 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Nauka
| Napisano | Autor | Tytuł | | 08-08-2016 08:42 | Arminius (25555 punktów) | Jak hartują się Amisze
4 na 4 | Amisze i Hutteryci to społeczności religijne zamieszkujące USA, które cechuje kultywowanie tradycyjnego modelu życia. Jednakże z tych dwóch grup Amisze zdają się być bardzoiej konserwatywni, co przejawia się między innymi w tym, iż w rolnictwie i hodowli - w przeciwnieństwie do Hutterytów - stosują metody całkowicie tradycyjne, nie uciekając się do stosowania technologii bardziej nowoczesnych. Oznacza to między inymmi bardziej bezpośredni kontakt ze zwierzętami i środowiskiem, w którym inwentarz przebywa. Okazuje się, iż fakt ten może mieć kluczowe znaczenie dla kształtowania odporności na astmę. Przeprowadzone badania demonstrują, iż tylko u ok. 5 % dzieci Amiszów stwierdzono astmę, podczas gdy ów odsetek u Hutterytów wynosił ponad 20 %. Naukowcy postawili tezę, iż proporcje jak wyżej wynikają ze znacznie większego wyeksponowania dzieci Amiszów na kurz, zawierający mikroby zwierząt gospodarskich - która to okolicznośc "hartuje" je i uodparnia na zachowania alergiczne typu astma. Wnioski jak wyżej zmajdują potwierdzenie w innych badaniach przeprowadzonych w Szwecji. Okazuje się bowiem, iż u dzieci, które mają psa , ryzyko wystąpienia astmy jest obniżone o 13-15 % w relacji do dzieci nie posiadających go. Fakty jak wyżej potwierdzaja tezę, iż odrobina brudu nie szkodzi, wręcz przeciwnie przynosi spore korzyści. Oczywiście należy zachować zdrowy rozsądek i zawsze wiedzieć, kędy biegnie owa nieprzekraczalna - cienka czerwona linia. Ekspozycja na brud w warunkach jak wyżej hartuje - nie tylko przeciwko alergiom ale wogóle przeciwko wszelakim chorobom. Problem jak wyżej nabiera szczególnego znaczenia w chwili obecnej - gdy wśród rodziców panuje sui generis histeria jeżeli chodzi o higienę dziecka i higieniczne warunki środowiska, w którym ono przebywa. Występuje silna tendencja do odizolowywania dziecka od otaczającego go świata w celu zpaewnienia mu totalnej sterylności, co primo uniemożliwia mu poznawanie (jakże przecież fascynującego) środowiska naturalnego, secundo, generuje problemy jak wyżej, to jest czyni go nieodpornym na wszelakiego todzaju choroby i dolegliwości. Jeżlei chodzi o ową totalną sterylność - szczególnie nadopiekuńcze matki zdaję sie prezentować postawe graniczącą niekiedy z histerią. W związku z tym jest apel do ojców - aby zachęcali dziecko do biegania po łące, pluskania się w rzece, wchodzenia (bezpiecznego) na drzewa, głaskania psa, kota, dotykania dżdżownicy, itp., itd. "The Amish community in the US has long been famous for shunning modern technology and preserving traditional ways of life, using horses for farming and for transport.Now it appears that their closer contact with animals could have an unexpected benefit - preventing asthma in children.A new study from the US compared the Amish with a similar community, the Hutterites, who use more modern farming methods.Both groups have similar genetic ancestry and follow similar diets, but researchers found that childhood asthma rates differed strongly. About 5% of Amish schoolchildren tested in the study had asthma compared with 21.3% of the Hutterite children. The study in the New England Journal of Medicine suggested that children's immune systems in the Amish community were being bolstered by house dust that contained more microbes from farm animals." www.bbc.com/news/health-36974348 | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
5 na 5 | ZaKotem (8733 punktów) | Nie muszę znać żadnego Amisza żeby wśród własnych krewnych-i-znajomych widzieć, jak dzieci najbardziej pedantycznych rodziców najwięcej mają różnych alergii i drobnych dolegliwości, gdy tymczasem te, które w najlepsze wcinają dzikie owoce, kwiatki, piach, a może i takie mięsko, co samo przypełzło, są zdrowsze. Nasi przodkowie żarli byle co i mamy odpowiednie układy obronne, aby uchronić się przed większością drobnoustrojów. Przed pozostałymi wystarczająco chroni nas medycyna, żeby trzeba było się bać dzikiej poziomki. Ja rozumiem, żeby niedźwiedzia, ale poziomki? Owszem, naprawdę mogła być obszczana przez psa czy inną bestię. Owszem, jest niezerowe prawdopodobieństwo, że dostanie się od niej robaków. No, to się zazyje lekarstwo. Lepiej to, niż mieć niewycwiczony układ immunologiczny, który w końcu zaczyna atakować własne komórki. To tak, jakby zdrowego kilkulatka wozić w wózku i potem dziwić się, że ma pokrzywiony kręgosłup.
