Racjonalista - Strona głównaDo treści
Leniwi, rozrzutni, mniej zaradni?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
04-11-2015 02:29Belfer00 (720 punktów)Leniwi, rozrzutni, mniej zaradni?
Ocena 9 na 9
W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali. Osoby, które taki cel osiągną, a przynajmniej do niego dążą (nieraz ciężką pracą) nazywa się zaradnymi, przedsiębiorczymi, ocenia pozytywnie.
Pewna część społeczeństwa nie osiąga tak określonego przez ten system "sukcesu". Ludzi, którzy tak określonego "sukcesu" nie osiągają, a często nawet do niego nie dążą, uważa się za leniwych, rozrzutnych, w łagodniejszej wersji określa jako mniej zaradnych i wzdycha ze współczuciem (politowaniem?).
Jeśli takiego "sukcesu" nie osiąga osoba rzetelnie pracująca, wzbudza to zdziwienie, a nawet podejrzenie: co z nim jest nie tak?
Wyobrażmy sobie np. wybitnego chirurga, który mieszka i ubiera się skromnie, do pracy jeździ autobusem i pracuje za niewielkie pieniądze, operując ludzi, których nie byłoby stać na "normalnego" tej klasy fachowca. Jednym słowem "doktor Judym". Uważany byłby co najmniej za dziwaka. Przecież "normalnie" mając taki talent "powinien" zarabiać mnóstwo kasy, dobrze ją lokować, a po pewnym czasie zostać właścicielem prywatnej kliniki. Może nawet byłby uznany za osobę niebezpieczną dla środowiska lekarskiego (zaniżanie cen usług).
To samo dotyczy np. wybitnych aktorów, sportowców czy innych dobrych fachowców.
Jednym słowem powodem pozytywnej oceny człowieka jest nie praca sama w sobie, ale umiejętność gromadzenia (pracą albo innym sposobem) własnych dóbr. Posiadanie dóbr (własność prywatną) uważa się wręcz za warunek prawdziwej wolności człowieka.

Umiejętność gromadzenia dóbr jest chyba rzeczywistą umiejętnością, jakoś "zakorzenioną" w osobowości, a nie kwestią aktu woli, czy poznania jakiegoś "sposobu". Dlatego bezsensowne są apele typu "Bądźcie bardziej przedsiębiorczy!", czy "niezawodne" porady "jak się wzbogacić", skierowane do ludzi tej umiejętności nieposiadających. Ciekawe czy były prowadzone jakieś badania psychologiczne dotyczące tej umiejętności, analogiczne np. do badań nad "śmiałością" czy nieśmiałością.
Pewni ludzie umieją więc gromadzić dobra (mają potrzebne do tego cechy osobowości), inni nie. Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od człowieka nie dbającego o to?
W formie artystycznej ten problem został przedstawiony w znanej bajce "Konik polny i mrówka". Autor bajki wyraźnie pochwala pracowitą i zapobiegliwą mrówkę. A przecież konik, grając całe lato, też w jakimś sensie "pracował". Robił to co umiał najlepiej, i robił to całym sercem. Czy mrówka miała prawo potraktować go z taką pogardą i bezwzględnością?
Może społeczeństwo złożone z samych "koników polnych" (Judymów) byłoby o wiele lepsze?
W przeszłości miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu, a nawet resocjalizować. Obecnie to właśnie ludzie, którzy w warunkach tego eksperymentu byli osobami pozytywnymi, a nawet wzorowymi, są pozbawieni wpływu, krytykowani ("homo sovieticus"), a nawet wyśmiewani (napotkałem tekst, którego autor wyśmiewał się z Siłaczki i Judyma).
Co o tym sądzicie?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Arminius (25555 punktów)Korpomeni i slowfoodowcy
W owej przypowieści o mrówce i świerszczyku - mrówka jest "korpomenem" biorącym udział w bezwzględnym wyścigu szczurów, konik polny zaś "slow - foodowcem", który potrafi zwolnić tempo, poddać się refleksji oraz się cieszyć życiem. Ale puenta w życiu bywa zasadniczo różna od tej w bajce. To świerszczyki żyją pełniej i dłużej.
Przywołanie siłaczki i Judyma w kontekście owej przypowieści jest nie do końca trafne. Bo przecież oni także chcieli się zaharowywać - tylko że dla dobra innych a nie swojego egoistycznego interesu.
Belfer00 (720 punktów)Odp: Korpomeni i slowfoodowcy
>W owej przypowieści o mrówce i świerszczyku - mrówka jest "korpomenem" biorącym udział w bezwzględnym wyścigu szczurów, konik polny zaś "slow - foodowcem", który potrafi zwolnić tempo, poddać się refleksji oraz się cieszyć życiem.
Oczywiście można w ten sposób interpretować tę bajkę, że idzie o różnicę tempa pracy. Ja ją przypomniałem jako przedstawiającą różnicę w postrzeganiu celu pracy. Mrówka pracowała, żeby zwiększyć własne dobra (zapasy). Charakterystyczne, że autor nie wspomina o mrowisku. Mrówka z bajki pracuje nie dla mrowiska, ale dla siebie. Natomiast konik polny nie leży wcale "do góry brzuchem". Całe lato gra i śpiewa, czyli jest czynny, "pracuje". Wykonuje to co umie i robi to z pełnym zaangażowaniem. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do mrówki nie dba o osobistą z tego korzyść.

>Przywołanie siłaczki i Judyma w kontekście owej przypowieści jest nie do końca trafne. Bo przecież oni także chcieli się zaharowywać - tylko że dla dobra innych a nie swojego egoistycznego interesu.
Siłaczka i Judym wcale nie chcieli się "zaharowywać", nie byli jakimiś cierpiętnikami, znajdującymi rozkosz w harówce. Po prostu chcieli pracować dla dobra innych, bo innym ich praca była potrzebna. Oddawali szczodrze swoje siły, robiąc to, co umieli najlepiej i nie dbając o własny interes. Właśnie w tym byli podobni do konika polnego z bajki. Siłaczka na pewno nie chciała umierać. Niestety "mrówki" pozostawiły ją bez pomocy.
VonM (709 punktów)Odp: Leniwi, rozrzutni, mniej zaradni?
Każdy system gospodarczy ma wady i zalety. Niestety, ustrój obecnie panujący w Polsce łączy w sobie najgorsze cechy socjalizmu (wzrost podatków na potrzeby administracji, traktowanie przedsiębiorców zwłaszcza małych jako przestępców, przymusy urzedowe) z najgorszymi cechami kapitalizmu. (zmowy cenowe, sztuczne zawyżanie bezrobocia, aby mniej płacić, mityczność prawa pracy)

Obawiam się, że korporacje przejęły funkcję socjalistycznych państw.
04-11-2015 11:14 
 Ocena 1 na 1
Arminius (25555 punktów)Analogie
"Obawiam się, że korporacje przejęły funkcję socjalistycznych państw".

To prawda między korpokulturą a rzeczywistością opisana przez Orwella - występuje wcale dużo analogii. Przy czym słowa socjalizm zastąpiłbym słowem "stalinizm"
chętnie racjonalistka (29094 punktów)Odp: Leniwi, rozrzutni, mniej zaradni?

>czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy"
Materializm górą.

O krystkonizmie nawet nie mówiąc.

>miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu
A po czym w tym eksperymentalnym świecie poznawano wpływowych?

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
05-11-2015 01:08 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy"
>Materializm górą.
Materializm? Chyba w znaczeniu "egoizm i chciwość"? Nawet jeśli pominąć ontologiczne znaczenie terminu "materializm" i rozumieć go jako "stawianie wyżej potrzeb cielesnych niż duchowych", to wcale nie musi być to tożsame z egoizmem. Przecież można stawiać wysoko potrzeby cielesne cudze (bliźnich).

>>miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu
>A po czym w tym eksperymentalnym świecie poznawano wpływowych?
Jeśli idzie Ci o osoby "które trzeba pozbawić wpływu" to po tym, że w momencie rozpoczęcia eksperymentu zajmowali stanowiska (pełnili role społeczne) związane ze sprawowaniem władzy (politycznej, ekonomicznej i ideologicznej). Pozbawiano ich tych stanowisk.
A to, że umieli gromadzić własne dobra poznawano po tym, że je mieli (byli bogaci).
Natomiast w świecie eksperymentalnym społeczny wpływ (władzę) powierzano ludziom, którzy nie pragnęli prywatnych dóbr. lecz zarządzania i dysponowania dobrami wspólnymi (publicznymi). Człowiek mógł zajmować ważne stanowisko i zarządzać ważnymi dobrami, lecz nie posiadał ich na własność. Jeśli sprzeniewierzył się zasadom, zostawał wszystkiego pozbawiony (czasem nawet życia).
05-11-2015 01:37 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>>>miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu
>>A po czym w tym eksperymentalnym świecie poznawano wpływowych?

>to, że umieli gromadzić własne dobra poznawano po tym, że je mieli (byli bogaci).
Tylko po co w tej eksperymentalnej rzeczywistości ktoś miałby gromadzić dobra i jeszcze się z tym obnosić?

>w świecie eksperymentalnym społeczny wpływ (władzę) powierzano
No ale kto w eksperymencie powierzał uczestnikom władzę, jeśli nie osoba z zewnątrz, mająca środki na tę całą zabawę, czyli zamożna.

>ludziom, którzy nie pragnęli prywatnych dóbr.
Obłudnikom w tanich kostiumach kloszardów.

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
Belfer00 (720 punktów)
>>to, że umieli gromadzić własne dobra poznawano po tym, że je mieli (byli bogaci).
>Tylko po co w tej eksperymentalnej rzeczywistości ktoś miałby gromadzić dobra i jeszcze się z tym obnosić?
To były dobra zgromadzone przed rozpoczęciem eksperymentu. W jego trakcie nikt się z dobrami nie obnosił, bo mógłby mieć nieprzyjemności. Ale i tak to wykrywano.

>>w świecie eksperymentalnym społeczny wpływ (władzę) powierzano
>No ale kto w eksperymencie powierzał uczestnikom władzę, jeśli nie osoba z zewnątrz, mająca środki na tę całą zabawę, czyli zamożna.
Władzę zdobyli przywódcy nieposiadających (przemocą). A środków dostarczyło kilku posiadaczy (mieli "na pieńku" z innymi posiadaczami i chcieli to załatwić w ten sposób).

>>ludziom, którzy nie pragnęli prywatnych dóbr.
>Obłudnikom w tanich kostiumach kloszardów.
O nie, to nie byli obłudnicy, oni naprawdę w to wierzyli. Gotowi byli umrzeć za sprawę tego eksperymentu, a tego nie zrobi żaden obłudnik.
05-11-2015 07:59 
 Ocena 3 na 3
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>A środków dostarczyło kilku posiadaczy (mieli "na pieńku" z innymi posiadaczami
Użycie "środków", których dostarczyć mogli dopiero posiadacze pokazuje, że owi niby to "nieposiadający" coś jednak musieli posiąść, czyli wtedy dopiero stali się władzą, kiedy się idei nieposiadania sprzeniewierzyli.

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
Belfer00 (720 punktów)
>Użycie "środków", których dostarczyć mogli dopiero posiadacze pokazuje, że owi niby to "nieposiadający" coś jednak musieli posiąść, czyli wtedy dopiero stali się władzą, kiedy się idei nieposiadania sprzeniewierzyli.
Ale przecież te środki nie przeszły na prywatną własność "nieposiadających", ale stały się własnością organizacji (partii) rewolucyjnej (własnością wspólną).
06-11-2015 08:24 
 Ocena 1 na 1
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>Ale przecież te środki nie przeszły na prywatną własność
Właścicielem rzeczy jest ten, kto ma prawo nią niepodzielnie władać.

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
06-11-2015 08:32 
 Ocena 1 na 1
szarley (54913 punktów)
>>Ale przecież te środki nie przeszły na prywatną własność
>Właścicielem rzeczy jest ten, kto ma prawo nią niepodzielnie władać.

Bzdura
Udział finansowy lub rzeczowy w spółdzielni pracy nie pozwala na niepodzielnie władanie a jest własnością.
06-11-2015 08:53 
 Ocena 3 na 3
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>Bzdura
Chamstwo.

>>>Ale przecież te środki nie przeszły na prywatną własność
>>Właścicielem rzeczy jest ten, kto ma prawo nią niepodzielnie władać.
>Udział finansowy lub rzeczowy w spółdzielni pracy nie pozwala na niepodzielnie władanie a jest własnością.
A nie jest tak, że udział pozwala na niepodzielne władanie udziałem?


Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
06-11-2015 09:00 
 Ocena 1 na 1
szarley (54913 punktów)
>>>>Ale przecież te środki nie przeszły na prywatną własność
>>>Właścicielem rzeczy jest ten, kto ma prawo nią niepodzielnie władać.
>>Udział finansowy lub rzeczowy w spółdzielni pracy nie pozwala na niepodzielnie władanie a jest własnością.
>A nie jest tak, że udział pozwala na niepodzielne władanie udziałem?

Nie jest.
06-11-2015 09:05 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>>A nie jest tak, że udział pozwala na niepodzielne władanie udziałem?
>Nie jest.
W takim razie ten udział nie jest własnością.


Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
06-11-2015 09:13 
 Ocena 1 na 1
szarley (54913 punktów)
>>>A nie jest tak, że udział pozwala na niepodzielne władanie udziałem?
>>Nie jest.
>W takim razie ten udział nie jest własnością.

Jest. Definicja, którą przywołałaś jest czystą amatorszczyzną

Cytat:
...dysponowania faktycznego rzeczą (przetwarzanie rzeczy, zużycie, a nawet zniszczenie)...


Nie wolni Ci zniszczyć prywatnej drogi do posiadłości innego właściciela

Cytat:
Właścicielem może być każda osoba (fizyczna lub prawna), z pewnymi wyjątkami, np. właścicielem nieruchomości nie może być cudzoziemiec bez stosownego zezwolenia Ministra Spraw Wewnętrznych.


Hahahahaha
06-11-2015 09:27 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>>>>A nie jest tak, że udział pozwala na niepodzielne władanie udziałem?
>>>Nie jest.
>>W takim razie ten udział nie jest własnością.
>Jest. Definicja, którą przywołałaś jest czystą amatorszczyzną
Zalinkuj lepszą lub zmień w Wikipedii definicję własności, czyli pierwsze zdanie hasła "własność".


Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
Spring (1174 punktów)
>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.

Przypadek Kima Dotcoma pokazuje ile wart jest sukces, gdy nie w smak tym co pociągają za sznurki. Mit o sukcesie jednak trwa, by chomiki biegły dalej.
Belfer00 (720 punktów)
>>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.
>Przypadek Kima Dotcoma pokazuje ile wart jest sukces, gdy nie w smak tym co pociągają za sznurki. Mit o sukcesie jednak trwa, by chomiki biegły dalej.
Nie znam sprawy Dotcoma. Ale czy zawsze jest to mit? Przecież Bill Gates odniósł taki "sukces" i za jego miarę uważa się jego majątek. A co sądzilibyśny o jakimś genialnym programiście, który oddałby swoje osiągnięcia ogółowi i umarł w przytułku jak Norwid?
Spring (1174 punktów)
>>>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.
>>Przypadek Kima Dotcoma pokazuje ile wart jest sukces, gdy nie w smak tym co pociągają za sznurki. Mit o sukcesie jednak trwa, by chomiki biegły dalej.

> Przecież Bill Gates odniósł taki "sukces" i za jego miarę uważa się jego majątek.
Bill Gates zgodnie z umówą powinien sukcesywnie wyzbywać się udziałów w Microsofcie. Rządzą tam zupełni inni ludzi, mający inne interesy. Gdy natomiast jakaś firma się postawi, to zostanie rozwiązana (przykład: Lavabit). Poza tym powinno być kilka naocznych przykładów ludzi sukcesu, jako dowód, i Bill świetnie spełnia taką rolę.

> A co sądzilibyśny o jakimś genialnym programiście, który oddałby swoje osiągnięcia ogółowi i umarł w przytułku jak Norwid?
Jest wielu wspaniałych ludzi, którzy tworzą otwarte oprogramowanie. Podobnie w innych dziedzinach. Chociaż ogólnie nie warto poświecać swój czas tym, którzy nie potrafią tego decenić.
Belfer00 (720 punktów)
>> A co sądzilibyśmy o jakimś genialnym programiście, który oddałby swoje osiągnięcia ogółowi i umarł w przytułku jak Norwid?
>Jest wielu wspaniałych ludzi, którzy tworzą otwarte oprogramowanie.
I chwała im, albowiem oni są zaczątkiem nowego ładu na Ziemi. (Trochę ale nie całkiem.)

>Podobnie w innych dziedzinach.
A w jakich jeszcze?
Spring (1174 punktów)
>>Jest wielu wspaniałych ludzi, którzy tworzą otwarte oprogramowanie.
>I chwała im, albowiem oni są zaczątkiem nowego ładu na Ziemi. (Trochę ale nie całkiem.)
Bardzo dobrze, że zjawiają się takie inicjatywy oddolnie, ale na razie nie ma zbyt wiele odzewu od ludzi, którzy podejmują decyzje na górze.

>>Podobnie w innych dziedzinach.
>A w jakich jeszcze?
Zdarzają się społecznicy, którzy uczestniczą w różnych formach wolontariatu, a też wielu jest amatorów różnych dziedzin (sztuki, nauki i in.), którzy rozwijają swoje zajęcia hobbystycznie.

Tu jest filmik próbujący wyjaśnić niektóre paradoksy:
www.youtube.com/watch?v=u6XAPnuFjJc
Belfer00 (720 punktów)
>>>Podobnie w innych dziedzinach.
>>A w jakich jeszcze?
>Zdarzają się społecznicy, którzy uczestniczą w różnych formach wolontariatu, a też wielu jest amatorów różnych dziedzin (sztuki, nauki i in.), którzy rozwijają swoje zajęcia hobbystycznie.
Szło mi raczej o to czy są twórcy, którzy rezygnują z praw majątkowych wobec innych dzieł niż oprogramowanie. Np. powieść, obraz czy utwór muzyczny. Ja od ośmiu lat jestem redaktorem Wikipedii, tam ludzie piszą bez wynagrodzenia, dają swoje zdjęcia i grafiki. Natomiast jakoś nie słyszy się, by jakiś pisarz, malarz czy kompozytor tworzył w wolnej domenie.
Spring (1174 punktów)
>Szło mi raczej o to czy są twórcy, którzy rezygnują z praw majątkowych wobec innych dzieł niż oprogramowanie. Np. powieść, obraz czy utwór muzyczny. Ja od ośmiu lat jestem redaktorem Wikipedii, tam ludzie piszą bez wynagrodzenia, dają swoje zdjęcia i grafiki. Natomiast jakoś nie słyszy się, by jakiś pisarz, malarz czy kompozytor tworzył w wolnej domenie.

Istnieją takie przypadki nawet wśród znanych autorów, jednak częściej chodzi o pojedyńcze utwory niż całą twórczość, co jest zrozumiałe, gdyż człowiek musi z czegoś się utrzymywać. W internecie isnieją strony z muzyką, obrazami i literaturą wolnodostępną, chociaż jest to raczej twórczość debiutancka i amatorska.
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
>>> A co sądzilibyśmy o jakimś genialnym programiście, który oddałby swoje osiągnięcia ogółowi i umarł w przytułku jak Norwid?
>>Jest wielu wspaniałych ludzi, którzy tworzą otwarte oprogramowanie.
>I chwała im, albowiem oni są zaczątkiem nowego ładu na Ziemi. (Trochę ale nie całkiem.)
>>Podobnie w innych dziedzinach.
>A w jakich jeszcze?

Nie, oni nie są zaczątkiem nowego ladu a jedynie gospodarzami pasożytów. Nikt nie powinien wydatkować energii nie uzyskując w zamian nadwyżki. To jest pomylone działanie, którego skutkiem jest to, ze dla większości darmowy Linux nie ma żadnej wartości bez względu na jego właściwości.

Praca jest wyłącznie na sprzedaż i nigdy w prezencie. I każda praca bez względu czy jest to tworzenie oprogramowania czy opieka nad kalekimi. "Za darmo" jest patologią społeczną, która jedynie społeczeństwo osłabia.
Abdullah (1241 punktów)

>Przypadek Kima Dotcoma pokazuje ile wart jest sukces,

Tzw "sukces" Kim Dotcom'a jest w tej samej kategorii co sukces ludzi takich jak John Gotti, Henry Hill czy Pablo Escobar.
Spring (1174 punktów)
>>Przypadek Kima Dotcoma pokazuje ile wart jest sukces,
>Tzw "sukces" Kim Dotcom'a jest w tej samej kategorii co sukces ludzi takich jak John Gotti, Henry Hill czy Pablo Escobar.
Akurat osobiście twoja ocena mnie nie dziwi.
Hodża (11172 punktów)
>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak
>zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie
>tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.

Wątpię, by taki system "wartości" ktoś ośmielił się dziś przedstawiać w postaci skrojonej na podobieństwo jakiejś "nowej etyki". Cokolwiek na ten temat ma do powiedzenia filozofia, zostało już chyba wyłożone w czasach A. Smitha i jemu podobnych.

>Osoby,
>które taki cel osiągną, a przynajmniej do niego dążą (nieraz ciężką pracą) nazywa się zaradnymi,
>przedsiębiorczymi, ocenia pozytywnie.

Nie bez powodu. Samą miłością herbaty się nie osłodzi.

>Pewna część społeczeństwa nie osiąga tak określonego przez ten system "sukcesu". Ludzi, którzy tak
>określonego "sukcesu" nie osiągają, a często nawet do niego nie dążą, uważa się za leniwych,
>rozrzutnych, w łagodniejszej wersji określa jako mniej zaradnych i wzdycha ze współczuciem
>(politowaniem?).

Myślę, że to na szczęście zbyt daleko idące uogólnienie, nieuwzględniające dużych różnic w podejściu do tematu w różnych środowiskach społecznych i kulturowych. Nota bene, zwrócił właśnie moją uwagę niezmiernie interesujący artykuł na BBC traktujący o niepokojącym trendzie poważnego wzrostu śmiertelności wśród Białych w USA w wieku 45-54 lat. Wiąże się go w dużym stopniu z brakiem poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego (w ślad za tym idą zachowania autodestrukcyjne bądź choroby wywoływane przez uporczywy stres). Z całą pewnością nie najmniej ważna w tym konkretnym przypadku jest kultura "odnieś sukces albo jesteś nieudacznikiem (czyli odpadem)".

>Jeśli takiego "sukcesu" nie osiąga osoba rzetelnie pracująca, wzbudza to zdziwienie, a nawet
>podejrzenie: co z nim jest nie tak?

Problem pojawia się wtedy, kiedy człowiek własną samoocenę zastępuje oceną innych. Jeśli ktoś posiada solidny wewnętrzny fundament wartości i jest ugruntowany w swoim przeświadczeniu o słuszności własnych działań tego rodzaju smutne przejawy wartościowania przez płytkie osobowości raczej nie spowodują dotkliwego dyskomfortu.

>Wyobrażmy sobie np. wybitnego chirurga (...)>To samo dotyczy np. wybitnych aktorów, sportowców czy innych dobrych fachowców.
>Jednym słowem powodem pozytywnej oceny człowieka jest nie praca sama w sobie, ale umiejętność
>gromadzenia (pracą albo innym sposobem) własnych dóbr. Posiadanie dóbr (własność prywatną) uważa się
>wręcz za warunek prawdziwej wolności człowieka.

I poniekąd słusznie. Gromadzenie dóbr nie tylko w skali życia jednostek, ale całych narodów jest jedyną drogą akumulacji bogactwa dzięki której, nie zapominajmy, możliwy jest wszak również ogromny postęp zarówno w dziedzinie nauki-techniki, jak i wspaniałe osiągnięcia kultury. Najpiękniejsze dzieła powstawały przecież zwykle wtedy, kiedy ich twórcy zaznawali dobrodziejstw fanaberii bogatych mecenasów, chociaż mnóstwo jest też i innych, dużo bardziej przykrych dowodów na to, jak spuścizna geniuszy sztuki czy literatury zaczynała zdobywać należne jej miejsce dopiero po żałosnym rozkładzie cielesnej powłoki, która była medium dla wzniosłych idei.

Mówiąc krócej, nie ma reguły, która by pozwalała jednoznacznie zdyskredytować dążenie części ludzkości do gromadzenia materialnych dóbr. Dzięki tej skłonności nie musimy chodzić w lnianych koszulach ani zamawiać butów u szewca.

>Umiejętność gromadzenia dóbr jest chyba rzeczywistą umiejętnością, jakoś "zakorzenioną" w
>osobowości, a nie kwestią aktu woli, czy poznania jakiegoś "sposobu". Dlatego bezsensowne są apele
>typu "Bądźcie bardziej przedsiębiorczy!", czy "niezawodne" porady "jak się wzbogacić", skierowane do
>ludzi tej umiejętności nieposiadających.

Może samo bogactwo nie jest dla wielu z nas szczytem do zdobycia, który wart byłby wielkiego wysiłku. Może to dobrze, że taki podział ról istnieje, że są ci, którzy potrafią się zatroszczyć o jadło i przyodziewek i stworzyć warunki pracy dla tych, którzy sami tego nie potrafią, jak i ci, którzy ciągle bujają głową w obłokach i przypominają, że nie samym chlebem żyje człowiek. Nota bene nie sądzę, by autorem tych słów był Jezus, była to wszak prawda dobrze znana greckim filozofom.

>Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od
>człowieka nie dbającego o to?

Za mało danych. Może ten jest lepszy od owego, a inny gorszy od kogoś jeszcze innego. Płaszczyzna porównania jest ustawiona zbyt ogólnikowo.

>W przeszłości miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr
>uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu, a nawet resocjalizować.

I było to wielkie zło, gdyż nie można oczekiwać od człowieka rzeczy niemożliwej - że stanie się tylko trybem społecznej maszyny i wyzbędzie się swojej biologicznej odrębności, której wszak atrybutem jest pewien egzystencjalny egoizm, nakazujący nam z reguły bardziej lękać się o życie, zdrowie czy dostatek własne niż cudze.

>Obecnie to właśnie ludzie, którzy w warunkach tego eksperymentu byli osobami pozytywnymi, a nawet
>wzorowymi, są pozbawieni wpływu, krytykowani ("homo sovieticus"), a nawet wyśmiewani (napotkałem
>tekst, którego autor wyśmiewał się z Siłaczki i Judyma).

Nie znam tekstu, ale wygląda na to, że nie był zbyt mądry. Bo z altruizmem jest trochę jak z solą - odrobina dodaje smaku i często nie pozwala, by całość uległa rozkładowi. Ale taki altruizm, który doprowadza do zagłady altruisty, jest patologią, chociaż rzecz jasna nie można jej ocenić równie negatywnie, co zachowania skrajnie egoistyczne, niszczące innych.

>Co o tym sądzicie?

Właśnie to.

Wątek bardzo ciekawy i ciekawie zagajony. Zasługuje na więcej plusów, niż mogłem mu dać

Pozdrawiam.


Dixi et salvavi animam meam
05-11-2015 02:00 
 Ocena 3 na 3
Belfer00 (720 punktów)
>Wątpię, by taki system "wartości" ktoś ośmielił się dziś przedstawiać w postaci skrojonej na podobieństwo jakiejś "nowej etyki". Cokolwiek na ten temat ma do powiedzenia filozofia, zostało już chyba wyłożone w czasach A. Smitha i jemu podobnych.
Nie idzie mi o filozoficzny system jakiejś "nowej etyki" tylko o powszechnie panujące poglądy (aksjologia osobista). Oczywiście są ludzie o innych poglądach, ale przeważa rozstrzyganie "być czy mieć" na rzecz "mieć".

>>Osoby, które taki cel osiągną, a przynajmniej do niego dążą (nieraz ciężką pracą) nazywa się zaradnymi, przedsiębiorczymi, ocenia pozytywnie.
>Nie bez powodu. Samą miłością herbaty się nie osłodzi.
Ale dlaczego zaradność i przedsiębiorczość ma polegać na gromadzeniu dóbr własnych? Inżynierowie konstruują, naukowcy odkrywają, lekarze leczą, artyści tworzą. Ale miarą ich sukcesu ma być nie to ilu ludzi uszczęśliwili swoją pracą, a to ile mają na koncie. Ktoś, kto "się narobił, ale nie dorobił" jest oceniany jako mało zaradny. A i w opinii wielu pracujących ciężka praca ma przynieść owoce, od których wara innym. " Ja tego się dorobiłem, to moje, nie dam" (np. fiskusowi).

>Jeśli ktoś posiada solidny wewnętrzny fundament wartości i jest ugruntowany w swoim przeświadczeniu o słuszności własnych działań tego rodzaju smutne przejawy wartościowania przez płytkie osobowości raczej nie spowodują dotkliwego dyskomfortu.
>>Jednym słowem powodem pozytywnej oceny człowieka jest nie praca sama w sobie, ale umiejętność gromadzenia (pracą albo innym sposobem) własnych dóbr. Posiadanie dóbr (własność prywatną) uważa się wręcz za warunek prawdziwej wolności człowieka.
>I poniekąd słusznie.
Czyli zgadzasz się z oceną tych, których określiłeś jako "płytkie osobowości"?
IMO prawdziwie wolny jest ten, co nic nie posiada, jak Diogenes (z wyjątkiem umiejętnosci i chęci do pracy).

>Gromadzenie dóbr nie tylko w skali życia jednostek, ale całych narodów jest jedyną drogą akumulacji bogactwa dzięki której, nie zapominajmy, możliwy jest wszak również ogromny postęp zarówno w dziedzinie nauki-techniki, jak i wspaniałe osiągnięcia kultury.
Gromadzenie przez jednostki, a gromadzenie przez narody czy ludzkość, to nie to samo. Ilu przedsiębiorców zgodziłoby się oddać 90 % swojego zysku (po odliczeniu inwestycji) państwu czy np NGO? W pewnych społeczeństwach są tacy i chwała im, ale tendencja ogólna jest wręcz przeciwna.

>Najpiękniejsze dzieła powstawały przecież zwykle wtedy, kiedy ich twórcy zaznawali dobrodziejstw fanaberii bogatych mecenasów, chociaż mnóstwo jest też i innych, dużo bardziej przykrych dowodów na to, jak spuścizna geniuszy sztuki czy literatury zaczynała zdobywać należne jej miejsce dopiero po żałosnym rozkładzie cielesnej powłoki, która była medium dla wzniosłych idei.
Jeśli mecenas miał dobry gust, to promował wartościowych twórców, jak kiepski to miernoty, o których teraz nie pamiętamy, a które wtedy szczyciły się "sukcesem", podczas gdy geniusze głodowali. Czy słuszne jest uzależniać los twórców od gustów prywatnych posiadaczy?

>Mówiąc krócej, nie ma reguły, która by pozwalała jednoznacznie zdyskredytować dążenie części ludzkości do gromadzenia materialnych dóbr. Dzięki tej skłonności nie musimy chodzić w lnianych koszulach ani zamawiać butów u szewca.
Rozumiem, że utożsamiasz gromadzenie prywatnych dóbr z wynalazczością i produkcją przemysłową. Dlaczego? Czy jest to nierozłączne?

>Może to dobrze, że taki podział ról istnieje, że są ci, którzy potrafią [...] stworzyć warunki pracy dla tych, którzy sami tego nie potrafią, [...].
Ale w czasie tego eksperymentu, o którym wspomniałem, osoby nieposiadające stworzyły warunki pracy dla siebie, nie potrzebując pomocy "chciwców" (użyję jednak tej wartościującej nazwy). Inżynierowie konstruowali, naukowcy odkrywali, lekarze leczyli, artyści tworzyli. Tylko chciwcy nie mogli folgować (legalnie) swojej chęci gromadzenia prywatnych dóbr.

>>Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od człowieka nie dbającego o to?
>Za mało danych. Może ten jest lepszy od owego, a inny gorszy od kogoś jeszcze innego. Płaszczyzna porównania jest ustawiona zbyt ogólnikowo.
No właśnie. A jednak ludzi, którzy zgromadzili dużo dóbr nazywa się "klasą wyższą", a ludzi nieposiadających "niższą". Na ewentualną uwagę, że tych nazw się obecnie nie stosuje, odpowiem: a skąd pojęcie "klasa średnia"? Jak jest średnia to i tamte chyba są?

>>W przeszłości miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu, a nawet resocjalizować.
>I było to wielkie zło, gdyż nie można oczekiwać od człowieka rzeczy niemożliwej - że stanie się tylko trybem społecznej maszyny i wyzbędzie się swojej biologicznej odrębności, której wszak atrybutem jest pewien egzystencjalny egoizm, nakazujący nam z reguły bardziej lękać się o życie, zdrowie czy dostatek własne niż cudze.
O życie czy zdrowie owszem, ale o dostatek? Jaką prywatną własność mają szympansy? Wysłuchałem niedawno ciekawego wykładu o zachowaniu się zwierząt. Wspieranie członków grupy jest typowe dla szympansów. Podobnie było u ludzi w paleolicie. Gromadzenie własnych (prywatnych) dóbr jest IMHO szkodliwym odchyleniem od normy ewolucyjnej.

>>Obecnie to właśnie ludzie, którzy w warunkach tego eksperymentu byli osobami pozytywnymi, a nawet wzorowymi, są pozbawieni wpływu, krytykowani ("homo sovieticus"), a nawet wyśmiewani (napotkałem tekst, którego autor wyśmiewał się z Siłaczki i Judyma).
>Nie znam tekstu, ale wygląda na to, że nie był zbyt mądry.
A krytyka "homo sovieticus"?

>Wątek bardzo ciekawy i ciekawie zagajony. Zasługuje na więcej plusów, niż mogłem mu dać
Dziękuję. Czy nie zmieniłeś zdania po moich odpowiedziach?

>Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
05-11-2015 10:20 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>>Wątpię, by taki system "wartości" ktoś ośmielił się dziś przedstawiać w postaci skrojonej na podobieństwo jakiejś "nowej etyki". Cokolwiek na ten temat ma do powiedzenia filozofia, zostało już chyba wyłożone w czasach A. Smitha i jemu podobnych.
>Nie idzie mi o filozoficzny system jakiejś "nowej etyki" tylko o powszechnie panujące poglądy (aksjologia osobista). Oczywiście są ludzie o innych poglądach, ale przeważa rozstrzyganie "być czy mieć" na rzecz "mieć".

Zawsze tak było. Zwróć uwagę, że być może dziś "mieć" oznacza bardziej "być" niż kiedyś: technologia umożliwia dostęp do niewyobrażalnych jeszcze kilka dekad temu zasobów informacji, zarówno tej mającej status ugruntowanej wiedzy, dóbr kultury jak i zwykłych kontaktów międzyludzkich realizowanych np. za pośrednictwem telefonów komórkowych czy tak jak tu, na portalach społecznościowych. Zmieniają się też wzorce kulturowe, choćby mobilność, nie tylko w poszukiwaniu lepszych miejsc zamieszkania czy pracy, ale też większe są oczekiwania co do jakości spędzania czasu wolnego w atrakcyjnych miejscach, ludzie więcej podróżują, zwiedzają. Trudno często wyznaczyć ostrą granicę między tym, co "duchowe", a tym, co "materialne". Czy zakup dzieła uznanego malarza jest tylko inwestycją, czy czasem nie towarzyszą temu przecież także potrzeby estetyczne? Jak oddzielić pragnienie posiadania pięknych przedmiotów czy przebywanie w atrakcyjnym otoczeniu od potrzeb "duchowych"? A to wszystko kosztuje, co nawiasem mówiąc wskazuje na to, jak bardzo fałszywą dychotomią bywa owo "mieć czy być". W tym rozumieniu tego zwrotu, jakiego używał choćby JPII, tyczy się to dużej części społeczeństw, dla których determinantą egzystencjalną jest "3 razy P" (pojeść, popić i porobić inne rzeczy na p). Wprawdzie dzielimy z pozostałą częścią świata ożywionego mnóstwo wspólnych cech, ale dość dziwne wydaje mi się to ukryte a tak czytelne założenie w nauce Kościoła, że człowiek jest w istocie zwierzęciem. Brak uwzględnienia tego, że potrzeby związane z jakkolwiek rozumianą "duchowością człowieka" mogą być realizowane w dużym stopniu tylko przy założeniu dysponowania odpowiednimi środkami materialnymi stanowi istotny fałsz tego rodzaju nauk.

>Ale dlaczego zaradność i przedsiębiorczość ma polegać na gromadzeniu dóbr własnych? Inżynierowie konstruują, naukowcy odkrywają, lekarze leczą, artyści tworzą. Ale miarą ich sukcesu ma być nie to ilu ludzi uszczęśliwili swoją pracą, a to ile mają na koncie.

To elementarne, Watsonie Jest tak dlatego, że nasze relacje społeczne w większości przypadków są relacjami jeden na jeden, a nie jeden na organizację, grupę, społeczeństwo. Kiedy oczekujemy od kogoś pomocy, albo spodziewamy się tych czy innych działań, określone akcje czy decyzje, nawet w obrębie wielkich gremiów, zawsze (choć nie zawsze explicite) są podejmowane przez konkretne osoby. Mając zaś do czynienia z ludźmi będącymi wyłącznymi decydentami co do rozporządzenia środkami materialnymi z doświadczenia wiemy, że takie decyzje mogą podjąć bez porównania szybciej niż najlepiej nawet skonstruowane biurokratyczne twory.

>Ktoś, kto "się narobił, ale nie dorobił" jest oceniany jako mało zaradny.

Ba, czasem jako wręcz głupi.

>A i w opinii wielu pracujących ciężka praca ma przynieść owoce, od których wara innym. " Ja tego się dorobiłem, to moje, nie dam" (np. fiskusowi).

Na to ma duży wpływ sposób, w jaki jest postrzegane państwo. Jeśli w świadomości ogółu funkcjonuje ono jako niewydolny, pasożytujący na realnej gospodarce twór służący karmieniu armii urzędniczych pijawek i nie istnieje poczucie realnej, osobistej korzyści z jego istnienia, będziemy mieć tego rodzaju zjawiska, które przecież nie występują tylko w Polsce. "Optymalizacja podatkowa" i ucieczka z dochodami do podatkowych rajów to zjawisko nader częste również w dużo zamożniejszych krajach Europy czy Ameryki.

>Posiadanie dóbr (własność prywatną) uważa się wręcz za warunek prawdziwej wolności człowieka.
>>I poniekąd słusznie.
>Czyli zgadzasz się z oceną tych, których określiłeś jako "płytkie osobowości"?

Nie. Pisałeś tu o wolności a jednym z jej warunków zawsze była pewna niezależność materialna. Jest to zaleta bogactwa, którą trudno zanegować. Natomiast jeśli ktoś kogoś uważa za "lepszego człowieka" tylko dlatego, że ten jest zamożny, jest to niewątpliwie przejaw dość prostackiego postrzegania świata.

>Gromadzenie przez jednostki, a gromadzenie przez narody czy ludzkość, to nie to samo. Ilu przedsiębiorców zgodziłoby się oddać 90 % swojego zysku (po odliczeniu inwestycji) państwu czy np NGO? W pewnych społeczeństwach są tacy i chwała im, ale tendencja ogólna jest wręcz przeciwna.

Albo mówmy o tendencjach, albo o tych rzeczach, które już się dokonały. A z tego, co mi wiadomo, bogactwo narodów zostało zgromadzone w tych krajach, w których systemy prawne zabezpieczały skutecznie własność prywatną.

>Czy słuszne jest uzależniać los twórców od gustów prywatnych posiadaczy?

Może i nie jest "słuszne", ale tak po prostu zawsze było i jest, i pewnie długo pozostanie. Koszt pełnej niezależności oznacza często cierpienia, których niewielu jest skłonnych zaznawać w imię poświęcenia swoim pasjom.

>Rozumiem, że utożsamiasz gromadzenie prywatnych dóbr z wynalazczością i produkcją przemysłową.

Nie utożsamiam, wskazuję, że jest to jeden z warunków sprzyjających tymże.

>Ale w czasie tego eksperymentu,(...) osoby nieposiadające stworzyły warunki pracy dla siebie, nie potrzebując pomocy "chciwców" (użyję jednak tej wartościującej nazwy). Inżynierowie konstruowali, naukowcy odkrywali, lekarze leczyli, artyści tworzyli.

Co do tego mam poważne wątpliwości. Nawet w okresie szalejącego stalinizmu ZSRR prowadził handel surowcami z Zachodem, bez którego jego ekonomika nie miałaby najmniejszych szans przetrwać tego "eksperymentu". Że nie wspomnę o kapitalizmie państwowym epoki NEP-u, o czym notorycznie się zapomina i bez którego ZSRR w ogóle by nie wystartował jako ekonomiczna siła.

Dix
06-11-2015 02:52 
 Ocena 2 na 2
Belfer00 (720 punktów)
>>Oczywiście są ludzie o innych poglądach, ale przeważa rozstrzyganie "być czy mieć" na rzecz "mieć".
>Zawsze tak było. Zwróć uwagę, że być może dziś "mieć" oznacza bardziej "być" niż kiedyś: technologia umożliwia dostęp do niewyobrażalnych jeszcze kilka dekad temu zasobów informacji, zarówno tej mającej status ugruntowanej wiedzy, dóbr kultury jak i zwykłych kontaktów międzyludzkich realizowanych np. za pośrednictwem telefonów komórkowych czy tak jak tu, na portalach społecznościowych.
Do tego by korzystać z dóbr kultury wcale nie trzeba ich "mieć". Np większość dzieł sztuki plastycznej po prostu oglądamy, muzyki słuchamy. Wręcz przeciwnie, jeśli jakieś dzieło znajduje się w prywatnych zbiorach jakiegoś bogacza, to tylko od jego dobrej woli zależy czy je udostępni (ograniczenie dostępu). Nowoczesna technologia rzeczywiście umożliwia potencjalnie wolny dostęp do dóbr kultury ("być" bez "mieć"), niestety często przeszkodą są niezmiernie "wyśrubowane" prawa autorskie.

>Czy zakup dzieła uznanego malarza jest tylko inwestycją, czy czasem nie towarzyszą temu przecież także potrzeby estetyczne? Jak oddzielić pragnienie posiadania pięknych przedmiotów czy przebywanie w atrakcyjnym otoczeniu od potrzeb "duchowych"?
Pragnienie posiadania (na wyłączność) niepowtarzalnych przedmiotów (oryginałów dzieł sztuki) nie jest potrzebą duchową, tylko egoistyczną żądzą.

>A to wszystko kosztuje, co nawiasem mówiąc wskazuje na to, jak bardzo fałszywą dychotomią bywa owo "mieć czy być".
Kiedy przywołałem to sformułowanie nie szło mi o posiadanie środków potrzebnych do życia na cywilizowanym poziomie. Jest jasne, że aby być (żyć w społeczeństwie) trzeba pewne dobra materialne mieć (tzw. minimum socjalne). Szło mi o dylemat "żyć, nie gromadząc dóbr materialnych, czy też je gromadząc".

