Za około 5 miliardów lat ludzkość będzie musiała przeżyć najpierw względnie krótką fazę (Słońca) w postaci czerwonego olbrzyma, a potem nauczyć się żyć przy białym karle jaki zostanie po Słońcu.
Grafika naukowa:
vignette.w(*)ision/latest?cb=20170530201850Faza czerwonego olbrzyma zostawia po sobie mgławice planetarne.
Nazwa ich (w żargonie astrohobbystów po prostu "planetarki") jest bardzo myląca.
To przedostatni etap życia gwiazd podobnych do Słońca - gdy gwiazda powiększa się i traci znaczną cześć swojej masy, która ucieka w najdalszy kosmos.
Planety zaś zostają wyparzone do bólu!
Może na księżycu Saturna, Neptuna lub na samym Plutonie względnie Eris uda się przeżyć ludziom?
Fundamentalne pytanie:
Jaka będzie wtedy temperatura (albo moc grzewcza Słońca w stosunku do mocy jaką ogrzewa dziś Ziemię) na Ceres, Ganimedesie, Tytanie, Plutonie, Eris, ... ?
Znamy średnicę ówczesnego Słońca oraz znamy przypuszczalną emisję z jego powierzchni z obserwacji innych czerwonych olbrzymów.
Może trzeba będzie odholować jakiś skalisty obiekt gdzieś dalej (za pomocą asyst grawitacyjnych z planetoidami)?
Potem zaś (po fazie czerwonego olbrzyma) bliziutko do białego karła przyholować jakiś skalisty obiekt
i żyć w jego podziemiach jak w filmie Seksmisja (tylko już bez wychodzenia dla przyjemności pooddychania świeżym powietrzem)?
Biblia doktrynalnie każe nam doczekać końca na Ziemi.
Rozważania naukowców o migracji ludzkości na dalsze planety są dlatego herezją (sic!)
Żyjący w luksusie i ze znakomitym dostępem do chłopców (ministranci, spowiedź) homoseksualni pedofile na służbie Watykanu będą zawsze optowali za wydawaniem pieniędzy na remonty świątyń, a nie na rozwój astronautyki.
Ich obchodzi zaspokajanie swoich żądz, a nie przyszłość ludzkości.
Pozdrawiam