społeczeństwo (i jego normy), którego jesteśmy częścią. Tymczasem tyle wiemy o sobie nawzajem, co jest dostępne naszym zmysłom. Poznać częściowo możemy jedynie siebie, o innych się domyślać i bazować na swoim doświadczeniu z interakcji z nimi.

Jestem sceptyczny wobec pomysłu religii rozumu. Przekazywanie "wiedzy oświeconej" i innych "prawd objawionych" bez względu na to, czy ktoś jest na nie gotowy czy nie, według mnie nie mają prawa bytu. Każdy może poznać jedynie samodzielnie, nie zapatrując się na to, co mówią inni.

Promuję refleksję nad samym sobą i próbę dochodzenia źródła swoich preferencji, poglądów, wartości, ale sam przestrzegam przed angażowaniem się w zbiorowe, zorganizowane ruchy wyznaniowe, bez względu na to czego by nie dotyczyły.

Są ci cali iluminaci, też powołujący się na wiedzę, prawdę. Scjentyści. Jest New Age. To bardzo brzydko wygląda, a co więcej, niewiarygodnie.

---
Postuluję tylko aby odejść od ogólnej zasady równości, która umniejsza jednostki. Kryterium ewaluacyjnym, o którym tu wspomniałem może być z domysłu poziom kompetencji, wiedza, umiejętności, inteligencja, jakość kodu genetycznego.

Staram się możliwie jak najbardziej syntetycznie i zrozumiale opisywać swoje poglądy. Jeśli mi to nie wychodzi to przez własną iluzję powszechności danej wiedzy.

Tyle.

Wydaje mi się, że skutecznie odstraszyliśmy jakichkolwiek czytających ten wątek. Zwłaszcza, że niektóre akapity są bardzo skomplikowane i wymagają kilkukrotnego przeczytania ich, by dojść do tego o co w nich właściwie chodzi.
Uriel_ (360 punktów)
>>Jak bardzo zachwyca Cię Twoja samotność bycia sobą?
>Autoerotycznie.

Odrzucasz byt nadprzyrodzony, któru czuwa nad Tobą? Widzi to robisz, ocenia Cię, cieszy się z Tobą, gniewa się na Ciebie słowem może dawać Ci oparcie tak jak 645 789 osobom w promieniu 30 km od mojego miejsca zamieszkania.
Ale też może Cię ukarać wszak autoerotyzm przechodzą w masturbację JEST GRZECHEM ! I nawet 1000 zl rzucone na tacę nie załatwi sprawy. Tak? Jesteś wsród 645 789 osób, które gdy zagrzmi lecą się wyspowiadać ?
Bo ani ja ani Jezus nie, mamy z Tobą to coś wspólnego? Przyjdzie czas a wypunktujemy tak wiele, że zacznie być ciepło.

>Nie będę ukrywał, że zawsze bezbłędnie się orientuję w tych religijnych odniesieniach, które mi serwujesz.
To świetnie bo bardzo nam pomoże.

>Więc też dłuższy fragment o Jezusie spuentuję tak. Jak dla mnie, to biedak o ile istniał (a jakieś tam przesłanki są, że istniał), ukrzyżowali z powodów czysto rasistowskich, by nie rzec ideologicznych.

W istocie On istnieje na kartach Ewangelii w stopniu zadowalającym by Pocieszyciel mógł zroić swoje.
Kompletnie nieistotne dla Pocieszyciela w działaniu jest dowodzenie czy historia ta wydarzyła się na prawdę.
Ważne, ze przetrwała i wywarła ogromne piętno będąc i dziś faktycznie bytem literackim, strukturalnie tym samym czym instrukcja krajalnicy do chleba.

>Taka różnica, że dzisiaj tego co mówi inaczej wyśmiejesz, a dawniej ukrzyżowałeś.

Nie sugeruj, że jestem komediantem. Jak mogę wyśmiać to co zrobił dla Mnie bo wiedział, że tego bym po nim oczekiwał? Tak, taka była wola moja bym się stał tu i teraz choć paręlat temu nie miałbym pojęcia o czym teraz piszę.

>Taki tam Spartakus żydowski, choć nie wiem jakim sposobem nie czci się Spartakusa tylko Jezusa, skoro obydwaj dbali o interesy własnej grupy no i ten pierwszy nie dał się złapać dobrowolnie.

Słuchaj, ja nie twierdzę, że będzie łatwo ale wierzę, że się Tobie akurat uda zrozumieć co to znaczy, że ktoś oddaje Tobie, tak Tobie w ręce ducha swego. Robi to w jakimś celu.

>Jakiekolwiek odniesienia do ducha traktuję z mocnym przymrużeniem oka.

Damy radę. Czy to, że ktoś podaje się za Boga lub jego Syna utrudnia Ci komuniakcję z tym podmiotem ?
Czy masz jakiekolwiek stanowisko wobec słowa Bóg, które utrudniałoby Ci nawiązanie z Nim rozmowy ?
Czy to Cię aby nie ogranicza, uszkadza, wypacza ?
Czy wolisz być jak dziecko z uczciwym (z.u.) pytaniem: Przepraszam kto ? Z kim mam przyjemność ?
Czy Ty już może wiesz jak "rasowy żyd" kim, czym jest Bóg ?
A czy może to być najwyższa wartość dla każdego z nas, możliwy wariant ?
Duch, który puka do drzwi, by wejść w gospodarza.
(nie znającego dnia ani godziny nim się to stanie)

>Pochwalam dualizm ontologiczny, lecz definiuję go jako relację ciała z psychiką, czyli skutkiem przetwarzania energii przez komórki do tego celu wyspecjalizowane. Ducha się nie dotykam.

