 |
Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Religie
| Napisano | Autor | Tytuł | | 19-01-2018 00:54 | Julka118 (15 punktów) | Ateistka + Katolik
3 na 3 | Od pół roku jestem w związku z bardzo wierzącym katolikiem, a sama jestem ateistką, która wychowała się w katolickiej niepraktykującej rodzinie. Mam chrzest i komunię, bierzmowania już nie. Na początku sądziłam, że ten związek będzie trudniejszy dla mojego chłopaka jeśli chodzi o kwestie religijne, bo przecież skoro ja nie wyznaję żadnej religii, to wystarczy, abym akceptowała jego, a on mnie. Po czasie okazało się, że i dla mnie jest to trudniejsze niż sądziłam. On nie próbuje mnie nawracać, ale często rozmawiamy na tematy religijne, bo ja je po prostu lubię tak z zainteresowań, a on być może ma nadzieję,że uda mu się mnie przekonać, ale nic na siłę. Problem w tym, że przy każdej takiej rozmowie boję się, by nie urazić jego religijnych uczuć, bo myślę że jest w tym temacie trochę wyczulony, chociaż nie mówię nic co z mojej strony miałoby obrażać jego religię. Mam też wrażenie, że w ogóle nie potrafimy się w tej kwestii zrozumieć, gdyż jego argumenty są dla mnie bezsensowne i nie wiem jak na nich może opierać swój światopogląd, a on pewnie podobnie odbiera moje. Tak się złożyło, że mam wiele wierzących znajomych, w tym kilku bardzo wierzących i w pełni ich akceptuję, nie śmiem ich obrażać czy coś, ale nimi nigdy nie będę musiała dzielić życia. Z moim chłopakiem na razie mamy tylko 21 lat, ale bierzemy ten związek na poważnie, więc czasem pojawiają się tematy o przyszłości. Ostatnio żalił się że nie wie jak podejść do seksu przedmałżeńskiego i o ile bez tego potrafiłabym wytrzymać (choć nie byłoby łatwo), to nie jestem w stanie zaakceptować ślubu przed zamieszkaniem razem, gdyż myślę, że pewnych rzeczy można się o sobie dowiedzieć dopiero będąc ze sobą na co dzień i nie odważyłabym się za kogoś wyjść przed taką próbą jaką jest wspólne mieszkanie. On za to nie wyobraża sobie zamieszkania razem przed ślubem. Nie wiem jak można by to rozwiązać. Jeśli chodzi jeszcze o sprawy ślubu i dzieci, to zgodziliśmy się na ślub mieszany, a w wychowaniu dzieci po katolicku nie zamierzam przeszkadzać, ale też nie pozwolę ich zmuszać do katolicyzmu, jeśli kiedyś zrozumieją, że nie wierzą. Rzeczą, która sądziłam, że nie będzie aż tak uciążliwa, a jednak trochę mi to przeszkadza, to wszystkie święta i tradycje katolickie. Nie będę chodzić co niedzielę do kościoła, ale akceptuję, że on tak. Tylko że w Kościele ciągle są jakieś święta, a on ciągle musi być w kościele. Wszelkie święta typu 3 króli i inne świętuje się w jego rodzinie bardzo wyraźnie, ale w swoim przyszłym domu sobie tego nie wyobrażam. W tym roku Środa Popielcowa wypada w Walentynki, więc oczywiście nie będziemy ich świętować 14 lutego, bo Post. Staram się to rozumieć, bo wiem, że nie mogę naciskać na sprawy związane z religią czy przekonaniami, ale w znaczny sposób wpływa to też na mnie. Poza tym, przez takie sytuacje czuję, że zawsze będę odsunięta gdzieś na dalszy plan, bo pierwszy zawsze będzie Bóg, Kościół, itp. Ja wiem, ze mój ateizm też nie jest dla niego łatwy, ale gdy rozmawiamy to mam wrażenie, że on uważa, że to tylko jemu jest trudno, bo nie może dzielić ze mną tej miłości do Boga. Jemu jest przykro, gdy widzi że "odwracam się od Boga i jego łaski", a mi jest przykro, że "daje się oszukiwać i podporządkowuje całe swoje życie (a kiedyś może i nasze) czemuś co nie istnieje". Każdy ma swoją prawdę, tylko czy one mogą istnieć w naszym związku równolegle do siebie? Boli mnie też, gdy dostrzegam w jego zachowaniu pewną hipokryzję zarówno tą ogólnie związaną z Kościołem, ale też jego osobistą. Bardzo szanuję katolików, którzy nawet jeśli wierzą w coś, co mi się wydaje nieprawdą, to przynajmniej nie ulegają hipokryzji, co jest niestety bardzo częste wśród wierzących. Gdybym nie dostrzegała w nim tej hipokryzji, pewnie łatwiej byłoby mi zaakceptować jego zasady związane z religią. Miałabym do tego jeszcze większy szacunek. Kolejna trudna rzecz w jego religijności pojawiła się, gdy zaczęłam czytać Biblię. Przykro mi, że on jak i wielu katolików, nie znają treści książki, na której opierają swój światopogląd. Mimo wszystko, z tego co jest czytane w Kościele, nie zbierze się cała Biblia, a jest w niej kilka ciekawych fragmentów, o których nie mówi się w Kościele czy na religii w szkole. Im dłużej czytam Biblię, tym gorzej jestem nastawiona do tej religii. Może gdyby znał jej treść, mógłby mi przedstawić to ze swojej strony, ale nie zna (dla mnie to kolejna hipokryzja wielu katolików). W kontakcie z ludźmi raczej nie kieruję się ich religią, stwierdzając, że chcę lub nie chcę się z nimi przyjaźnić. Patrzę na to jakimi są ludźmi i nie obchodzi mnie w co wierzą, o ile tylko nie czynią tym krzywdy innym. Tak też na początku podchodziłam do mojej znajomości z moim chłopakiem, ale jednak gdy zaczyna planować się z kimś życie, to takie rzeczy mają znaczenie.
