 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 11-11-2011 22:09 | Belle (5 punktów) | Ateizm a śmierć bliskich
3 na 3 | Jak "sobie radzicie" ze śmiercią bliskich? Prosiłabym o wypowiedzi jedynie te osoby, które doświadczyły "bliskiego spotkania" z kostuchą - nic tak nie weryfikuje poglądów jak samo życie Przyznaję, że przechodzę kryzys po stracie bliskiej osoby. I tu pewnie posypią się na mnie zgniłe jaja, ale TAK, bywa, że zazdroszczę wierzącym. Zazdroszczę im ich absurdalnej wiary że po śmierci spotkają się wszyscy razem na wiecznej wesołej bibce.
Oczywiście, śmierć bliskiej osoby nie jest żadnym powodem, by zacząć czcić jakieś iluzoryczne bóstwa. Nie można będąc przy zdrowych zmysłach stać się z ateisty wierzącym (o ile ten ateizm miał racjonalne podstawy) Jednakże myśl, że ukochana zmarła osoba "gdzieś tam" wciąż ISTNIEJE, przywróciłaby mi sens życia...
| Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
2 na 2 | neurosurgery (2484 punktów) | > Jak "sobie radzicie" ze śmiercią bliskich?Moja prababcia, z którą byłem naprawdę blisko związany, zmarła dwa miesiące temu. Pierwszym odruchem był ogromny żal, że już jej nie ma. Zdałem sobie jednak sprawę, że ona wcale "nie wszystek" odeszła, bo przekazała swoje geny, które po części tworzą mnie!  Mam także wspaniałe wspomnienia. Pamiętam jej płacz, gdy dowiedziała się, że nie wierzę w boga, ale jako jedyny członek mojej rodziny próbowała mnie zrozumieć. 94-letnia kobieta, która ukończyła ledwie kilka klas podstawówki zachowała się lepiej niż moi rodzice po studiach. Dzisiaj nie mogę do niej pójść i porozmawiać, ale wiedziałem, że w końcu umrze (była schorowana) i nie było to nic nadzwyczajnego. Taka jest kolej rzeczy i nie należy szukać pocieszenia w wyobraźni. Mogę Ci napisać, że o wiele łatwiej jest dojść do siebie jako ateista i racjonalista. Ze śmiercią dziadka, będąc jeszcze katolikiem, radziłem sobie o wiele gorzej, bo tak jak Ty chciałem, żeby GDZIEŚ TAM był i to nie pozwalało mi zaakceptować faktu jego odejścia.
Nie chcę wierzyć. Chcę WIEDZIEĆ.
|
|
1 na 1 | Selanos (12869 punktów) | Ja też zazdroszczę wierzącym! Wiara to właśnie pójście na łatwiznę. Bo życie ze świadomością, że jest jakaś bozia, która człowieczka wysłucha i pocieszy, a po śmierci weźmie do nieba, musi być wspaniała.
Niedawno zmarła bardzo bliska mi osoba, mój ojciec chrzestny. Chyba mój jedyny krewny który był zdeklarowanym niewierzącym. Mój wujek nie żyje, co nie było zaskoczeniem, bo ważył 130 kg, ciągle zapominał o braniu leków i był po dwóch zawałach, ale pozostały mi po nim wspomnienia, po części jest on odpowiedzialny za moje wychowanie, a nawet za mój ateizm, więc jakaś cząstka jego osoby na tym świecie pozostała. Oczywiście mógłbym jeszcze powiedzieć, że ma pięcioro dorosłych już dzieci i siedmioro wnucząt, więc przetrwały również geny.
Jego śmierć ujawniła też hipokryzję i zakłamanie jego najbliższej rodziny. Jego żona i dzieci doskonale wiedzieli, że wujek to zdeklarowany ateista, wiele razy powtarzał, że nie chce księdza na pogrzebie, ani żadnych drogich nagrobków, najlepiej, żeby go spalili. Nie wiem czy to wynikało ze złośliwości, ale księży było aż dwóch, nagrobek marmurowy, oraz znaczące spojrzenia w moją stronę, przy powtarzaniu słów "on by się ucieszył".