Tam jest masa pojęć, do których wyrażenia zastosowano zastępcze terminy, religijne, zaczęrpnięte z mitologii żydowskiej. Taki termin przykładowo jak "Duch" ma swój współczesny definiowalny odpowiednik. Przekaz staje się czytelny i spójny na skutek przypisania właściwych współczesnych pojęć terminom. Interpretacja uwiarygadnia się tym bardziej im więcej tekstu przełożymy, aż uzyskamy całość nie poprzez jakieś durne liczenie liter i zabawy z liczbami a poprzez zorientowanie się co jest przedmiotem zakamuflowanego opisu. Ilość furtek zostawionych przez autora jest moim zdaniem wystarczająca a to co znich wychodzi powalające. Oczywiście - moim zdaniem

cdn
Uriel_ (360 punktów)
> Jakakolwiek koncepcja ludzkiego JA w tym i człowieczeństwa jest więc wyznaniem wiary, nasze swoiste wyznanie czyni nas innymi na tle innych wyznań. Jesteśmy innowiercami.

>Hmmm... Każdy ma swój sposób postrzegania tego, co do siebie piszemy Uriel.
>Ja nazwałbym to po prostu próbą definiowania tego, co niejawne, by uniknąć uczucia pustki wynikającej z obcowania w chaosie. Ni słowa o wierze.

Próba - wstępna koncepcja, myślenie, rozumowanie, konfrontacja z już istniejącymi koncepcjami - efekt, wynik, światopogląd - warunkowe przyjęcie, ocena, osąd, ostateczny osąd na tle dostępnej bazy danych - wstęp do wiary żywej - utwierdzanie się w wyznaniu wiary. Wiara jako przyzwolenie na błąd, wiara jako dystans uniemożliwiający zastosowanie pojęcia wiedza, zawór bezpieczeństwa, ciągłą gotowość poddawania się merytorycznej weryfikacji

Przecież sam piszesz:

>Mówiąc o błędzie atrybucji jako jednej z przyczyn, miałem na myśli niezdolność obiektywnego poznania natury ludzkiej. O ile swojej możemy dowodzić wprost z empirii, o tyle trudno jest się z niezmienną, najwyższą skutecznością wzbraniać przed wszelkimi iluzjami, które pośredniczą w poznawaniu innych. Są też inne mechanizmy jak identyfikacja, przeniesienie (Freud).

Przyjmując to jestem osobą wierzącą względem podanej tu definicji. Jestem w stanie przyjąć inne wyznanie wiary ale nie drogą wewnętrznej degeneracji intelektualnej (cofanie się w rozwoju raczej jest trudne).

>Inaczej: to, kim jesteśmy jest pojmowane i utożsamiane z wartościami promowanymi przez dane społeczeństwo (i jego normy), którego jesteśmy częścią.

Jestem częścią społeczeństwa ludzi wolnych jak ja, które nauczyło mnie czym jestem, czym jest moja jednostkowa wolność z którą się utożsamiamy. Jesteśmy społecznością wyznaniową, należy nas nazywać osobami wierzącymi.

>Tymczasem tyle wiemy o sobie nawzajem, co jest dostępne naszym zmysłom. Poznać częściowo możemy jedynie siebie, o innych się domyślać i bazować na swoim doświadczeniu z interakcji z nimi.

Mówisz za siebie, ale ja w przeciwieństwie do Ciebie wiem na czym opieram swoją wolność, na wierze w to czym jestem. Moja wiara daje wspaniałe owoce przez co umacnia się z każdym dniem.

>Jestem sceptyczny wobec pomysłu religii rozumu. Przekazywanie "wiedzy oświeconej" i innych "prawd objawionych" bez względu na to, czy ktoś jest na nie gotowy czy nie, według mnie nie mają prawa bytu. Każdy może poznać jedynie samodzielnie, nie zapatrując się na to, co mówią inni.

To co poznałeś i ja poznałem. Nie obchodzi Cię co mam do powiedzenia w tym względzie ? Nikczemne jest to czym nie chcesz się podzielić ? Bo moje pragnie być wyniesione na ołtarze, by stanowić drogowskaz, by mówiono, że jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Najwspanialszym Panem i sługą w jednej osobie a nie szatańskim obrazkiem nawiedzonej Faustyny czy megalomanem, psychopatą, socjopatą, bufonem jak opisuje mnie kontrkatolicyzm.

>Promuję refleksję nad samym sobą i próbę dochodzenia źródła swoich preferencji, poglądów, wartości, ale sam przestrzegam przed angażowaniem się w zbiorowe, zorganizowane ruchy wyznaniowe, bez względu na to czego by nie dotyczyły.

Społeczeństwo oparte na wierze, że człowiek jest człowiekiem. Jakiś problem ?