Wiem, że napisałam trochę chaotycznie, ale ja chwilowo mam taki chaos w głowie i nie potrafię tego wszystkiego ubrać w słowa, ale po prostu nie czuję się z tym dobrze. Ciężko byłoby mi zostawić teraz mojego chłopaka przez to wszystko, nie chcę tego robić, kocham go, ale nie wiem czy kiedykolwiek będziemy potrafili dojść do jakiegoś porozumienia/kompromisu w sprawie wiary. Czy religia w ogóle jest dobrym miejscem na kompromisy czy po prostu można ją zaakceptować albo nie? Jakie Waszym zdaniem ten związek ma szanse? Co robić?
Jeśli moje słowa kogoś uraziły, to bardzo przepraszam. Nie było to celem tej wypowiedzi, ale chciałam przedstawić jak ja widzę tą sprawę , a jako ateistka, mogłam napisać coś co teistom mogło się nie spodobać. Jeśli tak było, to przepraszam. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| chętnie racjonalistka (29094 punktów) |
> często rozmawiamy na tematy religijne [...] przy każdej takiej rozmowie boję się, by nie urazić jego religijnych uczućCzyli na jakie twierdzenia sobie pozwalasz?  > Z moim chłopakiem na razie mamy tylko 21 latFaktycznie na razie, bo jemu z czasem przybędzie lat.  > nie jestem w stanie zaakceptować ślubu przed zamieszkaniem razem [...] On za to nie wyobraża sobie zamieszkania razem przed ślubem. Nie wiem jak można by to rozwiązać.To akurat jest proste: nie planować ślubu. 
Cza być oszczędnym.
|
|
2 na 2 | Wenancjusz (16441 punktów) | Zadumałem się po przeczytaniu tego wątku. Nie ma co radzić, bo dotykamy bardzo delikatnej kwestii spraw głęboko osobistych. Przychylam się do opinii "chętnie racjonalistki". Raczej, z chwilą przybywających lat, postawy będą się radykalizować, co prostej linii doprowadzi do wzajemnej niechęci. Małżeństwo raczej runie, ale mogę się mylić. Znacie się "tylko" pół roku, jak piszesz. To za mało. Miałem w życiu dwa takie przypadki, gdzie religia nie pozwalała na nic innego co ksiądz mówił. Strasznym było takiemu tłumaczyć, że jednak życie ustala swoje zasady, niezależne od chciejstwa wierzącego. Nawet trudno się zapytać takiego, bez złośliwości i spokojnie, dlaczego nie jest sobą. Pytany traktuje to jako agresję, choć nigdy Ty pytająca nie miałaś niczego złego na myśli. A najgorsze to jest to, że możesz dojść do przekonania, że religia jest powodem nieprzystosowania do małżeństwa/równego partnerstwa. W czym zło? Ano w tym, że druga strona, na zasadach bilateralnych, może być przekonana iż ateizm jest złem niszczącym małżeństwo. Szuka się wtedy błędu, nieraz nie tam gdzie trzeba. Rola kobiety/żony jak wygląda w domu wg kanonów religijnych? Czy można mówić o stosunkach partnerskich wtedy, o podmiotowości kobiety? Byłbym ostrożny we wzajemnych poważnych zamiarach. Pozdrawiam.
Jednak jestem lepszy jak moja reputacja. Cholera! A może gorszy? Najgorsza ta niepewność.
|
|
 | 2 na 2 | romaro (25211 punktów) | >Małżeństwo raczej runie, ale mogę się mylić. Znacie się "tylko" pół roku, jak piszesz To za mało. Osobiście znałem parę która po trzydziestu dniach znajomości wzięła ślub. Byli sobie wierni dopóki śmierć ich nie rozdzieliła. Żeby nie zaśmiecać w tym miejscu odpowiem Julce. Gdybym ja miał dać radę - należy być bardziej asertywnym - otwarcie powiedzieć o co chodzi. Albo gość to zaakceptuje , albo żegnam. Wiem, że jest to trudne, jednak to jedyne rozsądne wyjście. Zawsze powtarzam - życie w trójkącie nie służy. Gdy chodzi o tzw. uczucia religijne - funta kłaków są one warte w porównaniu do uczuć jakimi darzymy my mężczyźni żonę, czy dzieci. Byłem wierzącym i znam to "uczucie". Zapytam inaczej - jakbyś się czuła gdyby twój przyszły mąż bardziej pielęgnował swoje "uczucia religijne" i stawiał je nad uczucia do Ciebie i do waszych przyszłych dzieci? Myślę, że facet albo jest fanatykiem, albo jeszcze nie dojrzał, choć to ostatnie nie jest problemem dla mądrych kobiet. Gorzej gdy masz do czynienia z tym pierwszym, a jak i i jego rodzice są tacy sami to... po dwakroć asertywność, ale i tak walka będzie przez lata. Już sam fakt, że tutaj szukasz rady pozwala mi sądzić, że jesteś w dużej rozterce. Zastanów się głęboko czy dasz sobie z tym radę.
