Racjonalista - Strona głównaDo treści
Co mamy z prezydenta?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
NapisanoAutorTytuł
12-07-2010 23:02Zbysław Śmigielski (8639 punktów)Co mamy z prezydenta?
Ocena 11 na 11
   Był kiedyś taki śląski wic, zaczynający się pytaniem dla małego Jasia: "Powiedz, Hanysku, co mamy z gęsi?".

   Śmieszność odpowiedzi Hanyska nie wynikała z jego głupoty, jedynie z tego, co w hanyskowy łebek zdołał wbić "pon rechtór", czyli nauczyciel. Z odpowiedzią na pytanie o prezydenta jest dokładnie tak samo. Śmieszność nie wynika z tego, co sobie wykombinujemy, ale z tego, co nam wbiją do łebków rozmaite "rechtóry". A jest ich do diabła. Ta diabelska ilość "rechtórów" decyduje o tym, że w Polsce diabelnie trudno cokolwiek potraktować poważnie, albo żeby w ogóle przestać się śmiać.

   Wiecie, ja wcale nie chcę pytać o różnicę między prezydentem, a gęsią. To byłoby dla wielu za trudne. Znam takich typów o zacięciu blond, którzy wierzą na serio, że prezydentów karmi się jak gęsi, czyli bardzo tłusto, co wyraźnie widać po rosnących prezydenckich podbródkach. Uważna obserwacja mogłaby przyznać im rację, ale nie o to chodzi.

   Chodzi o to, że z prezydenta to my nic nie mamy. Absolutnie nic. Z żadnego. Za to prezydent z nas ma wszystko. Absolutnie wszystko. Z każdego.

   W tej formie demokracji, jaka funkcjonuje u nas, prezydent jest rodzajem kwiatka przy kożuchu - niektórym się podoba, ale nie spełnia żadnej istotnej roli. Wybory prezydenckie w Polsce to był cyrk z wielokrotnie przepłaconym biletem wstępu. A już monstrualna suma, każdego roku wydawana jedynie po to, by ten cyrk utrzymać, to gest skończonego utracjusza, to nasze "zastaw się, ale postaw się", wydatek hojny i bez sensu. Cała kancelaria prezydenta, wszyscy ci ministrowie, sekretarze stanu, pomniejszych nie licząc, to postacie z jakiejś mydlanej operetki, nikomu i niczemu nie służące, prócz własnej - wątpliwej zresztą - ambicji.

   Chcecie konkretnie? Proszę bardzo, można to nawet w takim felietonie uczynić dostatecznie jasno. Wystarczy kilka przykładów.

   Prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. No jest. A co to oznacza? Oznacza, że wszyscy mu salutują, od szeregowca do generała. Szeregowcy, co prawda, wszystkim salutują, więc to się nie liczy. Liczą się generałowie. Cóż, generałowie salutują. Biją w dach, aż iskry lecą. A dalej co? Dalej kompletnie nic. Od tych iskier nawet papierosa nie można przypalić.

   Prezydent, zwierzchnik sił zbrojnych, nie posiada kwalifikacji nawet na to, by dowodzić plutonem. Podobno nie ma takiej potrzeby, od dowodzenia plutonem prezydent ma poruczników. On rozkazuje generałom. Tym generałom, co on może rozkazać? Może, na przykład, rozkazać zbiórkę całej armii w dwuszeregu, nawet w szeregu po dziesięć sztuk, co mu tam przyjdzie do głowy. Cała armia będzie mu pięknie salutować do czapek i sztandarami. Pan prezydent, jeśli się nie zmęczy, może przespacerować przed całą zebraną karnie armią ("karnie" to specjalnie napisałem). Armia będzie salutować pomimo zmęczenia.

   Z tą armią prezydent niczego więcej zrobić nie może. Gdyby chciał rozkazać, by armia napadła na Pepików czy Ruskich, to nawet szeregowiec by go nie posłuchał. A gdyby to Pepiki czy Ruskie napadły na nas, to by armią dowodził ktoś zupełnie inny. Nawet minister obrony, taki sam cywil, niewiele miałby do gadania. Prezydent nie może tej swojej armii, której jest zwierzchnikiem, podarować ani jednego czołgu czy samolotu, póki sejm i minister nie wyrażą zgody. Nie może nawet rozkazać, żeby armia fasowała codziennie dwa kotlety zamiast jednego.

   Co prawda, prezydent może awansować, ale tylko generałów. Szeregowców jedynie wtedy, gdy zdarzy im się popełnić jakieś bohaterstwo. Ściśle rzecz biorąc, szeregowca też może awansować w każdej dowolnej chwili, ale tylko na generała, niżej nie. Niżej, to by naruszył kompetencje generalskie.

