Anthony de Mello “Przebudzenie” - przemyślenia.
Są książki, które czytamy i są książki, które czytają nas. “Przebudzenie” zalicza się zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Jest to intelektualna wyprawa poprzez ciernie własnych lęków, słabości i strachu. Im więcej czytelnik ma problemów lub wątpliwości, tym bardziej ta książka na niego wpłynie i tym więcej szczegółów w niej dostrzeże. Ta pozycja rodzi we mnie pewien lęk, którym chciałem się podzielić. Pewien bardzo mądry człowiek powiedział kiedyś, że nie ma ucieczki od gęby. Im bardziej staramy się od niej uciec tym bardziej ona nas upupia. Napisał również, że nie jesteśmy od niczego tak mocno uzależnieni, jak od własnego odbicia w oczach drugiego człowieka. To bardzo prawdziwe słowa. “Przebudzenie” stara się odczucić wszelkie “formy”, stara się ustawić człowieka w punkcie (0,0) w kartezjańskim układzie osobowości. Problem polega na tym, że punkt (0,0) nadal znajduje się w tymże układzie. Gombrowicz wielkim człowiekiem był i jak widać nawet forma odczucania form nadal jest formą samą w sobie. Jeżeli jesteś zewnątrzsterowny i nie znajdziesz dystansu do “Przebudzenia”, ta książka cię mentalnie zniszczy i zasieje ziarno wątpliwości w dosłownie wszystkich słabszych stronach twojej osobowości. Jeżeli mężczyzna da tę książkę podatnej kobiecie z emocjonalnymi wątpliwościami, to ona stanie się podatna na tego mężczyznę, będzie do niego dążyć niczym ćma do lampy (poszukując głębszych prawd). Jeżeli ów facet okaże się zręcznym manipulantem, to lektura tej książki da mu władzę nad jej myślami. Pobawi się nią, by po jakimś czasie porzucić, niczym wydmuchanego emocjonalnie manekina. Dostrzegam ogromne niebezpieczeństwo czające się w tej książce jako mentalnej pigułce gwałtu. To dotyczy również układu kobieta-mężczyzna. Ale zawsze jest dawca i biorca, czyż nie? Człowiek o silnych podstawach społecznych (rodzina, przyjaciele, cele w życiu) będzie odporny na głębszy wpływ tej książki, nie będzie mu potrzebna. Albo przerwie czytanie już na początku, albo otrzepie się z wątpliwości zaraz po, niczym pies wychodzący z lodowatej wody. Osoba bez silnych podstaw społecznych (np. po rozwodzie rodziców, z problemem ojca alkoholika, czy po silnym zawodzie miłosnym itp.) jest podatna na tę książkę. Będzie szukać w niej ukojenia dla duszy, wyciszenia. Niewątpliwie znajdzie ją, pytanie za jaką cenę. Problemem i największą zaletą tej książki jest to, że zeruje wektory ludzkich ambicji, celów, marzeń i uczuć. Mówi: “odrzućcie to wszystko, zbawienie duszy znajduje się w zrozumieniu”. Tak naprawdę jednak upośledza relacje między czytelnikiem i światem. Stawia go w pozycji bezstronnego obserwatora wydarzeń, niczym w znanym wierszu “Ikar”: “Teraz wiem, że rolnik winien orać pole, przygoda Ikara nie jest moją przygodą”. Taki reset dla duszy nie jest zły, czasami rzeczywiście się przydaje, jednak człowiek to istota społeczna, dążąca do tworzenia relacji międzyludzkich. Większość z nas będzie w którymś momencie swojego życia szukać stałego partnera, kogoś na kim będzie można polegać do końca swych dni. Kogoś, kto pozostanie w dobrych chwilach, ale i zaopiekuje się, gdy przyjdą te złe - choroby, problemy itp. Kogoś, z kim chciałaby założyć rodzinę i mieć potomstwo. Zaufanie jest podstawowym elementem życia w społeczeństwie. “Przebudzenie” mówi, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy egoistami, zaufanie to iluzja, a każdy z nas dąży do własnych celów, licząc się z innymi, tylko pod warunkiem wzajemnego zysku. Ta myśl upadla mnie jako człowieka i jednostkę społeczną. Od tej idei jest już tylko jeden krok do stwierdzenia, że utrzymywanie bezdomnych lub ludzi ułomnych, to strata środków społecznych. Nie pracujesz - nie dostajesz nic. Jeżeli