|
|
|  | | Julka118 (15 punktów) | Hm... Jeśli chodzi o te uczucia religijne... No tak, ja nie wiem jak to tak na prawdę jest, ponieważ raczej byłam ateistką zanim jeszcze nabrałam tej świadomości i się do tego przyznałam nawet przed samą sobą. Trochę myślę, że może to funkcjonuje na trochę innej zasadzie, że przecież można jednocześnie kochać dzieci, żonę, rodziców, rodzeństwo, może nawet i tego Boga, tylko nie chcę, by to tak bardzo wpływało na mnie i nasze wspólne życie. Do tego jego Boga jako istoty, to ja nic nie mam, ale te wszystkie rytuały i nauki Kościoła to już za wiele. Mam jednak poczucie, że nie mogę kazać mu zmieniać czegoś tak osobistego jak religia. Szczerze to sama się w tym wszystkim pogubiłam  Gdy ostatnio znów pojawiły się w naszych rozmowach tematy religijne, to nawet on przyznał, że się trochę zagubił i musi sobie to poukładać. Nic już nie wiem...
|
|
| |  | | romaro (25211 punktów) | > Szczerze to sama się w tym wszystkim pogubiłam Gdy ostatnio znów pojawiły się w naszych rozmowach tematy religijne, to nawet on przyznał, że się trochę zagubił i musi sobie to poukładać. Nic już nie wiem...  I o to właśnie chodzi - o rozmowy, żeby nie unikać tych trudnych tematów dzisiaj, żeby nie zostawiać ich na później. Wtedy będzie dobrze. Co do tych uczuć, to weź nie w cudzysłów. Natomiast najcięższa walka bywa z krewnymi właśnie jak chodzi o te tradycyjne obrzędy. Potrafią napsuć krwi i namieszać. I wcale nie dotyczy to tylko małżeństw w których małżonkowie mają różne światopoglądy.
|
|
|  | | schlawiner (400 punktów) | >Zawsze powtarzam - życie w trójkącie nie służy. Gdy chodzi o tzw. uczucia religijne - funta kłaków są one warte w porównaniu do uczuć jakimi darzymy my mężczyźni żonę, czy dzieci. Byłem wierzącym i znam to "uczucie".
Tu facet daje typologię tzw. wierzących:
Profesor Srđan Vrcan u knjizi "KRIZA RELIGIJE" vjernike svih konfesija svrstao je u 6 kategorija: a) ortodoksno-bigotni, b) družtveno običajni, c) družtveno emotivni, d) malograđansko-snobovski, e) političko-teistički i f) profesionalno inaugurirani. Po njemu, samo su vjernici pod "a" dok su ostali kameleoni i farizeji.
Zastanawia mnie punkt c) - czyżby chodziło o uczucie do osoby "duchownej" związane z powierzchowną akceptacją jej konfesji? Nawet wśród katolików znajdzie przecież takie przypadki.
PS. Byłem zmuszony metodą dra Cycka poprawić tekst źródłowy - edytor zamienia automatem "s" z haczykiem na "ą".
|
|
|  | | Duch Prawdy (14787 punktów) | > Zawsze powtarzam - życie w trójkącie nie służy.A w sześciokącie sprawdzałeś?: cloudmind.(*)s-woman-married-5-brothers.jpgDuch Prawdy... człowiek trzeciego sortu...
( Jedyną i ) Absolutną Prawdą jest ( Bezinteresowna ) Miłość.
|
|
1 na 1 | Duch Prawdy (14787 punktów) | > Co robić?Julka, Julka..., daj se spokój z katolikiem, wracaj do ludzi... www.youtube.com/watch?v=NpZHBMjyzN0Duch Prawdy... człowiek trzeciego sortu...
( Jedyną i ) Absolutną Prawdą jest ( Bezinteresowna ) Miłość.
|
|
1 na 1 | AngelikaGa (69 punktów) | "Każdy ma swoją prawdę..."
Nie. Prawda jest jedna, kwestia tego kto jest jej bliżej lub ją poznał.
"Czy ten związek ma szansę?"
Ten, z tego co Pani pisze, w takim układzie prawdopodobnie nie ma. Prawdopodobnie, bo kto to wie? A związek ateisty i katolika jest możliwy. Znam takie. Ale w nich ateista w pełni AKCEPTUJE, nie tylko toleruje, katolicyzm drugiej strony. Wręcz uważa, że katolicyzm jest lepszy i niezbędny. Dzieci wychowywane po katolicku, bez szarpania przez ateistę, otwarcie czy po cichu, na swoją stronę.
|
|
 | | Julka118 (15 punktów) | Nie uważam, że katolicyzm jest lepszy lub niezbędny, ale uważam, że niektórym naprawdę może pomóc, gdy mają poczucie, że jakaś "magiczna" istota z nimi jest i im pomaga. Moja rodzina też wierzy w "coś", ale "coś" co nie wymaga od nich tych wszystkich rytuałów, a jedynie bycia dobrymi ludźmi.