>Są ci cali iluminaci, też powołujący się na wiedzę, prawdę. Scjentyści. Jest New Age. To bardzo brzydko wygląda, a co więcej, niewiarygodnie.

Pudło. Jest Jezus, który uczynił się dla nas platformą rozmowy o nas samych i porozumienia się w tej materii by mając taki fundament rekonstruować istniejącą kulturę podporządkowując ją sobie.
Nie jest bowiem człowiek ustanowiony dla szabatu ale szabat dla człowieka.
Podobnie jest z Bogiem Chrześcijańskim - jest to wielki dar człowieka dla człowieka.
Nie jest bowiem człowiek ustanowiony dla Boga ale Bóg dla człowieka. Pan nie jest większy od sługi ani sługa od Pana swego. Nikt kto mnie na wylot nie zna nie jest mym sługą. Tego się wyprę.
Dlatego Syna swojego posłałem wieki temu (...) itd itd
byście poznali to co macie umiłować, kto bowiem umiłował wszystko - niczego nie umiłował.

>Postuluję tylko aby odejść od ogólnej zasady równości, która umniejsza jednostki. Kryterium ewaluacyjnym, o którym tu wspomniałem może być z domysłu poziom kompetencji, wiedza, umiejętności, inteligencja, jakość kodu genetycznego.

Podpisuję się. W naszym społeczeństwie eugenicy są obywatelami darzonymi szacunkiem i zajmują się piastowaniem stanowisk wymagających dużego zaangażowania osobistego. Brak potomstwa jest atutem osoby, która ma sprawować zaawansowane funkcje społeczne wymagające dużego poziomu kompetencji, wiedzy, umiejętności.
Jest też rzeczą nie do pomyślenia by eugenik nie mógł mieć stałego partnera seksualnego z powodu zmuszania go do płodzenia potomstwa poprzez presję kulturową i ograniczenie dostępu do usług medycznych, w tym pełnowymiarowej antykoncepcji.

>Staram się możliwie jak najbardziej syntetycznie i zrozumiale opisywać swoje poglądy. Jeśli mi to nie wychodzi to przez własną iluzję powszechności danej wiedzy.

Za co wielki szacun.

>Tyle.
Ja chcę jeszcze, mam duży apetyt
   
NEO DARK LORD (152 punktów)
Witam.

Od 3 października nie mam już tyle czasu, stąd moje opóźnienia w pisaniu.

Po pierwsze spieszę naprostować. Nie wiem gdzie się podziało "nie", ale widocznie wprowadziło to pewien zamęt. Otóż pisałem z zamysłem przekazania, iż "nie zawsze" (czyt. przeważnie) "nie mam pojęcia o co chodzi, kiedy piszesz mi odnośnikami religijnymi". Nie jestem katolikiem, ani chrześcijaninem, muszę jedynie zgadywać - co dość utrudnia zrozumienie - co miałeś na myśli wymieniając konkretne, zupełnie mi obce postacie biblijne, czy skąd się one tam biorą.

Nie wiem kim był Mateusz, Jezusa kojarzę od Mela Gibsona i Family Guy'a, a cała reszta brzmi dla mnie jak kółko książki, gdzie to staramy się interpretować co bohater powiedział w utworze, ale co i tak niczego nie wnosi, bo to postać fikcyjna, stworzona dla uciechy czytelników przez autora (lub wielu), którzy sami nanieśli na tego bohatera wiele swoich dziwactw i uproszczeń w myśleniu.



Oczywiście bez urazy. Tak jak pisałem, jestem sceptykiem racjonalistą. Jasne, że możemy przez kolejne pół roku zasypywać się teoriami na temat magicznego proszku, którym sypią w oczy wróżki, Piotrusia Pana i soku z gumijagód. Bo taki sam sens ma dla mnie rozprawianie o tym, co ktoś tam miał na myśli, pisząc swoją pretolkienowską sagę fantastyczno-przygodową pt. Biblia.

Nie wiem czy mnie ogranicza założenie, iż metafizyka jest tylko ignorancją ludzką, tak samo jak operowanie terminem "magii", czyli próbą opisu rzeczywistości przez osobę niezdolną do poznania faktycznej przyczyny tego zjawiska.

Nie zakładam, że nie ma czegoś na 100%, bo cholera... może istnieje gdzieś tam magiczny, gruby Święty Mikołaj, który na prawdę wrzuca prezenty przez komin... ale cóż... w pewnym wieku przestaje się już wierzyć. Zwłaszcza wtedy, gdy przestało się stosować wiarę, jako automatyzm tłumaczący niewyjaśnione zjawiska.

Pojęcia wiary i nadziei, stanowczo i twardo odrzucam jako wynikające z niewiedzy i zawodności percepcji. Zamiast snuć teorie na temat tego co może być, po prostu nie snuje nic, co wykraczałoby poza aktualny poziom wiedzy. Jest to element stopniowej progresji, bo można do tego modelu włączać kolejne elementy wraz z przyrostem wiedzy, zamiast zmagać się z falsyfikowaniem przyjętych za młodu idiotyzmów (związanych z naiwną wiarą).