>>Ale dlaczego zaradność i przedsiębiorczość ma polegać na gromadzeniu dóbr własnych? Inżynierowie konstruują, naukowcy odkrywają, lekarze leczą, artyści tworzą. Ale miarą ich sukcesu ma być nie to ilu ludzi uszczęśliwili swoją pracą, a to ile mają na koncie.
>To elementarne, Watsonie Jest tak dlatego, że nasze relacje społeczne w większości przypadków są relacjami jeden na jeden, a nie jeden na organizację, grupę, społeczeństwo. Kiedy oczekujemy od kogoś pomocy, albo spodziewamy się tych czy innych działań, określone akcje czy decyzje, nawet w obrębie wielkich gremiów, zawsze (choć nie zawsze explicite) są podejmowane przez konkretne osoby. Mając zaś do czynienia z ludźmi będącymi wyłącznymi decydentami co do rozporządzenia środkami materialnymi z doświadczenia wiemy, że takie decyzje mogą podjąć bez porównania szybciej niż najlepiej nawet skonstruowane biurokratyczne twory.
Nie dostrzegam związku z zadanym pytaniem. 1) Biurokracja (nie mylić z biurokratyzmem) jest wartościowym cywilizacyjnym wynalazkiem. Wolę być zależny od przepisów prawa i od urzędnika (uczciwego i sprawnego) niż od widzimisię jakiegoś bogacza czy despoty. 2) Konkretne, pojedyncze osoby mogą sprawnie podejmować akcje czy decyzje dotyczące środków materialnych wcale nie należących do nich. Sprawne zarządzanie ma IMHO niewiele wspólnego z własnością. 3) W ogóle nie odpowiedziałeś na moje pytanie: dlaczego miarą sukcesu ma być ilość nagromadzonych dóbr? Oczywiście na szczęście są jeszcze ludzie myślący inaczej: naukowcy czerpiący radość z odkrywania, lekarze z pomocy chorym, twórcy z tworzenia dzieł sztuki.

>>Ktoś, kto "się narobił, ale nie dorobił" jest oceniany jako mało zaradny.
>Ba, czasem jako wręcz głupi.
No i jaki z tego wniosek? Czy tak ma być? Może nie powinienem opowiadać tu o sprawach osobistych, ale jestem z rodziny nauczycielskiej od czterech pokoleń. Pradziadek był nauczycielem jeszcze w cesarskiej Galicji, dziadek przyjechał po odzyskaniu niepodległosci tworzyć polską oświatę w dawnym zaborze rosyjskim, babcia uczyła wiejskie dzieci i dorosłych czytać i pisać (na szczęście nie skończyła jak siłaczka), mama zaraz po maturze uczyła pokolenia powojenne (studia robiła już pracując), tata też przez długie lata uczył. Nigdy nie mieliśmy żadnego majątku, skromny przedwojenny dostatek pochłonęła wojna. Taki sam, albo nawet gorszy był los większosci Polaków. Czy bylismy głupi?

>>A i w opinii wielu pracujących ciężka praca ma przynieść owoce, od których wara innym. " Ja tego się dorobiłem, to moje, nie dam" (np. fiskusowi).
>Na to ma duży wpływ sposób, w jaki jest postrzegane państwo. Jeśli w świadomości ogółu funkcjonuje ono jako niewydolny, pasożytujący na realnej gospodarce twór służący karmieniu armii urzędniczych pijawek i nie istnieje poczucie realnej, osobistej korzyści z jego istnienia, będziemy mieć tego rodzaju zjawiska, które przecież nie występują tylko w Polsce. "Optymalizacja podatkowa" i ucieczka z dochodami do podatkowych rajów to zjawisko nader częste również w dużo zamożniejszych krajach Europy czy Ameryki.
Łatwiej usprawiedliwiać niechęć płacenia takimi argumentami, ale z tych "wydolnych" państw, jak zauważyłeś, też uciekają. I co to znaczy korzyści osobiste? Czy aby nie usprawiedliwienie egoizmu? "Nie pytaj co..."

>>Posiadanie dóbr (własność prywatną) uważa się wręcz za warunek prawdziwej wolności człowieka.
>>>I poniekąd słusznie.
>>Czyli zgadzasz się z oceną tych, których określiłeś jako "płytkie osobowości"?
>Nie. Pisałeś tu o wolności a jednym z jej warunków zawsze była pewna niezależność materialna. Jest to zaleta bogactwa, którą trudno zanegować.
Bogactwo nie czyni wolnym. Oczywiście środki na przeżycie są konieczne, ale posiadanie dóbr w ilości "bogactwa" w gruncie rzeczy zniewala. Troszczymy się o nie, obawiamy utracić, wysilamy by pomnożyć. Może jeszcze najmniej zniewala majątek odziedziczony czy np wygrany na loterii. Możemy go bez szczególnych oporów przeznaczyć na realizację jakiejś naszej pasji. Ale majątek zdobyty "tymi ręcami" to jest jak część nas, jak nasze dziecko. Moje. nie oddam!

C.d. w następnym wpisie.
Hodża (11172 punktów)
>Pragnienie posiadania (na wyłączność) niepowtarzalnych przedmiotów (oryginałów dzieł sztuki) nie jest potrzebą duchową, tylko egoistyczną żądzą.

Nie zawsze. Często tak jest, ale nie zawsze. Jest jednak różnica między pięknym oryginalnym obrazem na ścianie a jego oleodrukową kopią. Liczne wizyty w muzeach i domach, w których takowe się znajdują upewniły mnie co do tej jakościowej różnicy. Ba, nawet bazgrołowate szkice Dalego wykonane ołówkiem czy kredkami robią ogromne wrażenie, nieporównywalne ze zdjęciem tych samych obrazków zamieszczonych w jakiejś książce.

>Szło mi o dylemat "żyć, nie gromadząc dóbr materialnych, czy też je gromadząc".

Toż to żaden dylemat. Pszczoły, chomiki czy wiewiórki nie zastanawiają się nad tym, podobnie jak ludzie, gromadząc zapas choćby na okoliczność nieprzewidzianych trudności aprowizacyjnych. Gromadzenie dóbr materialnych nie zawsze ma cokolwiek wspólnego z chciwością. Często jest zwykłą, roztropną zapobiegliwością.

>Nie dostrzegam związku z zadanym pytaniem. 1) Biurokracja (nie mylić z biurokratyzmem) jest wartościowym cywilizacyjnym wynalazkiem. Wolę być zależny od przepisów prawa i od urzędnika (uczciwego i sprawnego) niż od widzimisię jakiegoś bogacza czy despoty.

Rzecz w tym, że takie "widzimisię" dotyczy również urzędników, i również często tych "uczciwych i sprawnych" - wtedy, kiedy prawo jest na tyle niejasne lub zagmatwane, że otwiera drogę do jego inicjatywy (nie tylko chodzi o uznaniowość w interpretacji przepisów, ale choćby o zwykłą informację jakich paragrafów czy działań petent powinien użyć, aby jego sprawa nabrała tempa). Twoje wyobrażenie o jednoznacznie dobroczynnej naturze biurokracji rzeczywiście trąci galicyjską nutą

>Sprawne zarządzanie ma IMHO niewiele wspólnego z własnością.

Spróbuję to wyłożyć prościej. Będąc jedynym użytkownikiem pojazdu, nawet bardzo szybkiego i niezawodnego możesz z niego zrobić lepszy użytek będąc wyłącznym dysponentem kluczyków, niż musząc je dzielić z żoną, teściową, dzieciakami zabierającymi brykę staremu żeby zrobić szpan i wyrwać w sobotni wieczór jakąś laskę i kumplem, który chciałby wyskoczyć na ryby wygodnym wozem, w którym zmieszczą się wszystkie jego wędki z poliwęglanu.

>3) W ogóle nie odpowiedziałeś na moje pytanie: dlaczego miarą sukcesu ma być ilość nagromadzonych dóbr? Oczywiście na szczęście są jeszcze ludzie myślący inaczej: naukowcy czerpiący radość z odkrywania, lekarze z pomocy chorym, twórcy z tworzenia dzieł sztuki.

Bowiem ilość zgromadzonych dóbr przekłada się na możliwości ich wykorzystania. Człowiek dąży do poszerzania, a nie zawężania swojego pola działania, stąd tego rodzaju odczucie.

>>>Ktoś, kto "się narobił, ale nie dorobił" jest oceniany jako mało zaradny.
>>Ba, czasem jako wręcz głupi.
>No i jaki z tego wniosek? Czy tak ma być? Może nie powinienem opowiadać tu o sprawach osobistych, ale jestem z rodziny nauczycielskiej od czterech pokoleń.(...)Czy bylismy głupi?

Oczywiście, że nie. Chylę czoła przed szlachetnym dziełem oświaty publicznej, której Twoja Rodzina (i Ty, jak podejrzewam) jesteście częścią. Mam nadzieję, że nie odebrałeś moich słów jako sugestii, że tego rodzaju ocena w ogóle mi chodzi po głowie. Natomiast, jakkolwiek jest to przykre, tak właśnie bywają odbierani ci, którym na dobrach materialnych nie zależy. Czasem przybiera to postać łagodnej przygany (określenie kogoś nieudacznikiem), w języku prawniczym mówi się o "osobie życiowo niezaradnej". Natomiast w popularnym ujęciu, zwłaszcza tych bardziej prymitywnych a jednocześnie lepiej uposażonych pewnych siebie jednostek, jest to uważane często za głupotę.

>Łatwiej usprawiedliwiać niechęć płacenia takimi argumentami, ale z tych "wydolnych" państw, jak zauważyłeś, też uciekają. I co to znaczy korzyści osobiste? Czy aby nie usprawiedliwienie egoizmu? "Nie pytaj co..."

Egoizmu nie trzeba usprawiedliwiać, by go nie umacniać, ale można stwierdzać jego powszechność i próbować wyjaśniać, co niniejszym czynię.

>Bogactwo nie czyni wolnym. Oczywiście środki na przeżycie są konieczne, ale posiadanie dóbr w ilości "bogactwa" w gruncie rzeczy zniewala.

Tak, masz rację, często wręcz może unieszczęśliwiać, co nie zmienia postaci rzeczy, że wielu ludzi w naszej (tych raczej poniżej średniej) ocenie "bogatych" jest bardziej wolnych, zwłaszcza, jeśli są rentierami żyjącymi z odziedziczonego majątku i nie muszą na bieżąco śledzić wahań kursów akcji czy doglądać stanu firmy. Poza tym wolnym jest ten, kto czuje się wolny, więc jakkolwiek zgodzę się, że "bogactwo czyni wolnym" nie jest żadną regułą, odniosę się tu do innego znanego powiedzenia:

Pieniądze szczęścia nie dają, ale brak pieniędzy unieszczęśliwia.

A tu krótki artykulik, który jest komentarzem do tej mądrej i mało znanej w Polsce maksymy.
www.polity(*)aja-ale-ujmuja-nieszczesc.read

Dixi et salvavi animam meam
09-11-2015 02:46 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>Pragnienie posiadania (na wyłączność) niepowtarzalnych przedmiotów (oryginałów dzieł sztuki) nie jest potrzebą duchową, tylko egoistyczną żądzą.
>Nie zawsze. Często tak jest, ale nie zawsze. Jest jednak różnica między pięknym oryginalnym obrazem na ścianie a jego oleodrukową kopią.
No właśnie, i dlatego trzymanie takich oryginałów "dla siebie" jest nieco egoistyczne. Oczywiście niektórzy właściciele udostępniają je, a nawet zakładają prywatne muzea, ale przecież nie jest to obowiązkiem i wiele wybitnych dzieł jest niedostępnych.

>>Szło mi o dylemat "żyć, nie gromadząc dóbr materialnych, czy też je gromadząc".
>Gromadzenie dóbr materialnych nie zawsze ma cokolwiek wspólnego z chciwością. Często jest zwykłą, roztropną zapobiegliwością.
Przecież mnie (jak wyraźnie napisałem kilka razy) nie idzie o gromadzenie zapasów na zimę, tylko o działanie zmierzające do tzw. "bogactwa", "dorobienia się", o dobra jakie można "właściwie ulokować", a najlepiej założyć za nie własny tzw. "biznes". To oczywiście może mieć skromny wymiar, ale w zasadzie (co do istoty zjawiska) nie ma ograniczeń. Przeczytaj przykład z bizonami w mojej odpowiedzi koledze dżentelmenowi.

>>Biurokracja (nie mylić z biurokratyzmem) jest wartościowym cywilizacyjnym wynalazkiem. Wolę być zależny od przepisów prawa i od urzędnika (uczciwego i sprawnego) niż od widzimisię jakiegoś bogacza czy despoty.
>Rzecz w tym, że takie "widzimisię" dotyczy również urzędników, i również często tych "uczciwych i sprawnych" [...] Twoje wyobrażenie o jednoznacznie dobroczynnej naturze biurokracji rzeczywiście trąci galicyjską nutą
To raczej echo z lektury Webera i Szczepańskiego. Przy wszystkich wadach biurokracji wolę kierującego się prawem urzędnika niż woluntaryzm jakiegoś decydenta. Ale rozumiem zdanie przeciwne, np. zamiast mozolnie starać się o tzw "pomoc społeczną" łatwiej, a może i skuteczniej jest zwrócić się do bogatego filantropa.

>>Sprawne zarządzanie ma IMHO niewiele wspólnego z własnością.
>Spróbuję to wyłożyć prościej. Będąc jedynym użytkownikiem pojazdu, [...] możesz z niego zrobić lepszy użytek będąc wyłącznym dysponentem kluczyków, niż musząc je dzielić z żoną, teściową, dzieciakami [...] i kumplem, [...].
Dlaczego ma to być "lepszy" użytek? Zgodnie z utylitaryzmem (ku któremu się skłaniam) lepiej gdy uszczęśliwione są i żona i teściowa i dzieciaki i kumpel niż tylko jedna osoba (ja). Trzeba tylko zrobić tzw. grafik użytkowania (kiedy kto) i wybrać zarząd.
A poważnie: czy uważasz, że firma państwowa czy spółdzielcza jest zawsze (musi być z zasady) zarządzana gorzej niż prywatna? Taki wniosek moze być wywiedziony z założenia, że każdy jest egoistą, zdolnym dbać jedynie o swoje. Ja nie mam aż tak złego zdania o ludziach.

>>3) W ogóle nie odpowiedziałeś na moje pytanie: dlaczego miarą sukcesu ma być ilość nagromadzonych dóbr? Oczywiście na szczęście są jeszcze ludzie myślący inaczej: naukowcy czerpiący radość z odkrywania, lekarze z pomocy chorym, twórcy z tworzenia dzieł sztuki.
>Bowiem ilość zgromadzonych dóbr przekłada się na możliwości ich wykorzystania. Człowiek dąży do poszerzania, a nie zawężania swojego pola działania, stąd tego rodzaju odczucie.
To znaczy, że naukowiec więcej odkryje w swoim prywatnym laboratorium niż w np. laboratorium NASA, czy innej agencji rządowej? Lekarz, aby lepiej leczyć musi przyjmować pacjenta we własnej przychodni?

>>>>Ktoś, kto "się narobił, ale nie dorobił" jest oceniany jako mało zaradny.
>>>Ba, czasem jako wręcz głupi.
>>No i jaki z tego wniosek? Czy tak ma być? Może nie powinienem opowiadać tu o sprawach osobistych, ale jestem z rodziny nauczycielskiej od czterech pokoleń.(...)Czy bylismy głupi?
>Oczywiście, że nie. [...] Mam nadzieję, że nie odebrałeś moich słów jako sugestii, że tego rodzaju ocena w ogóle mi chodzi po głowie. Natomiast, jakkolwiek jest to przykre, tak właśnie bywają odbierani ci, którym na dobrach materialnych nie zależy.
Nie, nie odebrałem, ale sam przyznajesz, że tak ludzie sądzą. Właśnie dlatego o tym tu piszę.

>>Łatwiej usprawiedliwiać niechęć płacenia takimi argumentami, ale z tych "wydolnych" państw, jak zauważyłeś, też uciekają. I co to znaczy korzyści osobiste? Czy aby nie usprawiedliwienie egoizmu? "Nie pytaj co..."
>Egoizmu nie trzeba usprawiedliwiać, by go nie umacniać, ale można stwierdzać jego powszechność i próbować wyjaśniać, co niniejszym czynię.
Mam nadzieję, że nie odebrałeś moich słów jako sugestii, że usprawiedliwiasz egoizm. Jakoś tak się jednak chyba dzieje, że najrzetelniej płacą podatki ludzie niemajętni, a nieraz wręcz ubodzy. Przy okazji wyborów mieliśmy okazję dowiedzieć się, że kwota wolna od podatku jest dwukrotnie niższa od minimum egzystencji (250 i 500 miesięcznie). Czyli człowiek żyjący (raczej wegetujący) z minimalnego zasiłku, płaci, a jakże, podatki. A bogacz się wykręca.
Hodża (11172 punktów)
>>>Pragnienie posiadania (na wyłączność) niepowtarzalnych przedmiotów (oryginałów dzieł sztuki) nie jest potrzebą duchową, tylko egoistyczną żądzą.
>>Nie zawsze. Często tak jest, ale nie zawsze. Jest jednak różnica między pięknym oryginalnym obrazem na ścianie a jego oleodrukową kopią.
>No właśnie, i dlatego trzymanie takich oryginałów "dla siebie" jest nieco egoistyczne. Oczywiście niektórzy właściciele udostępniają je, a nawet zakładają prywatne muzea, ale przecież nie jest to obowiązkiem i wiele wybitnych dzieł jest niedostępnych.

A przez to ich oglądanie jest przyprawione dreszczykiem dodatkowych emocji. Takich, których zaznałem kiedyś w owianym mgłą tajemniczości Krakowie, kiedy miałem to szczęście i zaszczyt być gościem pewnego zacnego osobnika i kolekcjonera największych polskich nazwisk w dziedzinie malarstwa okresu młodopolskiego, który we własnym mieszkaniu stworzył muzeum, o którym wie tylko najbliższe grono jego przyjaciół. Doprawdy, wspaniałe przeżycie. Ale to mały OT.

>>Gromadzenie dóbr materialnych nie zawsze ma cokolwiek wspólnego z chciwością. Często jest zwykłą, roztropną zapobiegliwością.
>Przecież mnie (jak wyraźnie napisałem kilka razy) nie idzie o gromadzenie zapasów na zimę, tylko o działanie zmierzające do tzw. "bogactwa", "dorobienia się", o dobra jakie można "właściwie ulokować", a najlepiej założyć za nie własny tzw. "biznes". To oczywiście może mieć skromny wymiar, ale w zasadzie (co do istoty zjawiska) nie ma ograniczeń.

Wydaje mi się, że "gromadzenie zapasów" często leży u podstaw "pazerności", bo chyba nie bogactwo samo jest dla Ciebie problemem, ale postawy, które często się z nim wiążą (jak chciwość, o której kilkakroć wspominałeś). Powiem tak: mając dość małe koszty własne nie miałbym nic przeciwko zgromadzeniu kwot, których wielkość zabezpieczałaby mi byt na długie dziesiątki lat. I podobnie jest z każdym, kto ma na utrzymaniu jakiś dom. A mówimy tu już o kwotach, które na swoich kontach posiada tylko kilka procent naszego społeczeństwa. Jest to więc jakby "punkt wyjścia" dla pewnego spektrum możliwych postaw. "Pazerność" pojawia się wtedy, kiedy zabieganie o swoje interesy dokonuje się nie tylko jako działanie skrajnie egoistyczne, ale też zdradza brak jakichś zahamowań etycznych i wstydu. To się przytrafia zwłaszcza tym, dla których pieniądz stanowi jedyną jednostkę pomiaru wartości.

>Przy wszystkich wadach biurokracji wolę kierującego się prawem urzędnika niż woluntaryzm jakiegoś decydenta. Ale rozumiem zdanie przeciwne, np. zamiast mozolnie starać się o tzw "pomoc społeczną" łatwiej, a może i skuteczniej jest zwrócić się do bogatego filantropa.

Jeśli takowy się nawinie a z tym w naszym nowobogackim kapitalizmie raczej krucho. Nie, zdecydowanie wolałbym, gdyby artysta miał szansę być "wolnym" w tym sensie, że nie jest rzemiochą tłukącym chałtury na wymiar klienta, czego straszliwym swoją drogą przykładem był występ zespołu "Mazowsze" uświetniający otwarcie... garażu jakiegoś podwarszawskiego dzianego buca (sprawa sprzed kilku lat). Ale wkraczamy tu w trudny obszar aksjologiczny. Uważam, że dobra "duchowe" z reguły nie mają szans jako dobra komercyjne, gdyż inna jest motywacja ich powstawania - często nie są produktem handlowego podejścia do klienta schlebiającego kiczowatym gustom masowego odbiorcy, ale sypią sól na rany i podają do wąchania sole trzeźwiące.

>Trzeba tylko zrobić tzw. grafik użytkowania (kiedy kto) i wybrać zarząd.

Tylko bez grafików pliiiijz.

>A poważnie: czy uważasz, że firma państwowa czy spółdzielcza jest zawsze (musi być z zasady) zarządzana gorzej niż prywatna? Taki wniosek moze być wywiedziony z założenia, że każdy jest egoistą, zdolnym dbać jedynie o swoje. Ja nie mam aż tak złego zdania o ludziach.

Myślę, że zawsze jest tak, że brak osobistej odpowiedzialności przekłada się na stopniowe pogarszanie jakości pracy. Obserwuję pracę w swoim otoczeniu i jakkolwiek jest to duża korporacja, jej dość dobra organizacja wynika w dużej mierze z dość indywidualnego podejścia do kwestii odpowiedzialności za decyzje. Jeśli są ustroje, w których urzędnik nie stoi ponad prawem i nie ma faktycznych przywilejów, zaś jest obarczony imienną odpowiedzialnością za decyzje, z pewnością to zarządzanie będzie bardziej sprawne i bezstronne. Pomijając rzecz jasna kwestie upolitycznienia kadry, korupcji, itd., itp., co też składa się na obraz całości a o czym na razie nie mam niestety czasu pisać, bo czas brać się za konkretną robotę

Pozdrawiam

Dixi et salvavi animam meam
Belfer00 (720 punktów)
>Uważam, że dobra "duchowe" z reguły nie mają szans jako dobra komercyjne, gdyż inna jest motywacja ich powstawania - często nie są produktem handlowego podejścia do klienta schlebiającego kiczowatym gustom masowego odbiorcy, ale sypią sól na rany i podają do wąchania sole trzeźwiące.
Oczywiście, właśnie o to mi szło.

>>A poważnie: czy uważasz, że firma państwowa czy spółdzielcza jest zawsze (musi być z zasady) zarządzana gorzej niż prywatna? Taki wniosek może być wywiedziony z założenia, że każdy jest egoistą, zdolnym dbać jedynie o swoje. Ja nie mam aż tak złego zdania o ludziach.
>Myślę, że zawsze jest tak, że brak osobistej odpowiedzialności przekłada się na stopniowe pogarszanie jakości pracy. Obserwuję pracę w swoim otoczeniu i jakkolwiek jest to duża korporacja, jej dość dobra organizacja wynika w dużej mierze z dość indywidualnego podejścia do kwestii odpowiedzialności za decyzje.
Ale w tej korporacji pracownik nie jest przecież chyba właścicielem swojego "kawałka", a jednak działa sprawnie. A może tylko dlatego, że mu właściciel nad głową stoi i pilnuje? Ja zawsze pracowałem "na cudzym" (głównie na uczelni państwowej, ale też w firmie prywatnej) i starałem się pracować dobrze, choć "dorobić się majątku" nie można tam było.

>Pozdrawiam
Pozdrawiam.
Hodża (11172 punktów)
>Ale w tej korporacji pracownik nie jest przecież chyba właścicielem swojego "kawałka", a jednak działa sprawnie.

Po części jest, bowiem działa akcjonariat pracowniczy.

>A może tylko dlatego, że mu właściciel nad głową stoi i pilnuje?

Pewnie większość kieruje się zwykłym motywem, którym jest chęć zachowania miejsca pracy i do tego nie potrzeba jakiegoś "ekonoma", który by non stop stał nad chłopem i poganiał go, aby ten odrobił pańszczyznę. Jakiś nadzór sensu stricto tyczy się spraw oczywistych, którymi są bezpieczeństwo (zasady BHP) no i rzecz jasna przeciwdziałanie kradzieżom. Natomiast system premii z jednej strony oraz to, że pracownika olewającego robotę a de facto spychającego ją na grupę, która jest rozliczana zbiorowo za wyniki w danym sektorze bardzo szybko jego koledzy doprowadzą do pionu (albo po prostu wyleci z roboty za brak zaangażowania, który od razu widać) jest w sumie bardzo skutecznym mechanizmem, który eliminuje tego rodzaju "ślizgaczy". Tego rodzaju "kontrola" ma więcej wspólnego z poczuciem solidarności grupowej w obszarze wspólnych interesów niż tradycyjnym wertykalnym systemem nakazowym. Myślę, że to proste rozwiązanie funkcjonuje w wielu lokalnych odmianach w większości dużych i optymalnie zarządzanych jednostek gospodarczych.

Dixi et salvavi animam meam
05-11-2015 10:45 
 Ocena 2 na 2
Hodża (11172 punktów)
>Gromadzenie własnych (prywatnych) dóbr jest IMHO szkodliwym odchyleniem od normy ewolucyjnej.

Byłbym bardzo ostrożny w formułowaniu tego, co jest, a co nie "normą ewolucyjną". Przez miliardy lat "normą" było to, że życie na Ziemi ma postać organizmów jednokomórkowych. W tym rozumieniu "odchyleniem od normy" jest choćby latanie człowieka, który, jak wiadomo, skrzydeł nie posiada.

Jak bardzo tego rodzaju "normatywne" postrzeganie świata potrafi paraliżować władze poznawcze świadczą reakcje niektórych uczonych na początku XX wieku, którzy na doniesienia o lotach braci Wright reagowali argumentacją, że jest to rzecz absolutnie niewykonalna a doniesienia tego rodzaju stanowią jedynie dziennikarską kaczkę.

Dixi et salvavi animam meam
Belfer00 (720 punktów)
>>Ilu przedsiębiorców zgodziłoby się oddać 90 % swojego zysku (po odliczeniu inwestycji) państwu czy np NGO? W pewnych społeczeństwach są tacy i chwała im, ale tendencja ogólna jest wręcz przeciwna.
>Albo mówmy o tendencjach, albo o tych rzeczach, które już się dokonały. A z tego, co mi wiadomo, bogactwo narodów zostało zgromadzone w tych krajach, w których systemy prawne zabezpieczały skutecznie własność prywatną.
Mówiąc "tendencja" miałem na myśli przewagę ilościową w kierunku "moje, nie oddam". "Optymalizacja", ucieczka, lobbowanie za obniżką. I oczywiscie dorabiana ideologia: "pasożyty", "pijawki", "moloch". Ale w niektórych krajach płacą. Widocznie można i tak.

>>Czy słuszne jest uzależniać los twórców od gustów prywatnych posiadaczy?
>Może i nie jest "słuszne", ale tak po prostu zawsze było i jest, i pewnie długo pozostanie. Koszt pełnej niezależności oznacza często cierpienia, których niewielu jest skłonnych zaznawać w imię poświęcenia swoim pasjom.
Prawdziwy twórca tworzy z wewnętrznej potrzeby i nie myśli przy tym o zysku. Czasem go osiaga, czasem nie. Chciwiec zbada tendencje rynkowe: "co ludzie kupią" i robi to.

>>Ale w czasie tego eksperymentu,(...) osoby nieposiadające stworzyły warunki pracy dla siebie, nie potrzebując pomocy "chciwców" (użyję jednak tej wartościującej nazwy). Inżynierowie konstruowali, naukowcy odkrywali, lekarze leczyli, artyści tworzyli.
>Co do tego mam poważne wątpliwości. Nawet w okresie szalejącego stalinizmu ZSRR prowadził handel surowcami z Zachodem, bez którego jego ekonomika nie miałaby najmniejszych szans przetrwać tego "eksperymentu". Że nie wspomnę o kapitalizmie państwowym epoki NEP-u, o czym notorycznie się zapomina i bez którego ZSRR w ogóle by nie wystartował jako ekonomiczna siła.
Wielkiego Uprzemysłowienia nie prowadziły firmy prywatne. Czyli można się obejść bez pomocy tzw. "pracodawców". W epoce NEP-u było bezrobocie, w gospodarce nakazowo-rozdzielczej pełne zatrudnienie.

>>Gromadzenie własnych (prywatnych) dóbr jest IMHO szkodliwym odchyleniem od normy ewolucyjnej.
>Byłbym bardzo ostrożny w formułowaniu tego, co jest, a co nie "normą ewolucyjną".
Sam napisałeś o "biologicznej odrębności, której wszak atrybutem jest pewien egzystencjalny egoizm, nakazujący nam z reguły bardziej lękać się o życie, zdrowie czy dostatek własne niż cudze". Czyli wywiodłeś własność prywatną z biologii człowieka.
Czy wiesz ile żywnosci na świecie jest niszczone w imię prywatnych zysków? Mnie trudno było uwierzyć w dawne opowieści propagandowe o topieniu pomarańczy. Ale niedawno dowiedziałem się, że połowa brzoskwiń amerykańskich jest niszczona. W tym czasie ludzie w innych częściach świata głodują.
Hodża (11172 punktów)
>Prawdziwy twórca tworzy z wewnętrznej potrzeby i nie myśli przy tym o zysku.

Bach wiele ze swoich utworów napisał na zamówienie. Podobnie Michał Anioł nie machałby dłutem równie chętnie, gdyby nie obfitość biskupich sakiewek. Zatem, co do tej "prawdziwości" tu też bywa różnie, różniście.

Dixi et salvavi animam meam
04-11-2015 21:23Nie na temat
 Ocena 1 na 1
wsx666 (1067 punktów)

>Co o tym sądzicie?


1. Ludzie myślą, że są wolni wtedy kiedy MOGĄ chcieć to co chcą, naprawdę wolni są wtedy, kiedy nie chcą chcieć.

Pozdrawiam.
04-11-2015 21:25 
 Ocena 1 na 1
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
>1. Ludzie myślą, że są wolni wtedy kiedy MOGĄ chcieć to co chcą, naprawdę wolni są wtedy, kiedy nie chcą chcieć.
>Pozdrawiam.
Nie chcieć chcieć? To umrzeć z nudów i braku celu.
04-11-2015 23:21 
 Ocena 1 na 1
wsx666 (1067 punktów)

>Nie chcieć chcieć? To umrzeć z nudów i braku celu.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia...znasz to powiedzenie? Myślisz, że zaspokoisz kiedykolwiek swoje 'chcenie'? Nigdy...będziesz całe życie pędzić jak osiołek za marchewką.

Porzuć owoce swojej pracy, nie przywiązuj się do nich, do rzeczy materialnych, przestań chcieć chcieć, zobaczysz jak wiele na lepsze zmieni się w twoim życiu.

Pozdrawiam.

05-11-2015 20:51 
 Ocena 2 na 2
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
>>Nie chcieć chcieć? To umrzeć z nudów i braku celu.
>Apetyt rośnie w miarę jedzenia...znasz to powiedzenie? Myślisz, że zaspokoisz kiedykolwiek swoje 'chcenie'? Nigdy...będziesz całe życie pędzić jak osiołek za marchewką.
>Porzuć owoce swojej pracy, nie przywiązuj się do nich, do rzeczy materialnych, przestań chcieć chcieć, zobaczysz jak wiele na lepsze zmieni się w twoim życiu.
>Pozdrawiam.

Zaspokajam je cały czas. Ta marchewka jest naprawde słodka, a po niej pyszna kukurydza, owies i siano.
Porzucic owoce swojej pracy? Z jakiej racji? Pracuję po to, by miec owoce i z nich korzystać. I korzystam z rozkoszą.
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
Przestań chcieć i nie chcieć a sępy podziela między sobą twoje zwłoki. W mroźną noc porzuc swój dom i odzienie i zamarznij u progu własnych drzwi.

Nie czuć potrzeb i zahamowań to nie istnieć.
05-11-2015 17:30 
 Ocena 1 na 1
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>>1. Ludzie myślą, że są wolni wtedy kiedy MOGĄ chcieć to co chcą, naprawdę wolni są wtedy, kiedy nie chcą chcieć.
>>Pozdrawiam.
>Nie chcieć chcieć? To umrzeć z nudów i braku celu.

Żyć z celem?
Z jakim celem?!
Czy życie ma jakiś cel?
Życie oczywiście ma sens,
będąc sensem samo w sobie,
ale celu nie ma!
Po co nam to?!
Gdyby życie miało jakiś cel -
dokąd by ten cel prowadził?
Gdzie kończą się wszystkie ściany?
Na rogu!
Dokąd prowadzą wszystkie cele?
Do grobu!
Oto docelowy cel wszystkich celów!

Życie oczywiście nie ma celu.
Życie oczywiście nie ma grobu.
Życie JEST!
I będąc zawsze inne
Skrzące się...mieniące się...
tryskające nieustającą nowością -nie
przemija...
Nie przemija z niego ani drobina!
Dlatego "Żywemu" nie spada na prawdę
ani jeden włos z głowy!
To co fałszywe, marne, żałosne,
blichtrowe -jest chwilowe, jest czasowe,
przemija...
Jak posępny czy hałaśliwy kondukt...

www.youtube.com/watch?v=GPevqoK5g_s
05-11-2015 17:37 
 Ocena 1 na 1
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
Nie znoszę poezji
a białej zwłaszcza.

Zawsze mam w życiu jakiś cel. Aktualnie zamierzam nauczyć się paru rzeczy, przeżyć pewne przeżycia, być w paru miejscach, poznac pewnych ludzi. Jak to osiągnę znajdę sobie następne.
Co do sensu życia nie wypowiadam się, gdyż jak dotąd go nie zauważyłam. Istnienie po to, żeby istenieć i przedłużać istnienie? To obłędne perpetuum mobile ale czy ma sens większy niż kręcenie kółka przez chomika?
05-11-2015 18:19 
 Ocena 1 na 1
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
Z tym obłędnym perpetuum mobile jest dokładnie odwrotnie. Wpadasz w krąg chceń, żądz, pragnień, oczekiwań i... nie żyjesz (choć z pozoru jest to życie bogate, intensywne i pełne różnorakiego "dziania się"). Prowadzi cię pęd, popęd, chcenie, układ nagrody w mózgu. Żądza. Gonisz króliczka, a jak już dogonisz, to Twój układ nagrody długo w spokoju "nie usiedzi" i domaga się kolejnej porcji (doładowania odpowiednich substancji chemicznych do układu nagrody). Więc zjawia kolejne chcenie, cel, żądza, pragnienie, bieg, króliczek, piekielny młyn. Obłędne perpetuum mobile. Tak naprawdę żyjesz wtedy nie dla siebie, ale dla żądzy, bo, nazwijmy to, twoja energia popędowa, zmusza Cię do wyprodukowania kolejnego celu i zespołu żądz, by rozkręcony i "głodny" układ nagrody kolejny raz dokarmić. Inaczej się właśnie nudzisz i zaczyna Cię nosić, bo nie masz co zrobić z cyklicznie narastającą energią. Musisz czymś zająć swój umysł i dokarmiać mózg. Tak naprawdę, tylko po to wówczas żyjesz. Zaliczasz kolejne cele i pędzisz, pędzisz, pędzisz. I pędzisz. Cel za celem. Wzrost napięcia, cel, osiągnięcie, ulga, zadowolenie, zaspokojenie, nakarmienie, spokój, za chwile nuda i kolejny cykl. Obłędne perpetuum mobile. I nie chodzi wcale o to, żeby nie robić nic i się nudzić, tylko inaczej do tego wszystkiego podejść. Odkleić się od żądzy, popędu, czyli najlepiej zrozumieć ten mechanizm, a więc to, że zapinkalamy na pasku biologii, popędów, neuroprzekaźników, kolejnych obiektów podsuwanych nam przez współczesną kulturę. Dopiero wtedy możesz nie służyć żądzy, pragnieniu, czyli zdobywając/wyznaczając sobie kolejne cele do skonsumowania, ale wyodrębnić choć trochę z tego obłędnego młyna siebie i z uwagą, czujnością chronić tę ocalałą, wydobytą z więzienia biologii cząsteczkę, by nie popadła znowu w kolejny bieg za celami dla celów, za papierkami dla papierków, dla uczucia zadowolenia/ulgi/zaspokojenia. Za kolejnymi króliczkami. Dopiero wtedy zaczynasz być, czy, tak jak w wierszu - ŻYĆ. Bo życie celu nie ma, ale ma sens. Sam w sobie. Tylko, że tego życia tak naprawdę nie ma, kiedy jesteś w pędzie za celami, zdobyczami, osiągnięciami. Służysz żądzy, popędom, czyli generalnie idziesz ślepo na pasku własnej biologii. Nie chodzi więc o to, żeby nic nie robić, ale robić coś z głową. Bo jak pędzisz, to Cię nie ma. Jest tylko głodny Tygrys chcący dopaść swój cel i zaspokoić kolejny głód. Dopiero więc jak zrozumiesz ten mechanizm w sobie i innych ludziach, zdystansujesz się od obłędnego perpetuum mobile biologii, możesz zacząć budować siebie, a nie "karmić wiecznie głodnego potwora", którego najczęściej wcale się nie widzi, tylko się pędzi od celu do celu.

P.S. Przepraszam, że tak dydaktycznie wyszło, ale tak to widzę i czuję, więc napisałem jak napisałem.
05-11-2015 18:31 
 Ocena 1 na 1
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
To wyszło wręcz demagogicznie.
Uważasz, że posiadanie celu w życiu równa się obłędnemu pędowi i pogoni? No cóż, wolno ci.
Nie masz w życiu żadnych celów? To po co żyjesz?

>I nie chodzi wcale o to, żeby nie robić nic i się nudzić, tylko inaczej do tego wszystkiego podejść. Odkleić się od żądzy, popędu, czyli najlepiej zrozumieć ten mechanizm, a więc to, że zapinkalamy na pasku biologii, popędów, neuroprzekaźników, kolejnych obiektów podsuwanych nam przez współczesną kulturę. Dopiero wtedy możesz nie służyć żądzy, pragnieniu, czyli zdobywając/wyznaczając sobie kolejne cele do skonsumowania, ale wyodrębnić choć trochę z tego obłędnego młyna siebie i z uwagą, czujnością chronić tę ocalałą, wydobytą z więzienia biologii cząsteczkę.

Ale tak konkretnie to o co chodzi?
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>To wyszło wręcz demagogicznie.
>Uważasz, że posiadanie celu w życiu równa się obłędnemu pędowi i pogoni? No cóż, wolno ci.
>Nie masz w życiu żadnych celów? To po co żyjesz?

Nie zrozumiałaś.

>Ale tak konkretnie to o co chodzi?

O to, co jest tam napisane. Wiem, że może nie być łatwo to zrozumieć, trzeba się dłużej zastanowić i pomyśleć. U mnie to był proces wieloletni, zahaczający o różne dziedziny i wiele lektur i dyskusji, ale myślę, że nawet z tak krótkiego tekstu można wyłowić z grubsza sens. Czasami trzeba nad czymś trochę pomyśleć, przeczytać kilka razy, żeby coś wyłowić i załapać. Ja tak często robię.
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
>Nie zrozumiałaś.
Zrozumiałam. Jeżeli miałeś na myśli coś innego, to napisz to. Tylko proszę jaśniej, bo twój wcześniejszy post to bełkot.

darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>>Nie zrozumiałaś.
>Zrozumiałam. Jeżeli miałeś na myśli coś innego, to napisz to. Tylko proszę jaśniej, bo twój wcześniejszy post to bełkot.

   Spokojnie, nie bierz tego do siebie, ja lubię czytać to co piszesz, włączyłem się, żeby spróbować wytłumaczyć coś, czego moim zdaniem nie zrozumiałaś (i dalej nie rozumiesz, bo albo rozumiesz albo bełkot) ale to mnie nie dziwi, bo to zwyczajnie trudno sobie wyobrazić. Zwłaszcza przez ludzi z tzw. zachodniej kultury.
   Ja również robię całą masę rzeczy, to i tamto, i jeszcze coś innego, ale to nie są dla mnie żadne cele. To jest najwyżej coś, co mnie buduje jako osobę, moją świadomość istnienia. Posiadanie i produkowanie kolejnych celów mnie niespecjalnie interesuje, bo gdy się przyjmie taką strategię/sposób na życie, to się właśnie tylko bujasz "po celach", produkujesz kolejne i następne i wtedy cele dominują nad Twoim życiem. Nad Tobą. Żądza, popęd, cel, dążenie do zrealizowania i zaspokojenia staje istotą Twojego istnienia. Dążysz. Chcesz. Nieustannie czegoś pragniesz. Jak osiągniesz, to nakręcasz się na coś innego i w sumie... Ciebie nie ma.
   Ja już nie przylegam trwale i mocno do celów, żądzy, pragnienia, chcenia, ale nieustannie się od tego odklejam, czyli skrupulatnie i czujnie dystansuję. Uważam, by popęd, pragnienie, chcenie, dążenie mnie nie prowadziły, a już zwłaszcza nie zdominowały, bo wtedy mnie nie ma, tylko pędzę za króliczkiem w tym obłędnym perpetuum mobile. Gdy za mocno przylegam, to dziś natychmiast to wyczuwam, i puk puk - wracam. Odklejam się od popędu, chcenia, żądzy, dążenia i paradoksalnie - wracam wtedy do PRAWDZIWEGO życia i prawdziwego siebie. Nie lecę bezmyślnie za tym w co wpędza mnie moja biologia i kulturowy hipermarket. Robię to czy tamto, żeby siebie ubogacić, zbudować, w jakiś sposób powiększyć, ale nie chodzi mi o nakręcanie się, by koniecznie posiadać jakiś cel, zadanie, dążenie, które mnie wchłonie, nakręci i zaspokoi. A później kolejny taki cykl. Nie lubię tego, bo wtedy mnie nie ma. Jest tylko zestaw pobudzeń, pragnień, żądz, celów (czyli nieustanna karuzela rozniecania i rozładowywanie popędowej energii) płynący z wnętrza mojego organizmu, gruczołów przy współpracy z rozszalałą od nadmiaru bodźców kultury. Nie kupuję takiego sposobu życia, ale to nie znaczy, że z tego czy tamtego nie korzystam. Korzystam, mogę robić różne rzeczy, uważając, żeby to nade mną nie panowało, nie prowadziło mnie, żeby cel dla celu, dla odczucia, zaznania, zaspokojenia żądzy, pragnienia nie były treścią i sensem mojego życia. Cele dla celów, czyli żądza dla posiadania żądzy i jej rozładowania. Ja żyję naprawdę tylko wtedy, kiedy się od tego obłędu odcinam, wyciszam, wracam do prawdziwego siebie, z dala od kolejnych kulturowych realizacji, które służą temu bym się nakręcał, pochłaniał, dążył, nieustannie chciał i zaspokajał. Nie chodzi mi więc głównie o odczucia, pragnienia, marzenia, dążenia, kiedy coś robię, o doświadczanie tego czy tamtego, o doznanie i przeżywanie, ale głównie o jakąś treść, o pogłębione spostrzeżenie, zbudowanie siebie o coś więcej. O jakieś lepsze zrozumienie, poszerzenie horyzontu. Jeżeli zostajesz na poziomie emocji, uczuć, doświadczenia, doznania, ZDOBYCIA KOLEJNEGO CELU, a później kolejnych, seryjnych, to cię nie ma. Żyjesz dla celu, dla zaspokojenia rozbudzonej żądzy, jesteś w niewoli neuroprzekaźników i biologii.
   Cele najczęściej właśnie służą zaspokojeniu rozbudzonej potrzeby, czyli dostarczeniu choćby endorfin do układu nagrody. Ale to nie jest prawdziwe/uwolnione życie. O tym pisze Stachura, o tym mówi choćby buddyzm (jestem antyreligijny jakby co, ale czasami coś czerpię, choć niewiele) i różne światopoglądy/filozofie. Cele, które pozwalają się nam nie nudzić, nakręcają nas, czyli fundują nam życie dla kolejnych doznań, tworzą życie czysto biologiczne, całkowicie w szponach natury. Żyć zaczynasz dopiero wtedy, kiedy odklejasz się od konieczności tkwienia w nieustannym pragnieniu, w zrozumieniu i umiejętności kontrolowania tego niebezpiecznego bo więżącego nas mechanizmu, umiejętności dystansowania się i budowania siebie poza, z dala, czy też korzystając z darów natury rozumiejąc, że ona może nad nami znakomicie i w pełni zapanować, jeżeli nie rozumiemy jak ona w nas działa. A jak nie rozumiemy to ulegniemy celom, czyli kolejnym żądzom, a Twoje życie będzie generalnie i w znakomitej części nieustannym i niestety dość bezmyślnym pędem za kolejna porcją substancji potrzebnych dla nakarmienia i zaspokojenia rozkręconego przez nieustanne wzbudzanie żądz przez naszą kulturę, układu nagrody. Tylko że wtedy Cię nie ma. Jest tylko biologiczny organizm i mechanizm, który go dominuje i prowadzi przez życie. Cele można mieć, owszem, ale wtedy trzeba bardzo uważać i rozumieć co się dzieje i jak nam nasza natura, biologia i kultura przez nią wiedziona zagrażaja, żeby ocaleć i ŻYĆ.
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
Rozumiem, że odkryłeś swój sposób na życie i jesteś z tym szczęśliwy. Gratuluję, bo niewielu to osiąga.
Ja mam swój sposób na życie, który mi odpowiada.
Nie mogę jednakże zrozumieć, w jakim celu z uporem godnym lepszej sprawy (wyższych celów?) usiłujesz mi wmówić, ze z moim sposobem na życie jest coś nie tak. Więcej, oceniasz mnie i moje życie i to w sposób- ciekawe czy zauważyłeś- obraźliwy dla mnie.
Nie muszę tego brać do siebie i nie biorę jeno twój zapęd misjonarski w tym wypadku jest nieco zdumiewający.
Wyluzuj bo oprócz wody i powietrza nie istnieje nic takiego, co byłoby dla wszystkich dobre, co byłoby dla każdego

youtu.be/uclNdAKVzEU

Satchura? Nie, dziękuję. Do babrania się w depresji mam Hłaskę.
Buddyzm? Też nie. Wolę Kubusia Puchatka.
Dla każdego coś innego.
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
Ale ja nie mam nic do Ciebie, Twój sposób jest lepszy dla Ciebie, mój dla mnie. Moim zdaniem nie zrozumiałaś tego, co kolega wyżej napisał, wiec spróbowałem to wytłumaczyć. A że to są przeciwstawne podejścia, to co na to poradzę? Próbuje to tylko opisać. Nic więcej, a Ty się czujesz obrażona. Bez sensu. Jeżeli dwie narracje się różnią, tutaj radykalnie, to wiadomo, że się będą ze sobą tu czy tam gryźć. To normalne. No ale jak coś mocno odmiennego, przeciwstawnego próbujesz wytłumaczyć, opisać, to się tego inaczej nie da zrobić, tylko poprzez jakieś zwarcie dwóch odmiennych narracji. To naturalne, a bez zrozumienia tego dyskutowanie o takich rzeczach nie ma sensu. Ani przez moment nie miałem zamiaru Cię obrażać.
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
Hmmmmmm...