Gdybyśmy kiedyś mieli dzieci, z mojej strony chciałabym tylko, by chodziły na religię, bo niestety religia jest mocno widoczna nawet w kulturze i właściwie nas otacza, więc chcę by miały o tym jakieś pojęcie, natomiast wszystko inne, zostawiłabym jemu i mu w tym nie przeszkadzała. Chciałabym, aby poznały religię, ale gdy będą starsze i bardziej świadome tego, by mogły podążać za tym co czują i w co wierzą. Nie chcę ich na siłę przekonywać do ateizmu i też nie chcę, by tatuś ich na siłę przekonywał do katolicyzmu, a jedynie pokazywał i tłumaczył. W tej chwili jestem w stanie wiele zaakceptować z jego religii, ale nie ukrywam, że w pewien sposób też to na mnie wpływa i boję się, że w przyszłości nie dam rady. Jednak jako ateistka mam więcej do zaakceptowania w nim, niż on jako katolik we mnie. W tej chwili nie wiem tylko jak przeskoczyć to mieszkanie razem i ślub, i właśnie to sprawiło, że zaczęłam się bardziej zastanawiać nad tym związkiem. Tu z mojej strony musiałabym się wykazać nie tylko akceptacją, ale i nagięciem własnych przekonań, musiałabym postąpić wbrew sobie i mocno zaryzykować. Tu już nie chodzi tylko o religię, bo gdyby pominąć to co mówi religia, to najpierw zamieszkanie razem, a potem ślub to dużo bezpieczniejsza opcja. Ja nie mówię, żeby od razu brać jakiś wspólny kredyt czy coś, ale nawet wynajmować przez jakiś czas, by przekonać się czy potrafimy razem funkcjonować.
|
|
|  | 2 na 2 | AngelikaGa (69 punktów) | Tak czytam...
I słusznie się Pani boi. Nie da Pani rady. Szkoda czasu.
|
|
| |  | 1 na 1 | romaro (25211 punktów) | >I słusznie się Pani boi. Nie da Pani rady. Szkoda czasu. To proszę mi w takim razie powiedzieć na czym polega ta wyższość katolicka. Jakich to szczególnych cech brakuje ateiście, by mógl bez strachu związać się z katoliczką na ten przykład? Na razie to ty nie dajesz rady przekonać, że ten związek ma sens. Bardzo łatwo przychodzi ci powiedzieć - "słusznie się Pani boi". Że co? Że nie da rady? A może trochę mniej zarozumiale - Nie dadzą rady, i to za przyczyną właśnie takiej zarozumiałej postawie albo jej, albo jej partnera jaką ty tu zaprezentowałaś. Moja droga światopogląd można zawsze zmienić i jak wiesz wielu porzuca religię. Bywa też odwrotnie, tylko do tego trzeba mieć charakter, nad którym całe życie należy pracować. Ty siadłaś na laurach, czyżbyś już tak pewna była raju?
|
|
| | |  | | AngelikaGa (69 punktów) | Kompletnie Pan nie zrozumiał o co mi chodziło. Wywód nie wiadomo skąd wzięty.
Jeśli na wstępie przeszkadzają te czynniki, które świadczą o wartości człowieka, zamiast za te wartości pokochać, podziwiać, to nie wiele z tego będzie. Tym bardziej, że na piedestale stawia się to co mniej istotne, jak mieszkanie ze sobą. To powszednieje. Wartości zostają. Przewrócona tu jest hierarchia tego co jest ważne i decyduje o człowieku.
Ps I nie ważne czy chodzi o wartości katolickie, czy ateistyczne.
|
|
| | | |  | | Julka118 (15 punktów) | Nie sądzę, by religia czy jej brak świadczyły o wartości człowieka. Może chodzi Pani o coś innego, ale wtedy to słowo zostałoby tu źle użyte, więc jednak wychodzę z założenia, że właśnie o to chodziło. Wartość człowieka mierzy się jego czynami, osobistą indywidualną sytuacją i moralnością. Wbrew pozorom moralność nie ma wiele wspólnego z wyznawaną religią lub jej brakiem. Katolicyzm wiąże się jednak z wieloma rytuałami, a często też z hipokryzją. Można to akceptować lub nie, ale na szacunek to na pewno nie zasługuje. Podziwiam za to pewne zasady, którymi w założeniu powinni kierować się katolicy (np. dekalog od 4 przykazania, bezwarunkowa miłość do bliźniego, itp.), fajnie by jeszcze było gdyby naprawdę tych zasad przestrzegali. Ta część katolicyzmu mi w ogóle nie przeszkadza, a nawet ją podziwiam (co nie znaczy, że ateista czy inny teista się tymi zasadami nie kierują. Po prostu nie mają ich tak oficjalnie zdeklarowanych, ale moralność opierają na podobnych wartościach). Problemem staje się właśnie ta część religii, która nie świadczy o człowieku i jego moralności.