To co teraz piszę ma na celu wyrażenie moich stanowczych antymetafizycznych poglądów oraz silnie zdeterminowanej niechęci by się takich w ogóle dotykać - jako irracjonalnych, magicznych nonsensów, które tylko marnują energię poświęconą na myślenie o nich. A piszę o tym, by nie powstały kolejne długie nici dygresji, które pociągną za sobą kolejne dygresje, popadające w dygresje tak, że ja już nie wiem o czym my tutaj piszemy.

Moim celem jest / było przedstawienie poglądów, iż istniejący od setek tysięcy lat - czyli od samego początku ludzkości, model motywacyjny nadal istnieje i każdy człowiek na ziemi się nim posługuje. Mam przez to na celu, zdeprecjonowanie wydumanych idei takich jak "empatia", magiczny "altruizm", "miłość", dewaluacja emocji i uczuć. Nie wprowadzam niczego nowego oprócz rewolucji językowej, zgodnie z paradygmatem pozytywistycznym, iż życie jest racjonalne, a nie magiczne i naiwne.

Nie chcę zakładać żadnej religii (obrzydlistwo ), kościołów, gromadzić wiernych, spisywać ideologicznych przesiąkniętych czyimiś Biblijnymi bazgrołami poglądów, ani postulować tworzenia czegokolwiek nowego - bo to jest całkowicie zbędne.

Jak mówię, ludzie instynktownie działają tak, jak mają działać. Ja jedynie nakreślam istnienie pewnej uniwersalnej terminologii, którą można by spróbować objąć życie zarówno ludzkie jak i wszelakie inne.

Co do Boga... boga... czy innej małpki z tamburynkiem. Nie wierzę, nie wierzyłem, nie mam potrzeby wierzyć, a samą wiarę uważam za mechanizm podtrzymywania zabobonów i ciemnogrodu. Nie spoglądam niebo w innym, niż estetycznym celu, kompletnie nie zważam na to, co wyimaginowany byt nie posiadający inteligencji (bo nie istniejący) o mnie sobie myśli, podobnie jak nie myślę o tym co myśli sobie o mnie Mały Książe, bohater książki Antoine de Saint Exupery'ego. Nie chcę się przypodobać czyjejś miałkiej imaginacji (bóstwo), która miała zaspokoić jego lęk egzystencjalny i ogólnie ustosunkowuje się wobec tego bardzo krytycznie.

Jeśli istnienie boga ma być dowiedzione naukowo, to dokonają tego fizycy. Ja nie jestem fizykiem, przez co wniosek jest oczywisty. Nie mam zamiaru się przejmować żadnym elfem, czy trollem, czy innym muminkiem w koronie, który mnie obserwuje dopóki nie zostanie on dowiedziony - a na 99,9% nie zostanie, czyli nie zmarnuję sobie życia trwając przy baśniowym stworku żyjącym nie wiadomo nawet gdzie.

Rzecz jasna zakład Pascala przegram, ale tylko jeśli fakt o prawdopodobieństwie rzędu 0,1% okaże się prawdą. Z resztą, tak jak rozpoczęliśmy ten temat z autorem wątku, i tak bym się nie ugiął przed czymś, co miałoby sobie marzyć o pełnoprawnej władzy nade mną. O nie, nie.


Co tam jeszcze... ach... Wiara to wg mnie żaden punkt wyjścia (baza) do merytorycznej konfrontacji z sobą, czy jak to tam piszesz. Wiara to ślepota, która zamyka nas na istnienie wiedzy obiektywnej, i tak cholernie sprytnie ukrytej w języku rzeczywistości. - O nie, nie... tego typu niejasne grafomaństwo z mojej strony, prowokuje Cię do podobnie teologiczno-literackich dygresji, które jeszcze bardziej mącą w tym temacie.

Muszę się powstrzymać, by ta rozmowa w ogóle miała sens, a nie była mieszaniem zimnej wody w wannie, co do niczego nie prowadzi, oprócz podtrzymywania wzajemnego kontaktu raz na jakiś czas na forum.

Wiedza, to inaczej doświadczenie wypływające z BEZPOŚREDNIEGO poznania fenomenów - czyli objawów, pewnych zjawisk o naturze przyczynowo-skutkowej. Jak pisał Comte matematyka jest taki metajęzykiem, którym posługuje się fizyka i chemia, i który opisuje wszelkie zjawiska w kosmosie, tak jakby były one właśnie w tym języku matematyki zapisane. Nam pozostaje jedynie odczytać ten język. Nie ma tu miejsca na Boga
NEO DARK LORD (152 punktów)
Oczywiście nie chcę by moje wywody zabrzmiały ofensywnie. Choć pewnie tak zabrzmiały. To efekt mojego zagubienia. Nie pora tu ubierać szaty wszechwiedzy, uważam, że język, którym się ze mną porozumiewasz, głęboko przesycony religijnymi paradygmatami jest dla mnie niekomunikatywny.

Oczywiście, że chcę byś się ze mną dzielił swoimi przemyśleniami - bo to jest forum i temu ma ono służyć, by sobie pisać, ktoś czyta. Ktoś zapamięta, inny oleje.

Chciałbym tylko oddzielić moje poglądy, od Twoich zamiarów przeciągnięcia mnie na swoją stronę, gdy próbując uzasadnić "naukowo" czy raczej filozoficznie, starasz się przedstawić sensowność pozostawania przy wierze, religii i tym wszystkim co tam piszesz.