|
|
 | 1 na 1 | Episode_2 (3284 punktów) | >Nie muszę znać żadnego Amisza żeby wśród własnych krewnych-i-znajomych widzieć, jak dzieci najbardziej pedantycznych rodziców najwięcej mają różnych alergii i drobnych dolegliwości Ale może też być na odwrót - dzieci od urodzenia wątłe są bardziej chronione, bo jak nie to zaraz zachorują.
|
|
|  | 2 na 2 | Rafał Poniecki (7132 punktów) | >>Ale może też być na odwrót - dzieci od urodzenia wątłe są bardziej chronione, bo jak nie to zaraz zachorują.<<
Nie sądzę. Z tego co mi mówiono, to po urodzeniu byłem raczej wątły. Ale wychowywałem się nie tylko bez specjalnej ochrony, ale jak praktycznie wszyscy, czyli na ulicy, na podwórku, w lesie. Kąpałem się w gliniankach, albo w stawie, w którym pojono bydło. I nie pamiętam, żebym chorował. Chyba że razem z innymi.
|
|
|  | 1 na 1 | ZaKotem (8733 punktów) |
>Ale może też być na odwrót - dzieci od urodzenia wątłe są bardziej chronione, bo jak nie to zaraz zachorują. > Na pewno i tak się czasem zdarza i nie pretenduję tu do miana glosiciela praw absolutnych i świętych. Ale akurat w tych przypadkach, które znam osobiście, tak nie jest.
|
|
 | 1 na 1 | -jad- (18783 punktów) | > Ja rozumiem, żeby niedźwiedzia, ale poziomki? Owszem, naprawdę mogła być obszczana przez psa czy inną bestię. Owszem, jest niezerowe prawdopodobieństwo, że dostanie się od niej robaków. No, to się zazyje lekarstwo. Lepiej to, niż mieć niewycwiczony układ immunologiczny, który w końcu zaczyna atakować własne komórki.
No i lepiej to niż nie spróbować nigdy poziomki. A produkty spożywcze w sklepie to co, lepsze? Niektórym wydaje się może, że na te poziomki nic nie szczało i Kaufland ręczy za to głową.
śp. Jaskinia Trolli team
|
|
 | | Belfer00 (720 punktów) | >[...] Nasi przodkowie żarli byle co i mamy odpowiednie układy obronne, aby uchronić się przed większością drobnoustrojów. Przed pozostałymi wystarczająco chroni nas medycyna, żeby trzeba było się bać dzikiej poziomki. [...] Lepiej to, niż mieć niewyćwiczony układ immunologiczny, który w końcu zaczyna atakować własne komórki. Sprawa (jak zwykle) nie jest taka prosta. Pomijam już to, że tym "zżartym byle czym" może być muchomor sromotnikowy. Jest jednak wiele niebezpieczeństw, które nie tak łatwo jak muchomora dostrzec i się ich wystrzegać. Rzeczywiście, żyjemy w cywilizacji "czystościowej" i stąd pewnie alergie i choroby autoimmunologiczne, o jakich wspominasz. Jednak owo dawne "ćwiczenie odporności" odbywało się często (o czym nie chcemy chyba pamiętać) po prostu drogą selekcji (doboru naturalnego). Moja babcia była do późnej starości w znakomitym zdrowiu, ale z dwanaściorga dzieci jej matki (czyli mojej prababci) przeżyło dzieciństwo jedynie sześcioro. Wątpię czy obecni rodzice zgodziliby się na taki "sposób na posiadanie zdrowych dzieci". >Ja rozumiem, żeby niedźwiedzia, ale poziomki? Owszem, naprawdę mogła być obszczana przez psa czy inną bestię. Owszem, jest niezerowe prawdopodobieństwo, że dostanie się od niej robaków. No, to się zażyje lekarstwo. Nie zawsze pozbycie się owych "robaków" jest takie proste. Wystarczy poczytać podręcznik parazytologii. W marcu leżałem w szpitalu i na mojej sali był pacjent z tzw. bąblowcem, którego nabawił się jedząc właśnie skażone i nieumyte jagody czy poziomki. Był po dwu operacjach i miał przyjmować leki przez bardzo długo, może do końca życia. Jego zagrożenie można śmiało porównać do tego w chorobie nowotworowej. Pozdrawiam.