Natomiast we wspólnym mieszkaniu nie chodzi o sam fakt mieszkania, ale o dokładniejsze poznanie siebie na wzajem, co wspólne mieszkanie w znacznym stopniu umożliwia. Dla mnie jest to bardzo istotne i nie sądzę, by powodem była jakaś przewrócona hierarchia, a raczej dbanie o przyszłość i o to, by za chwilę nie okazało się, że trzeba brać rozwód, bo np. nawet takie kwestie religijne staną się bardziej widoczne dopiero przy wspólnym mieszkaniu. Może gdyby to nastąpiło, to przekonałabym się na pewno, że to nie ma sensu i nie szukałabym pomocy tutaj.
|
|
| | | | |  | | Duch Prawdy (14787 punktów) | >Podziwiam za to pewne zasady, którymi w założeniu powinni kierować się katolicy (np. dekalog od 4 przykazania, bezwarunkowa miłość do bliźniego, itp.), fajnie by jeszcze było gdyby naprawdę tych zasad przestrzegali. Podziwiasz kompletną głupotę. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak nie życzyć Ci, żeby Twój przyszły mąż traktował Cię jak szmatę, a Ty pomimo tego bezwarunkowo będziesz go kochała.
Duch Prawdy... człowiek trzeciego sortu...
( Jedyną i ) Absolutną Prawdą jest ( Bezinteresowna ) Miłość.
|
|
| | | | | |  | | Julka118 (15 punktów) | Cóż... Miałam wokół siebie zbyt wiele takich przypadków "traktowania jak szmatę", by popełnić te same błędy. Przynajmniej mam taką nadzieję. Są rzeczy, których nie można wybaczyć, ale gdy są momenty gdy tak naprawdę nie ma po czyjejś stronie jakiejś szczególnej winy, to jest to trudne i coś każe o to walczyć.
Może i jestem ateistką, ale to nie znaczy, że nie dostrzegam żadnych wartości w religii. To wszystko co głosi Kościół to zupełnie do mnie nie przemawia, jednak ja lubię ludzi, szanuję ich i bycie dobrym człowiekiem jest dla mnie ważne. Katolicyzm głosi pewne dobre wartości, które ściśle łączą się ze zwykłą ludzką moralnością, a niekoniecznie z istnieniem jakiejś siły wyższej. CO nie zmienia faktu, ze więcej dostrzegam w religii wad niż zalet.
|
|
 | 2 na 2 | tarkos (10757 punktów) | > "Każdy ma swoją prawdę..."> Nie. Prawda jest jedna, kwestia tego kto jest jej bliżej lub ją poznał.Wielość prawd ma związek z wielością religii, zaś jedyność prawdy z jednym tylko ateizmem? > .. ateista (..) uważa, że katolicyzm jest lepszy i niezbędny.Wolne żarty  > Dzieci wychowywane po katolicku, bez szarpania przez ateistę, otwarcie czy po cichu, na swoją stronę.Wiadomo - tylko religijnym wolno przeciągać dzieci na "jedynie słuszną" drogę. >
|
|
|  | 1 na 1 | AngelikaGa (69 punktów) | Wielość prawd ma związek z wielością religii, zaś jedyność prawdy z jednym tylko ateizmem?
Powtarzam: prawda jest jedna. Człowiek, który ma ograniczoną możliwość poznania, uznaje pewne tezy za prawdę. Kto z nas jest jej bliżej? No cóż, ja tego nie wiem. Pan też nie.
|
|
| Julka118 (15 punktów) | Na początek bardzo dziękuję za odpowiedzi. Wszyscy mówicie, że powinnam to zakończyć, ale mimo tych religijnych przeciwności, jest mi z nim dobrze, a najbardziej boję się przyszłości. Gdybym teraz straciła go po pół roku, byłoby to dla mnie bardzo trudne, choć zdaję sobie sprawę, że gdyby to naprawdę nie wyszło, to po kilku latach byłoby jeszcze gorzej. Chyba po prostu łudzę się, że zmiany są możliwe. Ale jeśli nie? Wspaniałe jest dla mnie to, że on się naprawdę stara. Początkowo wydawaliśmy się podobni poza tą religią, jednak potem wyszło, że tak naprawdę żyjemy w dwóch różnych światach. W tej chwili mogę powiedzieć, że te 2 światy się w pewien sposób połączyły i znów religia jest największą przeszkodą. Skoro w krótkim czasie (jakieś ostatnie 2 miesiące) nastąpiły tak ogromne zmiany (głównie w jego życiu), które wydaje się, że są stałą zmianą i nawet on uważa, że to były dobre zmiany, to może i w kwestiach religii coś się zmieni? Może ta jego głęboka religijność jest spowodowana wpływem rodziców, ale skoro inne rzeczy był w stanie zmienić to może i to? Ja nie oczekuje, że on nagle porzuci swoją religię, ale nie chcę, by tak bardzo podporządkowywał jej swoje życie. Może to trochę samolubne, ale czy jest w tym coś złego, że chcę poczuć że jest też trochę bardziej ze mną i dla mnie, a nie że zawsze będzie coś ważniejszego? Łatwiej byłoby być z ateistą, agnostykiem czy chociaż nie aż tak bardzo wierzącym katolikiem, ale trafił mi się on i to jego kocham i zostawienie go z takiego powodu byłoby naprawdę trudne. Jeśli chodzi o nasze rozmowy, gdy boję się urazić jego uczucia, to na razie czepiał się tylko 2 rzeczy, ale nigdy nie wiem czy nie przyczepi się czegoś co dla mnie jest normalne. Bo np. dla mnie jako ateistki, Biblia jest po prostu książką. Fikcją literacką. To on uważa, że obrażam Biblię...  Tak samo, gdy zaczęłam czytać Biblię i zauważyłam, że biblijny Bóg jest w wielu przypadkach zły i on się na mnie za to obrażam. Może on tego tak nie widzi, ale to zamiast się obrażać, mógłby uzasadnić dlaczego jego zdaniem pewne fragmenty, które wg mnie tak ukazują, wg niego mówią zupełnie coś innego.