Wymieniasz w swoich zainteresowaniach religioznawstwo jako pierwsze. Ja ani nie jestem wierzący, ani formalnie za takiego nie mogę się podawać (decyzja o apostazji). Dla mnie religioznawcy, to w istocie aż, lub jedynie, kulturoznawcy ograniczający się do ludzkich wytworów mitologiczno-wierzeniowych.

Myślę, że rozmowa w tym tonie na pewno byłaby pouczająca, ale wymaga konfrontacji dwóch hobbystów. Sam z siebie nie pałam specjalną żądzą roztrząsania religijnych prawideł, koncepcji świata, moralności, sensu... itp.

Dla mnie wszystko zaprogramowała miliony temu sama istota bytu. Genetyka. Natura.
Od tamtej pory jesteśmy egoistyczni i doskonali w swym egocentryzmie (bo nie ma innej alternatywy). Dodając do tego jakieś niepotrzebne koncepcje i myśli, wykraczające poza faktyczny stan rzeczy niepotrzebnie komplikujemy sobie życie i poświęcamy na to czas, zamiast badać wszechświat, który niewątpliwie jest bezpośrednią przyczyną naszego powstania.

Jako liberał szanuję i respektuję Twoje hobby i przekonania, nie chciałbym aby moje słowa brzmiały gorzko, ani antykatolicko (czy jak to tam nazwałeś). Staram się być sprawiedliwy i po równi deprecjonować tak wiarę rzymsko-katolicką jak i wszystkie inne wiary opierające się na wymyślaniu sobie metafizycznych bohaterów-zbawców.

PS: nie chcę być ani Prawdą, ani Nadzieją, ani Oświeceniem i tak dalej. Nie chcę zdobyć sławy i poklasku na moich poglądach, toteż i nie zamierzam ich szerzej propagować. Mogę o nich świadczyć, zachowując wierność swoim poglądom - co jest treścią Zasady Uczciwości i Zasady Szczerości, ale mam inną koncepcję na dobrobyt ekonomiczny, sławę i zapasy chrupków serowych w szafie.

Uważam, że ludzi i tak nie można niczego nauczyć. Można im rozsypać okruszki na trawie, po których sami pójdą, ale jeśli zaczniesz ich nauczać, to oni i tak zrobią po swojemu, bo wszelką wiedzą każdy byt egocentryczny najpierw musi sam po swojemu przetestować. Jeśli nie umie, wtedy się poddaje i popada w "wiarę".

Wyszedł z tego paradoks, bo moje poglądy, których jedynym zamiarem miała być selektywna (no bo oprócz jakichś tam artykułów, książki i innego pisania, nie mam zamiaru stawać na czele kościoła oświeconego ) deirracjonalizacja wiedzy o sobie (motywacji / naturze) i o świecie, popadliśmy w rozmowy o tym co Jezus, Mateusz i kto tam jeszcze powiedzieli na takie i inne sprawy.


Może niech to się potoczy innym torem. Niech ten temat stanie się Twoim oświadczeniem jak jest albo być powinno, bo ja ze swojej strony napisałem już wszystko, a uważam, że dalsze kluczenie w naszym stylu odstrasza jakichkolwiek zainteresowanych czytaniem tego.

Pozdrawiam i bez urazy, NEO.
Uriel_ (360 punktów)
Wystarczyło napisać, że skoro jesteś studentem to od 3 października z każdym dniem masz mniej czasu na dalszą niezobowiązującą konwersację na forum.

Ile dałeś rady napisać - tyle mamy - dziękuję i możesz odejść do swoich zajęć.

Jeżeli ktoś inny zechce coś dodać - doda - jeśli nie tu - to w innym wątku.

Reasumując to co tu napisano położyłbym akcent na:

1. Czy możliwe jest sformułowanie i przyjęcie definicji człowieka. Pada propozycja w wątku tej jej części, która dotyczy statusu jego podmiotowości (wolny, skazany na siebie, samodzielny itp.) .

2. Z czym wiąże się wiara w prawdziwość tej definicji (jej części).

3. Innowacyjne spojrzenie na postać Jezusa, wybitnie znaczący w aktualnym dorobku kulturowym cywilizacji przykład człowieka, który tak uwierzył w to, że jest to prawdziwa definicja, że czerpiąc z niej popadł w skrajny fanatyzm i ogłosił się Bogiem, wartością samą w sobie i źródłem wartościowania.

3.1 (Brak. Próba oceny szkodliwości czynu pkt 3 , wykazanie się Uriela w roli adwokata )

AD 3 (3.1) Przykro mi, iż założyłem, że możesz mieć przeciętną wiedzę w tym temacie oraz być osobą żywo zainteresowaną problemami społeczności państwa polskiego, w którym krzyż znowu wraca do debaty w sejmie, zamierzona jest intronizacja Chrystusa na króla Polski, łamane są prawa człowieka więc uważaj z kim się kładziesz w akademiku do łóżka (!) oraz zamiast debaty nad gospodarką szykuje się modliwa o deszcz.

Życzę sukcesów.
Pozdrawiam
NEO DARK LORD (152 punktów)
Górnolotnie założyłem, ze po 3 października będę miał mniej czasu, ale jakikolwiek mi się ostanie. Skoro udało mi się po 2 tygodniach odpisać, to jak widać przeliczyłem się.

