>Jednak zależność istnieje
>duże rodziny zapewniają stały rozwój dwóm największym religiom na świecie: chrześcijaństwu i islamowi.
Mówiąc językiem hodowli: rośnie pogłowie, ale co to ma wspólnego z rozwojem? W jakim sensie rozwinie się owca, skoro stado powiększy się o 100 czy 200%? Czy staje się "bardziej rozwiniętą" owcą, czy nadal jest takim samym ... baranem? No bo jak inaczej rozumieć rozwój religii? Jako zmiany jej dogmatyki? To wykluczone ze względu na herezje. Raczej jako swoiście rozumianą jej "racjonalizację" (zastosowanie nowoczesnej techniki w ewangelizacji np.). Tym niemniej należałoby dokładniej ustalić charakter owego wpływu/ zależności religii na demografię. Pytanie jest proste: czy, a jeśli tak, to w jakim sensie doktryna i rytuał religijny działa jako afrodyzjak? Lub w terminologii Freuda: czy religia wzmacnia libido? Jak to empirycznie zbadać? Jakie inne czynniki wchodzą tu w grę (klimat, ekonomia, zwyczaje niekoniecznie o charakterze religijnym, np. żywieniowe, itp.). Z naukowego punktu widzenia i wbrew wiernym nie ma przecież mowy o tym, aby mityczny bóg błogosławił swoim wiernym palcem w alkowie.
>Na dłuższą metę to nie tyle działalność misyjna, co demografia decyduje o liczebnym rozwoju poszczególnych religii...
To ważny wynik. Pozwala przypuszczać, że elity religijne nadal bedą uprawiać misyjność poprzez indoktrynację rodzin z dużym naciskiem na przedszkola i szkolnictwo. W płaszczyźnie politycznej wciąż trzeba brać pod uwagę mieszanie się (np. u nas) episkopatu do polityki rodzinnej, oświatowej i zdrowotnej (in vitro,...): To dlatego argumenty "nie z tego świata" mają się dobrze.
Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
|