|
|
 | | Wenancjusz (16441 punktów) | > Na początek bardzo dziękuję za odpowiedzi. Wszyscy mówicie, że powinnam to zakończyć, ale mimo tych religijnych przeciwności, jest mi z nim dobrze, a najbardziej boję się przyszłości. Gdybym teraz straciła go po pół roku, byłoby to dla mnie bardzo trudne, choć zdaję sobie sprawę, że gdyby to naprawdę nie wyszło, to po kilku latach byłoby jeszcze gorzej. Chyba po prostu łudzę się, że zmiany są możliwe. Ale jeśli nie?Słusznie zauważyłaś. Po dwudziestu latach małżeństwa trudno nieraz mówić o pierwotnej miłości jaką się otaczaliście. Niestety to naturalne, bo czynniki zewnętrzne tak działają. Co mam na myśli? Szarość dnia powszedniego, zwanego przez niektórych kieratem. Ano dzieci. Ano rodzina. Ano poważne obowiązki, które dobrze jak dzielone sprawiedliwie. Ano wspólna wizja swego życia. Nie mam przekonania do tego, że wierzący mocno będzie w pewnym momencie myśleć inaczej, bo jest na bieżąco indoktrynowany. A zasiane w mózgu implanty religijne niestety z czasem kostnieją i są nie do usunięcia. > Wspaniałe jest dla mnie to, że on się naprawdę stara. Początkowo wydawaliśmy się podobni poza tą religią, jednak potem wyszło, że tak naprawdę żyjemy w dwóch różnych światach. W tej chwili mogę powiedzieć, że te 2 światy się w pewien sposób połączyły i znów religia jest największą przeszkodą. Skoro w krótkim czasie (jakieś ostatnie 2 miesiące) nastąpiły tak ogromne zmiany (głównie w jego życiu), które wydaje się, że są stałą zmianą i nawet on uważa, że to były dobre zmiany, to może i w kwestiach religii coś się zmieni? Może ta jego głęboka religijność jest spowodowana wpływem rodziców, ale skoro inne rzeczy był w stanie zmienić to może i to? Ja nie oczekuje, że on nagle porzuci swoją religię, ale nie chcę, by tak bardzo podporządkowywał jej swoje życie.I wskazałaś na wielką niepewność, jaką kryje Twoja nadzieja. Piszesz o wielu przyczynach swego niepokoju i słusznie. Religia jest nieco podobna do alkoholizmu. Nawet, po wielu terapiach, alkoholik jest już zawsze alkoholikiem, nawet gdy nie pije 20 lat. To jest przekleństwo. To jest choroba. Mój dobry kolega z pracy, był niepijącym alkoholikiem. Nie pił z dobrych ponad 10 lat. Na weselu swojego syna wypił tylko toast za szczęście młodej pary. Koniec. Zaczął pić ciągiem, na początek przez dwa tygodnie. Może i masz rację, że jest pod przemożnym wpływem rodziców, ale to tylko świadczy, że z rodzicami nie umie rozmawiać i jest "miękki", niemęski. Poza tym pewnie na utrzymaniu rodziców? Macie, jak pisałaś po 21 lat. Pewnie nie pracuje. Może chodzi do jakiejś szkoły? A jeśli nie? To skąd pomysły na wspólne mieszkanie? To już graniczy z utopią. Życie jest cholernie brutalne. Problemy jakie Wam zafunduje zniszczą wszystko. Samą miłością się nie zorganizujesz. Więc będziesz zmuszona wybrać alternatywę zamieszkania u któregokolwiek z rodziców. Nic gorszego nie możesz wymyśleć. Jak tak miałem przez 17 lat. Nic gorszego gdy starsi zaczynają urządzać życie młodym. A jeśli on ulega nadopiekuńczej miłości rodziców, to możesz być pewna, że będzie życiowo niezaradny. > Może to trochę samolubne, ale czy jest w tym coś złego, że chcę poczuć że jest też trochę bardziej ze mną i dla mnie, a nie że zawsze będzie coś ważniejszego?Nie. To nie jest wyrazem zaborczości, to jest naturalne. A starania, nie wiem jakie, oceniasz pozytywnie, na razie. Nie chcę widzieć Was jako parę za 20 lat. Sami sobie otworzycie przysłowiowe piekło i by zachować pozory, któraś ze stron musi ulec. Trudno wtedy o uczciwe partnerstwo. Przypominam: znacie się dopiero pół roku. > Łatwiej byłoby być z ateistą, agnostykiem czy chociaż nie aż tak bardzo wierzącym katolikiem, ale trafił mi się on i to jego kocham i zostawienie go z takiego powodu byłoby naprawdę trudne.Twój wybór, a jako ateista pozostawiam Tobie do wykorzystania Twoją wolną wolę. > Jeśli chodzi o nasze rozmowy, gdy boję się urazić jego uczucia, to na razie czepiał się tylko 2 rzeczy, ale nigdy nie wiem czy nie przyczepi się czegoś co dla mnie jest normalne.No już wyraziłaś