>bo gdy się przyjmie taką strategię/sposób na życie, to się właśnie tylko bujasz "po celach", produkujesz kolejne i następne i wtedy cele dominują nad Twoim życiem. Nad Tobą. Żądza, popęd, cel, dążenie do zrealizowania i zaspokojenia staje istotą Twojego istnienia. Dążysz. Chcesz. >Nieustannie czegoś pragniesz. Jak osiągniesz, to nakręcasz się na coś innego i w sumie... Ciebie nie ma.
>Żyjesz dla celu, dla zaspokojenia rozbudzonej żądzy, jesteś w niewoli neuroprzekaźników i biologii.
>a Twoje życie będzie generalnie i w znakomitej części nieustannym i niestety dość bezmyślnym pędem za kolejna porcją substancji potrzebnych dla nakarmienia i zaspokojenia rozkręconego przez nieustanne wzbudzanie żądz przez naszą kulturę, układu nagrody. Tylko że wtedy Cię nie ma. Jest tylko biologiczny organizm i mechanizm, który go dominuje i prowadzi przez życie.

no tak...

>Ani przez moment nie miałem zamiaru Cię obrażać.

Może i zamiaru nie miałeś, ale przyjrzyj się sam swoim słowom.
Ja nie taka obrażalska i też ogólnie podobaja mi się twoje wypowiedzi, niemniej zwracam ci uwagę na pewna niestosowność takich ocen. I ich niedojrzałość przy okazji.
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
Bosze, to tylko taki sposób pisania, żeby pomóc Ci się w to wczuć. Próbuję Cię wprowadzić w swoje myślenie, a na ile to odzwierciedla Ciebie, to przecież nie wiem. Jeżeli nawet sporo, to nic takiego, większość ludzi żyje w dość ostrym, codziennym pędzie za tym, za tamtym, siamtym i sto pięćdziesiątym ósmym, potrzebnym czy niepotrzebnym. Byleby pędzić, bo wtedy czują, że się realizują. Ale najczęściej "realizują". I ja chciałem tylko pokazać, że można to widzieć inaczej.
Generalnie wokół mnie prawie wszyscy pędzą, zaspokajają się, realizują, dążą itp. Ale mam takiego jednego kolegę, który jak wielu, też jest w tym celowo-obowiązkowo-doznaniowym, codziennym i właściwie nieustannym ciągu, jednak czasami ma jakiś krótki przebłysk, podobną refleksję do tych moich. I stwierdza wtedy, że to wszystko chyba jest bez sensu i właściwie nie wiadomo po co tak ciągle za tym, czy za tamtym goni. Że coś tu jest nie tak. Ale to tylko krótkie przebłyski, a ja się nie włączam, bo nie naciska, więc on sobie prawie natychmiast wraca do tego celowo-obowiązkowo-doznaniowego matrixa. Ale tak dla niego lepiej. Inaczej by moim zdaniem nie mógł, a nawet jakby mógł, to raczej chyba by już nie umiał. Przestawienie się to albo praca na lata, albo jakiś życiowy wstrząs czy nagła iluminacja inspirująca radykalne zmiany.
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
>Bosze, to tylko taki sposób pisania, żeby pomóc Ci się w to wczuć.
acha

>Próbuję Cię wprowadzić w swoje myślenie, a na ile to odzwierciedla Ciebie, to przecież nie wiem.
dobrze, że do tego doszedłeś.
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>dobrze, że do tego doszedłeś.

Nie doszedłem, bo to było dla mnie jasne od początku, choć po tym co pisałaś oczywiście zakładałem, że w jakimś stopniu będzie to opisywało Twój sposób, nazwijmy to, uczestnictwa w świecie. Ale na ile, to jasnowidzem nie jestem, więc pisałem to tak, żebyś się wczuła w całość, bo to niełatwe do zrozumienia, wczucia się, postawienie się w tym świetle i narracji i załapania. I tyle. A Ty to wzięłaś wszystko do siebie, jako personalną krytykę, a mi chodziło tylko o pokazanie przeciwstawnego poglądu na ów sposób uczestnictwa. Że to się gryzie? W końcu to forum dyskusyjne i wymiana poglądów. Czasami mocno odmiennych. Chciałem tylko pomóc zrozumieć inną perspektywę. I nie będę się już więcej tłumaczył, ale jakbyś chciała coś o meritum, to proszę.
Zielony Tygrys (4780 punktów)
(zablokowany)
Wystarczy już.
Burnham (1149 punktów)
>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali. Osoby, które taki cel osiągną, a przynajmniej do niego dążą (nieraz ciężką pracą) nazywa się zaradnymi, przedsiębiorczymi, ocenia pozytywnie.

System ekonomiczny obecny czy przeszły nie mają tutaj bezpośredniego wpływu na determinowanie ludzi do takiego właśnie działania. Cała historia ludzkości pełna jest opisów możnych czy władców nagradzających swoich poddanych za wierną służbę, a rabujących wrogów. Germański comitatus nie znał pojęcia kapitału czy własności prywatnej, ale opierał się na zasadzie, że najbardziej waleczni wojownicy zasługiwali na szczególne względy wodza i wobec tego po wygranej bitwie nagradzani byli różnymi dobrami. To nic innego jak prymitywna forma akumulacji bogactwa.

Tak postępowały wszystkie społeczeństwa i narody. Przecież choćby pojęcie składania ofiar bogom nie wzięło się znikąd. Ludzie byli i nadal są święcie przekonani o tym, że można zyskać przychylność bogów (i nie tylko bogów) dla własnej korzyści oferując im swoje bogactwa czy to co najbardziej nam cenne. Oczywiście nie zawsze było obecne zjawisko kapitału, ale co do zasady ludzkości zawsze chodzi o to samo. Kapitalizm niczego nowego tutaj nie stworzył, a jedynie dopasował się ekonomicznie do zupełnie niedawno odkrytych możliwości wytwórczych człowieka odpowiednio je gospodarując.

Poglądy nie ma mają tutaj nic do rzeczy bo tak działa człowiek. Samiec alfa nie jest wymysłem nowoczesnym przecież, a mężczyzn głównie rzecz dotyczy. Człowiek od zawsze zmagał się z naturą starając się ją zdominować i obecnie wychodzi mu to coraz lepiej (inna rzecz z jakimi skutkami dla samego człowieka). Jest to zupełnie naturalne zachowanie człowieka. Im więcej mężczyzna ma dóbr tym łatwiej i tym piękniejszą kobietę do siebie przyciągnie bo ta z kolei szuka bezpieczeństwa nade wszystko.

Naukowe zrozumienie przyrody i umiejętność wykorzystania naturalnych surowców otworzyły przed ludzkością łatwiejsze i nowe formy gromadzenia bogactw. Jest to jak najbardziej pozytywne zjawisko. Chrześcijańskie uszlachetnienie nędzy i co za tym idzie komunizm czy też inne lewicowe wymysły uważałbym tutaj za pewne wynaturzenie ludzkie.

>Wyobrażmy sobie np. wybitnego chirurga

No właśnie, wyobraźmy sobie ... Mnie sobie trudno to wyobrazić w kontekście rzeczywistości bo bardziej mi to pasuje do obrazu różnych utopii aniżeli faktycznego i twardego stąpania po ziemi.

>Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od
>człowieka nie dbającego o to?

Pytanie jest źle zadane bo poszukuje odpowiedzi, która zawiera się w wartości bezwzględnej, a takiej w tym przypadku nie może być.
Belfer00 (720 punktów)
>Germański comitatus nie znał pojęcia kapitału czy własności prywatnej, ale opierał się na zasadzie, że najbardziej waleczni wojownicy zasługiwali na szczególne względy wodza i wobec tego po wygranej bitwie nagradzani byli różnymi dobrami. To nic innego jak prymitywna forma akumulacji bogactwa.
A czy wódz miał prawo im te dobra odebrać? Jeśli nie, to raczej była własność prywatna.

>Tak postępowały wszystkie społeczeństwa i narody.
Nie wszystkie. Nie zawsze. W wielu plemionach gromadzenie dóbr uważano za patologię. Istniała instytucja tzw. potlaczu. Gdy osoba była dobrym łowcą i zgromadziła dużo zdobyczy (np. skór) miała obowiązek (moralny a może i "prawny") rozdać swoje dobra lub je zniszczyć. W większości plemion było stosowane dzielenie zdobyczy (mięsa) między członków plemienia, tzn. zdobycz nie była prywatną własnością łowcy.

>Człowiek od zawsze zmagał się z naturą starając się ją zdominować i obecnie wychodzi mu to coraz lepiej (inna rzecz z jakimi skutkami dla samego człowieka). Jest to zupełnie naturalne zachowanie człowieka.
Zmagał się. Wspólnie. Współpraca jest podstawą, nie gromadzenie własności prywatnej.

>Im więcej mężczyzna ma dóbr tym łatwiej i tym piękniejszą kobietę do siebie przyciągnie bo ta z kolei szuka bezpieczeństwa nade wszystko.
Lepiej nie skomentuję tego seksistowskiego stwierdzenia.

>Naukowe zrozumienie przyrody i umiejętność wykorzystania naturalnych surowców otworzyły przed ludzkością łatwiejsze i nowe formy gromadzenia bogactw. Jest to jak najbardziej pozytywne zjawisko. Chrześcijańskie uszlachetnienie nędzy i co za tym idzie komunizm czy też inne lewicowe wymysły uważałbym tutaj za pewne wynaturzenie ludzkie.
No to mamy inne poglądy. Ja gromadzenie prywatnych bogactw uważam za patologię, która doprowadzić może świat do katastrofy (zużycie surowców, produkcja odpadów). Polecam ciekawą książkę Daniela Quinna "Ishmael". Wyróżnia on wśród ludzi "cichych" i "zgarniaczy". Zgarniacze obecnie kierują światem.

>>Wyobrażmy sobie np. wybitnego chirurga
>No właśnie, wyobraźmy sobie ... Mnie sobie trudno to wyobrazić w kontekście rzeczywistości bo bardziej mi to pasuje do obrazu różnych utopii aniżeli faktycznego i twardego stąpania po ziemi.
Szkoda... Może byłoby lepiej gdyby właśnie utopia była u władzy...

>>Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od człowieka nie dbającego o to?
>Pytanie jest źle zadane bo poszukuje odpowiedzi, która zawiera się w wartości bezwzględnej, a takiej w tym przypadku nie może być.
Miałem na myśli: "czy ludzie uważający człowieka umiejętnie gromadzącego swoje dobra za jakoś "lepszego" mają rację". Rozumiem, że według Ciebie nie mają. Czyli tu się zgadzamy.
oportunista (1711 punktów)
Piszesz o tak zwanej życiowej zaradności. Otóż jesteś w błędzie twierdząc, że ludzie dobrze radzący sobie za komuny, dzisiaj są zepchnięci w niebyt. Faktem jest, że jest ich coraz mniej, ale o tym decyduje demografia, dzisiaj na salonach brylują ich dzieci. W każdym pokoleniu jest odsetek ludzi zaradnych i niezaradnych, to jest podstawą funkcjonowania w społeczność, czyli pula genetyczna. Im jest ona bardziej zróżnicowana, tym społeczeństwo lepiej sobie radzi z różnymi losowymi zawirowaniami. To czas i okoliczności decydują kto jest bohaterem , a kto niedojdą, jednak zdecydowana większość jest neutralna, gotowa pójść w ślady tych co w danym momencie brylują. Zawsze potrzeba negatywnych wzorców, aby owa bezwładna masa dobrze się orientowała w jakim kierunku ma podążać. Społeczeństwu potrzeba też autsajderów aby pielęgnować alternatywy. Jesteśmy zbiorowością kierowaną przez mechanizmy ewolucji, odrzucamy złe rozwiązania i podążamy za lepszymi. To dzieję się w obszarze instynktu, a nie zdroworozsądkowej kalkulacji.
Belfer00 (720 punktów)
>Otóż jesteś w błędzie twierdząc, że ludzie dobrze radzący sobie za komuny, dzisiaj są zepchnięci w niebyt. Faktem jest, że jest ich coraz mniej, ale o tym decyduje demografia, dzisiaj na salonach brylują ich dzieci.
Pisząc o "ludziach dobrze radzących sobie za komuny" może masz na myśli jakichś kombinatorów i cwaniaków, którzy wykorzystywali zajmowane stanowiska by "sobie dobrze radzić". Ja miałem na myśli ludzi żyjących zgodnie z głoszonymi przekonaniami i obowiązującym wzorem: skromnych, uczciwych, pracujących bez dopominania się o osobiste korzyści, uczestniczących w "równym dzieleniu biedy". Kiedyś takich ludzi nazywano "Judymami" i "siłaczkami", teraz nazywa się ich "homo sovieticus".
Jeśli dzieci tych ludzi "brylują na salonach" to znaczy, że ponieśli oni dotkliwą porażkę wychowawczą. Nie zdołali przekazać następnemu pokoleniu zasad życia uczciwego, skromnego i pracowitego.

>W każdym pokoleniu jest odsetek ludzi zaradnych i niezaradnych, [...]. To czas i okoliczności decydują kto jest bohaterem , a kto niedojdą, jednak zdecydowana większość jest neutralna, gotowa pójść w ślady tych co w danym momencie brylują.
Powtórzę: zaradność i przedsiębiorczość nie muszą i IMHO nie powinny wyrażać się w gromadzeniu własnych dóbr. Chyba o wiele lepszym sposobem jest działanie na rzecz społeczeństwa (wspólnoty) niż "brylowanie". Jeśli pożar ogarnia miasto, albo wróg napada na kraj, to "brylujący" najczęściej uciekają, ratując nagromadzone dobra, a kto staje do walki?
Paolo Monstro (6146 punktów)
>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak
>zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie
>tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.
Jesteś pewien, że "ilość kapitału i zwrot z inwestycjii" jest miara sukcesu w kapitalizmie?
Wg mnie jest to jedna z wielu definicji, ta akurat obowiązuje w środowisku ludzi, którzy do takiego stanu dążą.

Nie słyszałem o żadnych statystykach dot. miary sukcesu, jednak w moim życiu spotkałem b. wiele osób, które za definicję sukcesu uznawały "duże osiągnięcie". Niekoniecznie posiadanie miliardów na koncie i czerpanie z tego korzyści jest osiągnieciem. W zasadzie przy pewnej ilości kapitału trudno nie odnosić z niego korzyści.
Czy, dla przykładu, syn Kulczyka "dużo osiągnął"? On po prostu się urodził w bogatej rodzinie (podobnie jak jego ojciec). Gdzie w tym jest sukces? Nie wiem jakie są jego zapatrywania na miarę sukcesu ale wiele osób bardziej się będzie cieszyło z samodzielnego przebiegnięcia maratonu w choćby 5h niż z przebycia tego dystansu w 10min w "samochodzie taty".
Stan konta, "sława" jest "sexi" w mediach i dlatego wiele osób, zwłaszcza młodych, które nie wiedzą czego chcą wierzy, że osiągnięcie takiego stanu jest sukcesem myląc "duże osiągnięcie" z "posiadaniem" , "sławą" itd ...
Zwróć uwagę, że "duże" jest pojęciem subiektywnym, dla syna Kulczyka osiągnięcie wielomilionowego dochodu jest "małym osiągnięciem", dla biednego chłopaka z Afganistanu przetrwanie i nakarmienie swoich dzieci będzie "dużym osiągnięciem". O bogaczu będą pisały portale plotkarskie, dzieciaki bedą ekscytowały się jego nowym samochodem a o chłopaku z Afganistanu nikt nigdy się nie dowie - to jest być może cechą kapitalizmu lub raczej po prostu ludzi.

Polacy (wielu) jeszcze się nie pozbierali, nie zrozumieli o co chodzi w "kapitalizmie", nie nabrali poczucia własnej wartości, nie potrafią sami odnaleźć swojej definicji sukcesu i naiwnie kopiują zachowania z filmów z Hollywood. Dlatego często dążą do uzyskania pozorów sukcesu, oczarowania sąsiadów zamiast do osiągnięcia prawdziwego sukcesu. Stąd być może bierze się pogarda dla "homo sovieticus" jednak to tylko wpływ papki medialnej dla plebsu. Wystarczy posłuchać "taśm prawdy" by zrozumieć jaki sukces osiągnęło wielu takich "medialnyuch ludzi sukcesu".
Belfer00 (720 punktów)
>>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.
>Jesteś pewien, że "ilość kapitału i zwrot z inwestycjii" jest miara sukcesu w kapitalizmie?
>Wg mnie jest to jedna z wielu definicji, ta akurat obowiązuje w środowisku ludzi, którzy do takiego stanu dążą.
Tak, tak sądzę, choć jest oczywiście wiele osób, które kierują się innymi wartościami, i są filozofowie tworzący inne aksjologie. Jednak dla kapitalizmu charakterystyczna jest moralność i aksjologia kapitalistyczna. Judymowie i siłaczki (a także koniki polne, np. hippisi) mogą działać w nim jedynie jako pewien margines, nie jako rzeczywisty wzór "człowieka sukcesu". Oczywiście w umoralniających opowiastkach (zwłaszcza religijnych) funkcjonuje wzór człowieka skromnego i nie dbającego o własne dobro, ale podstawą kapitalizmu jest własność prywatna i jej pomnażanie.

>W zasadzie przy pewnej ilości kapitału trudno nie odnosić z niego korzyści. [...]
>Zwróć uwagę, że "duże" jest pojęciem subiektywnym, dla syna Kulczyka osiągnięcie wielomilionowego dochodu jest "małym osiągnięciem", dla biednego chłopaka z Afganistanu przetrwanie i nakarmienie swoich dzieci będzie "dużym osiągnięciem". O bogaczu będą pisały portale plotkarskie, dzieciaki bedą ekscytowały się jego nowym samochodem a o chłopaku z Afganistanu nikt nigdy się nie dowie - to jest być może cechą kapitalizmu lub raczej po prostu ludzi.
Tak, jest to cechą kapitalizmu. Przy czym nie idzie o rozmiar bezwzględny gromadzenia dóbr, lecz względny. Jeśli jakiś "biedak" z Afganistanu czy Pakistanu ciężką pracą zgromadzi tyle, by móc kupić mały warsztat, i zatrudniając jeszcze biedniejszych (np. dzieci) i wyzyskując je, będzie się bogacił, to jest to "sukces" na jego miarę, choć nikt się o tym poza jego wioską nie dowie i żaden portal o nim pisać nie będzie. Ważne, że znajdzie zbyt na swój produkt (np. dywany). A znajdzie. Natomiast samo przetrwanie biedaka dla aksjologii kapitalistycznej nie jest żadnym "sukcesem", no może sukcesem tych, co będą go wyzyskiwać (martwy jest nic nie wart).

>Polacy (wielu) jeszcze się nie pozbierali, nie zrozumieli o co chodzi w "kapitalizmie", [...].
Oj chyba zrozumieli. Raczej nie z filmów. Pamiętasz czas handlu na łóżkach polowych zaraz po zmianie ustroju? A przedtem wyprawy na Zachód (nie do pracy)? Cigaretten nach Berlin? Było zdaje się i masło. Oczywiście w wyniku konkurencji większość się na tym nie dorobiła, ale wszyscy rozumieli o co idzie (taniej kupić, drożej sprzedać, podatku nie zapłacić). A te wszystkie małe rodzinne biznesy, sklepiki? Dorobić się i zatrudnić innych (najlepiej na czarno czy na "śmieciówce"), by pracowali na właściciela, to marzenie tej grupy. "Lepszy mały handelek niż duży szpadelek". To jest sukces w pewnej skali.
Paolo Monstro (6146 punktów)
>>>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.
>>Jesteś pewien, że "ilość kapitału i zwrot z inwestycjii" jest miara sukcesu w kapitalizmie?
>>Wg mnie jest to jedna z wielu definicji, ta akurat obowiązuje w środowisku ludzi, którzy do takiego stanu dążą.
>Tak, tak sądzę, choć jest oczywiście wiele osób, które kierują się innymi wartościami, i są filozofowie tworzący inne aksjologie. Jednak dla kapitalizmu charakterystyczna jest moralność i aksjologia kapitalistyczna. Judymowie i siłaczki (a także koniki polne, np. hippisi) mogą działać w nim jedynie jako pewien margines, nie jako rzeczywisty wzór "człowieka sukcesu". Oczywiście w umoralniających opowiastkach (zwłaszcza religijnych) funkcjonuje wzór człowieka skromnego i nie dbającego o własne dobro, ale podstawą kapitalizmu jest własność prywatna i jej pomnażanie.

Podstawą, w sensie warunkiem koniecznym do zaistnienia, kapitalizmu jest wartość prywatna. Pomnażanie kapitału i fakt czy własność jest kapitałem czy nie i jakie istnieją inne formy kapitału to inna sprawa i niekoniecznie jest to miarą sukcesu.

Ponadto kapitalizm to model gospodarki, który ma różne implementacje. Czym innym jest kapitalizm w Szwecji, w Niemczech, czym innym model amerykański a czym innym implementacja kapitalizmu w Polsce, na Ukrainie czy w Afryce.
Różnica polega na tym na ile państwo niweluje problemy związane z kapitalizmem.
W państwach o wysokich współczynnikach korupcji - jak Polska czy idąc jeszcze dalej Ukraina, Afryka kapitalizm jest taki jak o nim piszesz ale to nie jest problem kapitalizmu tylko mentalności tych narodów. Akceptacja korupcji, wyzysku, "mentalność plemienna" -najważniejsze żeby "ustawić" wszystkich kuzynów, idzie w parze z definiowaniu sukcesu jako stanu konta i szybkości jego powiększania. Ale to nie jest jedyna miara sukcesu i nie wiem czy można to uznać jako cechę kapitalizmu?

>>W zasadzie przy pewnej ilości kapitału trudno nie odnosić z niego korzyści. [...]
>>Zwróć uwagę, że "duże" jest pojęciem subiektywnym, dla syna Kulczyka osiągnięcie wielomilionowego dochodu jest "małym osiągnięciem", dla biednego chłopaka z Afganistanu przetrwanie i nakarmienie swoich dzieci będzie "dużym osiągnięciem". O bogaczu będą pisały portale plotkarskie, dzieciaki bedą ekscytowały się jego nowym samochodem a o chłopaku z Afganistanu nikt nigdy się nie dowie - to jest być może cechą kapitalizmu lub raczej po prostu ludzi.

>>Polacy (wielu) jeszcze się nie pozbierali, nie zrozumieli o co chodzi w "kapitalizmie", [...].
>Oj chyba zrozumieli. Raczej nie z filmów. Pamiętasz czas handlu na łóżkach polowych zaraz po zmianie ustroju? A przedtem wyprawy na Zachód (nie do pracy)? Cigaretten nach Berlin? Było zdaje się i masło.
Pamiętam doskonale, z tym, że było znacznie gorzej niż piszesz, poza drobnymi cwaniaczkami, jak mrówki przenoszącymi papierosy, polski kapitalizm zaczynał się od kradzieży: pociag Gdynia-Berlin pełen regularnych złodziei, tzw. "jumaków", sklepy z ukradzionym towarem w miejscowościach przygranicznych,jednodniowe wycieczki do Berlina i marzenia by zostać celnikiem bo od każdego samochodu z kradzionym towarem dostawało się magnetowid. Powstało na ten temat nawet opracowanie naukowe pt. "młodzież pogranicza".
Więksi "kapitaliści" robili "interesy" z państwem, Krauze, Kulczyk i inni dorabiali się milionów na kontraktach z administracją państwową, otrzymuąc ceny wielokrotnie wyższe niż na wolnym rynku lub mieli po prostu "szczęście" zakupując za ułamek ceny prywatyzowany zakład.
Korupcja, drobne cwaniaczki w połączeniu z pazernymi klechami, prymitywnymi ludźmi "Solidarności" i łapiącymi co się da partyjniakami tworzyli polski "salon" i tam faktycznie Twoja definicja sukcesu obowiązuje jako jedyna.

>...Dorobić się i zatrudnić innych (najlepiej na czarno czy na "śmieciówce"), by pracowali na właściciela, to marzenie tej grupy. "Lepszy mały handelek niż duży szpadelek". To jest sukces w pewnej skali.
To jest model kapitalizmu w Polsce, na Ukrainie i jeszcze bardziej rozwinięty w Afryce ale nie wszędzie tak jest. Polska dlatego nie może się dalej rozwijać bo "polski kapitalizm" nie bazuje na innowacyjności czy ogólnie inteligencji tylko na wyzysku, krupcji, niejasnych powiązaniach. Są jednak pozytywne wyjątki i jest ich coraz więcej, czasy się zmieniają i ekipa polityków rodem z Solidarności/kościoła i PZPR przemija, mentalność Polaków się zmienia.
09-11-2015 03:17 
 Ocena 2 na 2
Belfer00 (720 punktów)
>Ponadto kapitalizm to model gospodarki, który ma różne implementacje.
>Różnica polega na tym na ile państwo niweluje problemy związane z kapitalizmem.
No właśnie, i dlatego jeśli chce się opisać te problemy, lepiej czynić to na modelu "bez niwelacji". Jeśli opis sugeruje, że "typowym" kapitalizmem jest "państwo dobrobytu", to zniekształca obraz.

>W państwach o wysokich współczynnikach korupcji - jak Polska czy idąc jeszcze dalej Ukraina, Afryka kapitalizm jest taki jak o nim piszesz ale to nie jest problem kapitalizmu tylko mentalności tych narodów. Akceptacja korupcji, wyzysku, "mentalność plemienna" [...], idzie w parze z definiowaniu sukcesu jako stanu konta i szybkości jego powiększania. Ale to nie jest jedyna miara sukcesu i nie wiem czy można to uznać jako cechę kapitalizmu?
Korupcja i nepotyzm to rzeczywiście może pewna specyfika (akcydens a nie atrybut), ale wyzysk jest od kapitalizmu nieodłączny (choć prawo pracy i umowy zbiorowe go kontrolują i ograniczają).

>>>Polacy (wielu) jeszcze się nie pozbierali, nie zrozumieli o co chodzi w "kapitalizmie", [...].
>>Oj chyba zrozumieli. Raczej nie z filmów. Pamiętasz czas handlu na łóżkach polowych zaraz po zmianie ustroju? A przedtem wyprawy na Zachód (nie do pracy)?
>Pamiętam doskonale, z tym, że było znacznie gorzej niż piszesz, poza drobnymi cwaniaczkami, jak mrówki przenoszącymi papierosy, polski kapitalizm zaczynał się od kradzieży: [...].
>Więksi "kapitaliści" robili "interesy" z państwem, [...].
Ale "zachodni" kapitalizm też tak zaczynał (albo gorzej, od wyzysku niewolników np w Kongo Belgijskim). Tylko teraz te pieniądze się juz "wyprały".

>>...Dorobić się i zatrudnić innych (najlepiej na czarno czy na "śmieciówce"), by pracowali na właściciela, to marzenie tej grupy. "Lepszy mały handelek niż duży szpadelek". To jest sukces w pewnej skali.
>To jest model kapitalizmu w Polsce, na Ukrainie i jeszcze bardziej rozwinięty w Afryce ale nie wszędzie tak jest.
Tak jest wszędzie poza tzw. "państwami dobrobytu", które w skali świata stanowią wyjątek (ze szczególnym wyróżnieniem Skandynawii). Bogaci Arabowie wykorzystują bezlitośnie Hindusów i Filipińczyków (-inki), bogaci Amerykanie zatrudniają na czarno nielegalnych Latynosów. To jest światowa średnia i Polska się w niej mieści (nawet nieco lepiej u nas jest, bo jeszcze trochę instytucji po socjalizmie zostało, więc mamy takie "państwo skromnego dobrobytu" na kredyt).

>[...] czasy się zmieniają i ekipa polityków rodem z Solidarności/kościoła i PZPR przemija, mentalność Polaków się zmienia.
Wątpię. Oczywiście przy wyborach wyszło na jaw wiele spraw, ale trudno mi uwierzyć, że zmienimy mentalność na szwedzką czy szwajcarską. Ale trochę może się da poprawić.
Paolo Monstro (6146 punktów)
>>Ponadto kapitalizm to model gospodarki, który ma różne implementacje.
>>Różnica polega na tym na ile państwo niweluje problemy związane z kapitalizmem.
>No właśnie, i dlatego jeśli chce się opisać te problemy, lepiej czynić to na modelu "bez niwelacji". Jeśli opis sugeruje, że "typowym" kapitalizmem jest "państwo dobrobytu", to zniekształca obraz.

Nie ma czegoś takiego jak "czysty kapitalizm", kapitalizm to model ekonomiczny, który zawiera cały system stosunków społecznych.

Model społeczeństwa zgodny "z prawem naturalnym", jakby powiedział kościół, to feudalizm, niewolnictwo, wyzysk - czyli jakieś początki kapitalizmu i okres świetności kościoła.
Jednak to nie jest wynikiem kapitalizmu tylko mentalności ludzkiej. Większość ludzi chce być "na szczycie" , chce mieć więcej niż inni i móc więcej niż inni, chce się czuć elitą. Poczucie własności było od zawsze oczekiwaniem większości ludzi i to jest podstawa kapitalizmu. Kapitalizm towarzyszył nam odkąd zeszliśmy z drzewa. Jednak człowiek bez dorobku cywilizacji jest agresywnym zwierzęciem stadnym, z przywódcą stada i hierarchią w stadzie. Wygrywa siła, gwałt, przekazywanie genów przez rozmnażanie się z kim popadnie i agresywność. Wraz z rozwojem cywilizacji, w szczególności wraz z rozwojem edukacji ludzie walczyli z prawem naturalnym i zmieniali stosunki w stadzie - kapitalizm rozwijał się wraz nimi. Przejmując część władzy ludzie cywilizowali też kapitalizm, tworzyli nowocześniejsze i dużo bardziej efektywne społeczeństwa.
Dziś kapitalizm w wielu państwach rozwiniętych nie ma nic wspólnego z XIXw. rewolucją przemysłową ani tym bardziej z feudalizmem.
Trzeba więc oceniać kontetny model w danym państwie, ogólne stwierdzenie kapitalizm nie opisuje niczego lub opisuje wiele możliwości od niewolnictwa do całkiem symtpatycznego społeczeństwa skandynawskiego.

>Ale "zachodni" kapitalizm też tak zaczynał (albo gorzej, od wyzysku niewolników np w Kongo Belgijskim). Tylko teraz te pieniądze się juz "wyprały".
Przykład Belgii doskonale obrazuje ewolucję kapitalizmu i mentalność ludzką. Królestwa, czyli pozostałości feudalizmu tworzyły model kolonialny, który budował cywilizowany kapitalizm w krajach rozwiniętych, finansowany przez feudalizm i prymitywną agresję w krajach nierozwiniętych. Ludzie przymykali oczy bo wybierali pieniądze zamiast wyższych uczuć. Belgia była jedynym krajem na tym kontynencie, który po IIw światowej nie miał długów. Pieniądze z niewolnictwa zostały w tym kraju - dziś Belgia jest krajem o najwyższym majątku na głowę w UE. Belgowie twierdzili o sobie, że są cywilizowani a jednocześnie swoje zwierzęce, prymitywne instynkty zaspokajali w koloniach. Gdy "świat cywilizowany" nie widział, upajali się agresją, morderstwami, gwałtami i torturami niczym Naziści w Niemczech czy Katolicy w Chorwacji. W efekcie zabili najprawdopodobniej więcej ludzi niż Niemczy w IIw światowej.
W krajach "rozwiniętych" dzieje się tak po trochu do dzisiaj - za każdym razem gdy kupujesz chiński produkt zamykasz oczy na fakt, że jest on wynikiem wyzysku chińczyków.

Wg mnie ten gen wyzysku jest w ludziach od zawsze i na zawsze pozostanie. Społeczeństwo bez ingerencji państwa będzie feudalne. Tam gdzie kończy się wpływ państwa tam naturalnie tworzy się wyzysk, niczym w Belgii, w której niewolnictwa nie było a jednocześnie kwitło ono dzięki Belgom w Kongo, którego prawo belgijskie nie obowiązywało bo wraz z ludźmi było prywatną posiadłością króla sadysty, którego pomniki stoją do dziś w tym kraju.
13-11-2015 04:28 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>>Ponadto kapitalizm to model gospodarki, który ma różne implementacje.
>>>Różnica polega na tym na ile państwo niweluje problemy związane z kapitalizmem.
>>No właśnie, i dlatego jeśli chce się opisać te problemy, lepiej czynić to na modelu "bez niwelacji". Jeśli opis sugeruje, że "typowym" kapitalizmem jest "państwo dobrobytu", to zniekształca obraz.
>Nie ma czegoś takiego jak "czysty kapitalizm", kapitalizm to model ekonomiczny, który zawiera cały system stosunków społecznych.
>Trzeba więc oceniać konkretny model w danym państwie, ogólne stwierdzenie kapitalizm nie opisuje niczego lub opisuje wiele możliwości od niewolnictwa do całkiem symtpatycznego społeczeństwa skandynawskiego.
Oczywiście i dlatego nie napisałem "czysty" tylko "typowy", tzn. reprezentujący większość "implementacji". Osoba żyjąca nawet w tak skromnym "dobrobycie na kredyt" jaki jest w Polsce, może nie dostrzegać, że choć na całym wspólczesnym świecie jest kapitalizm, to "dobrobyt" (układy zbiorowe pracy, ubezpieczenia zdrowotne, emerytury) jest w skali świata raczej wyjątkiem. Dominuje wyzysk. Możemy go obejrzeć w reportażach z krajów tzw. "rozwijających się". Nawet w tak rzeczywiście szybko rozwijających się krajach jak Brazylia czy Indie, nędza i wyzysk są ogromne. Cóż dopiero mówić o wielu krajach Afryki. Niegdyś było tak i w krajach tzw. "Zachodu" i dopiero z trudem taki dobrobyt osiągnięto (w dużej części przez wyzysk kolonii). Czyli dobrobyt nie tylko nie jest nieodłączny od kapitalizmu, ale występuje jedynie w mniejszości "implementacji".

>Model społeczeństwa zgodny "z prawem naturalnym", jakby powiedział kościół, to feudalizm, niewolnictwo, wyzysk - czyli jakieś początki kapitalizmu i okres świetności kościoła.
>Jednak to nie jest wynikiem kapitalizmu tylko mentalności ludzkiej. Większość ludzi chce być "na szczycie" , chce mieć więcej niż inni i móc więcej niż inni, chce się czuć elitą. Poczucie własności było od zawsze oczekiwaniem większości ludzi i to jest podstawa kapitalizmu. Kapitalizm towarzyszył nam odkąd zeszliśmy z drzewa. Jednak człowiek bez dorobku cywilizacji jest agresywnym zwierzęciem stadnym, z przywódcą stada i hierarchią w stadzie. Wygrywa siła, gwałt, przekazywanie genów przez rozmnażanie się z kim popadnie i agresywność. Wraz z rozwojem cywilizacji, w szczególności wraz z rozwojem edukacji ludzie walczyli z prawem naturalnym i zmieniali stosunki w stadzie - kapitalizm rozwijał się wraz nimi. Przejmując część władzy ludzie cywilizowali też kapitalizm, tworzyli nowocześniejsze i dużo bardziej efektywne społeczeństwa.
Mamy chyba zupełnie odmienne poglądy co do człowieka (jako gatunku). IMHO oczywiście jest on "zwierzęciem stadnym" i właśnie dlatego własność prywatna jest IMHO zupełnie dla niego "nienaturalna". Byłaby może naturalna, gdyby człowiek nie był spokrewniony z szympansami, ale z jakimś zwierzęciem żyjącym tak jak duże drapieżniki. polujące indywidualnie i zostawiające innym tylko ochłapy. "Odkąd zeszliśmy z drzewa" towarzyszył nam nie kapitalizm, ale wspólnota (polowania, dzielenia zdobyczy, iskania i parzenia się). Na marginesie zauważę, że stosujesz termin "kapitalizm" niezgodnie z jego dość ścisłym znaczeniem. Podobnie terminy "feudalizm" i "prawo naturalne".

>>Ale "zachodni" kapitalizm też tak zaczynał (albo gorzej, od wyzysku niewolników np w Kongo Belgijskim). Tylko teraz te pieniądze się juz "wyprały".
>Przykład Belgii doskonale obrazuje ewolucję kapitalizmu i mentalność ludzką. Królestwa, czyli pozostałości feudalizmu tworzyły model kolonialny, który budował cywilizowany kapitalizm w krajach rozwiniętych, finansowany przez feudalizm i prymitywną agresję w krajach nierozwiniętych.
>Wg mnie ten gen wyzysku jest w ludziach od zawsze i na zawsze pozostanie. Społeczeństwo bez ingerencji państwa będzie feudalne. Tam gdzie kończy się wpływ państwa tam naturalnie tworzy się wyzysk, [...].
To nie "pozostałości feudalizmu" tworzyły system kolonialny, ale właśnie rodzący się kapitalizm. Przykład Konga jest szczególnie drastyczny, gdyż wyzysk przebiegał tam bez kontroli państwa (podobny przykład to Indie z czasów Kompanii), ale podobnie wyzyskiwała swoje kolonie Anglia czy Francja. Albo weź choćby podobną sytuację niewolników w południowych Stanach. To nie był feudalizm, ale plantatorski kapitalizm.

>W krajach "rozwiniętych" dzieje się tak po trochu do dzisiaj - za każdym razem gdy kupujesz chiński produkt zamykasz oczy na fakt, że jest on wynikiem wyzysku chińczyków.
Owszem wyzysku, ale też skutkującego pewnym awansem ekonomicznym, i to chyba większym niż w Brazylii czy Indiach.

Jak napisałem niżej do kolegi dzentelmena, IMHO chciwość i tzw "własność prywatna" (biorę w cudzysłów, bo nie mam na myśli butów na nogach czy zapasów na zimę, ale nieograniczone zawłaszczanie) jest pewną społeczną aberracją (dewiacją), jaka zdominowała społeczeństwo ze względu na skuteczność ekonomiczną, odegrała doniosłą rolę w tworzeniu wspólczesnego społeczeństwa, ale obecnie musi być usunięta lub przynajmniej wzięta pod społeczną kontrolę, gdyż w przeciwnym przypadku doprowadzi świat do zguby.
dzentelmen (2000 punktów)
>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak
>zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie
>tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali. Osoby,
>które taki cel osiągną, a przynajmniej do niego dążą (nieraz ciężką pracą) nazywa się zaradnymi,
>przedsiębiorczymi, ocenia pozytywnie.

Trudno oceniać kogoś, kto jest obrotny, w sposób negatywny. Tzw. "sukces" to pojęcie względne, i pojmowane różnie nawet w obrębie jednej społeczności, nie mówiąc o szerszych skalach. Dlaczego kapitalizm trwa, mimo wszelkich skutków ubocznych? Bo jest naturalnym tworem ewolucji społecznej, stosunków i relacji. Ekonomia polityczna nadała mu jedynie nowe kierunki, precyzując je w niektórych obszarach tak, by uczynić handel i produkcje bardziej efektywną. Skutki jak wiemy bywały różne, ale próbowano też zakręcić kołem w odwrotną stronę, jak się to skończyło, doskonale wiemy.

>Wyobrażmy sobie np. wybitnego chirurga, który mieszka i ubiera się skromnie, do pracy jeździ
>autobusem i pracuje za niewielkie pieniądze, operując ludzi, których nie byłoby stać na "normalnego"
>tej klasy fachowca. Jednym słowem "doktor Judym".

Problem polega na tym, że istnieje pewna różnica, subtelna ale znacząca. Ocena człowieka, którego nie znamy opiera się głównie na ogólnikach, na stereotypach, a kiedy kogoś poznamy, to znamy również jego pobudki czy motywy. Taki lekarz może być np. człowiekiem tzw. "honoru", czy też człowiekem zasad, które niekoniecznie mają materialne priorytety.

>To samo dotyczy np. wybitnych aktorów, sportowców czy innych dobrych fachowców.
>Jednym słowem powodem pozytywnej oceny człowieka jest nie praca sama w sobie, ale umiejętność
>gromadzenia (pracą albo innym sposobem) własnych dóbr. Posiadanie dóbr (własność prywatną) uważa się
>wręcz za warunek prawdziwej wolności człowieka.

Przepraszam ale ocena pozytywna jaką wydaje wobec człowieka ogół, nijak się ma do jego wolności, przynajmniej w moim rozumieniu pojęcia "wolności". Natomiast gromadzenie dóbr jest przecież naturalnym odruchem ludzkiego działania. Zamiast upolowanych zwierząt, przynoszę do domu pieniądze, i to wszystko co mogę za nie nabyć. Więc poniekąd taka ocena na podstawie posiadania, jest uzasadniona, ale też tylko w powierzchownym wymiarze.