|
|
darkside (7775 punktów) (zablokowany) | Ale co, myślisz, że oni nie przechodzą kryzysów, dzięki swoim wierzeniom? Mózg to mózg, musi swoje przepracować w takiej sytuacji i nic nie pomoże. Im silniejsza więź ze zmarłym, tym więcej ma do zrobienia, jednak mniej więcej po roku zaczyna być lżej (jeżeli stan żałoby trwa dłużej, to trzeba się temu przyjrzeć, czy to nie depresja, zresztą w trakcie też należy być czujnym). Taka nasza fizjologia, żadne Bogi nie pomogą katolikom, co innego później - już można się mamić, ale wtedy to już nie jest specjalnie potrzebne, bo zwykle stajemy na nogi i wracamy do życia. Mózg przestaje produkować te męczące ilości substancji na myśl o zmarłej osobie, dokonuje przeniesień na inne "obiekty", natura sobie z tym radzi. Brak żałoby w sytuacji, kiedy umiera bliska osoba, z którą oczywiście mieliśmy silną więź, jest w psychiatrii uznawany za patologię.
|
|
 | 7 na 7 | Miłosz Michałowski (1657 punktów) | Chyba mogę się jakoś odnieść. Mój ojciec zmarł nagle i dość młodo, gdy miałem 17 lat. Był to moment zwrotny w moim życiu - w wielu aspektach, także w kwestii mojego stopniowego odchodzenia od wiary. Przede wszystkim zacząłem od banalnego pogniewania się na Boga - przecież modliłem się o zdrowie rodziców, a tu taki numer mi wywinął. Gadanie niektórych krewnych o "lepszym miejscu", "Bóg tak chciał" albo "Bóg potrzebuje w niebie dobrych ludzi" doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Choć z początku jeszcze dawałem się ponieść takim fantazjom. Z czasem zauważyłem, że zamiast "rozmawiać" z Bogiem, rozmawiam z ojcem - mimo że nie czytałem Freuda  zdałem sobie sprawę, że nie potrzebuję żadnego Boga (zwłaszcza takiego, który nie słucha  . Wkrótce przestałem też "rozmawiać" z ojcem - bo przecież w niczym on mi nie pomoże, ani nie "oceni", ani nie "uzasadni" moich działań. Sam to robię, a rozmowy z bogiem czy z nim, to tylko moja imaginacja, a w zasadzie projekcja. Ojciec dał mi m.in. pewne wzory i to ode mnie zależy czy będę się ich trzymał czy nie. Reasumując: fajnie by było, gdyby nikt nie umierał - uważam, że nie jest to konieczne, by kogoś docenić. Ale ze śmiercią nie ma co dyskutować i wymyślać bajek. Mimo że zmarłego nigdy już nie zobaczysz, nigdy z nim nie porozmawiasz, to przecież masz trochę z niego w sobie - tylko, lub aż, ale masz wspomnienia. Dlatego zamiast psioczyć na Boga czy też pocieszać się tym, że i tak "niebawem" spotkam się z ojcem, starałem się (między innymi poprzez pisanie; wierszy, opowiadań itp) przypomnieć sobie jak najwięcej. Wygrzebać w pamięci te drobne chwile, rozmowy - przeżyć je na nowo, lepiej zrozumieć i docenić. Wiem też, że te wspomnienia o ojcu umrą wraz ze mną - mogę swoim dzieciom opowiadać, że był dobrym człowiekiem, jak pomagał innym, samemu niczego nie żądając etc. Ale to będzie dla nich tylko opowieść. W tym sensie nic i nikt nie trwa wiecznie. Ale przecież nie po to się żyje, nie po to staramy się (przynajmniej niektórzy  być dobrymi ludźmi, aby mieć nagrodę, życie wieczne czy tabuny dziewic... Ale po to, by zostawić po sobie jak najlepszy świat, a właściwie jego kawałek. By bliscy mogli nas wspominać (z tęsknotą, a nie pretensją). Ale mimo tego coś pozostaje: to jak ojciec mnie wychowywał, jak był wobec mnie - będę chciał przenieść na wychowanie swoich dzieci, aby one przeniosły to na wychowanie swoich i tak dalej. Moim zdaniem wiara w życie pozagrobowe to kiepski pomysł i wbrew pozorom najsłabsza część chrześcijaństwa - czemu wierzący tak rozpaczają, skoro niedługo znowu się spotkają ze zmarłym i to w lepszym, idealnie świecie? O co kaman? Moim zdaniem, to nie tylko dziecinne podejście, ale w i gruncie rzeczy nieodpowiedzialne, bo "skłania" ku temu, by nie wspominać zmarłego - "bo i tak się spotkamy. Nie ma co rozmyślać". Według mnie, to taki sposób na odsuwanie wspomnień, refleksji, na nieprzepracowywanie śmierci danej osoby, tylko taki nieustanny stan zawieszenia. A na wszystkich świętych zapalimy mu świeczkę i będzie git... Gdybym miał się spotkać z ojcem w zaświatach, to dość szybko (w kontekście wieczności) obgadalibyśmy wszystkie "zaległości" - poza tym, że z tych rozmów nic by nie wynikało - gdyby żył mógłbym coś zmienić, wysłuchać lub zignorować jakąś radę. W Niebie u Bozi to bez znaczenia. Równie dobrze moglibyśmy całą wieczność grać w ping ponga. Jeśli coś jest wieczne, to nie może być żadnego celu, zmiany, nie mogę powiedzieć; jutro będę trochę lepszym, dojrzalszym człowiekiem niż dziś, wczoraj... etc. Dla mnie koszmar. Łapię się na tym, że niemal codziennie wspominam ojca, choćby wtedy gdy myślę o tym, jak świetne miałem dzieciństwo, czy o tym jak dobrą sytuację materialną mam teraz - bez niego bym tego nie miał. I staram się działać podobnie, aby nie roztrwonić lat jego ciężkiej pracy i zostawić (jak naj)więcej swoim dzieciom. I chciałbym aby miały jak najlepsze życie, lepsze od mojego. Po mojej śmierci Ja już nie będę się liczył - w niczym im nie pomogę, niczego nie zabronię. Mogę je tylko przygotować do życia najlepiej jak potrafię. Dalej to już ich odpowiedzialność.
