Swoją Drogą
Przez wód spienionych bezbrzeżne przestrzenie Mknie ruczaj zwycięstw kaskadą upadków Czy Bóg to, czy los, czy też przeznaczenie Osądzi wielkiej rozprawy tej świadków?
By spłacić debet na koncie sumienia Klęczą zastępy owieczek w kościołach U skrawka sutanny żebrząc rozgrzeszenia Wierząc, że Stwórca ocalić ich zdoła
Mierzi mnie owa zbiorowa ułuda Zawodowy Związek Głów Pochylonych Popiół we włosach, by po życia trudach Stanąć w kolejce duszyczek zbawionych
Zastąpić wolę – musem, a rozum – dogmatem Miłować swych bliźnich, szastać przebaczeniem Skryć własne słabości pod kleszym chałatem W morałach z ołtarza widzieć ukojenie
Odpowiedzialność swą rozpuścić we stadzie Płaszczyć się, prosząc wciąż o ratunek Ja jednej chcę zawsze być wierny zasadzie Ze sobą żyć w zgodzie, na własny rachunek
Nie straszcie mnie piekłem, dusz naganiacze Nie padnę na twarz przed krzyżem, monstrancją Nie mnie płacić święte, kościelne haracze Sam sobie jestem najwyższą instancją
Jak ptak zwierzęcym spłoszony jazgotem Podrywam się, wzlatam i w przestworza wznoszę Brnę po horyzont, nim spadnę z łoskotem I z moim własnym połączę się losem
Bombastus |