>Umiejętność gromadzenia dóbr jest chyba rzeczywistą umiejętnością, jakoś "zakorzenioną" w
>osobowości, a nie kwestią aktu woli, czy poznania jakiegoś "sposobu". Dlatego bezsensowne są apele
>typu "Bądźcie bardziej przedsiębiorczy!", czy "niezawodne" porady "jak się wzbogacić", skierowane do
>ludzi tej umiejętności nieposiadających.

To też zależy, od sytuacji, od rzeczywistości z jaką człowiek się musi zmierzyć. Bywało tak, że nieporadny Maciek, musiał dźwignąć ciężar utrzymania rodziny, po śmierci Ojca. To tylko taki ogólny przykład, ale różnie to w życiu bywa. Okoliczności niekiedy czynią z przeciętniaka bohatera, i odwrotnie. Nie można tak naprawdę oszacować czyjegoś potencjału, zakładając z góry. Oczywiście rozumiem Twoją sugestię, że są mniej i bardziej kumaci, czy też inaczej nastawieni, i nie zawsze takie rady są racjonalnym posunięciem, ale oceniać też nie należy pochopnie.

>Ciekawe czy były prowadzone jakieś badania psychologiczne
>dotyczące tej umiejętności, analogiczne np. do badań nad "śmiałością" czy nieśmiałością.
>Pewni ludzie umieją więc gromadzić dobra (mają potrzebne do tego cechy osobowości), inni nie.

Nie słyszałem o takich badaniach, ale wystarczy się rozejrzeć, by móc wyrobić sobie zdanie. Podkreślam jeszcze raz, materia jest skomplikowana, i nikogo oszacować do końca się nie da, ale faktem jest, że z niektórymi cechami ludzie się rodzą, a inni nabywają ich z wiekiem lub wcale.

>Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od
>człowieka nie dbającego o to?

W żadnym wypadku lepszy. Ludzie są zbyt złożoną "materią", by określać ich wartość na podstawie posiadania.

>W przeszłości miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr
>uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu, a nawet resocjalizować.
>Obecnie to właśnie ludzie, którzy w warunkach tego eksperymentu byli osobami pozytywnymi, a nawet
>wzorowymi, są pozbawieni wpływu, krytykowani ("homo sovieticus")...

Komunizm był wypaczeniem, który zablokował rozwój społeczno - ekonomiczny, czego skutkiem jest różnica mentalna i materialna między społecznościami tzw. zachodu a państwami byłego bloku sowieckiego. Niwelowanie różnicy na poziomie jednostkowym, jest zdecydowanie prostsze, niż w odniesieniu do ogółu społeczeństwa. Zbiorowa mentalności, świadomość, dojrzewa znacznie dłużej.

>Co o tym sądzicie?

Że wartościowy temat.
Belfer00 (720 punktów)
>>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali. Osoby, które taki cel osiągną, a przynajmniej do niego dążą (nieraz ciężką pracą) nazywa się zaradnymi, przedsiębiorczymi, ocenia pozytywnie.
>Trudno oceniać kogoś, kto jest obrotny, w sposób negatywny.
Owszem, trudno. Zwłaszcza w sytuacji gdy w Polsce wykorzeniono ze świadomości społecznej inne systemy wartości. Kiedyś było inaczej. Przecież tworząc "Ludzi bezdomnych" czy "Siłaczkę" autor wiedział, że "obrotni" dominują. A jednak jako postacie szlachetne, pozytywne, do naśladowania, przedstawił tych "nieobrotnych". Mieliśmy w Polsce wspaniałą tradycję twórców upominających się o los ludzi ubogich i wykorzystywanych. Byli tacy i w wieku XIX i w okresie międzywojennym. Po wojnie ten nurt wygaszono (cenzurując), bo "nie wypadało" pisać o biedzie w socjalizmie, ale też i obszary biedy realnie się zmniejszały. Obecnie cenzury już nie ma, za to bieda i wyzysk są. Tylko gdzie są twórcy podejmujący ten temat? Mieliśmy w Polsce także wspaniałą tradycję autentycznej lewicy, nie jakichś działaczy-karierowiczów, tylko ludzi tworzących choćby ruch spóldzielczy, czy tzw. "uniwersytety robotnicze" i "ludowe". Była zaangażowana na rzecz tzw. "ludzi pracy" inteligencja. Dziś mówi się o ludziach "wykluczonych", "zmarginalizowanych", ale rzadko o tym, że wyklucza i marginalizuje ich sam system ekonomiczny. Dopiero od niedawna pojawiają się głosy "architektów transformacji": "to nie tak miało być, myśmy tego nie chcieli, nie wiedzieliśmy, że tak to wyjdzie, przepraszamy". Piszą tak np. Modzelewski czy Król, pisałby pewnie, gdyby dożył i Kuroń. To jest po prostu groteskowe, to byłi przecież dorośli, odpowiedzialni ludzie. Niedawno czytałem pracę o sytuacji mieszkaniowej przed wojną i po transformacji. Po prostu horror. Ale jakoś tak pominięto w niej cały okres PRL-u. Może aby nie wzbudzać niewczesnych żalów i bezsilnych złorzeczeń?

>Dlaczego kapitalizm trwa, mimo wszelkich skutków ubocznych? Bo jest naturalnym tworem ewolucji społecznej, stosunków i relacji.
Tak samo "naturalnymi tworami ewolucji społecznej" były ustrój niewolniczy i feudalizm. Czy jednak ludzkość musi nadal kroczyć drogą natury? Jakiś czas temu dowiedziałem się o teoriach pewnego laureata "ekonomicznego nobla". Przewidział kryzys 2008 roku i podał środki by go uniknąć. Jednak tego nie zrobiono, bo byłoby to sprzeczne z interesem wielkich banków i tzw. "wolnością ekonomiczną". Wybrano inny sposób, na koszt tzw. "podatników". Wszystkie obecne zawirowania gospodarcze (a może i polityczne) są skutkiem stopniowego zrzucania przez "wielki kapitał" ograniczeń nałożonych jeszcze przez Roosevelta.

>Skutki jak wiemy bywały różne, ale próbowano też zakręcić kołem w odwrotną stronę, jak się to skończyło, doskonale wiemy.
"W odwrotną stronę" to znaczy jak? Bo jeśli masz na myśli gospodarkę planową i jej tzw. "upadek", to sprawa nie jest jednoznaczna. Gospodarka oparta o teorie neoliberalne jest na dłuższą metę zgubna dla świata.

>>Wyobrażmy sobie np. wybitnego chirurga, który mieszka i ubiera się skromnie, do pracy jeździ autobusem i pracuje za niewielkie pieniądze, operując ludzi, których nie byłoby stać na "normalnego" tej klasy fachowca. Jednym słowem "doktor Judym".
>Taki lekarz może być np. człowiekiem tzw. "honoru", czy też człowiekem zasad, które niekoniecznie mają materialne priorytety.
W kapitalizmie tego typu "ludzie honoru" czy "ludzie zasad" są właśnie, jak napisałem, dziwakami, którzy mogą działać na marginesie społeczeństwa (tym drugim, dla "nadnormalnych"). W końcu doktorowi Judymowi też nie uniemożliwiono całkowicie jego misji, a i siłaczki nikt umyślnie nie zabił. Jednak gdyby były ich setki tysięcy. mogłyby być pewne problemy.

>>Jednym słowem powodem pozytywnej oceny człowieka jest nie praca sama w sobie, ale umiejętność gromadzenia (pracą albo innym sposobem) własnych dóbr. Posiadanie dóbr (własność prywatną) uważa się wręcz za warunek prawdziwej wolności człowieka.
>Przepraszam ale ocena pozytywna jaką wydaje wobec człowieka ogół, nijak się ma do jego wolności, przynajmniej w moim rozumieniu pojęcia "wolności".
A przeczytaj, co powyżej napisał kolega Hodża. "Pisałeś tu o wolności a jednym z jej warunków zawsze była pewna niezależność materialna. Jest to zaleta bogactwa, którą trudno zanegować". Wolność jest uznawana za wartość, więc pozytywnie ocenia się ludzi, którzy taką wolność (w mniemaniu oceniającego) dzięki bogactwu osiągnęli. Ja mam na ten temat inne zdanie."Bogactwo nie czyni wolnym. Oczywiście środki na przeżycie są konieczne, ale posiadanie dóbr w ilości "bogactwa" w gruncie rzeczy zniewala. Troszczymy się o nie, obawiamy utracić, wysilamy by pomnożyć. Może jeszcze najmniej zniewala majątek odziedziczony czy np wygrany na loterii. [...] Ale majątek zdobyty "tymi ręcami" to jest jak część nas, jak nasze dziecko. Moje. nie oddam!

C.d. w następnym wpisie.
dzentelmen (2000 punktów)
>>Trudno oceniać kogoś, kto jest obrotny, w sposób negatywny.
>Owszem, trudno. Zwłaszcza w sytuacji gdy w Polsce wykorzeniono ze świadomości społecznej inne systemy wartości. Mieliśmy w Polsce wspaniałą tradycję twórców upominających się o los ludzi ubogich i wykorzystywanych.

Przy tego typu ocenach społecznych, które są siłą rzeczy tak ogólne, nie można zapominać o historii, o tym co na przestrzeni dziejów, wybranego w analizie narodu, kształtowało jego świadomość, mentalność. Obrotność, zaradność, którą można uznać za dość powszechną cechę Polaków, jest niejako umiejętnością wypracowaną wobec konfrontacji z rzeczywistością w jakiej przyszło egzystować. Nie znaczy to oczywiście, że inne cechy, walory, czy "cnoty" są znikome bądź ich brak. Chodzi o to, że każdy naród posiada takie cechy, które były niezbędne do przetrwania. Nasza historia, historia Polski i Polaków, tylko potwierdza i uzasadnia jednocześnie, że wymienione przez nas "atrybuty mentalne", to nie przypadek. By radzić sobie z okupantem, trzeba wykształcić mechanizm obronny, tak też postrzegam pewien etap procesu kształtowania się silnych charakterów. Natomiast dbanie o tę warstwę społeczną, która jest uboższa, czy też wykorzystywana, to kwestia zwyklej przyzwoitości, przecież nie brakuje ludzi niosących pomoc, czy to w zaangażowaniu indywidualnym czy grupowym, bądź systemowym (socjal). Natomiast to jak funkcjonuje państwo, jako aparat społeczny, w tej kwestii, to już zupełnie inna historia.

>Byli tacy i w wieku XIX i w okresie międzywojennym. Po wojnie ten nurt wygaszono (cenzurując), bo "nie wypadało" >pisać o biedzie w socjalizmie, ale też i obszary biedy realnie się zmniejszały. Obecnie cenzury już nie ma, za to bieda i wyzysk są. Tylko gdzie są twórcy podejmujący ten temat?

Ludzie niezależnie od ustroju radzili i radzą sobie nie tak najgorzej. Istnieje różnica, między tym jak wygląda codzienność między ludźmi, kiedy stoją oni w obliczu niesprzyjających okoliczności, a między tym jak wygląda to z zewnątrz. Jakich twórców masz na myśli, kultura? sztuka?, wydaje mi się, że ich nie brakowało i nie brakuje. A to o czym oni traktują, niekoniecznie oznacza wykorzenienie tego, o czym akurat nie wspominają... przynajmniej tak mi się zdaje.

>Dziś mówi się o ludziach "wykluczonych", "zmarginalizowanych", ale rzadko o tym, że wyklucza i marginalizuje ich sam system ekonomiczny.

Ofiary systemu niewątpliwie są pewnym, mówiąc dosadnie, kacem moralnym, ale nie można całej winy za niepowodzenia zrzucać na świat.

>Dopiero od niedawna pojawiają się głosy "architektów transformacji": "to nie tak miało być... To jest po prostu groteskowe, to byłi przecież dorośli, odpowiedzialni ludzie. Niedawno czytałem pracę o sytuacji mieszkaniowej przed wojną i po transformacji. Po prostu horror. Ale jakoś tak pominięto w niej cały okres PRL-u. Może aby nie wzbudzać niewczesnych żalów i bezsilnych złorzeczeń?

To złożony problem, ale obecny niemal w każdym postsowieckim kraju, bo przejście w kapitalizm nie było żadnym procesem, tylko działaniem "od zaraz", "na już", na teraz, zabrakło i przemyślanej strategii, i zwyciężył doraźny interes poszczególnych grup i poszczególnych osób. Skutki tego są m.in. takie o jakich wspomniałem w pierwszym wpisie.

>>Dlaczego kapitalizm trwa, mimo wszelkich skutków ubocznych? Bo jest naturalnym tworem ewolucji społecznej, stosunków i relacji.
>Tak samo "naturalnymi tworami ewolucji społecznej" były ustrój niewolniczy i feudalizm. Czy jednak ludzkość musi nadal kroczyć drogą natury?

Drogą natury? A są jakieś inne drogi? To co jest to efekt "procesu-rozwoju", trwającego od zarania. Owszem różne kierunki okazywały się zgubne, ale taka już jest ludzka natura, której zdarza się błądzić.

>Jakiś czas temu dowiedziałem się o teoriach pewnego laureata "ekonomicznego nobla". Przewidział kryzys 2008 roku i podał środki by go uniknąć. Jednak tego nie zrobiono, bo byłoby to sprzeczne z interesem wielkich banków i tzw. "wolnością ekonomiczną".

Niestety polityka ekonomiczna, nie zawsze idzie w parze ze standardami ekonomii, które znamy z podręczników.

>>Skutki jak wiemy bywały różne, ale próbowano też zakręcić kołem w odwrotną stronę, jak się to skończyło, doskonale wiemy.
>"W odwrotną stronę" to znaczy jak? Bo jeśli masz na myśli gospodarkę planową i jej tzw. "upadek", to sprawa nie jest jednoznaczna.

Naturalnie, sprawa nie jest jednoznaczna, bo eksperyment nie miał możliwości być wykonany prawidłowo. Utopił się w brudnych realiach rzeczywistości polityczno- społecznej.

>Gospodarka oparta o teorie neoliberalne jest na dłuższą metę zgubna dla świata.

To wiemy nie od dziś, jakieś propozycje?

>>Przepraszam ale ocena pozytywna jaką wydaje wobec człowieka ogół, nijak się ma do jego wolności, przynajmniej w moim rozumieniu pojęcia "wolności".
>A przeczytaj, co powyżej napisał kolega Hodża. "Pisałeś tu o wolności a jednym z jej warunków zawsze była pewna niezależność materialna. Jest to zaleta bogactwa, którą trudno zanegować".

I ja się z tym zgadzam. Jest to pewien warunek konieczny.

>Wolność jest uznawana za wartość, więc pozytywnie ocenia się ludzi, którzy taką wolność (w mniemaniu oceniającego) dzięki bogactwu osiągnęli. Ja mam na ten temat inne zdanie."Bogactwo nie czyni wolnym. Oczywiście środki na przeżycie są konieczne, ale posiadanie dóbr w ilości "bogactwa" w gruncie rzeczy zniewala.

Napisałem, że się zgadzam z tym co napisał kolega Hodża, ale tylko w pewnym wymiarze traktowania tego co rozumiem pod pojęciem wolność. W przeciwieństwie do Ciebie nie uważam by bogactwo zniewalalo. Tu umiar ma znaczenie. A wolność w moim mniemaniu, to kwestia osobistego podejścia, oczywiście wyłączając patologiczne przypadki, w których dochodzi do dosłownego zniewolenia człowieka, jak np. ograniczenie swobody egzystencjalnej, czy wręcz kajdany.
09-11-2015 03:48 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>>Trudno oceniać kogoś, kto jest obrotny, w sposób negatywny.
>>Owszem, trudno. Zwłaszcza w sytuacji gdy w Polsce wykorzeniono ze świadomości społecznej inne systemy wartości. Mieliśmy w Polsce wspaniałą tradycję twórców upominających się o los ludzi ubogich i wykorzystywanych.
>Obrotność, zaradność, którą można uznać za dość powszechną cechę Polaków, jest niejako umiejętnością wypracowaną wobec konfrontacji z rzeczywistością w jakiej przyszło egzystować. [...] Chodzi o to, że każdy naród posiada takie cechy, które były niezbędne do przetrwania.
Do przetrwania narodu (społeczności) równie ważna jak obrotność (a właściwie ważniejsza) jest solidarność. A tej u nas brakuje. Wspólne śpiewy na manifestacjach to owszem, ale jak trzeba zapłacić pracownikowi za robotę, czy państwu podatek, to solidarność znika.

>Natomiast dbanie o tę warstwę społeczną, która jest uboższa, czy też wykorzystywana, to kwestia zwyklej przyzwoitości, przecież nie brakuje ludzi niosących pomoc, czy to w zaangażowaniu indywidualnym czy grupowym, bądź systemowym (socjal).
A dlaczego tylu ludzi pracujących jest ubogich? Właśnie przez bezlitosny wyzysk, przez to, że nasza gospodarka jest oparta nie na innowacyjności, a na wyzysku (pisze o tym wyżej kolega Paolo Monstro). Wystarczy porównać stawki, ilość śmieciówek, uzwiązkowienie. I to nie ze Szwecją, tylko choćby z Czechami czy Słowacją.

>>Byli tacy i w wieku XIX i w okresie międzywojennym. Po wojnie ten nurt wygaszono (cenzurując), bo "nie wypadało" pisać o biedzie w socjalizmie, ale też i obszary biedy realnie się zmniejszały. Obecnie cenzury już nie ma, za to bieda i wyzysk są. Tylko gdzie są twórcy podejmujący ten temat?
>Jakich twórców masz na myśli, kultura? sztuka?, wydaje mi się, że ich nie brakowało i nie brakuje. A to o czym oni traktują, niekoniecznie oznacza wykorzenienie tego, o czym akurat nie wspominają... przynajmniej tak mi się zdaje.
A jaki twórca podjął temat dzisiejszej rzeczywistości tak, jak Prus czy Żeromski opisywali świat XIX wieku? Jak nie powieść to może film obnażający drapieżny, polski kapitalizm XXI wieku? Jak nikt o tym nie pisze, ani filmów nie tworzy, to temat znika ze świadomości społecznej. Mieliśmy w Polsce wielu twórców stających po stronie wyzyskiwanych, obecnie ich nie widać.

>>>Dlaczego kapitalizm trwa, mimo wszelkich skutków ubocznych? Bo jest naturalnym tworem ewolucji społecznej, stosunków i relacji.
>>Tak samo "naturalnymi tworami ewolucji społecznej" były ustrój niewolniczy i feudalizm. Czy jednak ludzkość musi nadal kroczyć drogą natury?
>Drogą natury? A są jakieś inne drogi? To co jest to efekt "procesu-rozwoju", trwającego od zarania.
Oczywiście. Droga rozumu i nauki. Człowiek "z natury" nie lata, ale stworzył pojazdy latające. Obecne rasy zwierząt hodowlanych nie powstały "z natury" lecz przez świadome działanie człowieka. Czyli człowiek może rozumnie kierować procesami dawniej uważanymi za "naturalne".

>>Jakiś czas temu dowiedziałem się o teoriach pewnego laureata "ekonomicznego nobla". Przewidział kryzys 2008 roku i podał środki by go uniknąć. Jednak tego nie zrobiono, bo byłoby to sprzeczne z interesem wielkich banków i tzw. "wolnością ekonomiczną".
>Niestety polityka ekonomiczna, nie zawsze idzie w parze ze standardami ekonomii, które znamy z podręczników.
Ale rzecz w tym, że istnieje wiedza pozwalająca lepiej pokierować światową gospodarką, ale decyduje nie ona tylko chciwość.

>>>Skutki jak wiemy bywały różne, ale próbowano też zakręcić kołem w odwrotną stronę, jak się to skończyło, doskonale wiemy.
>>"W odwrotną stronę" to znaczy jak? Bo jeśli masz na myśli gospodarkę planową i jej tzw. "upadek", to sprawa nie jest jednoznaczna.
>Naturalnie, sprawa nie jest jednoznaczna, bo eksperyment nie miał możliwości być wykonany prawidłowo. Utopił się w brudnych realiach rzeczywistości polityczno- społecznej.
Realia zawsze są "brudne", świat to nie laboratorium. Eksperyment osiągnął zamierzone cele i przegrał rywalizację tylko z powodów pozaekonomicznych.

>>Gospodarka oparta o teorie neoliberalne jest na dłuższą metę zgubna dla świata.
>To wiemy nie od dziś, jakieś propozycje?
Jeśli nawet pominąć nakazowo-rozdzielczą gospodarkę niedoboru, to mamy różne wersje keynesizmu.
dzentelmen (2000 punktów)
>Do przetrwania narodu (społeczności) równie ważna jak obrotność (a właściwie ważniejsza) jest solidarność. A tej u nas brakuje. Wspólne śpiewy na manifestacjach to owszem, ale jak trzeba zapłacić pracownikowi za robotę, czy państwu podatek, to solidarność znika.

Uważam troszkę inaczej. Solidarność pojmowana jako wspólny opór wobec władzy czy systemu, jest dużo trwalszym spoiwem i poniekąd tożsamym z cechami wymienionymi wcześniej, niż to o czym Ty piszesz. Świadomość tak pojmowanej solidarności, jako sprawnego działania na rzecz sprawnego funkcjonowania państwa od gospodarki przez prawo do polityki, to przecież proces, zachodzący zarówno na poziomie mentalnym, jak kulturowym w ogóle, a przytym rozłożony na lata. Tak więc ta solidarność równoznaczna z "mentalnością ula", gdzie każdy jest świadomy wspólnego obowiązku, wspólnej racji i odpowiedzialności, to jeszcze przed nami. A z tego co widać, bądź co bądź, przemiana następuje.

>A dlaczego tylu ludzi pracujących jest ubogich? Właśnie przez bezlitosny wyzysk, przez to, że nasza gospodarka jest oparta nie na innowacyjności, a na wyzysku (pisze o tym wyżej kolega Paolo Monstro). Wystarczy porównać stawki, ilość śmieciówek, uzwiązkowienie. I to nie ze Szwecją, tylko choćby z Czechami czy Słowacją.

Zgadzam się całkowicie, sytuacja jest paskudna w tych obszarach, zresztą ilość emigrantów tylko potwierdza zasadność takiej krytyki. Weź choćby też, ceny a zarobki, przecież to śmiech przez łzy.
Ja jednak przy całkowitym rozumieniu intencji, w porównywaniu nas z innymi, wolę wystrzegać się porównań dosłownych. O ile pewne schematy i rozwiązania są do powielenia, to bezpośredniego przełożenia sytuacji z krajów takich jak kraje skandynawskie, czy Czechy i Słowacja na Polskie realia, jest metodą niedokońca miarodajną. Nie zapominaj, że są to kraje o małej liczbie ludności, a w przypadku krajów skandynawskich to i inna kultura, też nieskażona komunizmem. Jak wiemy z życia, choć to żadna reguła, to jednak mniejszą grupą ludzi zdecydowanie łatwiej zarządzać. Oczywiście są pewne sprawdzone schematy, ale różnic jest więcej.

>A jaki twórca podjął temat dzisiejszej rzeczywistości tak, jak Prus czy Żeromski opisywali świat XIX wieku? Jak nie powieść to może film obnażający drapieżny, polski kapitalizm XXI wieku? Jak nikt o tym nie pisze, ani filmów nie tworzy, to temat znika ze świadomości społecznej. Mieliśmy w Polsce wielu twórców stających po stronie wyzyskiwanych, obecnie ich nie widać.

Kto szuka ten znajdzie, mówiąc bezczelnie. Są przecież w różnych gałęziach sztuki, twórcy wszelkiej tematyki, od teatru przez kina po książki i muzykę. Nieraz odnoszę wrażenie, że 25 lat tzw. kapitalizmu wystarczyło by pewnym środowiskom, czy poszczególnym ludziom, zechciało się nowego porządku, i to w sytuacji gdzie tak naprawdę nowy porządek szczególnie w Europie środkowo-wschodniej i wschodniej jeszcze nie okrzepl, nie utrwalił się. Oczywiście to żadna aluzja w Twoją stronę, po prostu nie raz wysłuchując różnych ludzi można odnieść takie wrażenie.

>Oczywiście. Droga rozumu i nauki. Człowiek "z natury" nie lata, ale stworzył pojazdy latające. Obecne rasy zwierząt hodowlanych nie powstały "z natury" lecz przez świadome działanie człowieka. Czyli człowiek może rozumnie kierować procesami dawniej uważanymi za "naturalne".

Tak, tylko ewolucja społeczna, to proces niepodlegający bezpośredniemu kierownictwu, to proces dziejowy. Kapitalizm nie został wymyślony, czy narzucony, to twór, który dziś wygląda tak bo rozwinął się m.in. handel, produkcja, usługi, i wszystko to co tworzy obecny kształt gospodarczy. Oczywiście człowiek interweniuje w ten proces (kierunków gospodarczych) świadomie, to też jest pytanie o dokonywane wybory. Czy one są słuszne? Ciężko powiedzieć.

>Ale rzecz w tym, że istnieje wiedza pozwalająca lepiej pokierować światową gospodarką, ale decyduje nie ona tylko chciwość.

No tak, tylko rzecz też w tym, że niema jednego kierownictwa. Niema globalnego zarządu i nie będzie, stąd te różnice. Kultura polityczna różnych ośrodków siły, mimo korzystania ze wspólnych zasad i reguł ekonomicznych (kapitalizm), w skali globalnej, jest tak zróżnicowana, jak różne są Państwa. Każdy trzyma swoje karty w swojej ręce, i każdy gra pod siebie. Strategie globalne ze sfer politycznych, są też jedną z przyczyn tych właśnie różnic. Nie sprowadzał bym problemu świata tylko do chciwości, to zamazuje obraz rzeczywistości. Świat i systemy polityczne czy też porządki ekonomiczne, to strasznie złożone mechanizmy, skomplikowane i nie ma jednego środka zaradczego na wszystkie problemy. Ale oczywiście w pełni popieram wszystko to co dąży do pozytywnych zmian. Nie jest dla mnie za bardzo istotnie to, czy to idee lewicowe czy wartości prawicowe niosą zmiany, grunt by to przeciętny zjadacz chleba miał coraz wyższe standardy, by mówiąc górnolotnie, ludziom żyło się lepiej.

>Realia zawsze są "brudne", świat to nie laboratorium. Eksperyment osiągnął zamierzone cele i przegrał rywalizację tylko z powodów pozaekonomicznych.

Naturalnie, świat to nie laboratorium, ale niech nikt kitu ludziom nie wciska, że Lenin a później Stalin i Mao, wdrażali ideę Marksa. Marskizm ten w czystej postaci ostał się w książkach i na uczelniach. Przynajmniej takie jest moje zdanie.


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
10-11-2015 03:48 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>A dlaczego tylu ludzi pracujących jest ubogich? Właśnie przez bezlitosny wyzysk, przez to, że nasza gospodarka jest oparta nie na innowacyjności, a na wyzysku (pisze o tym wyżej kolega Paolo Monstro). Wystarczy porównać stawki, ilość śmieciówek, uzwiązkowienie. I to nie ze Szwecją, tylko choćby z Czechami czy Słowacją.
>Ja jednak przy całkowitym rozumieniu intencji, w porównywaniu nas z innymi, wolę wystrzegać się porównań dosłownych. O ile pewne schematy i rozwiązania są do powielenia, to bezpośredniego przełożenia sytuacji z krajów takich jak kraje skandynawskie, czy Czechy i Słowacja na Polskie realia, jest metodą niedokońca miarodajną. Nie zapominaj, że są to kraje o małej liczbie ludności, a w przypadku krajów skandynawskich to i inna kultura, też nieskażona komunizmem.
W krajach skandynawskich to raczej tradycje solidaryzmu klasowego mają znaczenie. Tam prawie nie było pańszczyzny, od średniowiecza chłopi zasiadali w parlamencie i wszystkie klasy społeczne były uznawane za ważne dla kraju. W Polsce w tym czasie chłop był traktowany jak niewolnik. Ale to nie może być imho żadnym usprawiedliwieniem dla tego co się u nas dzieje obecnie.

>Nieraz odnoszę wrażenie, że 25 lat tzw. kapitalizmu wystarczyło by pewnym środowiskom, czy poszczególnym ludziom, zechciało się nowego porządku, i to w sytuacji gdzie tak naprawdę nowy porządek szczególnie w Europie środkowo-wschodniej i wschodniej jeszcze nie okrzepl, nie utrwalił się. Oczywiście to żadna aluzja w Twoją stronę, po prostu nie raz wysłuchując różnych ludzi można odnieść takie wrażenie.
Ten "nowy porządek" co jest u nas od 25 lat, to faktycznie "stary porządek" (kapitalizm przecież już w Polsce kiedyś był). Może rzeczywiście warto pomyśleć o czymś nowym?

>>[...] człowiek może rozumnie kierować procesami dawniej uważanymi za "naturalne".
>Tak, tylko ewolucja społeczna, to proces niepodlegający bezpośredniemu kierownictwu, to proces dziejowy. Oczywiście człowiek interweniuje w ten proces (kierunków gospodarczych) świadomie, to też jest pytanie o dokonywane wybory. Czy one są słuszne? Ciężko powiedzieć.
Procesem dziejowym też się da kierować. Jak kryzys przycisnął, to Roosevelt dał radę wprowadzić zmiany. A jak socjaldemokraci urządzili Szwecję? Umyślnie pomijam komunistów, bo może nie wszystkim się ich działania podobają.

>>Ale rzecz w tym, że istnieje wiedza pozwalająca lepiej pokierować światową gospodarką, ale decyduje nie ona tylko chciwość.
>No tak, tylko rzecz też w tym, że niema jednego kierownictwa. Niema globalnego zarządu i nie będzie, stąd te różnice. Kultura polityczna różnych ośrodków siły, mimo korzystania ze wspólnych zasad i reguł ekonomicznych (kapitalizm), w skali globalnej, jest tak zróżnicowana, jak różne są Państwa.
Ale "nobel" z ekonomii jest uznany na całym świecie. W technice też nie ma jednego kierownictwa, a nowe technologie rozchodzą się błyskawicznie.

>Nie jest dla mnie za bardzo istotnie to, czy to idee lewicowe czy wartości prawicowe niosą zmiany, grunt by to przeciętny zjadacz chleba miał coraz wyższe standardy, by mówiąc górnolotnie, ludziom żyło się lepiej.
Ale którym ludziom? Mieszkaniec "naszego", bogatego świata kupuje dość tanio laptopy, tablety, smartfony. Uważa, że żyje mu się dobrze. To jest środkowe ogniwo systemu. Ale przed nim jest pracowity, chiński robotnik. Składa te "zabawki" choć jego pewnie na nie nie stać. Ale jest zadowolony. Choć nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i nie będzie miał emerytury, jest syty i porządnie ubrany, żyje mu się lepiej, niż jego rodzicom czy dziadkom, którzy często po prostu głodowali. A gdzie jest ostatnie ogniwo? Ogromna kupa elektronicznego złomu w jakimś biednym kraju. I człowiek w łachmanach, wypalający z tego złomu metale szlachetne. Unoszą się kłęby jadowitego dymu, a on nie ma ani maski, ani nawet rękawic. Pracuje za grosze by przeżyć i utrzymać rodzinę. My tych ogniw staramy się nie widzieć. Podobnie jak nie widzieliśmy milionów uchodźców, dopóki byli tam gdzieś, w obozach na pustyni. Zauważyliśmy ich dopiero jak przyszli do nas.
10-11-2015 15:03 
 Ocena 1 na 1
dzentelmen (2000 punktów)
>>O ile pewne schematy i rozwiązania są do powielenia, to bezpośredniego przełożenia sytuacji z krajów takich jak kraje skandynawskie, czy Czechy i Słowacja na Polskie realia, jest metodą nie do końca miarodajną. Nie zapominaj, że są to kraje o małej liczbie ludności, a w przypadku krajów skandynawskich to i inna kultura, też nieskażona komunizmem.
>W krajach skandynawskich to raczej tradycje solidaryzmu klasowego mają znaczenie. Tam prawie nie było pańszczyzny, od średniowiecza chłopi zasiadali w parlamencie i wszystkie klasy społeczne były uznawane za ważne dla kraju. W Polsce w tym czasie chłop był traktowany jak niewolnik. Ale to nie może być imho żadnym usprawiedliwieniem dla tego co się u nas dzieje obecnie.

Tak, to się wszystko zgadza. Zarówno porównywanie się z innymi (ponad pewną granicę), czy też odwoływanie się do ciężkiej historii, poza pewną wartością, nie może być czy służyć do tworzenia lepszych warunków rzeczywistości. Powtarzam, widzę naprawdę pozytywne zmiany, widzę postęp, ale oczywiście też to o czym tu mówimy stanowi jeszcze wciąż duży problem. Cóż, jeśli mam być szczery, to w mojej opinii, ani PiS ani PO, ani żaden obecny podmiot polityczny w Polsce, niema możliwości, one przyjdą z nowym pokoleniem. Nie twierdzę rzecz jasna, że obecni nie robią czegokolwiek, czy że są generalnie skazani na niepowodzenie, chodzi bardziej o wymianę pokoleniową, a co za tym idzie mentalną w strukturach zarządzania państwem, choć co do tego akurat pewności nie ma.

>Może rzeczywiście warto pomyśleć o czymś nowym?

Naturalnie, zawsze warto, tym bardziej, że jest co poprawiać.

>>Tak, tylko ewolucja społeczna, to proces niepodlegający bezpośredniemu kierownictwu, to proces dziejowy. Oczywiście człowiek interweniuje w ten proces (kierunków gospodarczych) świadomie, to też jest pytanie o dokonywane wybory. Czy one są słuszne? Ciężko powiedzieć.
>Procesem dziejowym też się da kierować. Jak kryzys przycisnął, to Roosevelt dał radę wprowadzić zmiany. A jak socjaldemokraci urządzili Szwecję? Umyślnie pomijam komunistów, bo może nie wszystkim się ich działania podobają.

Tak, tylko Ty tu wymieniłeś coś co było rozwiązaniem doraźnym. Interweniujący Roosevelt nie wiedział jak się to skończy. My już wiemy, to ta różnica. Oczywiście długofalowe strategie są oparte o jakieś rachunki, ale ocena i ich weryfikacja przychodzi dopiero z perspektywy czasu, wtedy mówimy, że to były dziejowe zmiany, jak np. rozszczepienie atomu. Choć oczywiście możemy się różnić w ocenie. A co do komunistów, to też nie można, przynajmniej w mojej opinii, wrzucać wszystkich do jednego wora. Bardziej gardzę kłamliwymi interpretacjami historii, którą uprawiają politycy w imię własnych ideologii, tzw. polityka historyczna.

>>No tak, tylko rzecz też w tym, że niema jednego kierownictwa. Niema globalnego zarządu i nie będzie, stąd te różnice. Kultura polityczna różnych ośrodków siły, mimo korzystania ze wspólnych zasad i reguł ekonomicznych (kapitalizm), w skali globalnej, jest tak zróżnicowana, jak różne są Państwa.
>Ale "nobel" z ekonomii jest uznany na całym świecie. W technice też nie ma jednego kierownictwa, a nowe technologie rozchodzą się błyskawicznie.

Przykłady, które podałeś, to w gruncie rzeczy obszar właśnie tego wspólnego pola, wspólnego podłoża ekonomicznego. A mnie chodziło tu o trudności wynikające z parszywych zasad współczesnej polityki międzynarodowej, z geopolityki. To m.in. właśnie z tego powodu, gdzie dochodzi do konfliktu interesu największych podmiotów państwowych przy realizacji własnych interesów międzynarodowych, dochodzi do konfliktów zbrojnych. A są takie państwa, które różnią się nie tylko ideologią polityczną, kulturą i obyczajami, a są równie duże i silne. Oczywiście to wszystko nie wyklucza tego o czym wspomniasz, czyli jak dobrze rozumiem, zmian w zasadach funkcjonowania globalnej ekonomii. To wydaje się i tak chyba nieuniknione, choćby z racji ograniczenia pewnych zasobów.

>>....żeby, mówiąc górnolotnie, ludziom żyło się lepiej.
>Ale którym ludziom?

Tym, o których tu rozmawiamy.

>Mieszkaniec "naszego", bogatego świata kupuje dość tanio laptopy, tablety, smartfony. Uważa, że żyje mu się dobrze. To jest środkowe ogniwo systemu. Ale przed nim jest pracowity, chiński robotnik. Składa te "zabawki" choć jego pewnie na nie nie stać. Ale jest zadowolony. Choć nie ma ubezpieczenia zdrowotnego i nie będzie miał emerytury, jest syty i porządnie ubrany, żyje mu się lepiej, niż jego rodzicom czy dziadkom, którzy często po prostu głodowali. A gdzie jest ostatnie ogniwo? Ogromna kupa elektronicznego złomu w jakimś biednym kraju. I człowiek w łachmanach, wypalający z tego złomu metale szlachetne. Unoszą się kłęby jadowitego dymu, a on nie ma ani maski, ani nawet rękawic. Pracuje za grosze by przeżyć i utrzymać rodzinę. My tych ogniw staramy się nie widzieć. Podobnie jak nie widzieliśmy milionów uchodźców, dopóki byli tam gdzieś, w obozach na pustyni. Zauważyliśmy ich dopiero jak przyszli do nas.

Pomijając kwestie uchodźców, to zauważ, że ten ciąg się przemieszcza, powoli ale jednak. Tak jak w Euroazji ludzie generalnie idą ze wschodu na zachód, a w Ameryce z południa na północ, tak też kraje i ich wzrost gospodarczy postępuję przesuwając dobrobyt w tym właśnie kierunku, z którego część z tych ludzi wędruje. Natomiast miejsca wyzysku nędzy, czy pustynie biedy, to chyba jeden z najcięższych zarzutów jaki można palcem pokazać, tym którym się zdaje, że jest piknie i kolorowo.

Pozdrawiam.


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
Belfer00 (720 punktów)
>>>Tak, tylko ewolucja społeczna, to proces niepodlegający bezpośredniemu kierownictwu, to proces dziejowy. Oczywiście człowiek interweniuje w ten proces (kierunków gospodarczych) świadomie, to też jest pytanie o dokonywane wybory.
>>Procesem dziejowym też się da kierować. Jak kryzys przycisnął, to Roosevelt dał radę wprowadzić zmiany. A jak socjaldemokraci urządzili Szwecję? Umyślnie pomijam komunistów, bo może nie wszystkim się ich działania podobają.
>Tak, tylko Ty tu wymieniłeś coś co było rozwiązaniem doraźnym. Interweniujący Roosevelt nie wiedział jak się to skończy. My już wiemy, to ta różnica. Oczywiście długofalowe strategie są oparte o jakieś rachunki, ale ocena i ich weryfikacja przychodzi dopiero z perspektywy czasu, [...].
Nowy Ład rozwiązaniem doraźnym? Oczywiście nie wiedział, nie był jasnowidzem. Ale planował. Tym bardziej nie sposob określić jako działania doraźnego budowy "państwa dobrobytu" przez socjaldemokratów. Działanie komunistów było o wiele radykalniejsze i jest obecnie krytykowane, ale gospodarka centralnie sterowana była do pewnego momentu sprawna i osiągająca założone cele.

>>>....żeby, mówiąc górnolotnie, ludziom żyło się lepiej.
>>Ale którym ludziom?
>Tym, o których tu rozmawiamy.
Ale problem w tym, że konsumentom żyje się lepiej, jak mają tani produkt dzięki taniej sile roboczej. A "sile roboczej" już niekoniecznie jest lepiej. Globalny kapitalizm lokuje tam gdzie taniej i nie przejmuje się, że "recykler" umrze na raka. Przecież globalna jest tylko produkcja i wymiana, a opieka zdrowotna i pomoc społeczna to już "sprawa lokalna".

>Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
dzentelmen (2000 punktów)
>>>>Tak, tylko ewolucja społeczna, to proces niepodlegający bezpośredniemu kierownictwu, to proces dziejowy. Oczywiście człowiek interweniuje w ten proces (kierunków gospodarczych) świadomie, to też jest pytanie o dokonywane wybory.
>>>Procesem dziejowym też się da kierować. Jak kryzys przycisnął, to Roosevelt dał radę wprowadzić zmiany. A jak socjaldemokraci urządzili Szwecję? Umyślnie pomijam komunistów, bo może nie wszystkim się ich działania podobają.
>>Tak, tylko Ty tu wymieniłeś coś co było rozwiązaniem doraźnym. Interweniujący Roosevelt nie wiedział jak się to skończy. My już wiemy, to ta różnica. Oczywiście długofalowe strategie są oparte o jakieś rachunki, ale ocena i ich weryfikacja przychodzi dopiero z perspektywy czasu, [...].
>Nowy Ład rozwiązaniem doraźnym? Oczywiście nie wiedział, nie był jasnowidzem. Ale planował. Tym bardziej nie sposob określić jako działania doraźnego budowy "państwa dobrobytu" przez socjaldemokratów. Działanie komunistów było o wiele radykalniejsze i jest obecnie krytykowane, ale gospodarka centralnie sterowana była do pewnego momentu sprawna i osiągająca założone cele.

Tak zgadza się, tylko uznanie czy ocena czegoś, jakiegoś konkretnego działania, rozwiązania, w dziedziniach mających wpływ na całe masy ludzi, na rzeczywistość, możemy określić jako dziejowe, dopiero po upływie czasu, po efektach, i o to mi chodzi, w odniesieniu się do procesów rozwoju społecznego. Naturalnie, że człowiek planuje, wdraża strategie nawet jest wstanie w pewnym zakresie przewidzieć reakcje, przygotować kilka wersji, ale rezultat zależy też od czynników, na które planujący nie do końca ma wpływ, w momencie podjęcia działania. A swoją drogą nawet mimo niepowodzenia komunistów, w sensie ekonomicznym, to i tak przyczynili się oni do pewnych zmian w szerszej skali, które można uznać za zmiany dziejowe. Związki zawodowe, a co za tym idzie rzesze robotników np. na zachodzie w czasie trwania komunizmu w Europie po naszej stronie, też osiągnęły pewną pozycję, której w innych okolicznościach by nie osiągnęły.

>>>>....żeby, mówiąc górnolotnie, ludziom żyło się lepiej.
>>>Ale którym ludziom?
>>Tym, o których tu rozmawiamy.
>Ale problem w tym, że konsumentom żyje się lepiej, jak mają tani produkt dzięki taniej sile roboczej. A "sile roboczej" już niekoniecznie jest lepiej. Globalny kapitalizm lokuje tam gdzie taniej i nie przejmuje się, że "recykler" umrze na raka. Przecież globalna jest tylko produkcja i wymiana, a opieka zdrowotna i pomoc społeczna to już "sprawa lokalna".

Najlepiej zacząć od siebie, od własnego podwórka, i o tych ludziach właśnie mówię. A kapitalizm i jego wersje w poszczególnych państwach, to sprawa nie tylko ekonomii. To że w Anglii jest elegancko, a przy tych samych regułach ekonomicznych, np. w Indiach, czy Brazylii sytuacja jest, jak mówią ci "eksperci", rozwojowa, a rzeczywiście dalece inna niż we wspomnianej Anglii, to przecież nie tylko kwestia samej ekonomii, kapitalizmu. Chyba się zgodzimy, że jak kuleje zarządzanie, kierownictwo, to nawet najlepszy system nie pomoże? (mówie to oczywiście, przy pełnej świadomości, co generuje system kapitalistyczny).


