Dokonałem skrótu myślowego, który rzeczywiście może czynić moją wypowiedź trochę niejasną. Tłumaczę więc: Nie ma sensu wartościować moralnie decyzji Google o cenzurze czy o jej braku - ponieważ należy wziąć pod uwagę specyfikę chińskiej, zbiorowej mentalności. Mentalności w której nie istnieją tradycje demokratyczne natomiast od tysięcy lat dominuje kult władzy. Co więcej o incydencie poruszonym w temacie 99% chińskiego społeczeństwa prawdopodobnie nie wie i większość pewnie nigdy się nie dowie. Jest to więc akcja marketingowa w celu zrzucenia z siebie ciężaru "współpracy z reżimem" - jak niektóre wpływowe "zachodnie" środowiska postrzegały chińską wersje Google. A jak to w wielkim biznesie bywa - nic nie dzieje się bez przyczyny: "w ciągu kilku najbliższych tygodni będziemy ustalać z chińskim rządem, w jaki sposób zgodnie z prawem możemy dostarczyć niefiltrowane wyniki wyszukiwania, jeśli w ogóle" - cytat z artykułu z Chipa. Jest to być może wybieg Google mający na celu poszerzyć swoją strefę wpływów w Chinach, przy równoczesnym poprawieniu reputacji na "zachodnich" rynkach. W najlepszym wypadku zyska oba, w najgorszym tylko to drugie... A z tym Koogle to tak ironicznie tylko
|