sobie nie radzisz i kradniesz, lądujesz w więzieniu. Natomiast upośledzonych i chorych powinno się “utylizować” jako jednostki nieprzydatne społecznie. Taka postawa jest niedopuszczalna. To furtka do kryptofaszyzmu z twarzą mędrca buddy. “Przebudzenie” mówi nam, że skupiamy się na zbyt wielu niepotrzebnych sprawach, że nasza egzystencja jest najpewniej pozbawiona celu, a przejmowanie się nią to źródło naszych frustracji. Jeżeli ktoś traktuje życie jako grę w zdobywanie, to niech wie, że na końcu - niczym w planszówce monopol - wszystko trafia z powrotem do pudełka, więc nie ma się co przejmować. Niestety “Przebudzenie” jako alternatywę do ambitnego życia stawia pozycję biernego mędrca, mówi: “Ci, którzy nie wyrzekną się swych popędów, to głupcy”. Ci, którzy są na szczytach, to jeszcze więksi głupcy, bo wydaje im się, że są warci więcej od tych poniżej. Ta książka mówi nam - wszyscy jesteśmy równi, wszyscy mamy taką samą wartość, wszyscy powinniśmy cieszyć się życiem takim jakie jest. To piękna postawa, jakże utopijna. Matką postępu jest pycha człowieka i jego niechęć do ciężkiej pracy od tysięcy pokoleń. Najpierw udomowiliśmy zwierzęta, następnie wynaleźliśmy koło i transport, aby nie dźwigać wszystkiego na ramionach. Ta machina postępu dognała nas do ery cyfryzacji, w której przeciążeni informacją staramy się uciec od tego, co dało nam ukojenie - innowacji. Niczym w orwelowskiej powieści, codziennie jesteśmy atakowani wierszami poleceń “otwórz”, “naciśnij”, “konsumuj”. To natężenie doznań sprawia, że cześć z nas szuka ukojenia w wyciszeniu. To normalna postawa. Nie zostaliśmy stworzeni do ciągłego bombardowania naszych jaźni. “Przebudzenie” pozwala oderwać się od tego znoju, jednakże piękne słowa mędrców nie rozwiązują problemu życia w cywilizacji. Jedyną prawdziwą ucieczką byłoby wyjechanie na wyprawę duchową do Indii i zamieszkanie z biednymi ludźmi niedaleko buddyjskiej świątyni. Jakże utopijna jest to wizja! Ktokolwiek poważnie myśli o teoriach hinduistycznych powinien przeprowadzić prosty test. Niech odda wszystkie swoje markowe ubrania, wszystkie piękne szaty i niech zacznie ubierać się tylko w lumpeksach. Boli, prawda? Bo wtedy ludzie będą krzywo patrzeć, zaczną oceniać. Ale przecież „Przebudzenie” wyraźnie mówi: “Nie przejmuj się tym, co myślą inni, nie oceniaj, nie przejmuj się ocenami. Jesteś piękny taki jaki jesteś”. Kontrargumentów dla tej ideologii jest o wiele więcej. Po głębszej rozmowie z każdym, kto wyznaje te prawdy łatwo idzie dostrzec, że taka osoba zamienia jedne iluzje na drugie. To nie jest prawda, to byłoby zbyt proste. Jeżeli mam być tylko biernym obserwatorem, jeżeli mam przestać się zadręczać problemami świata i zacząć żyć szczęśliwie i prosto. Jeżeli mam przestać wierzyć w relacje z innymi ludźmi, gdyż są one niepewne i oparte na moim i ich egoizmie. Jeżeli oddam się wyciszeniu oraz odnajdę w nim zrozumienie i prawdę, to z kim i z czym pozostanę? Z własną ciszą możliwe, że szczęśliwy do końca swych dni. Jednakże niezdolny do utworzenia silnej relacji z drugim człowiekiem. Silna relacja rodzi się w bólu. We wspólnym cierpieniu. To jest właśnie życie. To jest właśnie ból egzystencji każdego dnia, w którym musimy zawierać niepewne pakty z diabłem lub aniołem tkwiącym w oczach drugiego człowieka. Jeżeli wszyscy jesteśmy egoistycznymi hedonistami, to po co zakładać rodzinę? Bawmy się naszym życiem, cieszmy się chwilą. Carpe Diem! Odrzućmy naszą chęć odkrywania świata, skupmy się na sobie nawzajem, skupmy się na przyjemności przebywania choćby przez chwile razem na tym padole łez. Niestety, takie podejście wystarcza zwykle na kilka upojnych wieczorów, po których zostaje kac i ścieżka wstydu do domu. “Przebudzenie” to antyintelektualna wyprawa w świat