Witam, chciałbym opisać wam sytuację, która przydarzyła mi się jakiś czas temu. 4 miesiące temu poznałem niesamowitą dziewczynę. Mądra, inteligentną, kochająca i mocno wierzącą. Niestety jest to również związek na odległość, a przez moją pracę, a jej szkołę widujemy się tylko w weekendy. Dwa miesiące temu oficjalnie stwierdziliśmy, że bardzo dobrze nam ze sobą. Po prostu się w sobie zakochalismy. Jednak pojawiła się przeszkoda. Jej wiara katolicka, a moja obojętność na nią jest tym problemem. Początkowo nie przeszkadzało mi to wcale uznałem, że będę w stanie od czasu do czasu przejść się razem z nią na niedzielną mszę. Jednak zaczęło mnie to przerastac. Zauważyłem, że moja dziewczyna stara się mnie "nawrócić" na wiarę co nie do końca mi się podoba, ponieważ przez lata zdążyłem wyrobić sobie opinie na temat Religi. Nie zgadzam się z większością poglądów, wyznaję raczej zasadę, że to nie Bóg daje Ci siłę do działania tylko Ty sam znajdujesz ją w sobie i jesteś w stanie brnąć dalej. Moja dziewczyna kompletnie tego nie rozumie. Jest wpatrzona w swoją matkę, która jest obsesyjną katoliczka. Złudne miałem nadzieję, że zaakceptuje to, że jestem taki jaki jestem. Rozmowa o pielgrzymkach, mszach, ksiezach wprowadza mnie w niesamowite zakłopotanie. Nie wiem czy związek ateisty z katoliczką ma jakiś sens. Ostatnio doszło do sytuacji, kiedy ponownie poruszylismy temat wiary, którego jednak bardzo chciałbym uniknąć. Zaczęła mówić, że Bóg jest dla niej najważniejszy w życiu, że nigdy się od niego nie odwróci, że może kiedyś sam doznam objawienia tak jak i ona to otrzymała. Dodatkowo dochodzi do tego rozmowa o przyszłości, czy pojadę z nią na pielgrzymke (szczerze wątpię), czy będę chciał wziąć ślub kościelny i w jakiej wierze mam zamiar kiedyś wychowywać dzieci. Nie wiem czy kiedyś zaakceptuje moje poglądy i czy próbować brnąć w ten związek mimo iż oboje jesteśmy przekonani, że pod tym względem się nie zmienimy. Co sądzicie, czy brnąć w to dalej? Czy pogodzić się jednak z faktem, że to się nie uda ? |