|
|
4 na 4 | zachaj (5239 punktów) | >Jak "sobie radzicie" ze śmiercią bliskich? Prosiłabym o wypowiedzi jedynie te osoby, które >doświadczyły "bliskiego spotkania" z kostuchą - nic tak nie weryfikuje poglądów jak samo życie >Przyznaję, że przechodzę kryzys po stracie bliskiej osoby. I tu pewnie posypią się na mnie zgniłe >jaja, ale TAK, bywa, że zazdroszczę wierzącym.
Nie ma co zazdrościć. Większość z nich tak samo jak ateiści przechodzi przez śmierć bliskich. Przez mglistą osłonę religii przebija się rzeczywistość, która jest jednoznaczna - ostatnie spotkanie było tym ostatnim.
Mnie tylko pociesza fakt, że zmarła osoba jest wciąż żywa, szczęśliwa i uśmiechnięta w moich wspomnieniach.
|
|
2 na 2 | diogenes (42753 punktów) | >Jak "sobie radzicie" ze śmiercią bliskich?
Tak samo, jak ze swoją.
Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
|
|
| Belle (5 punktów) | No cóż.. zapewne mam depresję, mój mózg nie przestaje produkować substancji na myśl o zmarłym bracie. cholernie mi go brakuje. pocieszeniem nie jest fakt że coś pozostawił bo po prostu nie zdążył. miał krótkie, bardzo trudne życie - chory, samotny. I dlatego bardzo dobrze TERAZ rozumiem jak kusząca jest bajka o życiu po śmierci, duchach itd.
Ta potrzeba wiary w nadprzyrodzone jest tym silniejsza, im większa trauma (wystarczy spojrzeć na Rosjan - świetnie jest to opisane w książce "biała gorączka". w krajach bogatych, rozwijających się króluje ateizm - to żadne odkrycie)
Co do ostatniej wypowiedzi - nie zgadzam się. Moja śmierć jest niczym w porównaniu do śmierci ukochanej osoby. Nie będę tęsknić za samą sobą, nie będę siebie samej opłakiwać, nie będę NIC.
Obecnie prawdopodobnie przechodzę przez fazę złości (naturalna w procesie żałoby) Jestem wściekła na... ewolucję - po jaką cholerę wykształciła nam się zdolność do uczuć wyższych.. Taki tam czarny humor
|
|
 | darkside (7775 punktów) (zablokowany) | No i co Ci można odpisać? Tyle razy miałem już z tym do czynienia. Bezpośrednio i z boku. Śmierci straszne i te nieco mniej, czyli oczekiwane i w starszym wieku. Reakcje swoje i ludzi rozmaite. Niedawno koleżanka straciła 23-letniego syna w wypadku na budowie w Holandii. Dramat totalny, mogło się wydawać, że tego nie przeżyje. Na początku tylko prochy, bardzo mocne. Później fachowiec. Pół roku wyjęte z życia, tylko łóżko i psycholog. Póżniej, jeszcze kilka miesięcy też kiepsko, ale wróciła do pracy, między ludzi. Najtrudniejsza prawda do zaakceptowania, to działanie czasu. Poradzenie sobie ze śmiercią bliskiego wymaga czasu. Im więcej czasu upłynie, tym ból będzie mniejszy, smutek bledszy, a my będziemy mogli na nowo ujrzeć blaski słońca. Jej córka postarała się o wnuka, zjawił się pies, którego wczesniej mąż nie chciał, a ona bardzo. Dzisiaj się śmieje (po 1,5 roku), żyje, funkcjonuje normalnie, nie mówi już o synu, co jeszcze niedawno robiła na okrągło, ale jakiś ból na pewno w niej jest i zapewne będzie zawsze, choć nie będzie juz przeszkadzał w codziennym funkcjonowaniu. Prawie zawsze mniej więcej tak to przebiega, choć ścieżka zawsze indywidualna, bo jesteśmy różni. Specjalnie wybrałem bardzo mocny przykład. Wsparcia szukaj raczej wokół siebie, bezpośrednio, bo tego Ci najbardziej potrzeba.