swoje obawy. Masz ku temu rzeczywiście powód. > Bo np. dla mnie jako ateistki, Biblia jest po prostu książką. Fikcją literacką. To on uważa, że obrażam Biblię... Tak samo, gdy zaczęłam czytać Biblię i zauważyłam, że biblijny Bóg jest w wielu przypadkach zły i on się na mnie za to obraża. Może on tego tak nie widzi, ale to zamiast się obrażać, mógłby uzasadnić dlaczego jego zdaniem pewne fragmenty, które wg mnie tak ukazują, wg niego mówią zupełnie coś innego.No i słusznie. A na pewno nie doczekasz bilateralnej rozmowy, a na pewno spokojnych odpowiedzi. Nie widzisz, że wtedy odbiera to tak jakbyś próbowała burzyć jego świat wyobraźni? Mam 70 lat i nie spotkałem w swym życiu mocno wierzącego katolika z którym można by spokojnie porozmawiać o sprawach jego religii. To właśnie z powodu małej wiedzy wierzących o swojej religii. Na pewno spotkasz się z agresywnymi odpowiedziami, często niekulturalnymi, irracjonalnymi zachowaniami, gdyż mają skąpą wiedzę i trudno wtedy o rozsądne odpowiedzi. Argument krzyku i tupania (nie uwzględniam użycia przemocy fizycznej) jest argumentem tego, który nie ma argumentów. Przypominają wtedy zapędzone zwierzątko do kąta, z którego nie ma ucieczki, atakującego desperacko większego od siebie wroga. To tyle i aż tyle. Chciałaś opinii w Twojej sprawie więc i ją masz z mojej strony. Pozdrawiam.
Jednak jestem lepszy jak moja reputacja. Cholera! A może gorszy? Najgorsza ta niepewność.
|
|
 | 3 na 3 | GrzeTor (1279 punktów) | > to jego kocham i zostawienie go z takiego powodu byłoby naprawdę trudne.Miłość to jest taki zbiór substancji chemicznych i rekonfiguracji neuronów, które zmuszają zwierzęta do rozmnażania się. U ludzi trwa od 1 do 7 lat. Ta najniższa granica pochdzi z Włoch. www.dailym(*)9917/True-love-lasts-year.html1,5 roku do 4 lat to wyniki w Hiszpanii cw39.com/2(*)between-18-months-and-4-years/Natomiast 7 lat to jest chyba taka norma światowa. Po 7 latach kobiety przestają kochać swoich partnerów i zaczynają im oni przeszkadzać. en.wikipedia.org/wiki/The_seven-year_itchSama procedura rozwodowa często jest później niż ten 7 lat, np. w związku z małymi dziećmi, czy też ogólnie powolnym działaniem sądów w Polsce i uciążliwością tych rozwodów. www.rmf24.(*)edy-sie-rozstajemy,nId,2424494W USA gdzie sądy działają sprawnie około 93% pierwszych małżeństw kończy się przed upływem 10-ciu lat. (to jest podane w wierszu "Probability that a first marriage will survive 10 years"). www.statisticbrain.com/marriage-statistics/Z czego wynika taka tymczasowość miłości? Aby to zrozumieć trzeba wrócić do jej istoty - służy ona do zmuszenia zwierząt do rozmnażania się. Jednym ze sposobów optymalizacji rozmnażania jest zwiększenie różnorodności genetycznej posiadanej puli potomstwa. W ten sposób zwierzę zmniejsza się ryzyko utraty swojej linii genetycznej. Przykładowo - jeżeli taka samica miałaby potomstwo tylko z jednym partnerem i okazałoby się że młode odziedziczyłyby po nim wrażliwość na jakąś chorobę, a potem nadeszłaby epidemia tej choroby - to prawdopodobnie wszystkie młode umrą. Jeżeli samica ma każde dziecko z innym samcem, to nawet jak mają oni wrażliwość na choroby, to raczej różne, czyli jedna konkretna epidemia zabije np. jedno dziecko takiej samicy, a nie wszystkie. Niektóre teorie mówią wręcz, że rozmnażanie płciowe jest własnie mechanizmem obrony przed chorobami. en.wikipedia.org/wiki/Genetic_diversityZalety dywersyfikacji jako metody zmniejsznia ryzyka są istotne takze w innych dziedzinach życia np. w finansach: en.wikipedia.org/wiki/Diversification_(finance) Ale to nie wszystko - posiadanie potomstwa z wieloma różnymi samcami to także metoda optymalizacji jakości tego potomstwa. Przykładowo: samica która, ma synów z bardzo męskim samcem i córki z samcem estetycznym, lecz mało męskim będzie łącznie miała bardziej atrakcyjne potomstwo, niż samica, która postawiła na jednego samca o zrównoważonym wyglądzie. Co więcej - to dzieje się automatycznie: np. piękni ludzie mają więcej córek: www.psycho(*)ful-people-have-more-daughtersPodczas gdy