Oczywiście w kwestii przytaczania cytatów z Biblii, to muszę przytaknąć. Nie jestem raczej typowym przedstawicielem portalu racjonalista, zbuntowanym przeciwko kościołowi i klerowi, od niedawna lub stosunkowo od niedawna zniechęconym do praktyk religijnych.

Z zasady uważam, że o religii w ogóle nie warto rozprawiać i jestem w ogóle nie religijny, do tego stopnia, że znam jedynie podstawowe dogmaty podstawowych odłamów religijnych. Wiem, że Jezus był mesjaszem, wg czyichś tam podań, i że Mateusz to prawdopodobnie apostoł - bo skąd inaczej by się wziął w Biblii. Tyle samo wiem o Koranie, Buddyzmie czy Sintoizmie.

Nie chcę się buntować przeciwko ludziom, ponieważ zakładam, iż wiem, że oni potrzebują w cokolwiek wierzyć by się nie podłamać. Taka jest natura kruchej ludzkiej psychiki, że potrzebuje celu. Podobnie jak (wg różnych szacunków od 60-80% ludzi jest konformistami) uważam, że większość ludzi potrzebuje aby tym celem i źródłem celu było coś metafizycznego. Skoro chcą, to proszę bardzo, nie zabraniam i nie wtrącam się. Nie sądzę by to się kiedykolwiek zmieniło i nie chcę też wplatać w moje przemyślenia, żadnych wątków religijnych, traktując je tak, jakby były odłamem egzotycznej subkultury lub wręcz jakby, w ogóle nie istniały.

Dlaczego tak? Ano dlatego, że sam po sobie wiem, iż nie wierzenie w nic (choćby w pomyślność) i brak magicznych autorytetów, jest pożyteczniejsza i da się na tym zbudować spójny światopogląd, który nie prowadzi do masowego samobójstwa.

W momencie, w którym zaczęliśmy schodzić na nie interesujący mnie temat korelowania zmiennych metafizycznych (i ich źródeł pisanych) ze zmiennymi obiektywnymi, jakimi są filozoficzne spostrzeżenia wyabstrahowane od "potrzeb duchowych", to uznałem, że nie jestem kompetentny aby ten wątek kontynuować.


PS: oczywiście, że wiem, co postuluje Palikot, czemu przytakuje SLD, za kim jest PiS i co ostatecznie zrobi Platforma w sprawie krzyża. Nie przeszkadza mi to, bo mnie to nie dotyczy. Wg psychologicznych diagnoz społecznych (na rok 2011) społeczeństwo polskie stopniowo, bardzo powoli (cyt. wolniej niż Hiszpania i Irlandia) się sekularyzuje. Taki jest ponoć ogólnoświatowy trend, by powolutku, powolutku odstawić do gablotki tradycje (Corrida w niektórych regionach Hiszpanii), religie (Czechy, Skandynawia) czy podziały na płeć (Litwa, Skandynawia).

Ale proces ten osiągnie widoczny efekt za kilkadziesiąt lat. Tak jak większość przemian mentalnościowych, którym nie towarzyszy zdarzenie traumatyczne ani specyficzny kryzys tej konkretnej sfery.

PS 2: na mojej uczelni nie ma krzyży w ani jednej sali. Więc po co mam narzekać? Jest godło polski, są flagi Polski, Unii Europejskiej i Uczelni, ale nie ma ani krzyży, ani kaplic, ani nabożeństw. Prywatne uczelnie z reguły są świeckie, o ile nie mają pierwiastka teologicznego jak np. wątpliwej klasy Szkoła Wyższa im. Bogdana Jańskiego, czy jak im tam...

Znając ogólnokrajową statystykę i tendencję, mając osobisty - egoistyczny komfort bytu, i obserwując ruchy społeczne typu założenie partii dla każdego - przez Palikota, nie mam podstaw by się martwić i obawiać się o nowego patrona Polski czy modlitwy o deszcz. A czym innym jest z mojej perspektywy "złam nogę", albo "nie dziękuję" - w odezwie na "powodzenia".

To o czym piszesz Urielu, nie jest niczym nowym. Tak jak zawsze, zmieniło tylko nazwę i kierunek na może nieco bardziej nacjonalistyczny i duchowy, póki Kaczyński ma silny głos a Palikot będzie podburzał tłum do kontrofensywy. (Wszak wiadomo, że głoszenie kontrowersyjnych poglądów ZDECYDOWANIE negujących czyjś światopogląd nie powoduje reform, ale na 99,9% prowadzi do silnych reakcji obronnych i eskalacji postaw radykalnych). Szacuję, iż w okresie najbliższych 4-5 lat zachowania antysemickie, rasistowskie, homofobiczne i antyateistyczne nieznacznie się nasilą - podobnie jak każdy otwarcie atakowany zabobon, czemu łatwo jest się sprzeciwić, gdy atak jest jawny i spektakularnie nagłośniony w mediach.

PS 3: A efektem tego jest pisanie na plakatach PO "łon jest za aborcjom"... eee... no i? To ma być niepodważalny i uniwersalny argument na "nie"?

Pozdrawiam i zmiatam bo się spóźnię.