   Tyle byłoby o wojsku. Bo z naszą cywilbandą, to prezydent może trochę więcej. Może mianować profesorów, choć ostatnio szczególnym rozumem to oni nie grzeszą. Może każdemu z nas powiesić na zapadniętej piersi nie tylko order, ale nawet wstęgę. Pierś bardzo na tym zyskuje.

   Teraz o tym najważniejszym, co prezydent może. Przynajmniej według niektórych. Otóż prezydent może się sprzeciwiać, czyli nie zgadzać. To się fachowo nazywa "veto" i kiedyś przysługiwało każdemu szlachciurze w Najjaśniejszej, trzeźwemu i pijanemu po równo, a teraz przysługuje wyłącznie prezydentowi. Trzeźwemu. Bo konstytucja wymaga, żeby się wytłumaczył. A szlachciura nie musiał. Nawiasem pisząc, ta Najjaśniejsza była aż tak ciemna, że kiedy chciano zlikwidować to "veto", ona się całkiem rozleciała. Ale to już historia, co znaczy, że nieprawda.

   To prezydenckie veto wędruje z powrotem do sejmu, albo do trybunału. Sejm od tego jest, żeby głosować. No więc sejm głosuje, żeby własną przegłosowaną ustawę jeszcze raz przegłosować. Czasami się udaje.

   Z trybunałem są trochę inne klocki. Trybunał rozpatruje. Wyłącznie to, co do rozpatrzenia dostaje. O tych rozpatrzeniach to już się w innym miejscu wypowiedziałem. Teraz tylko spytam, czy to zacne gremium nie tyle wysoko kwalifikowanych, ile wysoko opłacanych ludzi nie mogłoby w tym wetowaniu wyręczać prezydenta? No, tak całkiem wyręczać. Nie muszę dodawać, że by to wypadło cholernie, ale naprawdę cholernie taniej.

   Po mojemu, można by w ten sposób oszczędzić na co najmniej dziesięć operacji chirurgicznych w renomowanych lecznicach dla jakiejś biednej Kamilki czy Pawełka, którzy zmuszeni są żebrać po gazetach o łaskawe publiczne wsparcie. A może by i na dwadzieścia starczyło...

   Na drodze tego veta jest jeszcze, co prawda, senat (co mamy z senatu?), który czasem też się odzywa, by uzasadnić istnienie. Zresztą, na tym naszym kożuchu mamy też więcej kwiatków. Dlatego jesteśmy tacy podziwiani. Na całym świecie nikt nie przypina do kożucha aż tylu kwiatków.

   Swoją drogą, to ostrzegam przed głupim pytaniem, co w ogóle mamy z samego kożucha. Kożuch po prostu się nosi, choć szczególnej wygody to raczej w nim nie ma, człowiek się tylko poci w nim i męczy, bez potrzeby narażając się na durne uwagi ekologów.

   Nie wspominając, że kożuchy powoli wychodzą z mody.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
Po co nam Prezydent RP? Po co nam Senat RP?
Odpowiedź na oba pytania jest jednaka - PO NIC.

Komuś zwidziało się, że Polska po 1989 roku ma być kontynuacją II RP - i pooooszło!

Bez sensu, bez uzasadnienia, gwoli li tylko zadowolenia wybujałego ego co niektórych "okrągłostołowców".



Preparat zawiera w składzie kompleks sylimarynowo-fosfolipidowy o zawartości 30% flawonolignanów w przeliczeniu na sylibinę.
Brentano (-1 punktów)
>   Chodzi o to, że z prezydenta to my nic nie mamy.

Obawiam się, że podobnie jest z resztą władzy (spytam o ten kożuch). Wyborcy cały czas w Polsce myślą, że politycy są tutaj dla nas. Daję głowę pod topór, że w sejmie politycy myślą dokładnie tak samo o nas. Jeżeli jest inaczej to niech ktoś przytoczy jeden przykład znaczącej reformy przeprowadzonej w Polsce w ciągu tych ostatnich dwudziestu lat od czasów oficjalnego upadku komunizmu. Nie potraficie tego zrobić ? No to może spróbujmy inaczej: jak liczniejsze były przykłady brania się za łby w partyjnej walce o stołki ?
13-07-2010 12:12 
 Ocena 10 na 10
Fizyk (17637 punktów)
> niech ktoś przytoczy jeden przykład znaczącej reformy przeprowadzonej w Polsce w ciągu tych ostatnich dwudziestu lat od czasów oficjalnego upadku komunizmu.

Podpisano i ratyfikowano konkordat.
sztejkat (4743 punktów)
I tak, i nie

Jeśli założyć, że system władzy i demokracji działa poprawnie, to rzeczywiście, poza nielicznym sejmem i silnym rządem nic więcej nie jest potrzebne. A w zasadzie - biorąc pod uwagę ostatni wątek o matriarchacie i cytowany tam artykuł - nawet i bez tego się obędzie.