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
Belfer00 (720 punktów)
>>>>>Tak, tylko ewolucja społeczna, to proces niepodlegający bezpośredniemu kierownictwu, to proces dziejowy. Oczywiście człowiek interweniuje w ten proces (kierunków gospodarczych) świadomie, to też jest pytanie o dokonywane wybory.
>>>>Procesem dziejowym też się da kierować. Jak kryzys przycisnął, to Roosevelt dał radę wprowadzić zmiany. A jak socjaldemokraci urządzili Szwecję? Umyślnie pomijam komunistów, bo może nie wszystkim się ich działania podobają.
>>>Tak, tylko Ty tu wymieniłeś coś co było rozwiązaniem doraźnym. Interweniujący Roosevelt nie wiedział jak się to skończy. My już wiemy, to ta różnica. Oczywiście długofalowe strategie są oparte o jakieś rachunki, ale ocena i ich weryfikacja przychodzi dopiero z perspektywy czasu, [...].
>>Nowy Ład rozwiązaniem doraźnym? Tym bardziej nie sposob określić jako działania doraźnego budowy "państwa dobrobytu" przez socjaldemokratów. Działanie komunistów było o wiele radykalniejsze i jest obecnie krytykowane, ale gospodarka centralnie sterowana była do pewnego momentu sprawna i osiągająca założone cele.
>Tak zgadza się, tylko uznanie czy ocena czegoś, jakiegoś konkretnego działania, rozwiązania, w dziedziniach mających wpływ na całe masy ludzi, na rzeczywistość, możemy określić jako dziejowe, dopiero po upływie czasu, po efektach, i o to mi chodzi, w odniesieniu się do procesów rozwoju społecznego.
To chyba jednak nie jest tak, że każdy podejmuje działania doraźne, a dopiero z tego potem jakoś "same wychodzą" dzieje.

>Naturalnie, że człowiek planuje, wdraża strategie, nawet jest w stanie w pewnym zakresie przewidzieć reakcje, przygotować kilka wersji, ale rezultat zależy też od czynników, na które planujący nie do końca ma wpływ, w momencie podjęcia działania.
Jeśli nawet przeważnie tak jest, to sam przyznałeś, że jest "planowanie strategiczne". "Mąż stanu" tym się różni od zwykłego polityka, że ma pewną wizję i usiłuje ją planowo realizować. Lenin, Hitler, Roosevelt.

>A swoją drogą nawet mimo niepowodzenia komunistów, w sensie ekonomicznym, to i tak przyczynili się oni do pewnych zmian w szerszej skali, które można uznać za zmiany dziejowe. Związki zawodowe, a co za tym idzie rzesze robotników np. na zachodzie w czasie trwania komunizmu w Europie po naszej stronie, też osiągnęły pewną pozycję, której w innych okolicznościach by nie osiągnęły.
Też tak uważam. Z tym, że tzw. "upadek komunizmu" miał imho przyczyny polityczne (rywalizacja supermocarstw), a nie ekonomiczne.

>>>>>....żeby, mówiąc górnolotnie, ludziom żyło się lepiej.
>>>>Ale którym ludziom?
>>>Tym, o których tu rozmawiamy.
>>Ale problem w tym, że konsumentom żyje się lepiej, jak mają tani produkt dzięki taniej sile roboczej. A "sile roboczej" już niekoniecznie jest lepiej. Globalny kapitalizm lokuje tam gdzie taniej i nie przejmuje się, że "recykler" umrze na raka. Przecież globalna jest tylko produkcja i wymiana, a opieka zdrowotna i pomoc społeczna to już "sprawa lokalna".
>Najlepiej zacząć od siebie, od własnego podwórka, i o tych ludziach właśnie mówię. A kapitalizm i jego wersje w poszczególnych państwach, to sprawa nie tylko ekonomii. To że w Anglii jest elegancko, a przy tych samych regułach ekonomicznych, np. w Indiach, czy Brazylii sytuacja jest, jak mówią ci "eksperci", rozwojowa, a rzeczywiście dalece inna niż we wspomnianej Anglii, to przecież nie tylko kwestia samej ekonomii, kapitalizmu. Chyba się zgodzimy, że jak kuleje zarządzanie, kierownictwo, to nawet najlepszy system nie pomoże? (mówie to oczywiście, przy pełnej świadomości, co generuje system kapitalistyczny).
Chyba jednak to jest kwestia ekonomii kapitalizmu. Potrzebne są obszary z tanią siłą roboczą i obszary tanich surowców.
dzentelmen (2000 punktów)
>>Tak zgadza się, tylko uznanie czy ocena czegoś, jakiegoś konkretnego działania, rozwiązania, w dziedzinach mających wpływ na całe masy ludzi, na rzeczywistość, możemy określić jako dziejowe, dopiero po upływie czasu, po efektach, i o to mi chodzi, w odniesieniu się do procesów rozwoju społecznego.
>To chyba jednak nie jest tak, że każdy podejmuje działania doraźne, a dopiero z tego potem jakoś "same wychodzą" dzieje.

Pewnie, że nie tak. W ogóle całe nieporozumienie wynika chyba z użycia przeze mnie słowa doraźne.
Ok mój błąd. Jednak chodzi o to, że działania nawet strategiczne, o ile mają wpływ na rzeczywistość będąc rozłożonymi w czasie, nawet na lata, określonymi mianem, zmian dziejowych, mogą być dopiero wtedy kiedy zostanie osiągnięty zakładany rezultat. O to mi chodzi.

>>Naturalnie, że człowiek planuje, wdraża strategie, nawet jest w stanie w pewnym zakresie przewidzieć reakcje, przygotować kilka wersji, ale rezultat zależy też od czynników, na które planujący nie do końca ma wpływ, w momencie podjęcia działania.
>Jeśli nawet przeważnie tak jest, to sam przyznałeś, że jest "planowanie strategiczne".

Tak, myślę że wyjaśnienie z akapitu powyżej, jest jasne.

>"Mąż stanu" tym się różni od zwykłego polityka, że ma pewną wizję i usiłuje ją planowo realizować. Lenin, Hitler, Roosevelt.

Tak co do Franklina, zgadzam się. Jednakże nazwanie dwóch pierwszych panów "mężami stanu", to delikatnie rzecz ujmując, nieporozumienie. Zresztą nie każdy ten kto ma "wizje", ideę czy pomysł jest godzien nazwania go mężem stanu. Stalin czy Mao też mieli wizję.

>>A swoją drogą nawet mimo niepowodzenia komunistów, w sensie ekonomicznym, to i tak przyczynili się oni do pewnych zmian w szerszej skali, które można uznać za zmiany dziejowe. Związki zawodowe, a co za tym idzie rzesze robotników np. na zachodzie w czasie trwania komunizmu w Europie po naszej stronie, też osiągnęły pewną pozycję, której w innych okolicznościach by nie osiągnęły.
>Też tak uważam. Z tym, że tzw. "upadek komunizmu" miał imho przyczyny polityczne (rywalizacja supermocarstw), a nie ekonomiczne.

W mojej opinii, to nie ma tak naprawdę wyraźnego rozdziału, między tymi sferami działalności. Geopolityka, czyli ta strategia globalna, różna dla każdego z podmiotów państwowych, zawiera w zakresie realizacji, zarówno czynniki ekonomiczne, jak polityczne militarne czy nawet demograficzne. Także "triumf" ekonomii anglo-amerykańskej nie jest przypadkiem. W zasadzie można powiedzieć, że jednym z głównych czynników rozwoju jest właśnie rywalizacja, między tymi, których na to stać, w tych różnych właśnie obszarach. Przynajmniej takie wnioski, nasuwają się po zapoznaniu się z tą dziedziną wiedzy, która bądź co bądź dość kompleksowo opisuje w sposób naukowy, zachodzące procesy, m.in. społeczne. Choć oczywiście wnioski mogą być różne.

>>>>>>....żeby, mówiąc górnolotnie, ludziom żyło się lepiej.
>>>>>Ale którym ludziom?
>>>>Tym, o których tu rozmawiamy.
>>>Ale problem w tym, że konsumentom żyje się lepiej, jak mają tani produkt dzięki taniej sile roboczej. A "sile roboczej" już niekoniecznie jest lepiej. Globalny kapitalizm lokuje tam gdzie taniej i nie przejmuje się, że "recykler" umrze na raka. Przecież globalna jest tylko produkcja i wymiana, a opieka zdrowotna i pomoc społeczna to już "sprawa lokalna".
>>Najlepiej zacząć od siebie, od własnego podwórka, i o tych ludziach właśnie mówię. A kapitalizm i jego wersje w poszczególnych państwach, to sprawa nie tylko ekonomii. To że w Anglii jest elegancko, a przy tych samych regułach ekonomicznych, np. w Indiach, czy Brazylii sytuacja jest, jak mówią ci "eksperci", rozwojowa, a rzeczywiście dalece inna niż we wspomnianej Anglii, to przecież nie tylko kwestia samej ekonomii, kapitalizmu. Chyba się zgodzimy, że jak kuleje zarządzanie, kierownictwo, to nawet najlepszy system nie pomoże? (mówie to oczywiście, przy pełnej świadomości, co generuje system kapitalistyczny).
>Chyba jednak to jest kwestia ekonomii kapitalizmu. Potrzebne są obszary z tanią siłą roboczą i obszary tanich surowców.

Owszem, tylko by ta ekonomia, miała ręce i nogi, potrzebni są odpowiedni ludzie. Oczywiście czynnik rozwoju kulturowego, jak przyswojenie i oswojone kapitalizmu w takich krajach właśnie jak Brazylia czy Indie wymaga czasu, stąd też jest potrzebny poza ekonomiczny porządek w kraju.


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
13-11-2015 03:28 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>Jednak chodzi o to, że działania nawet strategiczne, o ile mają wpływ na rzeczywistość będąc rozłożonymi w czasie, nawet na lata, określonymi mianem, zmian dziejowych, mogą być dopiero wtedy kiedy zostanie osiągnięty zakładany rezultat.
IMHO działania strategiczne są zakładane przez twórców jako "dziejowe" (mające wywrzeć wpływ na dzieje). Sowietyzm, Nowy Ład czy III Rzesza to były od początku projekty dziejowe, w zamyśle ich twórców. Oczywiście w dawnej przeszłości ludzie nie zdawali sobie sprawy, że tworzą dzieje, wielcy władcy kierowali się po prostu żądzą potęgi i sławy. Jednak świadomość istnienia możliwości rozumnego formowania dziejów pojawiła się już w 18 wieku (choć już Platon postulował rządy filozofów). Już Wielka Rewolucja Francuska była próbą podporządkowania dziejów Rozumowi. Potem pojawiły się dalsze projekty, w tym przebudowy całej gospodarki. Zaczęto zdawać sobie sprawę, że tworzyć świadomie można nie tylko nowe rasy roślin czy zwierząt, ale nowe społeczeństwa, że ewolucją społeczną można świadomie kierować.

>>"Mąż stanu" tym się różni od zwykłego polityka, że ma pewną wizję i usiłuje ją planowo realizować. Lenin, Hitler, Roosevelt.
>Tak co do Franklina, zgadzam się. Jednakże nazwanie dwóch pierwszych panów "mężami stanu", to delikatnie rzecz ujmując, nieporozumienie. Zresztą nie każdy ten kto ma "wizje", ideę czy pomysł jest godzien nazwania go mężem stanu. Stalin czy Mao też mieli wizję.
Nastąpiło kolejne nieporozumienie terminologiczne. Rozumiem, że kojarzysz termin "mąż stanu" z oceną moralną. Ale termin odnosi się po prostu do "stanu" czyli państwa (jak w "zdrada stanu"). Czyli "mąż stanu" to (pomijając seksistowską asymetrię) polityk stawiający interes państwa ponad interes prywatny, "oddany" sprawom państwa, pragnący jego potęgi. Jakie to państwo, czy demokratyczne czy dyktatorskie, to inna sprawa. Przeciwieństwem męża stanu w systemie demokratycznym jest polityk myślący tylko o własnej karierze i korzyściach z władzy, ale podobnie i w dyktaturze. Hitler naprawdę pragnął nie po prostu rządzić, ale zbudować potęgę Rzeszy. I do pewnego momentu mu się to udawało. Nie kierował się chciwością jak Goering i wielu innych. Podobnie Lenin. Co do Stalina można mieć wątpliwości, zależnie od tego jak ocenimy wpływ na państwo terroru lat 30-ych (wzmocnił on państwo czy osłabił), ale ostatecznie ZSRR po zakończeniu wojny stał się mocarstwem panującym nad połową Europy i groźnym nawet dla USA. Oceny moralne nic do tego nie mają.

>>>A swoją drogą nawet mimo niepowodzenia komunistów, w sensie ekonomicznym, to i tak przyczynili się oni do pewnych zmian w szerszej skali, które można uznać za zmiany dziejowe. Związki zawodowe, a co za tym idzie rzesze robotników np. na zachodzie w czasie trwania komunizmu w Europie po naszej stronie, też osiągnęły pewną pozycję, której w innych okolicznościach by nie osiągnęły.
>>Też tak uważam. Z tym, że tzw. "upadek komunizmu" miał imho przyczyny polityczne (rywalizacja supermocarstw), a nie ekonomiczne.
>Geopolityka, czyli ta strategia globalna, różna dla każdego z podmiotów państwowych, zawiera w zakresie realizacji, zarówno czynniki ekonomiczne, jak polityczne, militarne czy nawet demograficzne. W zasadzie można powiedzieć, że jednym z głównych czynników rozwoju jest właśnie rywalizacja, między tymi, których na to stać, w tych różnych właśnie obszarach.
Gdyby nie rywalizacja polityczna (wymuszony obecnością silnego militarnie konkurenta, wyścig zbrojeń), socjalistyczna gospodarka spełniałaby imho całkiem dobrze swoje zadania.
dzentelmen (2000 punktów)
>>Jednak chodzi o to, że działania nawet strategiczne, o ile mają wpływ na rzeczywistość będąc rozłożonymi w czasie, nawet na lata, określonymi mianem, zmian dziejowych, mogą być dopiero wtedy kiedy zostanie osiągnięty zakładany rezultat.
>IMHO działania strategiczne są zakładane przez twórców jako "dziejowe" (mające wywrzeć wpływ na dzieje).

Otóż to. Ale czy takimi będą, okazuje się dopiero po czasie.

>Sowietyzm, Nowy Ład czy III Rzesza to były od początku projekty dziejowe, w zamyśle ich twórców.

Naturalnie, cały czas oto mi chodzi, z tą różnicą, że weryfikatorem jest czas. A pozwolę sobie przypomnieć w imię porządku dyskusji, iż stwierdziłem w poście nr.91 że : "Choć oczywiście możemy się różnić w ocenie".
I myślę, że skoro obaj wiemy czym jest ewolucja społeczna : pl.m.wikipedia.org/wiki/Ewolucja_społeczna
To mnie tu chodzi bardziej o punkt. 2 spośród tych 3 grup, na które dzieli się czy też klasyfikuje tego typu zmiany.

>Oczywiście w dawnej przeszłości ludzie nie zdawali sobie sprawy, że tworzą dzieje, wielcy władcy kierowali się po prostu żądzą potęgi i sławy. Jednak świadomość istnienia możliwości rozumnego formowania dziejów pojawiła się już w 18 wieku (choć już Platon postulował rządy filozofów). Już Wielka Rewolucja Francuska była próbą podporządkowania dziejów Rozumowi. Potem pojawiły się dalsze projekty, w tym przebudowy całej gospodarki. Zaczęto zdawać sobie sprawę, że tworzyć świadomie można nie tylko nowe rasy roślin czy zwierząt, ale nowe społeczeństwa, że ewolucją społeczną można świadomie kierować.

Mimo wszystko uważam, że człowiek może w ten proces ingerować, bo ewolucja przecież nie podlega kierownictwu, zarówno ta biologiczna jak społeczna. Nie wiem czy wystarczająco dobrze się wyraziłem, ale mam nadzieję, że mimo wszystko można mnie zrozumieć.

>>>"Mąż stanu" tym się różni od zwykłego polityka, że ma pewną wizję i usiłuje ją planowo realizować. Lenin, Hitler, Roosevelt.
>>Tak co do Franklina, zgadzam się. Jednakże nazwanie dwóch pierwszych panów "mężami stanu", to delikatnie rzecz ujmując, nieporozumienie. Zresztą nie każdy ten kto ma "wizje", ideę czy pomysł jest godzien nazwania go mężem stanu. Stalin czy Mao też mieli wizję.
>Nastąpiło kolejne nieporozumienie terminologiczne. Rozumiem, że kojarzysz termin "mąż stanu" z oceną moralną.

Nie do końca. Pojęcie "mąż stanu", to z definicji pojęcie "wybitnego polityka", a przy tego typu określeniach, mimowolnie następuje możliwość różnej interpretacji.

>Ale termin odnosi się po prostu do "stanu" czyli państwa (jak w "zdrada stanu"). Czyli "mąż stanu" to (pomijając seksistowską asymetrię) polityk stawiający interes państwa ponad interes prywatny, "oddany" sprawom państwa, pragnący jego potęgi. Jakie to państwo, czy demokratyczne czy dyktatorskie, to inna sprawa.

Margaret Thatcher była "mężem stanu" (mawiają, że w spódnicy ), w "obiektywnym" sensie, co do interesu własnego państwa, jego "racji stanu". Ale nawet dla wielu Anglików przy subiektywnej opinii, nie była ona godna takiego miana. Inną jest również sprawa, takiej oceny, kogoś z zewnątrz. Także uważam, że zarówno Twoja interpretacja, tzn. dotycząca "racji stanu" jak i ta którą ja tu wskazuje jest poprawną.

>Przeciwieństwem męża stanu w systemie demokratycznym jest polityk myślący tylko o własnej karierze i korzyściach z władzy, ale podobnie i w dyktaturze. Hitler naprawdę pragnął nie po prostu rządzić, ale zbudować potęgę Rzeszy. I do pewnego momentu mu się to udawało. Nie kierował się chciwością jak Goering i wielu innych. Podobnie Lenin. Co do Stalina można mieć wątpliwości, zależnie od tego jak ocenimy wpływ na państwo terroru lat 30-ych (wzmocnił on państwo czy osłabił), ale ostatecznie ZSRR po zakończeniu wojny stał się mocarstwem panującym nad połową Europy i groźnym nawet dla USA. Oceny moralne nic do tego nie mają.

Tak, moralność w ogóle często bywa "obcą substancją" w polityce. O tyle, o ile Niemcy w latach 30-40 tych, mogli nazwać Hitlera "mężem stanu" co było z ich punktu widzenia jak najbardziej uprawnione, to już np. dla nas on takim nie był. Także o ile w sensie oceny interesu politycznego masz rację, o tyle nie jest kłamstwem to na co ja tu zwracam uwagę, że to jednocześnie zależy też od subiektywnej opinii, obywateli jako jednostkek (przykład Angielski z panią Thatcher), i obywateli jako narodu zarówno rodzimego, jak i obcego (przykład Hitlera, w stosunku do Niemców, a w kontrze w stosunku do Polaków).

>>>Też tak uważam. Z tym, że tzw. "upadek komunizmu" miał imho przyczyny polityczne (rywalizacja supermocarstw), a nie ekonomiczne.
>>Geopolityka, czyli ta strategia globalna, różna dla każdego z podmiotów państwowych, zawiera w zakresie realizacji, zarówno czynniki ekonomiczne, jak polityczne, militarne czy nawet demograficzne. W zasadzie można powiedzieć, że jednym z głównych czynników rozwoju jest właśnie rywalizacja, między tymi, których na to stać, w tych różnych właśnie obszarach.
>Gdyby nie rywalizacja polityczna (wymuszony obecnością silnego militarnie konkurenta, wyścig zbrojeń), socjalistyczna gospodarka spełniałaby imho całkiem dobrze swoje zadania.

Naturalnie, przecież nawet mimo geopolitycznych układów strategicznych, w których to mieszczą się decyzję na wielu płaszczyznach w interesie konkretnego podmiotu, nie oznacza, że wspólne podłoże ekonomii globalnej ma nie podlegać własnym prawidłom. Przepraszam za płytką analogie, ale to trochę tak, jak ze stołem do gry w karty, każdy ma swój interes, swój zestaw kart, ale w interesie wszystkich, jest dobry stan stołu (ekonomia), bo inaczej to wszyscy cierpią. Wracając jednak do meritum, to zgadzam się całkowicie, że to rywalizacja bardziej poza ekonomiczna, była tym czynnikiem, który spowodował tzw. upadek ZSRR. Choć oczywiście jak przy każdym tego typu wydarzeniu (np. również rozpad Brytyjskich Kolonii) bierze udział wiele powiązanych ze sobą czynników na kilku płaszczyznach.
Belfer00 (720 punktów)
>>Już Wielka Rewolucja Francuska była próbą podporządkowania dziejów Rozumowi. Potem pojawiły się dalsze projekty, w tym przebudowy całej gospodarki. Zaczęto zdawać sobie sprawę, że tworzyć świadomie można nie tylko nowe rasy roślin czy zwierząt, ale nowe społeczeństwa, że ewolucją społeczną można świadomie kierować.
>Mimo wszystko uważam, że człowiek może w ten proces ingerować, bo ewolucja przecież nie podlega kierownictwu, zarówno ta biologiczna jak społeczna.
Jeśli jest to bardzo daleko idąca ingerencja, obejmująca pewien obszar w całości, to jest to imho w tym obszarze kierowanie. Dałem przykład z rasami zwierząt, jakich spontanicznie ewolucja nie wytworzyła, dopiero pod świadomym, ludzkim kierownictwem (dobór sztuczny zamiast naturalnego). Zwierzęta hodowlane nie ewoluują swobodnie. Hodowca dobiera pewne osobniki do rozrodu, inne eliminuje. Podobnie w ewolucji społecznej. Pewnym ludziom Centralny Regulator odbiera ich własność i przekazuje innym. Pewne zachowania nagradza, inne karze. Opornych eliminuje. Przy czym Centralnym Regulatorem może być oświecony monarcha absolutny, kierownictwo partii komunistycznej, ale też "demokratyczny" rząd (przez odpowiednią politykę podatkową i inne narzędzia ekonomiczne).

>>>>"Mąż stanu" tym się różni od zwykłego polityka, że ma pewną wizję i usiłuje ją planowo realizować. Lenin, Hitler, Roosevelt.
>>>Tak co do Franklina, zgadzam się. Jednakże nazwanie dwóch pierwszych panów "mężami stanu", to delikatnie rzecz ujmując, nieporozumienie. Zresztą nie każdy ten kto ma "wizje", ideę czy pomysł jest godzien nazwania go mężem stanu. Stalin czy Mao też mieli wizję.
>>Ale termin odnosi się po prostu do "stanu" czyli państwa (jak w "zdrada stanu"). Czyli "mąż stanu" to (pomijając seksistowską asymetrię) polityk stawiający interes państwa ponad interes prywatny, "oddany" sprawom państwa, pragnący jego potęgi. Jakie to państwo, czy demokratyczne czy dyktatorskie, to inna sprawa.
>Margaret Thatcher była "mężem stanu" (mawiają, że w spódnicy ), w "obiektywnym" sensie, co do interesu własnego państwa, jego "racji stanu". Ale nawet dla wielu Anglików przy subiektywnej opinii, nie była ona godna takiego miana. Inną jest również sprawa, takiej oceny, kogoś z zewnątrz.
>O tyle, o ile Niemcy w latach 30-40 tych, mogli nazwać Hitlera "mężem stanu" co było z ich punktu widzenia jak najbardziej uprawnione, to już np. dla nas on takim nie był. Także o ile w sensie oceny interesu politycznego masz rację, o tyle nie jest kłamstwem to na co ja tu zwracam uwagę, że to jednocześnie zależy też od subiektywnej opinii, obywateli jako jednostkek (przykład Angielski z panią Thatcher), i obywateli jako narodu zarówno rodzimego, jak i obcego (przykład Hitlera, w stosunku do Niemców, a w kontrze w stosunku do Polaków).
Czyli, że liczy się też opinia subiektywna? Być może, choć ja jestem skłonny oddzielać ocenę "rzetelności" polityka ("mąż stanu" czy karierowicz?) od oceny jego metod i celów (pochwalam je czy nie?). Jako lewicowiec oceniam środki i cele pani Thatcher jako odrażające, natomiast nie mam podstaw odmawiać jej wielkości.

>>Gdyby nie rywalizacja polityczna (wymuszony obecnością silnego militarnie konkurenta, wyścig zbrojeń), socjalistyczna gospodarka spełniałaby imho całkiem dobrze swoje zadania.
>Naturalnie, przecież nawet mimo geopolitycznych układów strategicznych, w których to mieszczą się decyzję na wielu płaszczyznach w interesie konkretnego podmiotu, nie oznacza, że wspólne podłoże ekonomii globalnej ma nie podlegać własnym prawidłom. Wracając jednak do meritum, to zgadzam się całkowicie, że to rywalizacja bardziej poza ekonomiczna, była tym czynnikiem, który spowodował tzw. upadek ZSRR.
Rzecz w tym, że w pewnym momencie Stany postanowiły za wszelką cenę (nawet za cenę ogromnych strat ekonomicznych, czyli jakby działając wbrew własnym ekonomicznym interesom) wyeliminować ZSRR z gry. Gdyby rywalizacja przebiegała "naturalnie", gospodarka socjalistyczna imho nie upadłaby.
Pozdrawiam.
14-11-2015 09:10 
 Ocena 1 na 1
dzentelmen (2000 punktów)
>>Mimo wszystko uważam, że człowiek może w ten proces ingerować, bo ewolucja przecież nie podlega kierownictwu, zarówno ta biologiczna jak społeczna.
>Jeśli jest to bardzo daleko idąca ingerencja, obejmująca pewien obszar w całości, to jest to imho w tym obszarze kierowanie. Dałem przykład z rasami zwierząt, jakich spontanicznie ewolucja nie wytworzyła, dopiero pod świadomym, ludzkim kierownictwem (dobór sztuczny zamiast naturalnego). Zwierzęta hodowlane nie ewoluują swobodnie. Hodowca dobiera pewne osobniki do rozrodu, inne eliminuje. Podobnie w ewolucji społecznej. Pewnym ludziom Centralny Regulator odbiera ich własność i przekazuje innym. Pewne zachowania nagradza, inne karze. Opornych eliminuje. Przy czym Centralnym Regulatorem może być oświecony monarcha absolutny, kierownictwo partii komunistycznej, ale też "demokratyczny" rząd (przez odpowiednią politykę podatkową i inne narzędzia ekonomiczne).

Nie możemy abstrahować wybranych obszarów. Jeśli mówimy o ewolucji społecznej, to odnosimy się do całego procesu.
Wyłanianie się nowych społeczeństw, to nie tylko kwestia "ustrojów" w jakich "one" żyją. To rozwój na każdej płaszczyźnie. Przykładem ewolucji społecznej jest, rozpad plemion a powstanie narodu. Choć oczywiście każdy proces rozwojowy jest jej częścią, więc jest ewolucyjny.

>>O tyle, o ile Niemcy w latach 30-40 tych, mogli nazwać Hitlera "mężem stanu" co było z ich punktu widzenia jak najbardziej uprawnione, to już np. dla nas on takim nie był. Także o ile w sensie oceny interesu politycznego masz rację, o tyle nie jest kłamstwem to na co ja tu zwracam uwagę, że to jednocześnie zależy też od subiektywnej opinii, obywateli jako jednostkek (przykład Angielski z panią Thatcher), i obywateli jako narodu zarówno rodzimego, jak i obcego (przykład Hitlera, w stosunku do Niemców, a w kontrze w stosunku do Polaków).
>Czyli, że liczy się też opinia subiektywna?

Dokładnie, jeśli weźmiemy samą definicje "męża stanu", to znaczy to "wybitny polityk", stąd też wyprowadzam swój wywód. Wynika z tego, że to kwestia interpretacji, która dotyczy subiektywnej bądź "obiektywnej" opinii.

>Być może, choć ja jestem skłonny oddzielać ocenę "rzetelności" polityka ("mąż stanu" czy karierowicz?) od oceny jego metod i celów (pochwalam je czy nie?).

To już jest kryterium oceny, także uzależnione tylko od oceniającego.

>Jako lewicowiec oceniam środki i cele pani Thatcher jako odrażające, natomiast nie mam podstaw odmawiać jej wielkości.

I to jest właśnie to. Anglicy też są podzieleni w tej kwestii, a wiem co mówię bo doje królową.

>>>Gdyby nie rywalizacja polityczna (wymuszony obecnością silnego militarnie konkurenta, wyścig zbrojeń), socjalistyczna gospodarka spełniałaby imho całkiem dobrze swoje zadania.
>>Naturalnie, przecież nawet mimo geopolitycznych układów strategicznych, w których to mieszczą się decyzję na wielu płaszczyznach w interesie konkretnego podmiotu, nie oznacza, że wspólne podłoże ekonomii globalnej ma nie podlegać własnym prawidłom. Wracając jednak do meritum, to zgadzam się całkowicie, że to rywalizacja bardziej poza ekonomiczna, była tym czynnikiem, który spowodował tzw. upadek ZSRR.
>Rzecz w tym, że w pewnym momencie Stany postanowiły za wszelką cenę (nawet za cenę ogromnych strat ekonomicznych, czyli jakby działając wbrew własnym ekonomicznym interesom) wyeliminować ZSRR z gry. Gdyby rywalizacja przebiegała "naturalnie", gospodarka socjalistyczna imho nie upadłaby.

Naturalnie, tylko trzeba pamiętać, iż mimo wszystko, to ideologia polityczna była rdzeniem komunizmu, a nie cele gospodarcze. Liczyła się partia, i strefa wpływów, w sensie globalnym. Możliwości werbunku kolejnych ideologów, czy też skuteczna inwigilacja obozu przeciwnego, przez wywiad KGB. Paranoja na zachodzie, osiągnęła wystarczający pułap (podejrzewanie Kennedy'ego o bycie sowieckim agentem), by spowodować odpowiednie reakcje, wyrazem których, jest m.in. ślad pozostawiony w kulturze masowej (literatura czy kino). Zimna wojna na zawsze zmieniła psychologie polityczną na arenie międzynarodowej. Przecież niemal każdy konflikt zbrojny po II wojnie światowej, to nic innego, jak efekt tarć wschód -zachód.

Pozdrawiam.


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
Belfer00 (720 punktów)
>Natomiast gromadzenie dóbr jest przecież naturalnym odruchem ludzkiego działania. Zamiast upolowanych zwierząt, przynoszę do domu pieniądze, i to wszystko co mogę za nie nabyć.
Co to znaczy "naturalny odruch"? Czy równie "naturalnym odruchem" nie jest współpraca i dzielenie się zdobyczą? Powiedzmy, jesteś łowcą, polujesz indywidualnie, masz szczęście, zabijasz jednego bizona, dwa, trzy. Za skóry kupujesz od białego człowieka strzelbę i zabijasz 10, 20, 30, 100 bizonów. Budujesz specjalny szałas, albo zajmujesz jaskinię i gromadzisz wyprawione skóry i suszone mięso. Dzielisz się tylko z rodziną, inni muszą mięso kupować od Ciebie. Nie mogą sami polować, bo bizony stały się płochliwe, da się je zabić tylko bronią palną z daleka. Kupujesz dwie strzelby (masz dwu synów). 500 bizonów, 1000. To już fantazja, współplemieńcy uznaliby Cię za szaleńca i pozbawili strzelb a może zabili. Na pewno nie przyłączyliby się by "pracować u Ciebie" (zabijać Twoimi strzelbami i dostawać z każdej sztuki kawałek). A jeśliby się przyłączyli to byłby koniec bizonów i plemienia.

>>Umiejętność gromadzenia dóbr jest chyba rzeczywistą umiejętnością, jakoś "zakorzenioną" w osobowości, a nie kwestią aktu woli, czy poznania jakiegoś "sposobu".
>To też zależy, od sytuacji, od rzeczywistości z jaką człowiek się musi zmierzyć. Bywało tak, że nieporadny Maciek, musiał dźwignąć ciężar utrzymania rodziny, po śmierci Ojca.
Zaradność i przedsiębiorczość nie muszą wyrażać się w gromadzeniu własnych dóbr. "Dźwiganie ciężaru utrzymania rodziny" to całkiem co innego. "Chciwiec" (tak to wprost nazwę), stawiający sobie jako cel wzbogacenie się, raczej bez wahania porzuciłby rodzinę na pastwę losu i wyruszył tam gdzie lepsze perspektywy. Potem ożeniłby się z majętną kobietą. Przypomnij sobie "Ziemię obiecaną" czy "Lalkę". Albo wielu polskich gastarbaiterów.

>>Ciekawe czy były prowadzone jakieś badania psychologiczne dotyczące tej umiejętności, [...].
>Nie słyszałem o takich badaniach, ale wystarczy się rozejrzeć, by móc wyrobić sobie zdanie.
Podejrzewam, że takie badania byłyby trudne, bo trudno szczerze przyznać się do chciwości.

>>Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od człowieka nie dbającego o to?
>W żadnym wypadku lepszy.
Ale jakbyś, powiedzmy, miał córkę to wolałbyś by wyszła za Judyma czy za "obrotnego"? Albo, powiedzmy, sobie czy synowi wybrałbyś "siłaczkę" czy "obrotną" (gospodarną)?

>>W przeszłości miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu, a nawet resocjalizować.
>>Obecnie to właśnie ludzie, którzy w warunkach tego eksperymentu byli osobami pozytywnymi, a nawet wzorowymi, są pozbawieni wpływu, krytykowani ("homo sovieticus")...
>Komunizm był wypaczeniem, który zablokował rozwój społeczno - ekonomiczny, czego skutkiem jest różnica mentalna i materialna między społecznościami tzw. zachodu a państwami byłego bloku sowieckiego.
A czyja "mentalność" jest szlachetniejsza: skromnego, pracowitego i nie szukającego własnej korzyści "homo sovieticus" czy "obrotnego" kapitalistycznego chciwca?

>Zbiorowa mentalności, świadomość, dojrzewa znacznie dłużej.
Dojrzewa czy gnije?

>>Co o tym sądzicie?
>Że wartościowy temat.
Dziękuję. Ale miałem na myśli po prostu wypowiedzi merytoryczne, niekoniecznie oceny.

Pozdrawiam.
dzentelmen (2000 punktów)
>>Natomiast gromadzenie dóbr jest przecież naturalnym odruchem ludzkiego działania. Zamiast upolowanych zwierząt, przynoszę do domu pieniądze, i to wszystko co mogę za nie nabyć.
>Co to znaczy "naturalny odruch"?

Schemat jest mniej więcej taki sam, dla każdej epoki, zmieniają się tylko narzędzia, i nasze możliwości. Pisząc o "naturalnym odruchu" wobec gromadzenia dóbr, mam na myśli dokładnie to samo co znaczy zbieractwo, zapas. Bezpieczeństwo związane z posiadaniem niezbędnych do przetrwania rzeczy, utożsamiam z dzisiejszym poczuciem bezpieczeństwa ekonomicznego. Nie mówię tu o pazernym chowaniu w sakwę, mówię o niezbędnych środkach przetrwania. To już indywidualna cecha charakteru, określa Twoje podejście do pieniędzy, do tego jak je pojmujesz, czy jako środek czy jako cel.

>Czy równie "naturalnym odruchem" nie jest współpraca i dzielenie się zdobyczą?

Owszem, że jest. Tylko człowiek to stadny egoista. (jakkolwiek kuriozalnie to brzmi )

>>To też zależy, od sytuacji, od rzeczywistości z jaką człowiek się musi zmierzyć. Bywało tak, że nieporadny Maciek, musiał dźwignąć ciężar utrzymania rodziny, po śmierci Ojca.
>..."Dźwiganie ciężaru utrzymania rodziny" to całkiem co innego.

Naturalnie, tyle, że mnie chodziło o okoliczności. To one często determinują nasz progres albo regres. Nie można z góry założyć, że panu x nigdy się nie uda, bo nieposiada odpowiednich cech, nie ma takiego pewnika, różnie z tym bywa.

>>>Ciekawe czy były prowadzone jakieś badania psychologiczne dotyczące tej umiejętności, [...].
>>Nie słyszałem o takich badaniach, ale wystarczy się rozejrzeć, by móc wyrobić sobie zdanie.
>Podejrzewam, że takie badania byłyby trudne, bo trudno szczerze przyznać się do chciwości.

Tak, nie tylko do chciwości. W ogóle do tego typu badań, do ich wyników, i do wyciąganych na ich podstawie wniosków, trzeba mieć ograniczone zaufanie.

>>>Zastanówmy się: czy rzeczywiście człowiek umiejętnie gromadzący swoje dobra jest jakoś "lepszy" od człowieka nie dbającego o to?
>>W żadnym wypadku lepszy.
>Ale jakbyś, powiedzmy, miał córkę to wolałbyś by wyszła za Judyma czy za "obrotnego"?

Ha, moje wolę, zostawiam dla siebie.

>Albo, powiedzmy, sobie czy synowi wybrałbyś "siłaczkę" czy "obrotną" (gospodarną)?

Generalnie gustuję w silnych kobietach. (niekoniecznie chodzi o bicepsy )

>>Komunizm był wypaczeniem, który zablokował rozwój społeczno - ekonomiczny, czego skutkiem jest różnica mentalna i materialna między społecznościami tzw. zachodu a państwami byłego bloku sowieckiego.
>A czyja "mentalność" jest szlachetniejsza: skromnego, pracowitego i nie szukającego własnej korzyści "homo sovieticus" czy "obrotnego" kapitalistycznego chciwca?

Dziwne pytanie. I manipulacyjnie zestawiłes dwie skrajne wartości. Nie każdy homo sovieticus, był/ jest jedynie skromny, tak jak nie każdy obecny obrotny, jest chciwym kapitalistą.

>>Zbiorowa mentalność, świadomość, dojrzewa znacznie dłużej.
>Dojrzewa czy gnije?

To zależy jaki rodzaj i sposób miary przyłożymy. Jestem od jakiegoś czasu na zachodzie, i nie widzę już takiej różnicy między ludźmi wschodu i zachodu. Oczywiście funkcjonowanie państw a funkcjonowanie jednostek to dwie odrębne dziedziny, ale widoczny postęp, uznał bym subiektywnie, za dojrzewanie bardziej niż gnicie.

>...miałem na myśli po prostu wypowiedzi merytoryczne.

Mam nadzieję, że nie zamulam.

>Pozdrawiam.

Również pozdrawiam.


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
Belfer00 (720 punktów)
>>>Natomiast gromadzenie dóbr jest przecież naturalnym odruchem ludzkiego działania.
>>Co to znaczy "naturalny odruch"?
>Pisząc o "naturalnym odruchu" wobec gromadzenia dóbr, mam na myśli dokładnie to samo co znaczy zbieractwo, zapas. Bezpieczeństwo związane z posiadaniem niezbędnych do przetrwania rzeczy, utożsamiam z dzisiejszym poczuciem bezpieczeństwa ekonomicznego. Nie mówię tu o pazernym chowaniu w sakwę, mówię o niezbędnych środkach przetrwania.
A ja mówię od początku o gromadzeniu "pazernym". Opisałem je w przykładzie z bizonami. Szkoda, że się do niego nie odniosłeś.

>>Czy równie "naturalnym odruchem" nie jest współpraca i dzielenie się zdobyczą?
>Owszem, że jest. Tylko człowiek to stadny egoista. (jakkolwiek kuriozalnie to brzmi )
Jeśli w ogóle można mowić o "naturalnym odruchu", to jest nim współpraca grupy (społeczności, plemienia), wspólna walka o przetrwanie. Indywidualne gromadzenie dóbr może nawet to przetrwanie utrudniać.

>>>To też zależy, od sytuacji, od rzeczywistości z jaką człowiek się musi zmierzyć. Bywało tak, że nieporadny Maciek, musiał dźwignąć ciężar utrzymania rodziny, po śmierci Ojca.
>>..."Dźwiganie ciężaru utrzymania rodziny" to całkiem co innego.
>Naturalnie, tyle, że mnie chodziło o okoliczności. To one często determinują nasz progres albo regres. Nie można z góry założyć, że panu x nigdy się nie uda, bo nieposiada odpowiednich cech, nie ma takiego pewnika, różnie z tym bywa.
Czyli można się nauczyć chciwości? Tylko po co? Bo ta cecha, o której mówię, to właśnie chciwość, choć się ją myli z zaradnością.

>>>Komunizm był wypaczeniem, który zablokował rozwój społeczno - ekonomiczny, czego skutkiem jest różnica mentalna i materialna między społecznościami tzw. zachodu a państwami byłego bloku sowieckiego.
>>A czyja "mentalność" jest szlachetniejsza: skromnego, pracowitego i nie szukającego własnej korzyści "homo sovieticus" czy "obrotnego" kapitalistycznego chciwca?
>Dziwne pytanie. I manipulacyjnie zestawiłes dwie skrajne wartości. Nie każdy homo sovieticus, był/ jest jedynie skromny, tak jak nie każdy obecny obrotny, jest chciwym kapitalistą.
Ale to są podstawowe wzorce osobowe (wzory do naśladowania) moralności komunistycznej i moralności kapitalistycznej. Oczywiście ponieważ są modelami, są przejaskrawione. Prawdziwi ludzie zawsze byli i są mniej jednoznaczni.

>>>Zbiorowa mentalność, świadomość, dojrzewa znacznie dłużej.
>>Dojrzewa czy gnije?
>To zależy jaki rodzaj i sposób miary przyłożymy. Jestem od jakiegoś czasu na zachodzie, i nie widzę już takiej różnicy między ludźmi wschodu i zachodu.
No właśnie ja też niestety nie widzę. Postawy konsumpcjonistyczne i egoistyczne dominują.
09-11-2015 14:34 
 Ocena 1 na 1
dzentelmen (2000 punktów)
>>Pisząc o "naturalnym odruchu" wobec gromadzenia dóbr, mam na myśli dokładnie to samo co znaczy zbieractwo, zapas. Bezpieczeństwo związane z posiadaniem niezbędnych do przetrwania rzeczy, utożsamiam z dzisiejszym poczuciem bezpieczeństwa ekonomicznego. Nie mówię tu o pazernym chowaniu w sakwę, mówię o niezbędnych środkach przetrwania.
>A ja mówię od początku o gromadzeniu "pazernym". Opisałem je w przykładzie z bizonami. Szkoda, że się do niego nie odniosłeś.

Tak to dość wymowny przykład. Historia, którą przytoczyłeś dotyka istoty problemu, zarówno w relacji człowiek - człowiek, jak i człowiek - zasoby naturalne, w kontekście rzecz jasna ekonomii ale i nie tylko. Cóż, mnie chodzi jednak o coś innego. Padło pytanie o zasadność motywu zbieractwa, i w mojej opinii, to nie do końca jest tak, że to tylko pazerność czy też chciwość. W interpretacji takiego podejścia można położyć nacisk na nie tyle interes osobisty, co interes rodziny, nie tylko rodziny w jednym pokoleniu. Przecież są ludzie, którzy garną bogactwo z myślą o wnukach, albo i dalej. To też uważam, że takie postrzeganie interesu rodzinnego, jest w pewnym sensie uprawnione. Naturalnie rozumiem, że prędzej czy później, jeśli nic nie zrobimy, to zabraknie każdemu, to jest w istocie pytanie, co dalej?

>Jeśli w ogóle można mowić o "naturalnym odruchu", to jest nim współpraca grupy (społeczności, plemienia), wspólna walka o przetrwanie. Indywidualne gromadzenie dóbr może nawet to przetrwanie utrudniać.

Zgadzam się. W ostatecznym rozrachunku chodzi o grupę. (rodzina, społeczność, naród w sensie państwa, a dalej oczywiście ludzkość). Tylko czy zmiana sposobu eksploatacji czy korzystania z nowych źródeł energii jest w ogóle możliwa, a jeśli to jakim kosztem?