Również też, "przejawiam nastawienie świadczące o sympatyzowaniu z twoim sukcesem na tym polu, który jedynie sam sobie zapewnisz i nic w tym z mojego udziału" (czyt. zabobonnie: "mam nadzieję"), że i Tobie się uda te swoje wymiksowane i dopasowane do polskiej mentalności poglądy przepchnąć i wejść z kimś kompetentnym w polemikę.
NEO DARK LORD (152 punktów)
PS 4: a krzyż w sejmie tak mnie interesuje, jak to czy będziesz miał w tym roku choinkę, czy nie. Czyt. pełna swoboda i rozpusta, wedle subiektywnie pojętego uznania.

Krzyż na ścianie sejmu, jest sprawą wyłącznie tej garstki ludzi przesiadujących codziennie (teoretycznie) w tym sejmie. To oni go muszą oglądać, to oni się mogą lub nie mogą z nim solidaryzować. Jeśli większość posłów jest katolikami, to krzyż powinien zostać. Nie ulega to wątpliwości. Co mnie do tego, co ktoś sobie w swoim "domu", w swoim "budynku" wiesza.

Instytucja państwowa?

Czymś realnie państwowym są ustawy, które stamtąd wychodzą. Budynek nie należy do mnie, nie bywam w nim, rzadko odwiedzam Warszawę i rzadko, jeśli w ogóle oglądam obrady sejmu.

Jak dla mnie, to mogą tam sobie powiesić nawet gołą babę, albo nawet lepiej gołego chłopa, może wtedy zacznę częściej oglądać obrady sejmu, bo przynajmniej będą jakieś ciekawe urywki, a nie próba stękania o czymś, co można streścić w 3 zdaniach. I kłócenie się w wyniku nieporozumień powstałych wskutek tego, że ktoś się zgubił bo wywód był zbyt długi i najlepiej w ogóle do niego nie nawiązać, tylko do jakiejś starej drzazgi.

To samo w urzędach, szkołach państwowych czy gdzie tam jeszcze te skrzyżowane patyki wiszą.

Jeśli państwo niemieckie przejdzie jak ten monolit na Islam, to w Sejmie, z racji na udział reprezentantów mniejszości niemieckiej z parytetu, też powinien wisieć księżyc z gwiazdą. Póki co większość Polaków to katolicy, i nic mnie nie interesuje jak sobie nazywają to swoje święte coś. Czy Jezus, czy Maryja, czy Józef, czy chrupki paprykowe, czy Majonez dekoracyjny. Dla mnie to jeden, za przeproszeniem "pies", póki istnieje "wiara" w cokolwiek.
Uriel_ (360 punktów)
Pozwolę sobie pominąć fragmenty i nie rysować tu przytakiwania głową, poza jednym:

>>1. Bezczelne twierdzenie czym jest JA, z którym chyba się zgadzasz ?. = odrzucenie innych twierdzeń jako niewłaściwe, aż do potępienia w wyniku samodoświadczania na sobie skutków jego przyjęcia.
> Tak, zgadzam się.
Alleluja.

>W końcu czym innym jest twierdzenie, że człowiek z natury jest zły, i po to potrzebuje boga by postępować mądrze i stać się dobrym? Cała ta idea "grzechu pierwotnego".

Zależy jak zdefiniujemy słowo "Bóg" jako drugi krok po zdefiniowaniu "Ja". Do czego takie pojęcie jest nam potrzebne poza opisem historii cywilizacji ?

>2. Ty w istocie wprowadzasz coś nowego Mój Drogi. O ile ja postuluję odejście od emocjonalnego postrzegania rzeczywistości, czyli nie uleganie chemicznym iluzjom (bo tak rozumiem swoją pochwałę racjonalizmu) o tyle Ty w rzeczy samej, chcesz powołać inicjatywę Rozumnej Religii.

Podobno już kogoś o to podejrzewano, więc nie chciałbym być posądzonym o plagiat zanim się nie upewnię, że to prawda.

>Czyżby to była opozycja wobec obecnie znanych odmian systemów religijnych opartych na czystej wierze i zakurzonych komiksach ilustrujących stworzenie świata?

Nie, zrobię coś "gorszego". Wejdę w istniejący system religijny i będę nauczał o sobie ludziom spragnionym tego co posiadam i co sobą reprezentuję. Nie wiesz może gdzie znajdę Jana Chrzciciela ?

>Proszę, udowodnij mnie, sceptycznemu heretykowi, czy nie jest to rodzaj postrzegania ludzkiej egzystencji jako przymusu wiązania się z jakąkolwiek religią i wierzeniem? Gdzie wówczas wychodzące poza naszą galaktykę idee anty-karbonocentryzmu?

Wybacz ale do analizy życia opartego na krzemie, potrzebuję wsparcia milionów jednostek, które tak przefasonowały rynki, gospodarki, regulacje prawne, systemy społeczne, systemy zarządzania po przyjęciu definicji JA, że mam wreszcie święty spokój i środki by zająć się tym co mnie kręci i wyników czego oczekują koledzy z mojego zespołu badający nowe napędy rakiet i ich koledzy, którzy przyspieszają im procesory i robotnik, który wydajnie i z dumą czuwa nad produkcją grafenu i rolnik, który wie, że te okaleczone ręce nie karmią pasożytów więc strzepie gąsienicę z kapusty zamiast w nią napluć przed oddaniem jej do skupu. Starczy?