|
|
2 na 2 | anhella (110 punktów) | Już ponad dwa lata minęły od śmierci mojej babci. Mieszkałam razem z nią od dziecka. Umarła na raka, przed śmiercią musiała dużo wycierpieć i było to widoczne i bolesne dla wszystkich. Myślę, że wszyscy powinniśmy byli czuć się przygotowani, ale różnica między mną i moim bratem a starszą częścią rodziny była dość znaczna - my wiedzieliśmy, że to już bliski koniec, od kiedy dostaliśmy diagnozę (ciekawa i nieprzyjemna sytuacja, po pierwszym zestawie badań moi rodzice przynieśli kopertę z wynikiem po łacinie i kazali mi poszukać czegoś na ten temat w sieci. Nie otrzymali żadnego wprowadzenia przedtem, bo lekarze mówili im, że ten wynik to nic pewnego).
Najgorsze dla mnie było patrzenie, jak się męczy, zwłaszcza gdy wypisano ją ze szpitala do domu, "by w spokoju umarła". Mimo zastrzyków morfiny jęczała z bólu, aż traciła przytomność. Trudno jest pogodzić się z taką sytuacją, gdy ktoś bliski na naszych oczach przez chorobę traci siły, godność i jakąkolwiek nadzieję na przeżycie, aż na głos błaga o śmierć. Wtedy zdałam sobie sprawę jak ważne jest umożliwienie godnego odejścia, obiecałam sobie w żalu, że postaram się nie dożyć do takiego stanu. (Nie wiem ile z tej woli zostałoby we mnie, gdybym nagle musiała wybierać). Przyznam, że wtedy niemal się modliłam w myślach o jej śmierć, sama nie wiem do kogo, do tego zupełnie przeciwnie niż reszta mojej rodziny.
Ostatnie godziny babcia była już nieprzytomna. Atmosfera w domu była nierzeczywista, wszyscy płakali. Czułam wtedy faktycznie złość i żal, że już jej nie będzie. Te słowa to ciężka świadomość, to tłumaczenie sobie, że taki jest porządek świata i to sprzeczne uczucie, że lepsza jest śmierć, niż kolejne tygodnie męki, a jednocześnie złość na rodzinę, że wypisali ją ze szpitala na pewną i bolesną śmierć, złość na lekarzy, że nie potrafili nic zrobić.
Nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy patrząc na nieruchome ciało, mimo że ukochanej osoby, to jednak już samo ciało, utożsamiają ją z tą osobą. Gdy babcia umarła, ten widok był dla mnie jak potwierdzenie tej prawdy, że jej już nie ma i nie będzie. W tamtej chwili to już było dla mnie tak oczywiste i uspokajające. Nie widziałam sensu kłócić się z faktem dokonanym, do tego tym lepszym dla osoby zainteresowanej. To już był koniec piekła. Były łzy i ja płakałam dużo, może nie nazywałam w sobie tych myśli o których wszyscy mówią. Najbardziej ze wszystkiego powodowało mój płacz patrzenie na smutek dziadka, którego żadnymi słowami nie umiem opisać...
Myślę, że nie byłam tak blisko, by rozumieć, co znaczy stracić kogoś najbliższego. I przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie, jak z taką stratą mogłabym sobie poradzić, jak dalej żyć... To dręczy mnie w koszmarach. W dzień zaś przychodzi zimna refleksja, niestety - czy na szczęście? - prawdziwa, że tylko żywi się liczą, i dla nich, i dla nas samych, trzeba żyć. Zmarli zaś nie pragną już ani naszego żalu, ani pamięci, bo nie pragną już niczego - za to, gdy żyli, kochali widzieć nas szczęśliwych i odnoszących sukcesy w życiu.
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|