>>Naturalnie, tyle, że mnie chodziło o okoliczności. To one często determinują nasz progres albo regres. Nie można z góry założyć, że panu x nigdy się nie uda, bo nieposiada odpowiednich cech, nie ma takiego pewnika, różnie z tym bywa.
>Czyli można się nauczyć chciwości? Tylko po co? Bo ta cecha, o której mówię, to właśnie chciwość, choć się ją myli z zaradnością.

Myli się za często. Myślę, że istnieje dość powszechne przekonanie, że chciwość z umiarem daje dobre rezultaty. Szkoda tylko, że nikt po rozgrzaniu silnika nie kwapi się go ochłodzić.

>>Jestem od jakiegoś czasu na zachodzie, i nie widzę już takiej różnicy między ludźmi wschodu i zachodu.
>No właśnie ja też niestety nie widzę. Postawy konsumpcjonistyczne i egoistyczne dominują.

Chodziło mi bardziej o porzucenie kompleksów, wobec zamożniejszych "krewnych". Ale oczywiście zgadzam się, co do dominacji takich właśnie postaw, cóż, nie wszystko złoto co się świeci.

Pozdrawiam.


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
Belfer00 (720 punktów)
>>>Nie mówię tu o pazernym chowaniu w sakwę, mówię o niezbędnych środkach przetrwania.
>>A ja mówię od początku o gromadzeniu "pazernym". Opisałem je w przykładzie z bizonami. Szkoda, że się do niego nie odniosłeś.
>W interpretacji takiego podejścia można położyć nacisk na nie tyle interes osobisty, co interes rodziny, nie tylko rodziny w jednym pokoleniu. Przecież są ludzie, którzy garną bogactwo z myślą o wnukach, albo i dalej. To też uważam, że takie postrzeganie interesu rodzinnego, jest w pewnym sensie uprawnione. Naturalnie rozumiem, że prędzej czy później, jeśli nic nie zrobimy, to zabraknie każdemu, to jest w istocie pytanie, co dalej?
W przykładzie z bizonami umieściłem i rodzinę (dwu synów ze strzelbami). Ten czynnik jeszcze nasila chciwość ("Ja nie dam rady zabić 10000 bizonów, ale moje wnuki...").

>>Bo ta cecha, o której mówię, to właśnie chciwość, choć się ją myli z zaradnością.
>Myli się za często. Myślę, że istnieje dość powszechne przekonanie, że chciwość z umiarem daje dobre rezultaty. Szkoda tylko, że nikt po rozgrzaniu silnika nie kwapi się go ochłodzić.
Ano właśnie, dokładnie o to mi idzie.

>Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
dzentelmen (2000 punktów)
>W przykładzie z bizonami umieściłem i rodzinę (dwu synów ze strzelbami). Ten czynnik jeszcze nasila chciwość ("Ja nie dam rady zabić 10000 bizonów, ale moje wnuki...").

I ja tej chciwości nie usprawiedliwiam. Odniosłem się jedynie do możliwości innej interpretacji, przez pryzmat której można by tłumaczyć motywy chęci posiadania. Że istnieje możliwość, iż nie zawsze to chciwość czy pazerność są motorem napędowym. Tyle tylko, że tak naprawdę to brzmi jak pobożne życzenie, nie sposób bowiem zaprzeczyć, że w znacznej mierze dominuje chciwość. Ale przecież nie wyzbędziemy się za pomocą zmian systemowych, tych cech charakteru, które są tożsame z pierwotną naturą człowieka, nawet mimo tego iż wiemy, że to wady.

>>>Bo ta cecha, o której mówię, to właśnie chciwość, choć się ją myli z zaradnością.
>>Myli się za często. Myślę, że istnieje dość powszechne przekonanie, że chciwość z umiarem daje dobre rezultaty. Szkoda tylko, że nikt po rozgrzaniu silnika nie kwapi się go ochłodzić.
>Ano właśnie, dokładnie o to mi idzie.

Więc wobec powyższego, odejście od kapitalizmu czy też pewnych jego zasad, uważasz za możliwość, która pomoże w jakimś stopniu osiągnąć pozytywne rezultaty, np. w gospodarce?


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
Belfer00 (720 punktów)
>>>>Bo ta cecha, o której mówię, to właśnie chciwość, choć się ją myli z zaradnością.
>>>Myli się za często. Myślę, że istnieje dość powszechne przekonanie, że chciwość z umiarem daje dobre rezultaty. Szkoda tylko, że nikt po rozgrzaniu silnika nie kwapi się go ochłodzić.
>>Ano właśnie, dokładnie o to mi idzie.
>Więc wobec powyższego, odejście od kapitalizmu czy też pewnych jego zasad, uważasz za możliwość, która pomoże w jakimś stopniu osiągnąć pozytywne rezultaty, np. w gospodarce?
Oczywiście, przy czym zasadnicza jest sprawa władzy. Jeśli nawet odrzucimy system absolutnej władzy pracujących-nieposiadających (tzw. "dyktatura proletariatu"), to podobnie należy odrzucić system absolutnej władzy kapitału (obecnie głównie bankowego). Władza kapitału czasem bywała ograniczana. Było tak w Nowym Ładzie Roosevelta i w krajach z silnym solidaryzmem klasowym. Ale to nie jest łatwe. W Stanach z koncepcji Roosevelta niewiele zostało. To jest temat na szerszą dyskusję.
dzentelmen (2000 punktów)
>>>Ano właśnie, dokładnie o to mi idzie.
>>Więc wobec powyższego, odejście od kapitalizmu czy też pewnych jego zasad, uważasz za możliwość, która pomoże w jakimś stopniu osiągnąć pozytywne rezultaty, np. w gospodarce?
>Oczywiście, przy czym zasadnicza jest sprawa władzy. Jeśli nawet odrzucimy system absolutnej władzy pracujących-nieposiadających (tzw. "dyktatura proletariatu"), to podobnie należy odrzucić system absolutnej władzy kapitału (obecnie głównie bankowego). Władza kapitału czasem bywała ograniczana. Było tak w Nowym Ładzie Roosevelta i w krajach z silnym solidaryzmem klasowym. Ale to nie jest łatwe. W Stanach z koncepcji Roosevelta niewiele zostało. To jest temat na szerszą dyskusję.

Naturalnie, a już najlepiej w gronie ludzi, którzy mają szersze pojęcie o ekonomii, i kapitale. Wspomniałeś o odmianach Keynesizmu, w kontekście zarządzania makroekonomią państwa, i z tego co się orientuję jedną z takich opcji jest Neokeynesizm, będący syntezą dorobku Keynesa z monetaryzmem, to się zdaje jest rozwiązanie pragmatyczne. Tyle tylko, że niezależnie od modelu, przedmiotem takiej dyskusji musi być zarówno kontekst ekonomiczny jak i polityczny. Przecież wpływ na tzw. wolny rynek, w skali globalnej ekonomii, ma interes polityczny, pod dyktandem, którego bywają nawet największe koncerny, korporację czy spółki, za pośrednictwem których wywiera się wpływ, nacisk, i presje, a dodatkowo istnieje przecież globalne lobby tychże podmiotów gospadrczych i finansowych, które działają w odwrotną stronę cisnąc presją na decyzje polityczne. Generalnie to bardzo złożony temat, z pewnością wart rozwinięcia i szerszej uwagii.

pl.m.wikipedia.org/wiki/Neokeynesizm

Pozdrawiam.


"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
Belfer00 (720 punktów)
>>>>Ano właśnie, dokładnie o to mi idzie.
>>>Więc wobec powyższego, odejście od kapitalizmu czy też pewnych jego zasad, uważasz za możliwość, która pomoże w jakimś stopniu osiągnąć pozytywne rezultaty, np. w gospodarce?
>>Oczywiście, przy czym zasadnicza jest sprawa władzy. Jeśli nawet odrzucimy system absolutnej władzy pracujących-nieposiadających (tzw. "dyktatura proletariatu"), to podobnie należy odrzucić system absolutnej władzy kapitału (obecnie głównie bankowego). Władza kapitału czasem bywała ograniczana. Było tak w Nowym Ładzie Roosevelta i w krajach z silnym solidaryzmem klasowym. Ale to nie jest łatwe. W Stanach z koncepcji Roosevelta niewiele zostało. To jest temat na szerszą dyskusję.
>Naturalnie, a już najlepiej w gronie ludzi, którzy mają szersze pojęcie o ekonomii, i kapitale.
>[...] istnieje przecież globalne lobby tychże podmiotów gospodarczych i finansowych, które działają w odwrotną stronę cisnąc presją na decyzje polityczne. Generalnie to bardzo złożony temat, z pewnością wart rozwinięcia i szerszej uwagii.
Ja się nie znam na tyle dobrze na ekonomii żeby się autorytatywnie wypowiadać, natomiast zdaję sobie sprawę, że są fachowcy, naukowcy nobliści, ale od ich zdania jest "ważniejsza" wolność bogacenia się. Przecież każde ograniczenie tej wolności jest przez tzw. "kapitał" przyjmowane tylko z przymusu, pod grozą rewolucji społecznej. Tak było za Roosevelta. Po rozbiciu tzw. "realnego socjalizmu" prawie natychmiast te ograniczenia zaczęto likwidować. Oczywiście mówię o skali globalnej (głownie ton nadają tu USA), bo w skali lokalnej są społeczeństwa, gdzie prywatne firmy działają według centralnego planu państwa, a właściciele płacą 99% podatku.

>Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
dzentelmen (2000 punktów)
>>Naturalnie, a już najlepiej w gronie ludzi, którzy mają szersze pojęcie o ekonomii, i kapitale.
>>[...] istnieje przecież globalne lobby tychże podmiotów gospodarczych i finansowych, które działają w odwrotną stronę cisnąc presją na decyzje polityczne. Generalnie to bardzo złożony temat, z pewnością wart rozwinięcia i szerszej uwagii.
>Ja się nie znam na tyle dobrze na ekonomii żeby się autorytatywnie wypowiadać, natomiast zdaję sobie sprawę, że są fachowcy, naukowcy nobliści, ale od ich zdania jest "ważniejsza" wolność bogacenia się. Przecież każde ograniczenie tej wolności jest przez tzw. "kapitał" przyjmowane tylko z przymusu, pod grozą rewolucji społecznej. Tak było za Roosevelta. Po rozbiciu tzw. "realnego socjalizmu" prawie natychmiast te ograniczenia zaczęto likwidować.

Problem związany, jak to ująłeś, z wolnością bogacenia się, to kwestia zmiany mentalnej, w tym sensie, że wymaga to zmiany sposobu myślenia co do organizacji porządku społecznego. Cholernie ciężka historia, bo to tak, jak byś rozpasanym uciął racje żywnościowe.

Pozdrawiam.
Belfer00 (720 punktów)
>>Ja się nie znam na tyle dobrze na ekonomii żeby się autorytatywnie wypowiadać, natomiast zdaję sobie sprawę, że są fachowcy, naukowcy nobliści, ale od ich zdania jest "ważniejsza" wolność bogacenia się. Przecież każde ograniczenie tej wolności jest przez tzw. "kapitał" przyjmowane tylko z przymusu, pod grozą rewolucji społecznej. Tak było za Roosevelta. Po rozbiciu tzw. "realnego socjalizmu" prawie natychmiast te ograniczenia zaczęto likwidować.
>Problem związany, jak to ująłeś, z wolnością bogacenia się, to kwestia zmiany mentalnej, w tym sensie, że wymaga to zmiany sposobu myślenia co do organizacji porządku społecznego. Cholernie ciężka historia, bo to tak, jak byś rozpasanym uciął racje żywnościowe.
Dokładnie. IMHO chciwość i tzw "własność prywatna" (biorę w cudzysłów, bo nie mam na myśli butów na nogach czy zapasów na zimę, ale nieograniczone zawłaszczanie) jest pewną społeczną aberracją (dewiacją), jaka zdominowała społeczeństwo ze względu na skuteczność ekonomiczną, odegrała doniosłą rolę w tworzeniu wspólczesnego społeczeństwa, ale obecnie musi być usunięta lub przynajmniej wzięta pod społeczną kontrolę, gdyż w przeciwnym przypadku doprowadzi świat do zguby.

>Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
dzentelmen (2000 punktów)
>>...to kwestia zmiany mentalnej, w tym sensie, że wymaga to zmiany sposobu myślenia co do organizacji porządku społecznego. Cholernie ciężka historia, bo to tak, jak byś rozpasanym uciął racje żywnościowe.
>Dokładnie. IMHO chciwość i tzw "własność prywatna" (biorę w cudzysłów, bo nie mam na myśli butów na nogach czy zapasów na zimę, ale nieograniczone zawłaszczanie) jest pewną społeczną aberracją (dewiacją), jaka zdominowała społeczeństwo ze względu na skuteczność ekonomiczną, odegrała doniosłą rolę w tworzeniu wspólczesnego społeczeństwa, ale obecnie musi być usunięta lub przynajmniej wzięta pod społeczną kontrolę, gdyż w przeciwnym przypadku doprowadzi świat do zguby.

Poczyniono zbyt daleko idącą realizację interesu prywatnego. Wyzysk i jego skala jest najlepszym argumentem w rękach tych, którzy domagają się opamiętania. Wspomniałem wcześniej, iż nie istotne jest dla mnie to, kto niesie pozytywne zmiany, ale jestem jednym z tych, który na równi z interesem ogółu, w sensie, pomysłu na gospodarkę, równie ceni odrębność kulturową, dbamie o wartości narodowe, w interesie silnej pozycji państwa w Europie i nie tylko.

A przy okazji, polecam ciekawą pozycję. Książka traktuje o naukach Smitha z dzisiejszej perspektywy.

m.empik.co(*)ith-adam,p1046155361,ksiazka-p

Pozdrawiam.

"Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae".
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
Wg mnie chciwość stała się powszechnie uznaną negatywną cecha człowieka na skutek modelu społecznego, w którym jeden człowiek może budować własną korzyść kosztem drugiego człowieka.
Poza tym chciwość jest jak najbardziej pożądaną cechą bo jest funkcją przetrwania.
09-11-2015 04:39 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>Wg mnie chciwość stała się powszechnie uznaną negatywną cecha człowieka na skutek modelu społecznego, w którym jeden człowiek może budować własną korzyść kosztem drugiego człowieka.
Czyli jest cechą negatywną jedynie w pewnym modelu? A w jakim byłaby cechą pozytywną?

>Poza tym chciwość jest jak najbardziej pożądaną cechą bo jest funkcją przetrwania.
Warunkiem przetrwania (o ile to miałeś na myśli) jest raczej nie chciwość, ale współpraca i solidarność. Może, jak wielu mylisz chciwość z zaradnością? We wczorajszej odpowiedzi koledze dżentelmenowi opisałem działanie chciwości w przykładzie z bizonami. Może odniesiesz się tu do tego przykładu?

Pozdrawiam.
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
Ludzie mają bardzo złożone potrzeby. Zauważ, ze potrzeba gromadzenia na zapas jest rozwinięta potrzebą zaspokojenia się. Natomiast potrzeba powstrzymywania siebie samego od gromadzenia na zapas, w związku z potrzebami innych i potrzebami przyszłymi może być jeszcze bardziej złożoną potrzebą, u podstaw której jest prosta potrzeba zaspokojenia się.
Tak czy siak podstawą działania czy powstrzymania się od działania jest chciwość.
Ochrona środowiska i powstrzymywanie się od działania zmieniającego środowisko wynika z tej samej chciwości co działania degradujące środowisko, tyle ze ochrona środowiska jest efektem bardziej złożonej potrzeby gdzie, w której perspektywa przyszłości ma znaczenie.

Bez chciwości jesteś martwy.
09-11-2015 09:53 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>Bez chciwości jesteś martwy.
Czyli niechciwi nie istnieją.

>podstawą działania czy powstrzymania się od działania jest chciwość
Czy zatem da się poznać, że ktoś jest chciwy bardziej, a ktoś mniej?

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
Jeden ma w sobie emocje hamujące go przed budowaniem korzyści kosztem drugiego drugi nie ma w sobie tych emocji. Obaj są chciwi ale na inny sposób.

Nie chcieć to także istnieć.
Pustka emocjonalna jest nicością.
09-11-2015 13:27 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>Jeden ma w sobie emocje hamujące go przed budowaniem korzyści kosztem drugiego drugi nie ma w sobie tych emocji. Obaj są chciwi ale na inny sposób.
Ma, albo i nie ma, dlatego zapytałam po czym się to zróżnicowanie poznaje.

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
>>Jeden ma w sobie emocje hamujące go przed budowaniem korzyści kosztem drugiego drugi nie ma w sobie tych emocji. Obaj są chciwi ale na inny sposób.
>Ma, albo i nie ma, dlatego zapytałam po czym się to zróżnicowanie poznaje.
>
Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.


Poznać można po tym co uznaje za dobre, słuszne, prawdziwe i po tym co uznaje za złe, niewłaściwe, fałszywe.
Ludzie o sprzecznych wartościach będą w nieustającym nieporozumieniu kiedy ludzie o jednakowych wartościach będą zawsze zgodni.
Zwyczajowo niezgodni ludzie izolują się od siebie by nie odczuwać nieprzyjemności obcowania.
10-11-2015 09:15 
 Ocena 1 na 1
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>>>Jeden ma w sobie emocje hamujące go przed budowaniem korzyści kosztem drugiego drugi nie ma w sobie tych emocji. Obaj są chciwi ale na inny sposób.
>>Ma, albo i nie ma, dlatego zapytałam po czym się to zróżnicowanie poznaje.
>Poznać można po tym co uznaje za dobre, słuszne, prawdziwe i po tym co uznaje za złe, niewłaściwe, fałszywe.
Tylko jak poznać co ktoś uznaje za dobre, a co za złe?

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
10-11-2015 09:37 
 Ocena 1 na 1
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
>>>>Jeden ma w sobie emocje hamujące go przed budowaniem korzyści kosztem drugiego drugi nie ma w sobie tych emocji. Obaj są chciwi ale na inny sposób.
>>>Ma, albo i nie ma, dlatego zapytałam po czym się to zróżnicowanie poznaje.
>>Poznać można po tym co uznaje za dobre, słuszne, prawdziwe i po tym co uznaje za złe, niewłaściwe, fałszywe.
>Tylko jak poznać co ktoś uznaje za dobre, a co za złe?
>
Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.


Po owocach

Pt. odniesienia jest to czego sama chcesz i nie chcesz, to co lubisz i czego nie lubisz, co podoba się, pachnie, jest przyjemne i nie.
Możesz więc co najwyżej stwierdzić zgodność i niezgodność z tobą.
10-11-2015 11:23 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>>>>>Jeden ma w sobie emocje hamujące go przed budowaniem korzyści kosztem drugiego drugi nie ma w sobie tych emocji. Obaj są chciwi ale na inny sposób.
>>Tylko jak poznać...
>Po owocach.
Po owocach to się poznaje samą chciwość, więc tą teorią emocji pozyskiwania korzyści niepotrzebnie komplikujesz znane kategorie etyczne.

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
krystkon_1976 (4491 punktów)
(zablokowany)
>>>>>>Jeden ma w sobie emocje hamujące go przed budowaniem korzyści kosztem drugiego drugi nie ma w sobie tych emocji. Obaj są chciwi ale na inny sposób.
>>>Tylko jak poznać...
>>Po owocach.
>Po owocach to się poznaje samą chciwość, więc tą teorią emocji pozyskiwania korzyści niepotrzebnie komplikujesz znane kategorie etyczne.
>
Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.


A może potrzebnie? Zależy kto czego potrzebuje.
Wg mnie co innego budować zasady społeczne ze świadomością, ze ludzie mają odmienną moralność a niektórzy cechują się wręcz wykluczającymi się wzajemnie moralnościami a co innego tworzyć zasady we wpajanym przekonania, że istnieje uniwersalna moralność.

Wiem, ze to co jest wg mnie dobre wg innych ludzi jest złe. Teraz muszę zastanowić się jak reagować na tych odmiennych ludzi.
10-11-2015 18:57 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>co innego budować zasady społeczne ze świadomością, ze ludzie mają odmienną moralność [...] a co innego tworzyć zasady we wpajanym przekonania, że istnieje uniwersalna moralność.
Przecież pisząc "Obaj są chciwi ale na inny sposób." i tak ich zróżnicowałeś.

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
Kowalski4 (762 punktów)
>W przeszłości miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr
>uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu, a nawet resocjalizować.
O resocjalizacji to nie bardzo słyszałem. Raczej likwidowaniu.
Ale to też nie do końca tak, że akurat 'gromadzenie dóbr' było samo w sobie złe w czasach stalinowskich (takie ograniczenie, bo wcześniej czy później było tolerowane). Raczej stanowiło pretekst. Zauważ, że lokalny dyrektor, czy sekretarz gromadzili dobra, a jednak nie byli (jako grupa społeczna) atakowani.

> krytykowani ("homo sovieticus"), a nawet wyśmiewani (napotkałem
>tekst, którego autor wyśmiewał się z Siłaczki i Judyma).
Bardzo tego nie lubię. Cechy 'homo sovieticus' są normalnymi cechami człowieka -- można je odnaleźć w podręcznikach psychologii, które były pisane po drugiej stronie żelaznej kurtyny.

Ja mam wrażenie, że tu są dwie rzeczy.

Po pierwsze, istnieje pewna cecha charakteru związana z gromadzeniem dóbr. Ale to trochę jak z taką cechą człowieka, którą widać na oczy, np. ze wzrostem. Każdy ma jakiś wzrost, ale nie każdy jest wysoki
Myślę, że prawie każdy chce gromadzić dobra, ale nie każdy przykłada do tego taką samą wagę.
Zresztą wydaje się, że jest to cecha, którą społeczeństwo współkształtuje. Mówi się o związku między oszczędnością i pracowitością, a bogactwem. Ale co jest przyczyną, a co skutkiem? Bo niektórzy wskazują, że zwykle oszczędność i pracowitość to cechy przypisywane bogatym, ale nie tym, którzy dopiero się bogacą. (Co zresztą może mieć sens -- oszczędzanie i wytężona praca mają sens dopiero wtedy, gdy można coś dzięki temu osiągnąć. Osoba biedna, czy mało zarabiająca, może nie widzieć realistycznego celu takich, było nie było, wyrzeczeń.)

Po drugie, mam wrażenie, że z tym bogaceniem i pracowitością to jest też pewien mit. To znaczy kultura nam mówi, że mamy tacy być; że to jest wzór (i ci co nie pasują są źli).
Taki mit już się raz załamał -- tak miało być w Stanach podczas wielkiego kryzysu, gdy okazało się, że pracowitość i oszczędności nie chronią przed nędzą. Teraz zresztą też prawdziwość tego mitu jest dyskutowana.
Z mitem jest ten problem, że jedni wskażą na jego społeczną użyteczność -- to mobilizuje ludzi do pracy i starań. Inni, na pewne zakłamanie. Bo próbuje się ludziom wmówić, że są inni niż są; dopasować ludzi do ideologii, zamiast odwrotnie -- ideologię do ludzi (co w jakiejś mierze stanowi odzwierciedlenie, tylko z przeciwnymi znakami, eksperymentu o którym pisałeś na początku).
10-11-2015 04:36 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>W przeszłości miał miejsce społeczny eksperyment, w którym umiejętność gromadzenia własnych dóbr
>>uznano za zło i starano się ludzi z taką cechą pozbawiać społecznego wpływu, a nawet resocjalizować.
>O resocjalizacji to nie bardzo słyszałem. Raczej likwidowaniu.
Tzw. łagry były obozami pracy, nie zagłady.

>Ale to też nie do końca tak, że akurat 'gromadzenie dóbr' było samo w sobie złe w czasach stalinowskich (takie ograniczenie, bo wcześniej czy później było tolerowane). Raczej stanowiło pretekst. Zauważ, że lokalny dyrektor, czy sekretarz gromadzili dobra, a jednak nie byli (jako grupa społeczna) atakowani.
Gromadzenie prywatnych dóbr było "źle widziane" od początku nowego ustroju. Dobra były przypisane do stanowiska, nie do osoby. Czytałem pracę z tego okresu, w której autor bardzo krytykował zabieranie przez "przodowników pracy" na przydziałowe wczasy swoich dzieci. Argumentował, że na wczasy "zasłużył" rodzic, więc jest niesprawiedliwe nagradzać dziecko. Może przecież jechać na kolonie czy obóz pionierski.

>> krytykowani ("homo sovieticus"), [...].
>Ja mam wrażenie, że tu są dwie rzeczy.
>Po pierwsze, istnieje pewna cecha charakteru związana z gromadzeniem dóbr. Ale to trochę jak z taką cechą człowieka, którą widać na oczy, np. ze wzrostem. Każdy ma jakiś wzrost, ale nie każdy jest wysoki
W baśniach ludowych od wieków było przeciwstawienie skromnego i pracowitego biedaka i chciwego bogacza. Oczywiście wygrywał biedak, a bogacz przez swoją chciwość popadał w kłopoty.
Jakiś czas temu obejrzałem film dokumentalny o modzie sowieckiej. Było w nim też o pierwszym, tuż porewolucyjnym okresie. Nastąpiło w nim wielkie przewartościowanie.
Po wielu wiekach znoszenia upokorzeń przez ludzi skromnie czy biednie ubranych, gdy bogaci patrzyli na nich z góry, teraz to bogaci musieli kryć się i wstydzić. Bogate damy wkładały odzież służących, by nie stać się na ulicy obiektem poniżenia. Biedota triumfowała. Mówiąc dzisiejszym językiem bieda stała się trendy.
"To my mamy prawo być dumni, to my jesteśmy solą ziemi, a bogaci są pasożytniczą naroślą, niech się wstydzą". Jakież to było piękne.

>Zresztą wydaje się, że jest to cecha, którą społeczeństwo współkształtuje. Mówi się o związku między oszczędnością i pracowitością, a bogactwem. (Co zresztą może mieć sens -- oszczędzanie i wytężona praca mają sens dopiero wtedy, gdy można coś dzięki temu osiągnąć. Osoba biedna, czy mało zarabiająca, może nie widzieć realistycznego celu takich, było nie było, wyrzeczeń.)
Ale dlaczego ów cel, to osiągnięcie, to ma być bogactwo? Czyż o wiele normalniejszym celem nie jest efekt pracy? Inzynier patrzy na most czy samolot: "to moje dzieło". Lekarz pamięta o tych, którym pomógł odzyskać zdrowie. Do nauczyciela przychodzą po latach dawni uczniowie, już dorośli, wyprowadzeni w życie: "dziękujemy".

>Po drugie, mam wrażenie, że z tym bogaceniem i pracowitością to jest też pewien mit. To znaczy kultura nam mówi, że mamy tacy być; że to jest wzór (i ci co nie pasują są źli).
>Z mitem jest ten problem, że jedni wskażą na jego społeczną użyteczność -- to mobilizuje ludzi do pracy i starań. Inni, na pewne zakłamanie. Bo próbuje się ludziom wmówić, że są inni niż są; dopasować ludzi do ideologii, zamiast odwrotnie -- ideologię do ludzi (co w jakiejś mierze stanowi odzwierciedlenie, tylko z przeciwnymi znakami, eksperymentu o którym pisałeś na początku).
No właśnie, o to mi m.in. chodziło przy zakładaniu tego wątku. Jest to pewien narzucany wzór osobowy, który niekiedy jest mitem, ale skutecznie mobilizującym do "uczestniczenia w kapitalizmie". Jednak niekiedy, w przypadku rzeczywistego chciwca, "dopasowanie" jest dobre i przynosi mu "sukces" ("dorobienie się" i możliwość wykorzystywania innych).
Podjąłem też ten temat dlatego, że z przykrością obserwuję w dzisiejszej Polsce (o czym pisałem wyżej), jakiś zanik czy może "wykorzenienie" ("wykarczowanie"?) pewnego systemu wartości, niegdyś obecnego i żywego. Mieliśmy kiedyś twórców, myślicieli, polityków, którzy rozumieli, że bieda nie jest przeważnie wynikiem lenistwa czy niezaradności, ale niesprawiedliwego ustroju (kapitalistycznego). Nawet jeśli nie postulowali zmiany tego ustroju, to sercem stali po stronie ludzi ubogich i wykorzystywanych. Tak było i w XIX wieku i w okresie międzywojennym. Ja sam wychowałem się w tej tradycji (dziadek w okresie międzywojennym był zwolennikiem PPS). Obecnie w naszym kraju ten sposób myślenia chyba prawie całkowicie zanikł. Tzw. inteligencja nie zajmuje się już "krzywdą ludu", mimo że lud jest nadal krzywdzony. Muszę się ze wstydem przyznać, że i ja nie zdawałem sobie sprawy jak wielki jest rozmiar wyzysku. Dopiero w czasie kampanii wyborczej wyszło na jaw jakim kosztem Polska osiągnęła rozwój gospodarczy. Ukazują się juz pierwsze prace na ten temat. Jednak brak jest nadal dzieł literackich czy filmowych. W świadomości społecznej nadal dominuje pozytywny wzorzec zaradnego dorobkiewicza, wyrażony w piosence braci Golców. Całkowicie brak też najczęściej świadomości rozmiarów krzywdy i wyzysku w biedniejszych krajach. Nie widzieliśmy milionów uchodźców, dopóki byli tam gdzieś, w obozach na pustyni. Zauważyliśmy ich dopiero jak przyszli do nas.
Pozdrawiam.
10-11-2015 09:39 
 Ocena 2 na 2
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>wielki jest rozmiar wyzysku. Dopiero w czasie kampanii wyborczej wyszło na jaw jakim kosztem Polska osiągnęła rozwój gospodarczy. Ukazują się juz pierwsze prace na ten temat. Jednak brak jest nadal dzieł literackich czy filmowych.
A i Ty w swojej wypowiedzi przemilczałeś o jakie realia tu chodzi.

>W świadomości społecznej nadal dominuje pozytywny wzorzec zaradnego dorobkiewicza
Co to znaczy, że w świadomości społecznej dominuje wzorzec dorobkiewicza, czyżby owi wyzyskiwani wyzysku tego nie byli świadomi?

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
Belfer00 (720 punktów)
>>wielki jest rozmiar wyzysku. Dopiero w czasie kampanii wyborczej wyszło na jaw jakim kosztem Polska osiągnęła rozwój gospodarczy. Ukazują się juz pierwsze prace na ten temat. Jednak brak jest nadal dzieł literackich czy filmowych.
>A i Ty w swojej wypowiedzi przemilczałeś o jakie realia tu chodzi.
Wybacz, ale nie zrozumiałem. Mam podać cytaty z prac? Dane bibliograficzne? A może sam napisać pracę (utwór) i go tu wkleić?

>>W świadomości społecznej nadal dominuje pozytywny wzorzec zaradnego dorobkiewicza
>Co to znaczy, że w świadomości społecznej dominuje wzorzec dorobkiewicza, czyżby owi wyzyskiwani wyzysku tego nie byli świadomi?
Wielu jest świadomych, ale traktują to jako element "naturalnego porządku". Ich ambicją lub jedynie marzeniem jest się wzbogacić i "pracować na swoim" lub po prostu wyjechać i pracować w warunkach mniejszego wyzysku. Ale są też oczywiście tacy, którzy walczą z wyzyskiem (zakładają związki zawodowe, negocjują umowy zbiorowe, postulują zmiany w prawie pracy). Znaną od ponad stu lat formą walki jest działanie partii lewicowych. Niestety SLD przestał być partią faktycznie lewicową (wystarczy przejrzeć ustawodawstwo z lat 2001 - 2005, kiedy SLD był u władzy).
Bardzo istotnym narzędziem kształtowania świadomości społecznej są środki przekazu. One upowszechniają wzory osobowe i wzory zachowań. A gdzie są utwory (literackie czy filmowe) o obecnej sytuacji społecznej w Polsce, na miarę Prusa czy Żeromskiego, a choćby Górskiej czy Żurakowskiej? Jeśli jakieś gdzieś są (jak sugerował wyżej kolega dżentelmen), to nie są upowszechniane.
11-11-2015 09:33 
 Ocena 3 na 3
chętnie racjonalistka (29094 punktów)

>Mam podać cytaty z prac? Dane bibliograficzne? A może sam napisać...
Cośkolwiek, bo "jakiś koszt rozwoju" i "wielki rozmiar wyzysku" to w najlepszym razie oceny - za mało by stanąć po Twojej stronie.

>Ich ambicją lub jedynie marzeniem jest się wzbogacić...
>Ale są też oczywiście tacy, którzy walczą z wyzyskiem...
Czyli w obu wypadkach chodzi o kogoś takiego jak Lech Wałęsa?

Odejdę z forum gdy moje saldo punktowe dojdzie do 30 tysięcy.
Belfer00 (720 punktów)
>>Mam podać cytaty z prac? Dane bibliograficzne? A może sam napisać...
>Cośkolwiek, bo "jakiś koszt rozwoju" i "wielki rozmiar wyzysku" to w najlepszym razie oceny - za mało by stanąć po Twojej stronie.
To porównaj udział pracujących na "umowach śmieciowych", stawki za godzinę i udział zrzeszonych w związkach, u nas i w innych krajach. partiarazem.pl/program Pisałem o tym wyżej. Postaram się podać jeszcze inne źródła.
Obejrzałem dziś w TVP Info rozmowę na temat polskich małych firm rodzinnych. Ale niestety nie wspomniano w ilu z nich oprócz właścicieli i ich rodziny pracują pracownicy najemni (myślę, że w większości) i w ilu z takich firm pracownicy należą do związków zawodowych (podejrzewam, że w nikłej mniejszości).

>>Ich ambicją lub jedynie marzeniem jest się wzbogacić...
>>Ale są też oczywiście tacy, którzy walczą z wyzyskiem...
>Czyli w obu wypadkach chodzi o kogoś takiego jak Lech Wałęsa?
Ha, ha, ha.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
Bajeczka o mrówce i świerszczyku jest uproszczeniem, które ma za zadanie pokazać, że socjalizm wynagradza nieróbstwo i każe przedsiębiorczość i pracowitość. Drugą stroną medalu jest to, że gromadzenie zasobów także ma swoje 2 strony: z jednej strony daje wolność finansową, co jest chyba marzeniem każdego (o ile plan zakłada ciężką pracę przez x lat i potem spijanie śmietanki, a nie harówę przez całe życie, po to żeby mieć willę, w której przebywa się raz do roku), ale z drugiej strony wiele osób bogaci się dla prestiżu, przykrycie kompleksów, wykorzystywanie władzy, despotyzm. Wielkie korporacje działają jak państwo socjalistyczne i stają się nieuczciwą konkurencją dla mniejszych firm.

W zasadzie świat jest fatalnym miejscem, w którym nie da rady stworzyć dobrego systemu - naturalna gospodarka, czyli wolny rynek ma wiele wad, a próby ingerencji jeszcze bardziej go psują, tak jak chemiczny lek, który rozwiązuje jeden problem, a powoduje drugi.

Nie każdemu chce się dążyć do bogactwa i marnować życie jedynie na ciężką pracę. Sam 8 godzinny dzień pracy, to przecież niewolnictwo.
DyktaFon (9281 punktów)

>Nie każdemu chce się dążyć do bogactwa i marnować życie jedynie na ciężką pracę. Sam 8 godzinny dzień pracy, to przecież niewolnictwo.

Oczywiście... bo nie ma jak socjal: cały dzień wolny, a co miesiąc ciepła pensyjka... Żyć nie umierać. Co najwyżej można pokrzyczeć o podniesienie tej "głodowej" przecież kwoty dotacji.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
Dla kogo lepiej, dla tego lepiej. To tak jakby porównywać odchody z wymiotami - jednym jest praca po 8 godzin dziennie za grosze po to żeby przeżyć jak zwierzę-niewolnik, a drugim okradanie pracowitych żeby dawać nierobom.
Belfer00 (720 punktów)
>Bajeczka o mrówce i świerszczyku jest uproszczeniem, które ma za zadanie pokazać, że socjalizm wynagradza nieróbstwo i karze przedsiębiorczość i pracowitość.
W zamierzeniu autora bajki miała ona chyba promować gromadzenie dóbr przeciwstawiane beztrosce. Czyli tzw. moralność kapitalistyczną (ściślej - wczesnokapitalistyczną). Zaradnym jest w niej (bajce i moralności) ten, który dba o interes własny, nie wydatkuje bezinteresownie ani swych dóbr, ani sił. Przypomnę ponownie, że autor nie wspomina o mrowisku, mrówka pracuje dla siebie. Beztroski konik polny ma być chyba postacią negatywną.
Ja taką sytuację (raczej wbrew intencjom autora) widzę inaczej. Przecież (jak pisałem wyżej) konik polny nie lenił się, nie był bezczynny. Całe lato grał i śpiewał. Owszem, dla przyjemności, ale nie wiemy ilu osobom dostarczył swoim działaniem radości. Dlatego konik polny nie jest dla mnie uosobieniem lenistwa i nieróbstwa, ale działania spontanicznego i bezinteresownego.

>[...] gromadzenie zasobów [...] daje wolność finansową, co jest chyba marzeniem każdego (o ile plan zakłada ciężką pracę przez x lat i potem spijanie śmietanki, a nie harówę przez całe życie, po to żeby mieć willę, w której przebywa się raz do roku), [...].
Jak ocenić osobę, która pracuje, owszem, ciężko, ale tylko po to by zgromadzić tyle, by potem już pracować nie musieć? Właśnie ona jest IMHO leniwa, bo pracuje tylko z musu, a prawdziwym celem jest nieróbstwo.
Sytuacja, gdy gromadzenie nie ustaje, a wręcz staje się sensem życia, jest IMHO oczywiście jeszcze gorsza. Tu chciwość przeważa nawet nad (naturalnym przecież) lenistwem. To jest IMHO, jak pisałem wyżej, pewna aberracja (dewiacja) społeczna.

>Nie każdemu chce się dążyć do bogactwa i marnować życie jedynie na ciężką pracę. Sam 8 godzinny dzień pracy, to przecież niewolnictwo.
Niewolnictwo, jeśli praca jest dla osoby (firmy) prywatnej. Ale nie w przypadku pracy dla Ojczyzny (państwa).
Moralność tzw. socjalistyczna pochwala pracę bezinteresowną dla dobra wspólnego, a potępia pragnienie "dorobienia się" i użycia zgromadzonego kapitału do tego by na daną osobę pracowali inni (np pracownicy najemni w jej firmie).
Pozdrawiam.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>Ja taką sytuację (raczej wbrew intencjom autora) widzę inaczej. Przecież (jak pisałem wyżej) konik polny nie lenił się, nie był bezczynny. Całe lato grał i śpiewał. Owszem, dla przyjemności, ale nie wiemy ilu osobom dostarczył swoim działaniem radości. Dlatego konik polny nie jest dla mnie uosobieniem lenistwa i nieróbstwa, ale działania spontanicznego i bezinteresownego.

Cenna uwaga. Kapitalizm uznaje za dobro tylko to co łączy się z zyskiem finansowym. Ale w pewnych systemach kapitalizm jest tylko jednym z elementów, więc alternatywnym scenariuszem tej historii mógłby być taki, w którym mrówki pracują i płacą konikom polnym za dostarczanie rozrywki. Niestety część ludzi każdej populacji zawsze będzie nieprzydatna do niczego i te osoby będą mieć postawę roszczeniową. Jednocześnie może być tak, że nieprzydatne teraz osoby okażą się bardzo przydatne po wystąpieniu jakiejś zmiennej, a te które teraz pełnią ważną rolę, kiedyś będą niepotrzebnym balastem.

>Jak ocenić osobę, która pracuje, owszem, ciężko, ale tylko po to by zgromadzić tyle, by potem już pracować nie musieć? Właśnie ona jest IMHO leniwa, bo pracuje tylko z musu, a prawdziwym celem jest nieróbstwo.

To jest myślenie typowe dla socjalistów, którzy chcieliby nic nie robić Lenistwo jest jednym z aspektów ludzkości, ale ważniejsza jest samorealizacja. Dla mnie stan wolności finansowej jest marzeniem głównie nie dlatego, że mógłbym nic nie robić, tylko dlatego, że mógłbym robić to co chcę i realizować projekty, które dają wiele satysfakcji jako idee, a nie jako przedsiębiorstwa przynoszące zysk. Wtedy miałbym zagwarantowane dla siebie życie na odpowiednim poziomie, a nadwyżka służyłaby ludzkości, rozwojowi nowych biznesów itd.

>Sytuacja, gdy gromadzenie nie ustaje, a wręcz staje się sensem życia, jest IMHO oczywiście jeszcze gorsza. Tu chciwość przeważa nawet nad (naturalnym przecież) lenistwem. To jest IMHO, jak pisałem wyżej, pewna aberracja (dewiacja) społeczna.

Tak, to jest patologia.

>>Nie każdemu chce się dążyć do bogactwa i marnować życie jedynie na ciężką pracę. Sam 8 godzinny dzień pracy, to przecież niewolnictwo.
>Niewolnictwo, jeśli praca jest dla osoby (firmy) prywatnej. Ale nie w przypadku pracy dla Ojczyzny (państwa).

Nie zgadzam się. Państwo składa się np z firm, a każdy obywatel to konsument. Należy dbać o dobro konsumenta i jego interesy. Co to znaczy praca dla państwa, w Twoim rozumieniu? Bycie urzędnikiem? Wojskowym?

>Moralność tzw. socjalistyczna pochwala pracę bezinteresowną dla dobra wspólnego, a potępia pragnienie "dorobienia się" i użycia zgromadzonego kapitału do tego by na daną osobę pracowali inni (np pracownicy najemni w jej firmie).

Nie istnieje coś takiego jak moralność socjalistyczna. Byłby to bowiem oksymoron

Pozdrawiam.
Belfer00 (720 punktów)
>>Jak ocenić osobę, która pracuje, owszem, ciężko, ale tylko po to by zgromadzić tyle, by potem już pracować nie musieć? Właśnie ona jest IMHO leniwa, bo pracuje tylko z musu, a prawdziwym celem jest nieróbstwo.
>Lenistwo jest jednym z aspektów ludzkości, ale ważniejsza jest samorealizacja. Dla mnie stan wolności finansowej jest marzeniem głównie nie dlatego, że mógłbym nic nie robić, tylko dlatego, że mógłbym robić to co chcę i realizować projekty, które dają wiele satysfakcji jako idee, a nie jako przedsiębiorstwa przynoszące zysk. Wtedy miałbym zagwarantowane dla siebie życie na odpowiednim poziomie, a nadwyżka służyłaby ludzkości, rozwojowi nowych biznesów itd.
A to trochę co innego. Przedtem pisałeś o "spijaniu śmietanki", nie o samorealizacji. Trochę to smutne, że możliwość pracy dającej satysfakcję widzisz tylko po "dorobieniu się", jako uprawianie pewnego hobby. Rzeczywiście sporo było ludzi działających w ten sposób, np. odkrywca Troi. Ale chyba większość po prostu pracuje, bez możliwości osiągnięcia "zagwarantowanego życia na odpowiednim poziomie" i przykro jeśli jest to dla nich praca nie dająca satysfakcji. Ja przeważnie pracowałem przy tym co chciałem i co mnie interesowało. Od 10 lat jestem na rencie i dzięki temu miałem czas na redagowanie Wikipedii i inne ciekawe zajęcia, ale nie jest to "życie na odpowiednim poziomie", a tym bardziej "spijanie śmietanki". Ale nie narzekam (na to). Tak ma mnóstwo ludzi (albo gorzej).