|
|
1 na 1 | Belfer00 (720 punktów) | > Występuje silna tendencja do odizolowywania dziecka od otaczającego go świata w celu zapewnienia mu totalnej sterylności, co primo uniemożliwia mu poznawanie (jakże przecież fascynującego) środowiska naturalnego, secundo, generuje problemy jak wyżej, to jest czyni go nieodpornym na wszelakiego rodzaju choroby i dolegliwości.> Jeżeli chodzi o ową totalną sterylność - szczególnie nadopiekuńcze matki zdają się prezentować postawę graniczącą niekiedy z histerią.> W związku z tym jest apel do ojców - aby zachęcali dziecko do biegania po łące, pluskania się w rzece, wchodzenia (bezpiecznego) na drzewa, głaskania psa, kota, dotykania dżdżownicy, itp., itd.Nie wspomniałeś o pewnym aspekcie hartowania w społeczności Amiszów, jak sądzę dość istotnym. Idzie mi o powszechne wśród dzieci Amiszów chodzenie boso.     Na fotografiach widać dzieci odziane skromnie, ale całkiem dostatnio (nie biedotę), a bose. Oznacza to chyba, że "bosość" dzieci nie wynika z niedostatku, ale z jakichś przekonań "ideowych". Zachodnia cywilizacja niestety indoktrynuje ludzi już od wieku dziecięcego, wmawiając im, że "właściwe" jest noszenie butów, a bycie boso jest czymś wyjątkowym, zarezerwowanym dla sytuacji ogólnego "rozebrania się", jak np. na plaży czy na pływalni. Z przykrością obserwuję nieraz, jak po letnim deszczu, przy temperaturze nie niższej niż 15 st. C, dzieci skaczą po kałużach w kaloszach (gumowcach). Stopy zamiast kontaktować się z (przyjaznym przecież, a nie wrogim) środowiskiem naturalnym, są zamknięte w warunkach dobrych jedynie do rozwoju grzybów i innych drobnoustrojów. Dzieci cieszą się z widoku i dźwięku chlapiącej wody, nie rozumiejąc ile tracą, gdy w zabawie nie uczestniczy ich skóra z wieloma receptorami. To jak lizanie cukierka przez szybę. Gdy byłem dzieckiem i nastolatkiem, naturalne było bieganie i skakanie po letnich kałużach boso, choć już wówczas bycie boso na codzień nie było (przynajmniej w mieście) czymś normalnym, i trzeba było dla zdjęcia obuwia pewnego "usprawiedliwienia", w postaci letniej ulewy. Jeśli jednak nawet na codzień dzieci nie były boso, to podstawowym ich letnim obuwiem były sandałki, najczęściej oczywiście bez skarpetek, chroniące stopę przed urazami od podłoża, a jednocześnie pozwalające skórze "oddychać". Obecne "plastikowe" adidasy czy inne zamknięte buty, najczęstsze u chłopców, nie dają stopom żadnej szansy na kontakt ze środowiskiem. Uprzywilejowane są tu dziewczynki, noszące w lecie dość często różne sandałki i klapki. Nieraz wygląda to wręcz jakby nasza kultura nakazywała chłopcom wstydzić się swoich stóp i je szczelnie "opakowywać". Skutkuje to niestety tym, że stopy chłopców (a co za tym idzie i mężczyzn) są ogólnie mniej zadbane, jeśli nie wręcz zaniedbane. Jak najczęstsze chodzenie boso (lub przynajmniej w przewiewnych sandałach, oczywiście bez skarpetek) jest znakomitym sposobem hartowania, wskazanym przede wszystkim dla dzieci, ale też dla dorosłych. W niektórych krajach (np. RPA) dzieciom nie tylko pozwala się być boso na codzień, nie traktując tego jako czegoś nienormalnego, ale wręcz tego się od nich oczekuje (szkolny "dress code").  Pod tym adresem jest strona promująca wśród rodziców chodzenie boso ich dzieci na codzień, w tym także w szkole. Pozdrawiam..
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|