Złomiarz
Widuję tę postać, ciągnie wózek z jękliwym łkaniem, jakby nie mogła spocząć czy tu zostać przez chwilkę w nadziei bosej.
Serce drżące, zimne a sen rdzawy. Oczy otwiera stalowym świtaniem, by ująć parasol z deszczowej enklawy.
Jego zmartwienia prętem pogiętym, otulają głowę koroną żaru, jak fajerki pierścienia rubinowe, starego pieca co przetapia w nowe.
Jesienią chłód i liście zmartwieją, stwardnieją dłonie zaciśnięte w metalu. Ich czy naszych resztek rekwizytu.
Przechodnie oczu nie mają, ociemniali, aby nie widzieć życia z ich wyrzutu. I nikt nie przystanie i nikt nie kocha. A kiedyś ci się kłaniali... Marek Jakub Bliźniak
|