Pytanie jednak, czy można przyjąć takie założenie? Czy można przyjąć założenie, że wszyscy będą działali zgodnie z dobrem ogółu?

Przypuszczam, że nie. System należało więc wyposażyć w pewnego rodzaju zabezpieczenia przed chwilowymi, skrajnymi odpałami.

Mamy więc na najwyższym szczeblu układ czterech elementów: Sejm, Senat, Rząd i Prezydent. Sejm i Senat są wybierane w ramach tych samych wyborów, choć w innej ordynacji. Można więc przyjąć, że Senat będzie nieco mniej niż sejm podatny na chwilowe manipulacje wyborcą (weź pod uwagę szybki rozwój technik manipulacji), niemniej jednak obie izby mogą zostać wybrane na tej samej "fali".

Rząd najistotniejszy i najbardziej potencjalnie szkodliwy czynnik - Sejm może se durnoty uchwalać - rząd realizując ustawy robi z nich albo straszliwe badziewie albo coś sensownego. Ekonomiczne skutki działania rządu są też najszybciej odczuwalne przez obywatela. Rząd jest wyłaniany przez Sejm, a więc także pochodzi z tej samej "fali", choć tu zagrania "handlowe" ustalają większą równowagę między partią dominującą a opozycją.

Niemniej jednak potrzebny jest tak nad Sejmem jak i na Rządem pewien czynnik kontrolny. Sejm, można rzecz - skontrolują wybory. Sejm nie działa bowiem zbyt szybko, choć konia z rzędem temu, kto będzie pamiętał co który poseł/partia przegłosował na początku poprzedniej kadencji. Aż w taką świadomość wyborcy nie uwierzę dopóki nie zobaczę. Czy jednak powolny i dość trzeba rzec skłócony i chaotyczny Sejm będzie w stanie skutecznie kontrolować Rząd? Nie sądzę.

Tu widzę rolę Prezydenta. Wielki Hamulcowy to moim zdaniem doskonałe określenie podstawowego pożytku z urzędu Prezydenta. W obecnym układzie wyborczym prawie zawsze (i to prawie uważam za słabość - powinno być : "bezwzględnie zawsze") wybory prezydenckie mijają się z parlamentarnymi. Jedynie więc w wyjątkowo niesprzyjających dla bezpieczeństwa kraju okolicznościach prezydent będzie pochodził z tej samej fali co władza wykonawcza i ustawodawcza.

Patrzę na urząd Prezydenta nieco jak na monarchię. Wiadomo, nieskuteczna, niewydolna, niezdolna do przetwarzania tak wielkich ilości informacji jakie generuje zarządzanie dzisiejszym państwem. Odrębna sprawa to czy taka ilość informacji jest konieczna. Monarchia jednak gwarantuje dłuższy, w porównaniu z demokracją, horyzont polityczny i dłużej zachowaną jedną linię polityki. Wybory "na zakładkę" są namiastką, formą matematycznej średniej ruchomej, która wyrównuje chwilowe, napędzane maszynami propagandowymi, wahania układów politycznych.

Proponuję więc zastanowić się też, jakie mechanizmy zabezpieczające były zawarte w innych systemach? W monarchii - wiadomo, królobójstwo i konkurencja do tronu, która musiała pozyskać poparcie "średnich". A w komunie? Czy tam był jakiś sensowny mechanizm zabezpieczenie przed zejściem państwa z idealizowanej drogi komunizmu na stalinowską i partyjną dyktaturę?

Pozdrawiam,


Tomasz Sztejka
kulka_na_mole (20109 punktów)
(zablokowany)
Do każdej bzdury można dorobić ideologię wykazującą konieczność istnienia bzdury i korzyści jakie z niej wynikają.
Co nijak nie zmienia faktu, że bzdura pozostaje bzdurą.



Preparat zawiera w składzie kompleks sylimarynowo-fosfolipidowy o zawartości 30% flawonolignanów w przeliczeniu na sylibinę.
sztejkat (4743 punktów)
Podobnie każdy pomysł można nazwać bzdurą. Doświadczenie uczy, że póki się czegoś nie spróbuje samemu zrobić, póty zawsze wydaje się że "no problem". Oczywiście być prezydentem nie próbowałem, więc może masz rację.

Zakładając, że zgodnie z Twoim wcześniejszym postem ni Senatu ni Prezydenta... Jakie widzisz mechanizmy zabezpieczające przed skutkami gwałtownych wahań koniunktury politycznej? W tak młodej demokracji jak Polska można było się spodziewać - i ma to miejsce - sporego chaosu. Jaki widzisz sposób jego "wygładzenia"? A może żadne wygładzanie nie jest potrzebne?

Pozdrawiam,

Tomasz Sztejka

Wróć do listy wątków działu Społeczeństwo i kraj
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365