>>>Nie każdemu chce się dążyć do bogactwa i marnować życie jedynie na ciężką pracę. Sam 8 godzinny dzień pracy, to przecież niewolnictwo.
>>Niewolnictwo, jeśli praca jest dla osoby (firmy) prywatnej. Ale nie w przypadku pracy dla Ojczyzny (państwa).
>Nie zgadzam się. Państwo składa się np z firm, a każdy obywatel to konsument. Należy dbać o dobro konsumenta i jego interesy. Co to znaczy praca dla państwa, w Twoim rozumieniu? Bycie urzędnikiem? Wojskowym?
Wyjaśniam. Jeśli pan Kowalski pracuje w firmie pani Malinowskiej to swoją pracą przynosi korzyść tej firmie czyli pani Malinowskiej. Jego wynagrodzenie pokrywa jedynie część wartości jego pracy. Gdyby pokrywało całość, to firma "wychodziłaby na zero" i żadnej korzyści z pana Kowalskiego by nie miała. Pani Malinowska przywłaszcza więc sobie część pracy pana Kowalskiego. Jest to więc wyzysk czyli forma niewoli (dobrowolnej i ograniczonej czasowo i co do rodzaju czynności). Pani Malinowska nie ma obowiązku dopuszczać pana Kowalskiego do decydowania na co przeznaczy zysk z firmy, ani do kontroli czy prowadzi firmę właściwie. Spośród dwu stron, z których jedna wkłada w firmę pracę, a druga kapitał, decyduje o firmie ta z kapitałem. Oczywiscie pani Malinowska też może (ale nie musi) wkładać pracę, ale jej prawo do decydowania o firmie nie wynika z tego, a z własności kapitału. Produkt pracy pana Kowalskiego w żadnej części, ani żadnej chwili nie należy do niego, lecz cały i zawsze do pani Malinowskiej.
"Państwo", to w szerszym znaczeniu wszelkie tzw. instytucje publiczne czyli państwowe (w węższym sensie) i samorządowe. Jeśli pan Kowalski pracuje w instytucji publicznej lub w firmie należącej do takiej instytucji, część swojej pracy nieopłaconą w wynagrodzeniu, oddaje właścicielowi, którym w tym przypadku jest nie jakaś pani Malinowska czy pan Iksiński, tylko Naród (ogół obywateli). Nie jest to więc niewola (wyzysk) lecz niejako "praca na swoim". Produkt pracy należy cały czas do Narodu. Podobnie nie jest niewolą praca członków spóldzielni dla spółdzielni, gdyż są oni jej współwłaścicielami.
"Praca dla państwa" to więc nie tylko praca urzędnika czy wojskowego, ale nauczyciela w publicznej szkole, bibliotekarza w publicznej bibliotece, lekarza w publicznym szpitalu czy robotnika w państwowej fabryce. W ustroju socjalistycznym większość zakładów pracy jest własnością państwową i dlatego praca w nich nie jest niewolnictwem lecz "pracą dla siebie" (dla wspólnoty, Narodu).

>>Moralność tzw. socjalistyczna pochwala pracę bezinteresowną dla dobra wspólnego, a potępia pragnienie "dorobienia się" i użycia zgromadzonego kapitału do tego by na daną osobę pracowali inni (np pracownicy najemni w jej firmie).
>Nie istnieje coś takiego jak moralność socjalistyczna. Byłby to bowiem oksymoron
Naprawdę tak uważasz? Jeśli to miał być żart (emotka), to imho mało śmieszny. Od wielu pokoleń ludzie (w tym także Polacy) walczyli z kapitalistycznym wyzyskiem, organizowali ludzi pracy w związki zawodowe i partie socjalistyczne. To jaką moralnością się kierowali? Kapitalistyczną? Chrześcijańską? Libertyńską? Zdaję sobie sprawę, że od lat 80. (w Polsce od 1989) nastąpił backlash ideologii burżuazyjnej, szczególnie w postaci neoliberalizmu. W Polsce wykorzenia się pamięć o polskich socjalistach i innych lewicowcach, dąży do zaprzeczenia ich przekonaniom. Systematycznie niszczone są wspólnotowe instytucje (np. spółdzielczość) i wspólnotowe przekonania. Ludzi ubogich przekonuje się, że ich bieda wynika z ich lenistwa i niezaradności, a nie z wyzysku i niesprawiedliwego ustroju. Dlatego właśnie założyłem ten wątek.

>Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
Najpierw trzeba mieć z czego się samorealizować. Jeśli firmy pracują same i jest się właścicielem kapitału, który zarabia na siebie, można realizować nowe projekty, bo mózg przyzwyczaja się do pracy i poszukuje nowych wyzwań. Lenistwo może być do zrobienia czegoś lub do zaniechania czegoś. To pierwsze jest bardzo groźne, bo przywiązuje człowieka do fotela i niemyślenia. Rentier raczej nie będzie chciał siedzieć i oglądać familiady, albo M jak miłość.

>Gdyby pokrywało całość, to firma "wychodziłaby na zero" i żadnej korzyści z pana Kowalskiego by nie miała.

Dokładnie. Firmie musi się opłacać zatrudnienie pracownika i tego nie rozumieją zwolennicy płac minimalnych. Inwestor ryzykuje swój kapitał, tworzy miejsce pracy, dzięki któremu praca pana Kowalskiego w ogóle jest cokolwiek warta. W zamian musi mieć wymierny zysk i musi zarabiać więcej niż pracownicy.

>Pani Malinowska przywłaszcza więc sobie część pracy pana Kowalskiego.

Nie. To Pan Kowalski wykonuje usługę dla tej firmy i oferuje swoją pracę za odpowiednią cenę. Kowalski wie, że dla pracodawcy jest inwestycją i ma się zwrócić. Jeśli mu to nie pasuje to może założyć własną jednoosobową firmę (to powinno być banalnie proste).

>Jest to więc wyzysk czyli forma niewoli (dobrowolnej i ograniczonej czasowo i co do rodzaju czynności).

O wyzysku nie ma mowy (z tego powodu co piszesz). Wyzyskiem by było gdyby firma oferowała płacę poniżej rynkowej lub za duża byłaby dysproporcja między zyskami z danego pracownika a jego pensją. Tylko, że duża i mała to kwestia relatywna i dlatego takie sprawy trzeba rozpatrywać indywidualnie, po prostu po ludzku i bez idiotycznych z góry narzuconych przepisów.

>Pani Malinowska nie ma obowiązku dopuszczać pana Kowalskiego do decydowania na co przeznaczy zysk z firmy, ani do kontroli czy prowadzi firmę właściwie.

A jak sobie wyobrażasz inną sytuację?

>Spośród dwu stron, z których jedna wkłada w firmę pracę, a druga kapitał, decyduje o firmie ta z kapitałem.

I prawidłowo. A co do nieuczciwych firm - wolna konkurencja i dbanie o prawo wyklucza nieuczciwych graczy z rynku.

>Produkt pracy pana Kowalskiego w żadnej części, ani żadnej chwili nie należy do niego, lecz cały i zawsze do pani Malinowskiej.

Na tym polega jego praca, za którą on dostaje pieniądze.

>część swojej pracy nieopłaconą w wynagrodzeniu, oddaje właścicielowi, którym w tym przypadku jest nie jakaś pani Malinowska czy pan Iksiński, tylko Naród (ogół obywateli).

Raczej politycy, nie ogół, a reszta jest marnowana na nietrafione i niepotrzebne inwestycje państwa, a na zdrowie, wojsko, policję, czyli ważne sprawy jest przeznaczane za mało. Pani Malinowska i Pan Iksiński płacą podatki i przeznaczają pieniądze na konsumpcję, od której są podatki i bogacą się inni obywatele... albo niekoniecznie obywatele, ale oni mają dzięki temu pracę i usługi tych firm.

>Nie jest to więc niewola (wyzysk) lecz niejako "praca na swoim". Produkt pracy należy cały czas do Narodu.

Teraz też pieniądze są zabierane Kowalskiemu. Malinowska płaci za niego 3000 zł, a on dostaje 1800 zł, a 1200 zł należy dla "dobra narodu" czyli np na spłacenie kredytu ludziom, którzy nie trafili z inwestycją, albo łapanie studentów z piwem na ławce i walkę z marihuaną. A potem Kowalski chce pojechać na wakacje i nie ma za co, bo miał stłuczkę i musiał naprawiać samochód. Idzie do lekarza, bo go boli brzuch i słyszy, że najbliższy termin jest za pół roku, więc idzie prywatnie i płaci podwójnie.

W ogóle naród nie jest wcale spójny, a ludzie mają sprzeczne interesy i poglądy. W idealnej utopii państwo powinno mieć wspólne cele z każdym obywatelem, a w praktyce cele moje i państwa są zbieżne tylko w niektórych podpunktach.

>"Praca dla państwa" to więc nie tylko praca urzędnika czy wojskowego, ale nauczyciela w publicznej szkole, bibliotekarza w publicznej bibliotece, lekarza w publicznym szpitalu czy robotnika w państwowej fabryce.

I w państwowych podstawówkach i gimnazjach uczą najgorsi nauczyciele, a wtedy właśnie dobry nauczyciel jest bardzo ważny. Lekarz w publicznym szpitalu zmaga się z brakiem leków i miejsc na oddziale. Jeśli jest szefem to zmaga się z tym, że jego współpracownicy są często baranami, a pacjent modli się żeby dostać się do kogoś z najlepszych lekarzy i uniknąć tych konowałów.

>W ustroju socjalistycznym większość zakładów pracy jest własnością państwową i dlatego praca w nich nie jest niewolnictwem lecz "pracą dla siebie" (dla wspólnoty, Narodu).

Za komuny mieliśmy idealny (wręcz przerysowany) przykład jak to działało. Filmy Barei doskonale to oddają. Rynek pracy potrzebuje konkurencji i wybrednych konsumentów - to gwarantuje rozwój. To co jest wszystkich tak naprawdę jest niczyje, a równość to brak rozwoju. Potrzebna jest hierarchia i podział ról.

>Naprawdę tak uważasz? Jeśli to miał być żart (emotka), to imho mało śmieszny.

Pół żartem, pół serio. Moralność nie może być oderwana od rzeczywistości, której ma w założeniu dotyczyć, więc pod tym względem socjalizm jest złym ustrojem (w czystej formie i tej która jest dalej niż bliżej wolnego rynku). Praca na innych podczas gdy samemu się nie ma? Nierealne. Poza tym mechanizmy rynkowe są niszczone przez zbyt dużą dawkę socjalizmu.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
Świat jest tak skonstruowany, że nie ma systemu dobrego dla wszystkich. Pretensje należy kierować do Bozi, a nie do liberałów i socjalistów. Jedni i drudzy chcą dobrze, ale oba systemy mają swoje duże wady. Każdy system będzie je miał, bo to real, a nie teoria. Pomoc innym można realizować kiedy samemu ma się dobrze i też ta pomoc nie ma polegać na tym, że osoby bogatsze są niewolnikami biedniejszych i muszą im zawsze pomagać. Gdyby nasi małpi przodkowie wymyślili socjalizm, to dzisiaj by nas nie było.

>To jaką moralnością się kierowali? Kapitalistyczną? Chrześcijańską? Libertyńską?

Kierowali się niezrozumieniem moralności, biologii i zasad działania rynku.

Kiedy był ten kapitalistyczny wyzysk? Ja wiem, że ludzie od lat walczyli z komuną, walczyli o wolność, czyli o Naród. Komuna upadła i dlatego możesz sobie iść do sklepu po szynkę.

Zawsze będą jacyś ludzie ubodzy (z różnych przyczyn) i zawsze ktoś będzie chorował, jeden będzie dobrze kopał piłkę, inny będzie umiał liczyć, a inny będzie produkował rozrywkę. Takie jest życie.
24-11-2015 02:48 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
Rozumiem, że to dalszy ciąg Twojej odpowiedzi na mój wpis, więc też odpowiadam.

>Gdyby nasi małpi przodkowie wymyślili socjalizm, to dzisiaj by nas nie było.
A co wymyślili, może kapitalizm? Czytałeś artykuł w Świecie Nauki (to polska wersja Sc. Am.) o naszych paleolitycznych przodkach, dlaczego opanowali świat? Dzięki wspólnocie i współpracy! Pisałem powyżej, że własność prywatna jest dla naszego gatunku, spokrewnionego z szympansami, zupełnie "nienaturalna". Byłaby może naturalna, gdybyśmy pochodzili od dużych drapieżników, polujących indywidualnie i dzielących zdobycz w obrębie "haremu", a innym zostawiających ochłapy.

>>To jaką moralnością się kierowali? Kapitalistyczną? Chrześcijańską? Libertyńską?
>Kierowali się niezrozumieniem moralności, biologii i zasad działania rynku.
Socjaliści doskonale rozumieli zasady działania rynku. Jednak uważali go za zło ponieważ powoduje wyzysk.

>Kiedy był ten kapitalistyczny wyzysk? Ja wiem, że ludzie od lat walczyli z komuną, walczyli o wolność, czyli o Naród. Komuna upadła i dlatego możesz sobie iść do sklepu po szynkę.
A skąd wiesz jak było "za komuny"? Widziałeś? Byli ludzie "redukowani" jak zbędne narzędzia? Byli eksmitowani na bruk? Szynka jest, a ludzie popełniają samobójstwa, bo im się życie wali.
Gospodarka socjalistyczna jest określana jako "gospodarka niedoboru". Rzeczywiście był niedobór towarów w sklepach, ale był też niedobór "rąk do pracy" i nadmiar miejsc pracy. Nie było bezrobocia.
Gospodarka rynkowa zapewnia obfitość towarów, ale także "nadmiar pracowników". Można to też określić jako "niedobór zatrudnienia".
O ile w socjalizmie były kolejki pod sklepami, w kapitalizmie są kolejki pod "sklepami z zatrudnieniem".
Prawa rynku są tu bezlitosne, Pracodawca zatrudnia tylko pracowników niezbędnych i zmniejsza zatrudnienie jeśli tylko może.
W socjalizmie wręcz przeciwnie, najważniejsze jest pełne zatrudnienie, nawet kosztem wydajności.
Zastanawiałem się jak Ci odpowiedzieć.
Każdemu ustrojowi społecznemu odpowiada pewna forma świadomości społecznej czyli poglądu na świat, poglądu co należy uważać za "naturalne" i "właściwe", a co nie.
W starożytnej Grecji czy Rzymie za "naturalną" i niepodważalną uważano instytucję niewolnictwa.
W okresie feudalizmu jako "naturalne" postrzegano instytucje poddaństwa i pańszczyzny.
Obecnie, w ustroju kapitalistycznym, dominuje świadomość kapitalistyczna. Za "naturalne" uważa się, że wielu ludzi by przeżyć musi "sprzedawać siebie w czasową niewolę" czyli oddawać część swojej pracy tzw. "pracodawcy" dlatego, że on ma tzw. "kapitał".
Pierwszy jednak raz pojawił się pogląd, że może być inaczej, że może być społeczeństwo bez "właścicieli", bez niewoli i wyzysku. Udało się nawet stworzyć takie społeczeństwa. Jednak społeczeństwa kapitalistyczne okazały się silniejsze. Może dlatego, że wyzyskiem można skłonić ludzi do wydajniejszej pracy?
Myśl, że może być społeczeństwo bez "prywatnych właścicieli" jest obecnie uznawana za dziwaczną, a to, że pracownik oddaje prywatnenu pracodawcy część swojej pracy, za całkowicie naturalne i sprawiedliwe. Przywrócenie władztwa prywatnych właścicieli przedstawia się jako sukces "walki pracowników o swoją godność", a ludzi krytykujących wyzysk, jako propagujących lenistwo.
Myślę, że próba przekonania Cię do przedstawionych w moich poprzednich wpisach koncepcji byłaby równie daremna jak próba przekonania antycznego Greka czy Rzymianina, że niewolnictwo jest złem. Na szczęście są tutaj też ludzie o innych poglądach. Można przecież trafić na Spartakusa...
Pozdrawiam.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
A socjalizm jest z reguły wypaczeniem idei współpracy i wspólnoty, bo żeby taką "wspólnotę" utrzymać trzeba stosować nieludzkie środki. Jeżeli kogoś się do czegoś przymusza, to naturalną reakcją jest niechęć, czyli przymuszanie do wspólnoty to promowanie niechęci do niej.

Dla człowieka własność prywatna jest naturalna, człowiek różni się od małp, choćby postrzeganiem moralności. Małpy są moralne z empatii, czyli w sposób automatyczny i podatny na spore pomyłki. Słyszałeś pewnie o dylemacie wagonika: jest sytuacja, w której pociąg jedzie wprost na 5 osób, a na torze obok jest jedna osoba, a Ty stoisz koło zwrotnicy. Możesz ją przestawić i zamiast 5 osób zginie jedna. Ten sam dylemat przedstawiony w inny sposób - zamiast stać koło zwrotnicy, stoisz na mostku, a obok Ciebie stoi wielki człowiek. Jeśli go zepchniesz to pociąg zatrzyma się na nim i nie zabije 5 osób na torach. Ta sama sytuacja, ale mózg się myli i interpretuje nieraz obie sytuacje inaczej. W pierwszej sytuacji większość osób przestawiłaby zwrotnicę, a w drugiej większość nie zepchnęłaby człowieka. Skąd ta niespójność? Szybka decyzja zapadająca głównie w starych ewolucyjnie częściach mózgu powoduje niespójność. Tymczasem świadome decyzje moralne zachodzą w nowej korze - pierwsza małpia moralność to podejście osobowe, a druga ludzka moralność to podejście sytuacyjne, bezosobowe. U ludzi często obie części są w konflikcie, a dla mnie np nie było problemu żeby w obu sytuacjach moje zachowanie było spójne - nie przestawiam zwrotnicy i nie spycham człowieka, bo to nie jest moja odpowiedzialność i nie jestem w stanie wycenić wartości tych ludzi jeśli ich nie znam. Z takim podejściem należę do zdecydowanej mniejszości, ale to jest właśnie podejście ponadzwierzęce.

>Socjaliści doskonale rozumieli zasady działania rynku. Jednak uważali go za zło ponieważ powoduje wyzysk.

Czyli są utopistami i to właśnie świadczy o tym, że nie rozumieli zasad działania rynku. Są różne plusy i minusy, a socjaliści, o których piszesz wzięli sobie jeden minus (wyzysk), zrobili z niego główny dogmat i żeby wyeliminować wyzysk stworzyli system, który jest w czystej formie dużo gorszy od kapitalizmu.

>A skąd wiesz jak było "za komuny"? Widziałeś? Byli ludzie "redukowani" jak zbędne narzędzia? Byli eksmitowani na bruk?

Czy to żart?

>Szynka jest, a ludzie popełniają samobójstwa, bo im się życie wali.

Ludzie zawsze będą popełniać samobójstwa z różnych powodów - większy rozwój generuje też nowe problemy.

>Gospodarka socjalistyczna jest określana jako "gospodarka niedoboru". Rzeczywiście był niedobór towarów w sklepach, ale był też niedobór "rąk do pracy" i nadmiar miejsc pracy. Nie było bezrobocia.

Czy to żart?

>Gospodarka rynkowa zapewnia obfitość towarów, ale także "nadmiar pracowników". Można to też określić jako "niedobór zatrudnienia".

Nikt nie mówi, że jakakolwiek gospodarka jest pozbawiona minusów. Czy Ty aby nie jesteś za socjalizmem z czysto egoistycznych pobudek?
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>O ile w socjalizmie były kolejki pod sklepami, w kapitalizmie są kolejki pod "sklepami z zatrudnieniem".

I tak jak teraz jest lepiej.

>Prawa rynku są tu bezlitosne, Pracodawca zatrudnia tylko pracowników niezbędnych i zmniejsza zatrudnienie jeśli tylko może.

A miałby zatrudniać pracowników zbędnych?

>W socjalizmie wręcz przeciwnie, najważniejsze jest pełne zatrudnienie, nawet kosztem wydajności.

I dlatego nie ma wydajności i wszystko upada, prawie wszystkim żyje się źle, niszczą się więzi społeczne, upada rywalizacja i nowe osiągnięcia - zamiast źle jest fatalnie.

>Zastanawiałem się jak Ci odpowiedzieć.
>Każdemu ustrojowi społecznemu odpowiada pewna forma świadomości społecznej czyli poglądu na świat, poglądu co należy uważać za "naturalne" i "właściwe", a co nie.
>W starożytnej Grecji czy Rzymie za "naturalną" i niepodważalną uważano instytucję niewolnictwa.
>W okresie feudalizmu jako "naturalne" postrzegano instytucje poddaństwa i pańszczyzny.

Jedynym sensownym kryterium jest wolność jednostki, która powinna być ograniczona jak najmniejszą ilością czynników. Na szczęście nie ma dogmatu każącego nam wybierać między socjalizmem, a wolnym rynkiem i można tworzyć systemy mieszane (w Polsce np jest taki system mieszany, łączący najgorsze cechy kapitalizmu i socjalizmu).

>Obecnie, w ustroju kapitalistycznym, dominuje świadomość kapitalistyczna. Za "naturalne" uważa się, że wielu ludzi by przeżyć musi "sprzedawać siebie w czasową niewolę" czyli oddawać część swojej pracy tzw. "pracodawcy" dlatego, że on ma tzw. "kapitał".

To jest przeinterpretowanie sytuacji. Idzie się do pracy po to żeby zarobić pieniądze - taki rodzaj niewoli narzuca nam natura świata. Nie ma systemu bez niewoli, więc trzeba pomyśleć o tym żeby była jak najmniejsza. Jeszcze raz piszę - podziękujmy za to "bozi".

>Pierwszy jednak raz pojawił się pogląd, że może być inaczej, że może być społeczeństwo bez "właścicieli", bez niewoli i wyzysku. Udało się nawet stworzyć takie społeczeństwa.

O jakich społeczeństwach i systemie piszesz? Jedną z najgorszych niewoli jest komuna, czyli jakby nie było socjalizm.

>Myśl, że może być społeczeństwo bez "prywatnych właścicieli" jest obecnie uznawana za dziwaczną, a to, że pracownik oddaje prywatnenu pracodawcy część swojej pracy, za całkowicie naturalne i sprawiedliwe. Przywrócenie władztwa prywatnych właścicieli przedstawia się jako sukces "walki pracowników o swoją godność", a ludzi krytykujących wyzysk, jako propagujących lenistwo.

Ale co pracownik oddaje? To transakcja wymienna. Gorzej jak trzeba pracować przymusowo, bo państwo każe i w zamian otrzymywać takie życie, że zjedzenie szynki sprawia radość.

W kapitalizmie niewolnikami są najniższe warstwy społeczne, bo np takiego inżyniera pracującego w porządnej firmie nie boli to, że pracodawca czerpie z niego zysk - firma działa jak naczynia połączone. W socjalizmie niewolnikami są ludzie pracujący, a ich panami są menele otrzymujące zasiłek za nic.

Niewolnictwo jest złem i dlatego jestem przeciwnikiem nadmiernego socjalizmu.

Pozdrawiam.
22-11-2015 20:30 
 Ocena 2 na 2
szarley (54913 punktów)
>Dokładnie. Firmie musi się opłacać zatrudnienie pracownika i tego nie rozumieją zwolennicy płac minimalnych. Inwestor ryzykuje swój kapitał, tworzy miejsce pracy, dzięki któremu praca pana Kowalskiego w ogóle jest cokolwiek warta. W zamian musi mieć wymierny zysk i musi zarabiać więcej niż pracownicy.

A dzięki pracy pana Kowalskiego cokolwiek wart jest kapitał inwestora.

Pracownik ryzykuje swój czas, kawał swojego życia. Ryzykują obydwaj, pracują obydwaj i obydwu powinno się to opłacać. Pracodawca powinien mieć większy kawałek tortu, ale pracownik nie powinien chodzić głodny.

>>Pani Malinowska przywłaszcza więc sobie część pracy pana Kowalskiego.
>Nie. To Pan Kowalski wykonuje usługę dla tej firmy i oferuje swoją pracę za odpowiednią cenę.
OO i tu jest piękne założenie. Odpowiednia cena!
Życzę wszystkim pracodawcom gigantycznych zysków i 2,5% bezrobocia
(nie ma w tym cienia ironii)

>Jeśli mu to nie pasuje to może założyć własną jednoosobową firmę (to powinno być banalnie proste).
Najprostsze jest bez kapitału

>O wyzysku nie ma mowy (z tego powodu co piszesz). Wyzyskiem by było gdyby firma oferowała płacę poniżej rynkowej lub za duża byłaby dysproporcja między zyskami z danego pracownika a jego pensją.
1 Czy w warunkach wysokiego bezrobocia można mówić o rynkowej wartości?
2 po słowie "lub" masz sytuację większości robotników w Polsce, ale cieszę się że to zauważasz

>Tylko, że duża i mała to kwestia relatywna i dlatego takie sprawy trzeba rozpatrywać indywidualnie, po prostu po ludzku i bez idiotycznych z góry narzuconych przepisów.

No to nie licz na to. Indywidualnie to wystarczy 5 zł/h czyli 30 zł za 10 godzin (nie pomyliłem się)

>>Spośród dwu stron, z których jedna wkłada w firmę pracę, a druga kapitał, decyduje o firmie ta z kapitałem.
>I prawidłowo.
Nie. Obydwie strony coś tej firmie poświęcają. Wielkie niemieckie firmy AG dopuszczają przedstawicieli pracowniczych do Rad nadzorczych, a Niemcy chyba mają pojęcie o gospodarce
W razie plajty VW AG, właściciel traci 5% majątku, bo więcej w jednej spółce nie trzyma, pracownik traci źródło utrzymania.

>I w państwowych podstawówkach i gimnazjach uczą najgorsi nauczyciele,
Jakiś dowód? (Oprócz Twojej imponującej wiedzy wyniesionej z prywatnej szkoły? )
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>A dzięki pracy pana Kowalskiego cokolwiek wart jest kapitał inwestora.
>Pracownik ryzykuje swój czas, kawał swojego życia. Ryzykują obydwaj, pracują obydwaj i obydwu powinno się to opłacać. Pracodawca powinien mieć większy kawałek tortu, ale pracownik nie powinien chodzić głodny.

I dokładnie o to mi chodzi, przy czym najważniejsze jest dobro Kowalskiego i Malinowskiej jako konsumentów - tu WSZYSCY jadą razem na tym samym wózku i wszystkim powinno się opłacać dbanie o dobro konsumenta, którym jest każdy.

>OO i tu jest piękne założenie. Odpowiednia cena!
>Życzę wszystkim pracodawcom gigantycznych zysków i 2,5% bezrobocia
>(nie ma w tym cienia ironii)

Żeby tak było państwo musi ograniczyć wtrącanie się do gospodarki i trzeba coś zrobić z wielkimi korporacjami (nakładanie im wyższego podatku mija się z celem, bo przerzucą koszta na konsumenta i pracowników).

>>Jeśli mu to nie pasuje to może założyć własną jednoosobową firmę (to powinno być banalnie proste).
>Najprostsze jest bez kapitału

Jeśli nie ma kapitału to musi go najpierw wypracować. Nie ma idealnego systemu.

>>O wyzysku nie ma mowy (z tego powodu co piszesz). Wyzyskiem by było gdyby firma oferowała płacę poniżej rynkowej lub za duża byłaby dysproporcja między zyskami z danego pracownika a jego pensją.
>1 Czy w warunkach wysokiego bezrobocia można mówić o rynkowej wartości?

Oczywiście, ale nie jest to wartość optymalna. Żeby zmniejszyć bezrobocie trzeba zwiększyć ilość miejsc pracy, czyli trzeba odciążyć sektor prywatny i zachęcić inwestorów do działalności na naszym rynku.

>2 po słowie "lub" masz sytuację większości robotników w Polsce, ale cieszę się że to zauważasz

Ciężko tego nie zauważyć. Jest wiele przyczyn: zniszczenie wojną, lata komuny, lewe prywatyzacje, rządy socjaldemokratów, zbyt wysokie obciążenia i interwencjonizm państwa w gospodarkę przy jednoczesnym marnowaniu pieniędzy pobranych w podatkach (praktycznie brak socjalu) co razem daje fatalny system zły zarówno dla ideowych kapitalistów jak i socjalistów, oraz konsumentów, pracodawców i pracowników. Obecny system promuje w zasadzie głównie wielkie korporacje, które omijają sobie podatki, mają na starcie przewagę i działają jak gospodarka centralnie planowana.

>No to nie licz na to. Indywidualnie to wystarczy 5 zł/h czyli 30 zł za 10 godzin (nie pomyliłem się)

Liczby z kapelusza.

>>>Spośród dwu stron, z których jedna wkłada w firmę pracę, a druga kapitał, decyduje o firmie ta z kapitałem.
>>I prawidłowo.
>Nie. Obydwie strony coś tej firmie poświęcają. Wielkie niemieckie firmy AG dopuszczają przedstawicieli pracowniczych do Rad nadzorczych, a Niemcy chyba mają pojęcie o gospodarce
>W razie plajty VW AG, właściciel traci 5% majątku, bo więcej w jednej spółce nie trzyma, pracownik traci źródło utrzymania.

Zależy od przykładu, na który się powołujesz. Zawodowy kucharz zakłada sobie restaurację, zatrudnia profesjonalny zespół i narzuca mu pewne wymagania do spełnienia. Podrzędny kuchcik nie będzie mówił szefowi kuchni jak należy gotować - ma wykonywać polecenia i dostaje w zamian pieniądze. Jednak szefem kuchni może być prawdziwy profesjonalista, a restauratorem zwykły kmiot, któremu tatuś kupił "byznes". W takiej sytuacji szef kuchni może się nie zgadzać z jego pomysłami i po prostu się zwolnić, albo ze względu na trudną sytuację rynkową zacisnąć zęby i wykonywać polecenia dla pieniędzy, dopóki restauracja nie zacznie przynosić strat. Jednak ten kto ryzykuje swoje pieniądze jest głównym odpowiedzialnym za swoje decyzje i to jego błędy uderzą najbardziej po kieszeni. W większych firmach wygląda to oczywiście inaczej.

>>I w państwowych podstawówkach i gimnazjach uczą najgorsi nauczyciele,
>Jakiś dowód? (Oprócz Twojej imponującej wiedzy wyniesionej z prywatnej szkoły? )

Niestety ciężko udowodnić gorszość nauczycieli, bo nie ma obiektywnego sposobu miary.
A co, nie zgadzasz się z tą tezą? Podejrzewam, że dla większości osób to oczywiste i potwierdza to autopsja, ale nie daję głowy.
Wiedzę żeby uczyć w podstawówce i gimnazjum może posiąść byle kmiot, a później materiał jest już trudniejszy. Z drugiej strony dzieci uczy się trudniej, więc możliwe, że ten czynnik stwarza taki pozór. W każdym razie w większości szkół nauczyciele są zbyt surowi i nerwowi oraz nadużywają władzy nauczycielskiej. W tej prywatnej szkole też mnie to spotykało, ale tacy nauczyciele byli temperowani przez rodziców i nie sprawiali długofalowych problemów.
22-11-2015 21:33 
 Ocena 3 na 3
szarley (54913 punktów)
>>No to nie licz na to. Indywidualnie to wystarczy 5 zł/h czyli 30 zł za 10 godzin (nie pomyliłem się)
>Liczby z kapelusza.

Nie. Freshmarket Rybnik
Podważanie danych wynika z religijnej wiary, że wszyscy pracodawcy to szlachetni ludkowie, płacący tyle ile tylko mogą, a więcej nie mogą "Bo państwo...."

>>>I w państwowych podstawówkach i gimnazjach uczą najgorsi nauczyciele,
>>Jakiś dowód? (Oprócz Twojej imponującej wiedzy wyniesionej z prywatnej szkoły? )
>Niestety ciężko udowodnić gorszość nauczycieli, bo nie ma obiektywnego sposobu miary.
Niestety, nie powinno się głosić nieudowadnialnych tez, ale niektóre religijne osoby nawracają bez dowodów

>A co, nie zgadzasz się z tą tezą? Podejrzewam, że dla większości osób to oczywiste i potwierdza to autopsja, ale nie daję głowy.
Pacz pan. Moja autopsja z Chile i freshmarketu wymaga dowodu, Twoja jakoś nie?

>Wiedzę żeby uczyć w podstawówce i gimnazjum może posiąść byle kmiot,
Chyba w tej, którą Ty kończyłeś.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>Nie. Freshmarket Rybnik

Co Freshmarket Rybnik? Albo dyskutujesz jak człowiek, albo przestań w ogóle pisać. Czyżby Szumlewicz pisał na racjonaliscie?

>Podważanie danych wynika z religijnej wiary, że wszyscy pracodawcy to szlachetni ludkowie, płacący tyle ile tylko mogą, a więcej nie mogą "Bo państwo...."

Jakich danych?
Skąd pomysł, że mam wiarę w to co napisałeś? Znów jakieś insynuacje i opary absurdu.

>Niestety, nie powinno się głosić nieudowadnialnych tez, ale niektóre religijne osoby nawracają bez dowodów

Najpierw podaj dowody na tezy, które sam głosisz, a potem pogadamy na ten temat. Moja hipoteza nie ma większego znaczenia dla całości dyskusji.

>>A co, nie zgadzasz się z tą tezą? Podejrzewam, że dla większości osób to oczywiste i potwierdza to autopsja, ale nie daję głowy.
>Pacz pan. Moja autopsja z Chile i freshmarketu wymaga dowodu, Twoja jakoś nie?

Zależy czy mówimy o czymś ważnym, czy o czymś mało istotnym. A jak już podajesz jakieś dane to wypowiadaj się pełnymi zdaniami, z przedstawieniem konkretów, a nie w taki sposób w jaki teraz "dyskutujesz".

>>Wiedzę żeby uczyć w podstawówce i gimnazjum może posiąść byle kmiot,
>Chyba w tej, którą Ty kończyłeś.

No może Tobie przyswojenie materiału z gimnazjum i podstawówki sprawia trudność W takim razie nie dziwię się dlaczego dyskutujesz w ten sposób.
23-11-2015 10:27 
 Ocena 2 na 2
szarley (54913 punktów)
>>Nie. Freshmarket Rybnik
>Co Freshmarket Rybnik? Albo dyskutujesz jak człowiek, albo przestań w ogóle pisać. Czyżby Szumlewicz pisał na racjonaliscie?
No to wytłumaczę jak przystało tłumaczyć absolwentowi prywatnej (lepszej) szkoły

To są stawki jakie zaproponowano pracownicom Freshmarket bez umowy o pracę i tu nawet wg Twojej definicji jest wyzysk.
Olson:
Cytat:
Wyzyskiem by było gdyby (...) za duża byłaby dysproporcja między zyskami z danego pracownika a jego pensją.


>>Podważanie danych wynika z religijnej wiary, że wszyscy pracodawcy to szlachetni ludkowie, płacący tyle ile tylko mogą, a więcej nie mogą "Bo państwo...."
>Jakich danych?
Tych dotyczących wpływu podatków na płace. Sam mnie poprawiałeś ( i słusznie) że obniżono w Polsce podatek z 40% do 32. Pracownicy tego nie odczuli, ale Ty wierzysz że to państwo nie pozwala więcej płacić

>Skąd pomysł, że mam wiarę w to co napisałeś? Znów jakieś insynuacje i opary absurdu.
Czytaj ze zrozumieniem: Twojej wiary w to, że wszyscy pracodawcy to szlachetni ludkowie, płacący tyle ile tylko mogą, a więcej nie mogą "Bo państwo...."
Wierzysz też w inne cuda np chilijski cud gospodarczy
Ja nie dostrzegam cudu w fakcie wzbogacenia się kilu procent krewnych i znajomych królika kosztem zdecydowanej większości społeczeństwa

>>Pacz pan. Moja autopsja z Chile i informacje z freshmarketu wymagają dowodu, Twoja jakoś nie?
>Zależy czy mówimy o czymś ważnym, czy o czymś mało istotnym.
a o tym decyduje Olson?
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>To są stawki jakie zaproponowano pracownicom Freshmarket bez umowy o pracę i tu nawet wg Twojej definicji jest wyzysk.

No jest wyzysk, ale co w związku z tym? Freszmarket w Rybniku kieruje się zasadami rynkowymi jakie panują w obecnym systemie, którego jestem przeciwnikiem.

>Tych dotyczących wpływu podatków na płace. Sam mnie poprawiałeś ( i słusznie) że obniżono w Polsce podatek z 40% do 32. Pracownicy tego nie odczuli, ale Ty wierzysz że to państwo nie pozwala więcej płacić

Odpowiadałem na ten argument. Po co powtarzasz coś na co już odpowiadałem?

>Czytaj ze zrozumieniem: Twojej wiary w to, że wszyscy pracodawcy to szlachetni ludkowie, płacący tyle ile tylko mogą, a więcej nie mogą "Bo państwo...."

Poproszę w takim razie o dowód na to, że tak gdzieś pisałem.

Pisałem o tym co kryje się pod terminem "niewidzialna ręka rynku". Nieuczciwy też musi zapłacić tyle ile trzeba.

>Wierzysz też w inne cuda np chilijski cud gospodarczy

To określenie Miltona Friedmana na to co działo się w Chile po dojściu do władzy Pinocheta.

>Ja nie dostrzegam cudu w fakcie wzbogacenia się kilu procent krewnych i znajomych królika kosztem zdecydowanej większości społeczeństwa

Poczytaj sobie o tym jak było w Chile za Allende i porównaj to z tym co stało się za Pinocheta i jest teraz. Możesz sobie mówić o tym, że w Chile jest gorzej niż np w Szwecji i na tej podstawie wmawiać, że socjalizm jest lepszy od wolnego rynku, ale takie przykłady nie mają sensu.

>>Zależy czy mówimy o czymś ważnym, czy o czymś mało istotnym.
>a o tym decyduje Olson?

Argumenty i logika. Obalenie mojego przykładu ze szkołami (też nie obalisz, bo to będzie argumentum ad ignorantiam) nie zmieniłoby niczego (no chyba, że odczuwasz jakąś satysfakcję, że masz rację i potrzebujesz tego jak tlenu). Freszmarket jest nieważny, ale już tezy o Chile są bliżej sedna tematu (chodź też nim nie są, bo wolny rynek z dyktaturą, to nie tylko przykład Chile, który był pewnym wyjątkiem - inna dyktatura z wolnym rynkiem mogłaby się sprawdzić, tylko moim zdaniem nie w aż tak radykalnej formie).
23-11-2015 17:06 
 Ocena 1 na 1
szarley (54913 punktów)
>>To są stawki jakie zaproponowano pracownicom Freshmarket bez umowy o pracę i tu nawet wg Twojej definicji jest wyzysk.
>No jest wyzysk, ale co w związku z tym?
Należy tworzyć mewchnizmy ograniczające wyzysk. W imię tego, że państwo jest własnością wspólną a nie tylko własnością przedsiębiorców

>Freszmarket w Rybniku kieruje się zasadami rynkowymi jakie panują w obecnym systemie, którego jestem przeciwnikiem.
Ja też, tylko, że chyba każdy z nas chciałby go przesunąć w inną stronę. Dla mnie, skoro zarabiają 5zł/h to jest to wyzysk i należy ten wyzysk ograniczyć zmuszając właściciela do ograniczenia własnej konsumpcji, podwyższenia płac i przyznania prawa do urlopów.

>>Wierzysz też w inne cuda np chilijski cud gospodarczy
>To określenie Miltona Friedmana na to co działo się w Chile po dojściu do władzy Pinocheta.
Nie muszę się z nim zgadzać, zwłaszcza jeśli czyjeś pojęcie cudu przeczy obserwacji moich własnych oczu i mojej wiedzy.

>>Ja nie dostrzegam cudu w fakcie wzbogacenia się kilu procent krewnych i znajomych królika kosztem zdecydowanej większości społeczeństwa
>Poczytaj sobie o tym jak było w Chile za Allende i porównaj to z tym co stało się za Pinocheta i jest teraz.
Czytałem publikacje z różnych źródeł w tym także chwalców Pinocheta, do tego dokładam na własny użytek to co czytałem w Chile i to czego dowiedziałem się w rozmowach od ludzi tego kraju i mój obraz wcale nie jest taki pozytywny

>>>Zależy czy mówimy o czymś ważnym, czy o czymś mało istotnym.
>>a o tym decyduje Olson?
>Argumenty i logika.
Argumenty Olsona i logika Olsona

>Obalenie mojego przykładu ze szkołami (też nie obalisz, bo to będzie argumentum ad ignorantiam)
Ty głosisz argumentum, na Tobie spoczywa ciężar dowiedzenia.

>wolny rynek z dyktaturą, to nie tylko przykład Chile, który był pewnym wyjątkiem - inna dyktatura z wolnym rynkiem mogłaby się sprawdzić, tylko moim zdaniem nie w aż tak radykalnej formie).

To Twoje zdanie, ja jestem przeciwnikiem dyktatury, cenię sobie być kimś ważnym w mojej Republice i mieć prawo wyboru jej prezydenta
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>Należy tworzyć mewchnizmy ograniczające wyzysk. W imię tego, że państwo jest własnością wspólną a nie tylko własnością przedsiębiorców

Zgodziłbym się z Tobą gdyby te mechanizmy istniały.

>Ja też, tylko, że chyba każdy z nas chciałby go przesunąć w inną stronę. Dla mnie, skoro zarabiają 5zł/h to jest to wyzysk i należy ten wyzysk ograniczyć zmuszając właściciela do ograniczenia własnej konsumpcji, podwyższenia płac i przyznania prawa do urlopów.

Fresh market to franczyza. Sam franczyzobiorca nie zarabia na tym dużo, więc i jest w stanie płacić mało. Np na takim tesco chciałoby się wymusić wyższe płace, bo wiadomo, że ich i tak stać. Podniesienie płacy minimalnej (znaczące) spowoduje jednak bezrobocie, upadek innych sklepów i umocnienie pozycji dużych marketów, a jeśli to nieznaczące podniesienie płacy np o 100 zł, to nic się prawie nie zmieni.

>Nie muszę się z nim zgadzać, zwłaszcza jeśli czyjeś pojęcie cudu przeczy obserwacji moich własnych oczu i mojej wiedzy.

Nie musisz się także zgadzać z tym, że Ziemia jest okrągła - wg Twojej obserwacji może być płaska i możesz mieć na to nawet dowód w postaci tego, że Twoje podwórko jest płaskie, no to jak Ziemia może być okrągła?

>Czytałem publikacje z różnych źródeł w tym także chwalców Pinocheta, do tego dokładam na własny użytek to co czytałem w Chile i to czego dowiedziałem się w rozmowach od ludzi tego kraju i mój obraz wcale nie jest taki pozytywny

Aha.

>Argumenty Olsona i logika Olsona

Czyli dobre argumenty i logika, kontra brak argumentów i logiki Szarleya.

>Ty głosisz argumentum, na Tobie spoczywa ciężar dowiedzenia.

Nie spoczywa, albowiem mogę zrobić to co mój rozmówca, czyli napisać np "logika i argumenty Szarleya", albo "czytałem na ten temat i rozmawiałem z ludźmi i to potwierdza moją opinię". Skoro Ty tak możesz to ja też.

Ale może lepiej potraktujmy to jako moją opinię, do której mam prawo, a że tego nie jestem w stanie udowodnić, a Ty nie jesteś w stanie udowodnić, że jest inaczej, to pomińmy ten wątek i zostańmy przy swoim zdaniu.

>To Twoje zdanie, ja jestem przeciwnikiem dyktatury, cenię sobie być kimś ważnym w mojej Republice i mieć prawo wyboru jej prezydenta
>

Aha, czyli wierzysz, że Twój głos coś znaczy i jesteś ważny (tak jak np pijak albo kibol).
24-11-2015 10:26 
 Ocena 2 na 2
szarley (54913 punktów)
>>Należy tworzyć mewchnizmy ograniczające wyzysk. W imię tego, że państwo jest własnością wspólną a nie tylko własnością przedsiębiorców
>Zgodziłbym się z Tobą gdyby te mechanizmy istniały.