wyciszenia. Dlaczego antyintelektualna? Bo uważam, że intelektualizm oznacza umiejętność wybrania własnej drogi życiowej, umiejętność patrzenia z dystansu na siebie i świat w sposób, który nakazuje dojrzenie całej palety barw i chęć jej poznania, a nie wyciszenia ciekawości. Intelektualizm to droga cierniowa dla najambitniejszych mędrców. Ta książka nie jest i absolutnie nie powinna być drogą życiową. Co najwyżej tabletką, którą się bierze, aby choć na chwile wyzbyć się wątpliwości i uciszyć sumienie. No właśnie, aby wyciszyć sumienie. Idee płynące z “Przebudzenia” kłócą się z moimi podstawami społecznymi i moralnymi. Noszę w sobie potrzebę silnego związku z kobietą, a książka ta nadaje tym relacjom atawistyczno-egoistyczną twarz wymiany społecznej celem osiągniecia sukcesu reprodukcyjnego. Nie interesują mnie proste rozwiązania, a trudne problemy można rozbić na mniejsze i przedyskutować. “Przebudzenie” spłyca te relacje do prostego “Nie przejmuj się, twoje rozterki to tylko iluzja świadomości. Odpręż się i nie zadawaj głupich pytań.” Nie na tym polega związek. Bycie z kimś to z założenia ciągła walka przerywana chwilami zrozumienia. Nie bez powodu mówi się, że małżeństwo “musi się dotrzeć” po jego zawarciu i kilkumiesięcznej euforii. Nie rozumiem też postawy dawca-biorca. Rozumiem, że dwugłowe stworzenia nie mają łatwego życia, ale zgodnie z moją racjonalistyczną postawą wierzę, że nie zdominuję mojej partnerki życiowej i ona nie będzie starała się zdominować mnie. To ogromne intelektualne wyzwanie dla obojga partnerów, które wymaga najwyższego zaufania i zrozumienia. Bycie w związku to niekończące się dyplomatyczne pertraktacje, jeżeli jesteś dyktatorem, będziesz próbował podbić, jeżeli jesteś intelektualistą - zrozumieć i znaleźć kompromis. Pewnie to tylko moja mała utopia, ale wiele lat temu moi rodzice zaryzykowali i pomimo bólu i cierpienia płynącego z wychowywania dwójki dzieci są razem i nadal się kochają. Tam gdzie wypala się zauroczenie może pojawić się coś więcej, co z czasem przerodzi się w prawdziwą miłość. Ja też nie boje się zaryzykować. Na tę książkę trafiłem z powodu bardzo mocnego zauroczenia w jednej z przepięknych dziewczyn, jednej z tych, za które facet dałby sobie rękę uciąć. I dokładnie jak w pewnej starej polskiej komedii - już bym nie miał ręki. Chcąc się do niej zbliżyć, wszedłem w świat “Przebudzenia” niczym Kolumb, gdy odkrywał dziewicze wybrzeża Ameryki, i niczym Kolumb dałem się uwieść jej pięknu i prostocie jej formy. Teraz rozumiem, jak łatwo można przejść z jednego szaleństwa emocjonalnego na kompletnie drugą stronę - obojętności emocjonalnej. Prawda jest o wiele bardziej skomplikowana i leży gdzieś pośrodku. Kierujmy się naszym kompasem moralnym, a nie pięknymi słowami oświeconych mędrców. Dla mnie prawda leży w szacunku. To właśnie szacunek oraz chęć zrozumienia drugiego człowieka i jego świata stawiam jako swoje najwyższe intelektualne wyzwanie. Uważam się za racjonalistę i głębokiego empatę, chociaż zwykle etykietki, które sobie sami przywieszamy bardzo szybko weryfikuje rzeczywistość. Każdego dnia morduje część własnej ignorancji, a życie jest dla mnie najpiękniejsze w momentach, kiedy ze łzami w oczach potrafię przyznać “myliłem się”. W przypadku “Przebudzenia” mogę powiedzieć: “Tak, myliłem się”, myliłem się odnośnie wielu spraw. Ta książka pozwoliła mi spojrzeć z dystansu, na stan “idealizacji dziewczyny” w którym byłem podczas zauroczenia, oraz homoseksualizmu mojego brata. Czasami właściwe książki trafiają we właściwe ręce we właściwym czasie - tak było w tym przypadku.
Tabletka zadziałała, czas przebudzić się z “Przebudzenia”, czas wrócić do rzeczywistości. Czas stać się mężczyzną. To ja tworzę drogę, a nie droga mnie.
Dziękuję, |