silne, dominujące osoby mają więcej synów: www.indepe(*)-youll-have-a-boy-1136674.htmlwww.bbc.co(*)hy-billionaires-have-more-sonsJeszcze inny dylemat: posiadanie potomstwa z kimś bliżej spokrewnionym (z tego samego plemienia, z tej samej wioski) to dobry sposób na rozpowszechnianie swoich genów - bo sporo genów spokrewnionego partnera to takie same geny jak się samemu posiada. Z drugiej strony jest też pozytywne, jeżeli potomstwo nabędzie pozytywne geny, których nie ma w danym plemieniu, w danej wiosce - ich zdobycie jest tylko możliwe od partnerów z zewnątrz, daleko spokrewnionych. Rozwiązaniem kompromisowym jest więc posiadanie części potomstwa ze swoimi, a części z obcymi - ale tylko takimi, którzy mają pozytywne geny nie występujące lokalnie. Wracając do tematu czasu trwania miłości: natura stara się zapewnić taką różnorodność genetyczną, więc wyposaża samice w mechanizm tymczasowej, trwającej jedynie określony czas miłości (tzw. seryjna monogamia). Trwającej na tyle długo, aby starczyło akurat na zrobienie dziecka, i żeby jeszcze zdążyło ono nauczyć się chodzić, a w przypadku ludzi także mówić. A potem samica "odkochuje się" i obecny partner przestaje być dla niej atrakcyjny, a nawet staje się obrzydliwy. To ma zmusić samicę do poszukiwania nowego partnera, z innym zestawem genów. Widocznym skutkiem są np. ustanie seksu w związku, a następnie zerwanie, lub rozwód jeżeli związek to jest małżeństwo. W większości inicjowane przez kobietę. A potem taka samica znajduje sobie nowego partnera, o innym zestawie genów, zakochuje się w nim na pewien czas, robi dziecko, czeka aż dziecko trochę podrośnie, odkochuje się, rzuca partnera i tak dalej z kolejnymi, aż do zakończenia okresu płodności. Przykładowe wyniki z plemion pierwotnych: www.nytime(*)01/science/01angi.html?_r=1&hp"And when Dr. Borgerhoff Mulder looked at who extracted the greatest reproductive payoff from serial monogamy, as measured by who had the most children survive past the first five hazardous years of life, she found a small but significant advantage female. Women who worked their way through more than two husbands had, on average, higher reproductive success, a greater number of surviving children, than either the more sedately mating women, or than men regardless of wifetime total."
|
|
3 na 3 | Paolo Monstro (6146 punktów) | Każdy jest inny więc nie znajdziesz rady na żadnym forum. Nie dowiesz się co masz zrobić ani nie znajdziesz argumentów. Dowiesz się co inni by zrobili gdyby byli w sytuacji, w której myślą, że Ty jesteś. Co więcej wielu z radzących zrobiłoby coś innego niż Ci radzą, bo inaczej decyduje się z boku a inaczej gdy samemu jest się w danej sytuacji. Nie umiem Ci doradzić co masz zrobić, choć być może mam podobne doświadczenia, ale (może) mogę Ci doradzić jak dowiedzieć się co zrobić. Zapisz sobie czego oczekujesz i czego nie jesteś w stanie zaakceptować od partnera. Pomyśl o nim, że jest brzydki, że nie ma już 21 lat, co Cię przy nim trzyma? Masz 41, 51 lat- co czyni Cię szczęśliwą,myślisz, że ten człowiek, o którym piszesz Cię uszczęśliwia czy przeciwnie - musisz szukać coraz trudniejszych kłamstw by sobie wmówić, że to on? A może nie okłamujesz się i już dawno związałaś się z kimś innym, kto Ci bardziej pasuje? Jeśli Twoje życie okaże się szczęśliwe gdy będzie zgodne z rzeczywistościa a jego, gdy będzie zgodne z ideologią to nie znajdziecie kompromisu. A może to tylko tradycja, rytuały jednak decyzje będzie podejmował podobnie jak Ty? Odpowiedz sobie na pytania i czekaj. W miłości nie da się podjąć racjonalnych decyzji - to chyba najbardziej skomplikowana sytuacja w jakiej człowiek może się znaleźć. Jednak odczekanie 2-3 lat powoduje, że efekt zauroczenia ustąpi i pozostanie albo miłość albo przyzwyczajenie, albo znudzenie i zmęczenie - wtedy łatwiej Ci będzie podjąć decyzję. A może sprawa rozwiąże się wcześniej - właśnie teraz masz czas na takie doświadczenia i naukę. Ucz się więc i dowiaduj czego chcesz.
Pozdrawiam Paolo Monstro
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|