W innym wątku piszesz
Cytat:
Wniosek jaki się nasuwa, to potrzeba minimalnego udziału mechanizmów socjalistycznych,

Czyli sam świadom jesteś istnienia takich mechanizmów

>Fresh market to franczyza. Sam franczyzobiorca nie zarabia na tym dużo, więc i jest w stanie płacić mało.
Przykro mi, ale jestem cudzoziemcem i tego zdania nie rozumiem

>Podniesienie płacy minimalnej (znaczące) spowoduje jednak bezrobocie, upadek innych sklepów i umocnienie pozycji dużych marketów,
Znaczące tak, a powolne?

>a jeśli to nieznaczące podniesienie płacy np o 100 zł, to nic się prawie nie zmieni.
Prawie robi wielką różnicę. 100 zł dla sklepowej to czasem 10% podwyżka.

>>Argumenty Olsona i logika Olsona
>Czyli dobre argumenty i logika, kontra brak argumentów i logiki Szarleya.

Bufonada wyłazi z Ciebie jak słoma z butów

>>To Twoje zdanie, ja jestem przeciwnikiem dyktatury, cenię sobie być kimś ważnym w mojej Republice i mieć prawo wyboru jej prezydenta
>Aha, czyli wierzysz, że Twój głos coś znaczy i jesteś ważny (tak jak np pijak albo kibol).
Jest ważny na równi z głosami innych obywateli. W dyktaturze nie ma żadnego znaczenia. W demokracji mam obywatelskie prawa (w tym prawo do opuszczenia swojego kraju) w dyktaturze nie mam żadnych praw
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>>Zgodziłbym się z Tobą gdyby te mechanizmy istniały.
>W innym wątku piszesz
> Cytat:
Wniosek jaki się nasuwa, to potrzeba minimalnego udziału mechanizmów socjalistycznych,

>Czyli sam świadom jesteś istnienia takich mechanizmów

Kolejny raz czepiasz się słówek tworzących pozorną sprzeczność. Realnej sprzeczności nie ma, bo różni się kontekst obu sytuacji. Nie istnieją mechanizmy, które spowodują, że pracodawca będzie płacił więcej, jeśli nie ma tych pieniędzy. To błędne koło, bo można sobie pozwolić na podniesienie płacy minimalnej tylko w momencie kiedy gospodarka jest na tyle silna, że płaca minimalna nie jest potrzebna. Nie istnieją mechanizmy, które wyeliminują problem wyzysku w sposób bezpośredni. Jedyne co można zrobić to ogólna poprawa gospodarki i kiedy przedsiębiorców już stać na płacenie wyższych pensji, a tego nie robią, to można myśleć o minimalnej (jako reakcja na realny problem, a nie po to żeby trzymać się socjalistycznego dogmatu).

A mechanizmy, które są potrzebne, to już inna para kaloszy (o tym w innym poście).

>>Fresh market to franczyza. Sam franczyzobiorca nie zarabia na tym dużo, więc i jest w stanie płacić mało.
>Przykro mi, ale jestem cudzoziemcem i tego zdania nie rozumiem

Chodzi o to, że ludziom może się wydawać, że Fresh market to bogata korporacja, która ma wiele sklepów i jest w stanie płacić pracownikom odpowiednie pensje. W rzeczywistości to franczyza: pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza
To są zwykłe sklepiki np pana Jurka, albo pani Jadzi, które mają podpisaną umowę na nazwę i towary. I takie osoby niekoniecznie stać żeby płacić więcej. To lepiej płacić mało, ale płacić, czy żeby taki pracownik nie zarabiał nic i kradł, a pani Jadzia pobierała zasiłek zamiast prowadzić sklep?

>>Podniesienie płacy minimalnej (znaczące) spowoduje jednak bezrobocie, upadek innych sklepów i umocnienie pozycji dużych marketów,
>Znaczące tak, a powolne?

Doprowadzi do powolnego upadku?

>Prawie robi wielką różnicę. 100 zł dla sklepowej to czasem 10% podwyżka.

No ok, ale w wielu przypadkach to po prostu utrata pracy i gorsze warunki dla reszty pracowników. Generalnie idea płacy minimalnej byłaby dobra gdyby na rynku konkurowały ze sobą tylko wielkie korporacje i przedsiębiorcy, których stać, a nie płacą z chytrości. To jednak tylko negatyw dogmatu, że wszyscy pracodawcy są uczciwi i płacą uczciwie. W rzeczywistości część firm działa uczciwie, część nieuczciwie, a część uczciwie w jednych kwestiach, a nieuczciwie w innych itd.

>>>Argumenty Olsona i logika Olsona
>>Czyli dobre argumenty i logika, kontra brak argumentów i logiki Szarleya.
>Bufonada wyłazi z Ciebie jak słoma z butów

A co miało znaczyć napisanie "argumenty i logika Olsona"? Co, nie wolno mi na to odpisać w podobnym tonie, ale Tobie wolno?

>Jest ważny na równi z głosami innych obywateli.

Czyli prawie nieważny (prawie nie robi tu wcale różnicy)...

>W dyktaturze nie ma żadnego znaczenia. W demokracji mam obywatelskie prawa (w tym prawo do opuszczenia swojego kraju) w dyktaturze nie mam żadnych praw

Zależy w jakiej dyktaturze i w jakiej demokracji.
szarley (54913 punktów)
>>>Zgodziłbym się z Tobą gdyby te mechanizmy istniały.
>>W innym wątku piszesz
>> Cytat:
Wniosek jaki się nasuwa, to potrzeba minimalnego udziału mechanizmów socjalistycznych,

>>Czyli sam świadom jesteś istnienia takich mechanizmów
>Kolejny raz czepiasz się słówek tworzących pozorną sprzeczność. Realnej sprzeczności nie ma, bo różni się kontekst obu sytuacji. Nie istnieją mechanizmy, które spowodują, że pracodawca będzie płacił więcej, jeśli nie ma tych pieniędzy.

.. a jeśli ma?

Chciałbym wiedzieć potrzebę jakich socjalistycznych mechanizmów dostrzegasz.

>Nie istnieją mechanizmy, które wyeliminują problem wyzysku w sposób bezpośredni.
Może tak, może nie, warto nad eliminacją wyzysku się zastanowić, bo wyzysk stanowczo nie jest niczym dobrym

>Jedyne co można zrobić to ogólna poprawa gospodarki i kiedy przedsiębiorców już stać na płacenie wyższych pensji, a tego nie robią, to można myśleć o minimalnej (jako reakcja na realny problem, a nie po to żeby trzymać się socjalistycznego dogmatu).
W przybliżeniu się zgadzam

>>>Fresh market to franczyza. Sam franczyzobiorca nie zarabia na tym dużo, więc i jest w stanie płacić mało.
>>Przykro mi, ale jestem cudzoziemcem i tego zdania nie rozumiem
>Chodzi o to, że ludziom może się wydawać, że Fresh market to bogata korporacja, która ma wiele sklepów i jest w stanie płacić pracownikom odpowiednie pensje. W rzeczywistości to franczyza: pl.wikipedia.org/wiki/Franczyza
To rozumiem, nie rozumiem drugiej części zdania, ale jako cudzoziemiec zawsze mam prawo prosić o przeredagowanie zdania.

>>>Podniesienie płacy minimalnej (znaczące) spowoduje jednak bezrobocie, upadek innych sklepów i umocnienie pozycji dużych marketów,
>>Znaczące tak, a powolne?
>Doprowadzi do powolnego upadku?
Nie. Rozkręci gospodarkę napędzając popyt. Tu właśnie sprawdził się model skandynavski

>>Prawie robi wielką różnicę. 100 zł dla sklepowej to czasem 10% podwyżka.
>No ok, ale w wielu przypadkach to po prostu utrata pracy i gorsze warunki dla reszty pracowników.
Dlatego wymaga to precyzyjnie określonego modelowania a nie ideologicznego zadęcia

>>W dyktaturze nie ma żadnego znaczenia. W demokracji mam obywatelskie prawa (w tym prawo do opuszczenia swojego kraju) w dyktaturze nie mam żadnych praw
>Zależy w jakiej dyktaturze i w jakiej demokracji.
W dyktaturze nie mam jednego z najważniejszych dla mnie praw : prawa wyboru władzy ustawodawczej
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>.. a jeśli ma?

A czy ma?

>>Nie istnieją mechanizmy, które wyeliminują problem wyzysku w sposób bezpośredni.
>Może tak, może nie, warto nad eliminacją wyzysku się zastanowić, bo wyzysk stanowczo nie jest niczym dobrym

Z tym się zgadzam, ale samo zastanowienie się nie oznacza tego, że się da. Wielu rzeczy się nie da, a świat to nie idylla. Zauważyłem ciekawy mechanizm - socjaliści bardzo często starają się przedstawić socjalizm jako idealny ustrój, w którym człowiek wszystko zaplanuje, bo "da się". Tymczasem nie da rady i wiele można przez takie myślenie zepsuć. Liberałowie (poza gimnazjalistami) raczej wskazują na wady socjalizmu (na tym polega "masakrowanie lewaków") i twierdzą, że wolny rynek jest lepszy od gospodarki planowanej (co nie znaczy, że będzie dobrze). Ja uważam, że na świecie nigdy nie będzie dobrze, bo taka jest natura świata, a dobro pojmowane po ludzku to utopia.

>To rozumiem, nie rozumiem drugiej części zdania, ale jako cudzoziemiec zawsze mam prawo prosić o przeredagowanie zdania.

Przedsiębiorca, którego nie stać nie zapłaci pracownikowi odpowiedniej pensji. Lepiej żeby dostał jakąkolwiek niż żadną. Socjalista powie, że właściciel takiego biznesu powinien się spakować i szukać pracy jako pracownik, ale to tylko zwiększa bezrobocie.

>>Doprowadzi do powolnego upadku?
>Nie. Rozkręci gospodarkę napędzając popyt. Tu właśnie sprawdził się model skandynavski

Niby w jaki sposób? Model skandynawski to jeszcze inny temat - tam jest wbrew pozorom więcej z wolnego rynku niż u nas i warunki różnią się na tyle, że nie można zakładać, że zastosowanie tego modelu sprawdziłoby się w Polsce.

>W dyktaturze nie mam jednego z najważniejszych dla mnie praw : prawa wyboru władzy ustawodawczej

W demokracji też nie masz, a z resztą to nie ludzie powinni wybierać, tylko kompetentne władze powinny działać na korzyść ludzi.
26-11-2015 06:38 
 Ocena 2 na 2
szarley (54913 punktów)
>>.. a jeśli ma?
>A czy ma?
Ma

>>>Nie istnieją mechanizmy, które wyeliminują problem wyzysku w sposób bezpośredni.
>>Może tak, może nie, warto nad eliminacją wyzysku się zastanowić, bo wyzysk stanowczo nie jest niczym dobrym
>Z tym się zgadzam, ale samo zastanowienie się nie oznacza tego, że się da.
Nie da się całkowicie zlikwidować wyzysku, ale można go poważnie ograniczyć. Przykład Skandynawii jest godzien zastanowienia.

>Zauważyłem ciekawy mechanizm - socjaliści bardzo często starają się przedstawić socjalizm jako idealny ustrój, w którym człowiek wszystko zaplanuje, bo "da się".
Ciekaw jestem gdzie to zauważyłeś. Socjalizm i planowanie wszystkiego?

>Przedsiębiorca, którego nie stać nie zapłaci pracownikowi odpowiedniej pensji.
W obecnych polskich warunkach nawet pracodawca, którego stać nie zapłaci godziwie.
(nie sądzę, aby właściciel freshmarketu miał niskie dochody. Marże są dość wysokie, a lokalizacja sklepów korzystna

>Socjalista powie, że właściciel takiego biznesu powinien się spakować i szukać pracy jako pracownik, ale to tylko zwiększa bezrobocie.
Gdzie to słyszałeś?
Właściciel powinien na początku pracy zawodowej być zwykłym pracownikiem. To jest niemal reguła stosowana nie w socjalistycznej Danii , ale w liberalnych USA

>>>Doprowadzi do powolnego upadku?
>>Nie. Rozkręci gospodarkę napędzając popyt. Tu właśnie sprawdził się model skandynavski
>Niby w jaki sposób? Model skandynawski to jeszcze inny temat - tam jest wbrew pozorom więcej z wolnego rynku niż u nas
Jak to porównujesz? Po wysokości podatków czy po swobodzie gospodarczej działalności?

>>W dyktaturze nie mam jednego z najważniejszych dla mnie praw : prawa wyboru władzy ustawodawczej
>W demokracji też nie masz,
Czyżby? krasnoludki moją kartkę wyborczą zjadają? Mam tyle samo praw co inni. Nie mniej

>a z resztą to nie ludzie powinni wybierać, tylko kompetentne władze powinny działać na korzyść ludzi.
A kto ma wybrać te kompetentne władze? Kto ma je kontrolować? Kto ma je zabezpieczać przed wynaturzeniami?
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>>>.. a jeśli ma?
>>A czy ma?
>Ma

Bardzo często nie ma. Zapraszamy do Polski, proszę zapoznać się z mniejszymi przedsiębiorstwami.

>Nie da się całkowicie zlikwidować wyzysku, ale można go poważnie ograniczyć. Przykład Skandynawii jest godzien zastanowienia.

Przykład Skandynawii się nie nadaje z wielu względów. Żeby ograniczyć wyzysk należy zacząć od:
- zmniejszenia i uproszczenia podatków
- zmniejszenia biurokracji
- rezygnacja z pośrednictwa, a sprawy załatwiają dwie strony umowy (państwo nie ma prawa się wtrącać między pracodawcę, a pracownika i między kupującego, a sprzedawcę).

>>Zauważyłem ciekawy mechanizm - socjaliści bardzo często starają się przedstawić socjalizm jako idealny ustrój, w którym człowiek wszystko zaplanuje, bo "da się".
>Ciekaw jestem gdzie to zauważyłeś. Socjalizm i planowanie wszystkiego?

Centralne planowanie to domena socjalizmu. Gospodarka planowana, państwo opiekuńcze vs. wolny rynek, niewidzialna ręka rynku, wolność i odpowiedzialność w rękach obywateli

>W obecnych polskich warunkach nawet pracodawca, którego stać nie zapłaci godziwie.
>(nie sądzę, aby właściciel freshmarketu miał niskie dochody. Marże są dość wysokie, a lokalizacja sklepów korzystna

Nie wiem jak jest we Freshach, ale w Żabce u znajomego dochody były tak niskie, że bardziej mu się opłacało wrócić na etat. Wielu pracodawców nie stać na godziwe pensje.

Inna sytuacja, restauracja i kelnerzy zarabiający więcej od kucharza (napiwki). W efekcie kucharzowi trzeba podnieść pensję, ale wtedy starszy kucharz ma pretensje, że małolat zarabia tyle co on, więc i jemu trzeba podnieść. Płaca minimalna to nie tylko podniesienie zarobków najbiedniejszym, tylko nieraz wszystkim. Albo jest firma, w której pracownicy dostają pensję minimalną plus bonusy. Podniesienie pensji minimalnej powoduje zmniejszenie bonusów dla pracowników, a w zamian więcej dostanie państwo. To państwu zależy na wyższych pensjach minimalnych, bo z tego jest dodatkowy wpływ do budżetu. Podobnie rzecz ma się z umowami o pracę i "śmieciówkami". To umowa o pracę jest często najbardziej niekorzystna dla pracownika. Pamiętam jak poszedłem do pierwszej pracy i na wstępie usłyszałem pytanie czy wolę pewną kwotę na umowie o pracę czy o kilka stówek więcej na zlecenie.

Jeszcze inny przykład - 3 sprzątaczki w firmie zarabiają po 1 tys zł. Po podniesieniu pensji minimalnej właściciel obiektu stwierdza, że nie opłaca mi się zatrudnianie ich i zwalnia jedną, a pozostałe dwie mają więcej pracy. Ta zwolniona zamiast mieć dochód 1 tys + 1500 męża, czyli 2500, z którego ledwo przeżyją bez długów, po tym zwolnieniu ma tylko powiedzmy 1800 zł męża, bo płaca mu trochę wzrosła. Jednocześnie będzie musiała płacić za wodę nie 1,50 tylko 1,80, a za kawę nie 10 zł, tylko 12 zł, bo przecież przedsiębiorcy podniosą ceny żeby odrobić sobie zysk.

Generalnie socjaliści mają duży problem z założeniem, że przedsiębiorcy są skłonni do oszustw. Jeżeli tak, to jeśli nałoży się im większe obciążenia, to będą starali się uniknąć ich płacenia. Jeżeli nie, to płacą tyle ile powinni. W jednym i w drugim przypadku pensja minimalna jest bez sensu.

Kapitaliści zakładają, że każdy chce płacić jak najmniej, zarabiać jak najwięcej i kupować jak najtaniej. Trzeba znajdować optymalny punkt, który przecina dążenia obu stron transakcji i do tego służy konkurencja, prawo popytu i podaży. Ingerencja nadmiernym socjalizmem jest jak leczenie choroby sterydami, które łagodzą stan zapalny (nie usuwają go), a dodatkowo dokładają nowe problemy, z którymi trzeba walczyć i wszystko się gmatwa i komplikuje.

>Właściciel powinien na początku pracy zawodowej być zwykłym pracownikiem. To jest niemal reguła stosowana nie w socjalistycznej Danii , ale w liberalnych USA

Często tak, choć niekoniecznie. Właściciel ma przede wszystkim dawać pracę, produkować pożądany produkt i generować zysk. Z tego jest rozliczany i to leży w jego interesie. Jeżeli ktoś szkolił się z zarządzania i finansów, to nie musi zaczynać od nauki szycia jeśli chce mieć dochodową szwalnię. Wystarczy, że zatrudni odpowiednie osoby i będzie umiejętnie nimi zarządzał.

>Jak to porównujesz? Po wysokości podatków czy po swobodzie gospodarczej działalności?

www.mpp.org.pl/17/17_7.html

>Czyżby? krasnoludki moją kartkę wyborczą zjadają? Mam tyle samo praw co inni. Nie mniej

I nie więcej. Tyle co inni czyli nic. Gwarantuję Ci, że gdybyś poszedł na wybory, to wyniki byłyby IDENTYCZNE.

>>a z resztą to nie ludzie powinni wybierać, tylko kompetentne władze powinny działać na korzyść ludzi.
>A kto ma wybrać te kompetentne władze? Kto ma je kontrolować? Kto ma je zabezpieczać przed wynaturzeniami?

Ty i Pan Staszek spod budki z piwem?

Sorry, ale demokracja to głupota. Ja sam uważam, że za mało znam się na polityce żeby o czymkolwiek decydować, a wiem, że większość wyborców ma zdecydowanie mniejsze pojęcie ode mnie w tych tematach. Po prostu polityka nie jest dla każdego i trzeba się nią żywo interesować żeby móc mieć własne zdanie (większość wyborców przyjmuje bezrefleksyjnie poglądy kierując się emocjami). Samo to nie gwarantuje jednak, że jest się ekspertem. Nie rozumiem jak można to popierać i wierzyć, że ma się jakikolwiek wpływ kiedy zrównuje się swój głos z głosem meneli i patologii.
01-12-2015 09:27 
 Ocena 2 na 2
szarley (54913 punktów)
>Bardzo często nie ma. Zapraszamy do Polski, proszę zapoznać się z mniejszymi przedsiębiorstwami.
Z Twojego obrazu wynikają dwie rzeczy
1 Jakakolwiek produkcja czy usługa, jest wyłącznie zasługą przedsiębiorcy i jedynie on ma prawo do owoców działania firmy
2 Pracodawcy żyją w nędzy, gnębieni przez państwo i gdyby podnieśli pracownikom pensje o 5% to już pracownicy mieliby większe dochody od nich

>>Nie da się całkowicie zlikwidować wyzysku, ale można go poważnie ograniczyć. Przykład Skandynawii jest godzien zastanowienia.
>Przykład Skandynawii się nie nadaje z wielu względów. Żeby ograniczyć wyzysk należy zacząć od:
>- zmniejszenia i uproszczenia podatków
>- zmniejszenia biurokracji
>- rezygnacja z pośrednictwa, a sprawy załatwiają dwie strony umowy (państwo nie ma prawa się wtrącać między pracodawcę, a pracownika i między kupującego, a sprzedawcę).

Jedyne z tego, co zastosowali Skandynawowie, to uproszczenie podatków
W Polsce zmniejszono podatki o 8 punktów procentowych, czy to zmniejszyło wyzysk?

>>>Zauważyłem ciekawy mechanizm - socjaliści bardzo często starają się przedstawić socjalizm jako idealny ustrój, w którym człowiek wszystko zaplanuje, bo "da się".
>>Ciekaw jestem gdzie to zauważyłeś. Socjalizm i planowanie wszystkiego?
>Centralne planowanie to domena socjalizmu.
1 Nieprawda.
2 Puszczenie pewnych zjawisk gospodarczych (np energetyki) na pełen żywioł jest na tyle głupie, że żaden rozsądny rząd nawet w liberalnym państwie sobie na to nie pozwoli

>Gospodarka planowana,
Każda jest planowana, część rzeczy planuje państwo, część rolnik osobiście bez planu przestaje się rozwijać

>państwo opiekuńcze vs. wolny rynek,
nie są wobec siebie w opozycji

>Wielu pracodawców nie stać na godziwe pensje.
Owszem,ale nawet ci, których stać, pensji nie podnoszą
Tracą na tym nie tylko pracownicy, traci cała gospodarka. Bez klientów nie ma popytu. Bez popytu nie ma produkcji, nie ma zysków

>Płaca minimalna to nie tylko podniesienie zarobków najbiedniejszym, tylko nieraz wszystkim.
Tak. I pobudzenie gospodarki

>Albo jest firma, w której pracownicy dostają pensję minimalną plus bonusy. >Podniesienie pensji minimalnej powoduje zmniejszenie bonusów dla pracowników,
Był na fR przedsiębiorca, który chwalił się, że resztki ze sklepu pracownikom rozdaje. Oszczędzał na wywozie odpadków

>Podobnie rzecz ma się z umowami o pracę i "śmieciówkami". To umowa o pracę jest często najbardziej niekorzystna dla pracownika.
Owszem, dla mnie "śmieciówka" byłaby korzystniejsza, ale już nie dla salowej, sklepowej, listonosza.

>Pamiętam jak poszedłem do pierwszej pracy i na wstępie usłyszałem pytanie czy wolę pewną kwotę na umowie o pracę czy o kilka stówek więcej na zlecenie.
A pamiętasz w tej pracy swój urlop?

>Jeszcze inny przykład - 3 sprzątaczki w firmie zarabiają po 1 tys zł. Po podniesieniu pensji minimalnej właściciel obiektu stwierdza, że nie opłaca mi się zatrudnianie ich i zwalnia jedną, a pozostałe dwie mają więcej pracy.

Twoja naiwność jest większa od mojej
Gdyby wystarczyły dwie, jedną dawno by zwolnił. Płaca w tym przypadku nie ma znaczenia

Taki przykład ma znaczenie w sytuacji kiedy pracodawca zatrudnia 1000 osób i zaczyna myśleć jak poprawić wydajność pracy, jakie nowe wynalazki zastosować żeby ograniczyć rosnący płacowy fundusz. Wtedy część pracowników traci pracę, ale... gospodarka wchodzi na wyższy poziom technologicznego rozwoju, a wyżej rozwinięta gospodarka zapewnia wyższy poziom życia społeczeństwa. Pod warunkiem, oczywiście, że nie stosujemy ultraliberalnych metod jak w początkach przemysłowej rewolucji, że zwolniony pracownik zjada trawę

>Generalnie socjaliści mają duży problem z założeniem, że przedsiębiorcy są skłonni do oszustw.
Generalnie ultraliberałowie mają duży problem z założeniem, że przedsiębiorcy nieba by pracownikom przychylili, gdyby tylko pozwolić im na zwiększenie wyzysku

>Kapitaliści zakładają, że każdy chce płacić jak najmniej, zarabiać jak najwięcej i kupować jak najtaniej. Trzeba znajdować optymalny punkt, który przecina dążenia obu stron transakcji i do tego służy konkurencja, prawo popytu i podaży. Ingerencja nadmiernym socjalizmem jest jak leczenie choroby sterydami, które łagodzą stan zapalny (nie usuwają go), a dodatkowo dokładają nowe problemy, z którymi trzeba walczyć i wszystko się gmatwa i komplikuje.

A nieingerencja?
Prowadzi do koncentracji kapitału, podziału społeczeństwa na mieszkańców latyfundiów i faveli, po czym właściciele latyfundiów żyją coraz biedniej bo zanika popyt na ich towary, a wydatki na ochronę rosną.

>>>a z resztą to nie ludzie powinni wybierać, tylko kompetentne władze powinny działać na korzyść ludzi.
>>A kto ma wybrać te kompetentne władze? Kto ma je kontrolować? Kto ma je zabezpieczać przed wynaturzeniami?
>Ty i Pan Staszek spod budki z piwem?
A tak poważnie?

>Sorry, ale demokracja to głupota.
Jest coś lepszego?
24-11-2015 02:02 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>Gdyby pokrywało całość, to firma "wychodziłaby na zero" i żadnej korzyści z pana Kowalskiego by nie miała.
>Dokładnie. Firmie musi się opłacać zatrudnienie pracownika [...]. Inwestor ryzykuje swój kapitał, tworzy miejsce pracy, dzięki któremu praca pana Kowalskiego w ogóle jest cokolwiek warta. W zamian musi mieć wymierny zysk i musi zarabiać więcej niż pracownicy.
>Kowalski wie, że dla pracodawcy jest inwestycją i ma się zwrócić.
Pani Malinowska tworzy miejsce pracy nie dlatego, że pragnie zapewnić byt panu Kowalskiemu, tylko by mieć zysk z jego pracy. Żadnej łaski mu nie robi. Rzeczywiście w tzw. "gospodarce rynkowej", w sytuacji niedoboru miejsc pracy, tzw "pracodawca" może twierdzić, że to tylko dzięki niemu praca pracownika jest coś warta. "Zatrudnienie" (nie praca) jest wtedy "towarem deficytowym". "Jak cię nikt nie kupi (nie zatrudni), to nie będziesz mógł wykonywać pracy, więc nic za nią nie dostaniesz." W tej sytuacji pracownik jest zawsze (niezależnie od swoich zdolności, umiejętności i pracowitości) w gorszym położeniu niż pracodawca. Jest "inwestycją, jaka ma się zwrócić" czyli dobieranym według koncepcji pracodawcy "mówiącym narzędziem". To kandydaci na pracowników ślą CV i pocą się na rozmowach kwalifikacyjnych, a nie pracodawcy zabiegają o pracownika.
Wyszło więc Ci coś takiego: "Pani Malinowska tworzy miejsce uzyskiwania swojego zysku z pracy pana Kowalskiego i dlatego należy się jej zysk z jego pracy". Czyli zysk należy się za chęć zysku!

>>Pani Malinowska przywłaszcza więc sobie część pracy pana Kowalskiego.
>Nie. To Pan Kowalski wykonuje usługę dla tej firmy i oferuje swoją pracę za odpowiednią cenę.
>>Jest to więc wyzysk czyli forma niewoli (dobrowolnej i ograniczonej czasowo i co do rodzaju czynności).
>O wyzysku nie ma mowy (z tego powodu co piszesz). Wyzyskiem by było gdyby firma oferowała płacę poniżej rynkowej lub za duża byłaby dysproporcja między zyskami z danego pracownika a jego pensją.
Ale przecież nawet jeśli cena byłaby "odpowiednia" i "rynkowa". to i tak nie pokrywałaby całej wartości pracy (bo pani Malinowska też coś musi z tego mieć).

>>Pani Malinowska nie ma obowiązku dopuszczać pana Kowalskiego do decydowania na co przeznaczy zysk z firmy, ani do kontroli czy prowadzi firmę właściwie.
>A jak sobie wyobrażasz inną sytuację?
>>Spośród dwu stron, z których jedna wkłada w firmę pracę, a druga kapitał, decyduje o firmie ta z kapitałem.
>I prawidłowo.
Jak napisał szarley, dla pracownika kondycja firmy jest równie ważna, a może ważniejsza niż dla właściciela. W sytuacji kryzysowej przekonuje się go, by zgodził się na mniejsze zarobki, a jak to nie pomaga, to zwalnia. Jednak mimo, że ponosi on skutki sytuacji firmy, nie ma na jej los wpływu. Dlaczego człowiek ma ponosić skutki czegoś na co nie miał wpływu?

>>Produkt pracy pana Kowalskiego w żadnej części, ani żadnej chwili nie należy do niego, lecz cały i zawsze do pani Malinowskiej.
>Na tym polega jego praca, za którą on dostaje pieniądze.
Trudno mi zrozumieć dlaczego nie masz nic przeciw temu, by jakaś pani Malinowska bogaciła się z Twojej pracy. Chyba że utożsamiasz się z panem Iksińskim. Ja nie.

>>część swojej pracy nieopłaconą w wynagrodzeniu, oddaje właścicielowi, którym w tym przypadku jest nie jakaś pani Malinowska czy pan Iksiński, tylko Naród (ogół obywateli).
>Raczej politycy, nie ogół, a reszta jest marnowana na nietrafione i niepotrzebne inwestycje państwa,
Dlaczego akurat zakładać, że nietrafione i niepotrzebne?

>a na zdrowie, wojsko, policję, czyli ważne sprawy jest przeznaczane za mało. Pani Malinowska i Pan Iksiński płacą podatki [...].
Czyli jednak Narodowi jest za mało? A pani Malinowska ciągle twierdzi, że płaci Państwu za dużo.

>>Nie jest to więc niewola (wyzysk) lecz niejako "praca na swoim". Produkt pracy należy cały czas do Narodu.
>Teraz też pieniądze są zabierane Kowalskiemu. Malinowska płaci za niego 3000 zł, a on dostaje 1800 zł, a 1200 zł należy dla "dobra narodu" czyli np na spłacenie kredytu ludziom, którzy nie trafili z inwestycją, albo łapanie studentów z piwem na ławce i walkę z marihuaną.
A słyszałeś o czymś takim jak solidarność? Są takie osoby, których nie stać na prywatnego lekarza, prywatną szkołę, prywatną rentę i prywatną emeryturę.

>>W ustroju socjalistycznym większość zakładów pracy jest własnością państwową i dlatego praca w nich nie jest niewolnictwem lecz "pracą dla siebie" (dla wspólnoty, Narodu).
>Za komuny mieliśmy idealny (wręcz przerysowany) przykład jak to działało.
>Filmy Barei doskonale to oddają.
Bareja był łajdakiem, pogardzającym własnym Narodem. Symbolicznie pokazał to np. w scenie z ostatniego odcinka "Alternatywy 4". Mają przyjechać zagraniczni goście, a lokatorzy, aby zemścić się na dozorcy (symbolizującym w serialu komunistyczną władzę), urządzają publiczną kompromitację (nie jakieś ujawnienie prawdy, ale inscenizację-sabotaż). Przecież w oczach gości to nie dozorca (którego nie znają) się skompromitował, tylko blok (symbolizujący w serialu Polskę). Czyli Bareja zalecał Polakom sabotaż i kompromitowanie Polski, tylko po to by skompromitować rządzących komunistów. Cel uświęca środki? Ciekawe, że gdy próbowano zrobić kontynuację serialu, mającą kompromitować kapitalizm, to jakoś "nie wyszło". Po prostu zabrakło antykapitalisty utalentowanego tak, jak Bareja był utalentowanym antykomunistą.

>Rynek pracy potrzebuje konkurencji i wybrednych konsumentów - to gwarantuje rozwój. To co jest wszystkich tak naprawdę jest niczyje, a równość to brak rozwoju. Potrzebna jest hierarchia i podział ról.
To są po prostu slogany propagandowe.
Pozdrawiam.
olson (9993 punktów)
(zablokowany)
>Pani Malinowska tworzy miejsce pracy nie dlatego, że pragnie zapewnić byt panu Kowalskiemu, tylko by mieć zysk z jego pracy. Żadnej łaski mu nie robi.

No i dobrze, że chce mieć zysk. Dzięki temu praca Kowalskiego jest potrzebna.

>Rzeczywiście w tzw. "gospodarce rynkowej", w sytuacji niedoboru miejsc pracy, tzw "pracodawca" może twierdzić, że to tylko dzięki niemu praca pracownika jest coś warta. "Zatrudnienie" (nie praca) jest wtedy "towarem deficytowym". "Jak cię nikt nie kupi (nie zatrudni), to nie będziesz mógł wykonywać pracy, więc nic za nią nie dostaniesz." W tej sytuacji pracownik jest zawsze (niezależnie od swoich zdolności, umiejętności i pracowitości) w gorszym położeniu niż pracodawca.

Tak, bo prowadzenie firmy musi się opłacać. Gdyby każdemu opłacało się być pracownikiem, to kto byłby pracodawcą i jak działałby rynek?

>Jest "inwestycją, jaka ma się zwrócić" czyli dobieranym według koncepcji pracodawcy "mówiącym narzędziem". To kandydaci na pracowników ślą CV i pocą się na rozmowach kwalifikacyjnych, a nie pracodawcy zabiegają o pracownika.

No i bardzo dobrze. A jak miałoby być inaczej?

>Wyszło więc Ci coś takiego: "Pani Malinowska tworzy miejsce uzyskiwania swojego zysku z pracy pana Kowalskiego i dlatego należy się jej zysk z jego pracy". Czyli zysk należy się za chęć zysku!

Co? Zysk należy się (o ile został wypracowany) za ryzyko kapitału, pracę pani Malinowskiej (myślisz, że właściciele firm leżą sobie i nic nie robią?), zorganizowanie miejsca pracy itd. Kowalski ma łatwiej, bo wykonuje to czego się nauczył. Jeśli to kreatywny pracownik, to ma wysokie stanowisko i pensję, która go w pełni zadowala (o ile sytuacja rynkowa tego nie uniemożliwia, bo ogólna bieda przyczynia się do rośnięcia biedy poszczególnych jednostek).

>Ale przecież nawet jeśli cena byłaby "odpowiednia" i "rynkowa". to i tak nie pokrywałaby całej wartości pracy (bo pani Malinowska też coś musi z tego mieć).

No i prawidłowo. Dlaczego miałaby nic z tego nie mieć? Gdzie wtedy pracowałby Kowalski? Bez sensu, tworzysz sprzeczności.

>Jak napisał szarley, dla pracownika kondycja firmy jest równie ważna, a może ważniejsza niż dla właściciela.

Dlatego powinien dawać z siebie wszystko. Prawidłowo.

>W sytuacji kryzysowej przekonuje się go, by zgodził się na mniejsze zarobki, a jak to nie pomaga, to zwalnia. Jednak mimo, że ponosi on skutki sytuacji firmy, nie ma na jej los wpływu. Dlaczego człowiek ma ponosić skutki czegoś na co nie miał wpływu?

Jak to nie ma wpływu? Pracując ma wpływ, a od jakości jego pracy zależą losy firmy. To co piszesz to już jakaś niebywała zawiłość. To tak jakby w piłce nożnej zamiast trenera o taktyce decydowaliby piłkarze. Byłby chaos i drużyna by przegrywała, a trener stałby się niepotrzebny i straciłby pracę. Tu właśnie potrzebny jest podział ról, hierarchia, współpraca i zaangażowanie.

>Trudno mi zrozumieć dlaczego nie masz nic przeciw temu, by jakaś pani Malinowska bogaciła się z Twojej pracy. Chyba że utożsamiasz się z panem Iksińskim. Ja nie.

Bo dzięki temu, że Malinowska się bogaci mam lepsze warunki jako pracownik. Chyba, że Malinowska jest wyzyskiwaczką, to wtedy mam wiele przeciwko niej. Mam wrażenie, że nie dostrzegasz różnicy między wyzyskiem, a uczciwym prowadzeniem firmy, a nie każdy pracodawca to oszust.

>>Raczej politycy, nie ogół, a reszta jest marnowana na nietrafione i niepotrzebne inwestycje państwa,
>Dlaczego akurat zakładać, że nietrafione i niepotrzebne?

Praktyka pokazuje, że tak właśnie jest. A dlaczego by tak zakładać? To proste - centralne planowanie nigdy się nie sprawdzi, bo centralny planista nie zna wszystkich potrzebnych czynników. Na rynku mechanizmy rynkowe same to regulują, a jeśli na bieżąco okaże się, że potrzebna jest interwencja, to można zadziałać. Najgorsze jest kierowanie się dogmatami i wiara w to, że ludzie są w stanie wszystko przewidzieć i idealnie zaplanować - pycha i brak pokory socjalistycznych planistów odbija się na całym społeczeństwie, a szary obywatel nie ma na to żadnego wpływu (choć łudzi się go tym, że ma jeden z 30 milionów głosów).

>Czyli jednak Narodowi jest za mało? A pani Malinowska ciągle twierdzi, że płaci Państwu za dużo.

Jedno nie przeczy drugiemu.

>A słyszałeś o czymś takim jak solidarność? Są takie osoby, których nie stać na prywatnego lekarza, prywatną szkołę, prywatną rentę i prywatną emeryturę.

Bo państwo kradnie im pieniądze w imię "solidarności". I w imię solidarności trzeba płacić podwójnie, a że wielu osób nie stać to tych "solidarnych" polityków nie interesuje, bo im się "hajs zgadza".

>Bareja był łajdakiem, pogardzającym własnym Narodem. Symbolicznie pokazał to np. w scenie z ostatniego odcinka "Alternatywy 4". Mają przyjechać zagraniczni goście, a lokatorzy, aby zemścić się na dozorcy (symbolizującym w serialu komunistyczną władzę), urządzają publiczną kompromitację (nie jakieś ujawnienie prawdy, ale inscenizację-sabotaż). Przecież w oczach gości to nie dozorca (którego nie znają) się skompromitował, tylko blok (symbolizujący w serialu Polskę). Czyli Bareja zalecał Polakom sabotaż i kompromitowanie Polski, tylko po to by skompromitować rządzących komunistów. Cel uświęca środki?

O czym Ty piszesz? Bareja doskonale oddał to co się działo za komuny. Prawda w oczy kole? O Polsce i Polakach mamy mówić tylko dobrze, "bo tak"?

>Ciekawe, że gdy próbowano zrobić kontynuację serialu, mającą kompromitować kapitalizm, to jakoś "nie wyszło". Po prostu zabrakło antykapitalisty utalentowanego tak, jak Bareja był utalentowanym antykomunistą.

Może dlatego, że socjaliści są mniej utalentowani Albo po prostu komunę łatwiej ośmieszyć.

>To są po prostu slogany propagandowe.

W takim razie dziękuję, że mnie o tym poinformowałeś. Teraz już wiem i chyba wypada zmienić zdanie pod wpływem tak mocnego "argumentu" No, ale cieszę się, że Ty nie rzucasz propagandowych haseł.

>Pozdrawiam.
Pozdrawiam.
Belfer00 (720 punktów)
Dziękuję koleżankom i kolegom za udział w dyskusji. Może jeszcze ktoś zechce się wypowiedzieć.
Dyskusja zaczęła zmierzać w kierunku oceny konkretnych rozwiązań polityczno-ekonomicznych. Ja miałem trochę inny cel.
IMHO jedynym źródłem dóbr jest praca. Kapitał jest zakumulowaną niegdysiejszą pracą, nie jakimś samodzielnym źródłem dóbr.
Może to być praca własna, ale tzw. "ustrój kapitalistyczny" umożliwia przywłaszczanie przez właścicieli kapitału (w roli pracodawców) części pracy ich pracowników.
Owszem, ten ustrój umożliwił, i nadal umożliwia rozwój gospodarczy i wzrost dobrobytu, ale za cenę pewnych kosztów społecznych.
Najważniejsze jednak, że właściciele kapitału zawdzięczają swoje bogactwo ludziom pracy.
Tymczasem przedstawiają się oni jako łaskawcy, dzięki którym praca pracowników w ogóle jest coś warta, i którzy dlatego mają "naturalne" prawo decydowania o zatrudnieniu i o wysokości płacy.
Uważają, że "naturalne" jest, że to oni decydują o gospodarce, że to im "z natury" należy się więcej dóbr, znaczenia i władzy.
W ich moralności powodem do pozytywnej oceny człowieka (jako "przedsiębiorczego", "odnoszącego sukces") nie jest rzetelna praca sama w sobie, lecz umiejętność gromadzenia dóbr, a szczególnie użycia ich jako kapitału, do zatrudniania pracowników i przywłaszczania ich pracy.
IMHO posiadacze kapitału są jedynie powiernikami dóbr powstałych dzięki ludziom pracy. Dlatego nie należy im się nic więcej niż tyle, ile sami włożą swojej pracy w prowadzenie firmy.
W szczególności nie należy im się monopol na decyzje gospodarcze, ani na władzę polityczną.
Jak konkretnie miałoby wyglądać "sprawiedliwe" rozwiązanie, jest sprawą dyskusyjną.
Nawet jednak jeśli uznać pozytywną rolę w gospodarce rynku i prywatnej przedsiębiorczości, nie jest IMHO dobrą dominacja przekonań o "naturalnej wyższości" posiadaczy kapitału nad ludźmi pracy.
A taka dominacja niestety ma obecnie (szczególnie w Polsce) miejsce.
Pozdrawiam.
10-01-2016 16:35 
 Ocena 2 na 2
dzentelmen (2000 punktów)
>Dziękuję koleżankom i kolegom za udział w dyskusji.

Również dziękuję, wiele z tej rozmowy wyniosłem.

Pozdrawiam.

"Temu, kto spogląda na świat racjonalnie, świat ukazuje swoje racjonalne aspekty". - Hegel.
13-02-2016 01:09 
 Ocena 1 na 1
Belfer00 (720 punktów)
>>Dziękuję koleżankom i kolegom za udział w dyskusji.
>Również dziękuję, wiele z tej rozmowy wyniosłem.
Miło mi. Nowe wiadomości o postępującej coraz szybciej koncentracji światowego kapitału czynią temat wciąż aktualnym.
Pozdrawiam.
dzentelmen (2000 punktów)
>Nowe wiadomości o postępującej coraz szybciej koncentracji światowego kapitału czynią temat wciąż aktualnym.

Pewnie tak, szkoda tylko że wiedza z ekonomii taka licha... oczywiście moja.

Pozdrawiam.

"Temu, kto spogląda na świat racjonalnie, świat ukazuje swoje racjonalne aspekty". - Hegel.
Belfer00 (720 punktów)
>W systemie ekonomicznym dominującym obecnie w skali globalnej miarą tzw. "sukcesu" ma być (tzn. tak zakłada jego aksjologia) ilość zgromadzonych przez daną osobę dóbr materialnych, a najlepiej użycie tych dóbr jako kapitału do założenia firmy i zatrudnienia innych, by na daną osobę pracowali.
>Osoby, które taki cel osiągną, a przynajmniej do niego dążą (nieraz ciężką pracą) nazywa się zaradnymi, przedsiębiorczymi, ocenia pozytywnie.
>Pewna część społeczeństwa nie osiąga tak określonego przez ten system "sukcesu". Ludzi, którzy tak określonego "sukcesu" nie osiągają, a często nawet do niego nie dążą, uważa się za leniwych, rozrzutnych, w łagodniejszej wersji określa jako mniej zaradnych i wzdycha ze współczuciem (politowaniem?).
>Co o tym sądzicie?
Być może ktoś się jeszcze na ten temat wypowie.

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365