Ojcze kochany! Ciężko zgrzeszyłem Tak, żem nie godzien zwać się Twym synem. Kiedyś to przecie na me żądanie Pół żeś majątku dał mi Mój Panie!
Problem w tym Tato, że latami Sypiąc obficie Twymi drahmami. Nim się spostrzegłem – co też zrobiłem: Całą fortunę przepierdoliłem
Ale już jestem. Tak jakbym ożył. Chętnie bym szatę nową założył. Może byś, Tato zabił też cielę, bo żem ostatnio nie jadł za wiele?
--- Jasne mój synu. Pójdź w me ramiona Niech wszelki smutek już dzisiaj skona. Chętnie się Tobie rzucę na szyję Z uradowania jak pies zawyję.
Brat Twój latami w straszliwym znoju Po pas nierzadko topił się w gnoju. Jakże też często niedojadanie Gościło u nas. I oszczędzanie.
Bośmy wiedzieli, że prędzej, później, Jako, że licho nigdy nie uśnie – Do spisu świetnych Twoich wyczynów Dojdzie, że wrócisz – mój taki synu!
Wiem ja to dobrze. Chodzą tu tacy Najprzeróżniejszej maści maniacy Co każą szukać owieczkę głupią Gdy stado wilki ukatrupią.
I jeszcze z tego cieszyć się każą, Że odzyskali owieczkę wrażą. I jeszcze zamęt robią w głowie Że z tego cieszą się aniołowie….
Nie pomnę synu imienia Jego Kto mógł wymyślić coś tak głupiego… Cielę, sandały i nowa szata A sprawiedliwość dla Twego brata? |