>Obawiałbym się, że mówiąc o oświeconej prawdzie wobec realnej istoty człowieka, byłbym natychmiastowo zaetykietowany jako guru wyznaniowy, mąciciel czy jakiś sztuczny innowator.
>To nas chyba odróżnia.

No chyba żartujesz sobie ze mnie. Dlaczego miałbym Ci to zrobić? Musiałbym być ślepy i głuchy w materii, w której rzekomo twierdziłbyś, że się poruszasz.

>Nie nazwałbym oświeceniem czegoś, co każdy nosi w sobie i codziennie realizuje, choć nauczono go przez lata by spostrzegał to inaczej i nazywał przeważnie ładnymi, miło kojarzącymi się słowami.

Masz tu na myśli Anioła Stróża ?

A może to: www.youtub(*)?v=FHNZMQCT8nM&feature=related

pzdr
Uriel_ (360 punktów)
>Wracając do riposty dla Uriela.
Siemano

Akapit 1 ,2 zgoda

>"Słuchaj no bracie, ja wiem, że mnie chcesz wyssać do cna, ja to samo chcę zrobić tobie. Albo słabszy z nas padnie, a drugi osiągnie jego kosztem dużą korzyść, albo wespół komitywę ustanowimy by osiągać korzyści obustronnie ogromne."

[Mt 24,36-41] Dwóch będzie. Jeden przekonuje drugiego. Jeden wie jak, drugi ma się dowiedzieć. Niekoniecznie my tu i teraz, ale jacyć oni dwaj z czego jeden ma komplet danych o Synu Człowieczym, tak będzie z Jego przyjściem i tak zostało zapowiedziane. No, oczywistym było i dla autora tego wersu, że ten drugi będzie miał słodkie brzemię warunków koniecznych by komitywa mogłą być REALNIE ustanowiona. Ów wzięty nie będzie partnerem dla byle kogo, spaczonego nihilisty bądź wyznaniowego dewianta, któremu co najwyżej wdrukuje "Modlitwę Pańską" do codziennego powtarzania, aż zrozumie, aż zrozumie, aż zrozumie... [ Mt 6-5,15]

>Interesem jednostki (...)
Zgoda.

>Interes ogółu nie jest zaś żadna szlachetna inicjatywa, sama przez się stanowiąca cel. Według mojego pojęcia, interes ogółu jest sumą interesów indywidualnych. Budujemy most, silną gospodarkę, operę, tworzymy przedstawienie, bo wchodzące w skład inicjatywy jednostki dobrały się pod względem zbieżności celów, i zależy im na korzyści własnej (e. pierw.) oraz korzyści ogółu, przekładającej się na korzyść własną (e. wtórn.).

Tak ALE musimy zadbać o grunt by tego jutro jasny szlag nie trafił. Historia pokazuje, że jest to cały czas nieodrobiona lekcja skutkująca regularnymi kataklizmami. Nie walczymy z ich przyczynami na poziomie prewencyjnym tylko bronimy się przed skutkami zaniedbań na tym polu. Koszty obrony rosną, ryzyko korzystania z darów techniki rośnie, odkrywanie nowych technologii prowadzi nas do globalnego unicestwienia bo podajemy rękę religijnym wykolejeńcom licząc na ich łaskawość zamiast wpierw zrobić z nich ludzi takich Jak MY ! Egoizm pierwotny? - przeżyć lot samolotem, przeżyć też dosłownie nie stając się mokrą plamą na biurowcu. Egoizm wtórny? - mieć możliwość budowania i korzystania z samolotów. Niestety, aby koszty bezpieczeństwa nas nie przerosły skazani jesteśmy na starcie światopoglądowe zanim po raz kolejny będziemy coś odgruzowywać licząc zabitych i rannych. Pytanie - a kim my jesteśmy skoro uważamy się lepszymi od nich? Ile są warte nasze przekonania o nas samych? Czym one są? ITD

>Mówiąc natomiast o ogóle jako o anonimowej masie społecznej, (...)
Tak.

>Nie wiem Urielu, czemu ma służyć głęboka nienawiść do homoseksualizmu (...)

Gdybym urodził się homoseksualistą też chciałbym miewać partnera i uniknąć szykan.
Oczywiście chciałbym by mój partner miał ten sam ogląd samego siebie i równy dystans połączony z niechęcią do nadawania przesadnego znaczenia seksualności a w przypadku hetero- gwarantował nam bezdzietność ( pełny dostęp do antykoncepcji i możliwość wczesnej aborcji ) jeżeli nie ma w nas woli prokreacyjnej.

>Moim zdaniem, nadmiar ośrodków zarządzania (ideologie), i nadmiar uniwersów wartościujących (kultury) wpływa na SPADEK EFEKTYWNOŚCI rasy ludzkiej. (...)

Oczywiście.

>Platformą porozumienia - metaświadomość. Zasada Uczciwości (jestem uczciwy wobec, siebie, czyli uczciwy wobec swej natury. Wiem więc kim jestem i jaki jestem) + Zasada Szczerości (...) (...)



Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365