 |
Ateizm, lęk przed śmiercią a fizyka kwantowa Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 10-03-2018 04:04 | Witho (4 punktów) | Ateizm, lęk przed śmiercią a fizyka kwantowa | Witam wszystkich. Śledzę to forum od długich miesięcy i w końcu zdecydowałem się do Was dołączyć i napisać jakiś post. (Uprzedzam, mogę się rozpisać). Pokrótce powiem, że przez 22 lata wychowywałem się w ultra katolickiej rodzinie, co niestety odbiło się trochę na mojej osobowości. Na szczęście w porę się ogarnąłem. Jakoś nigdy nie czułem specjalnie przywiązania do boga, ale z drugiej strony w ogóle nawet nie zastanawiałem się czy istnieje. W zeszłym roku coś mi odbiło, próbowałem zaangażować się w religię, zacząłem chodzić do kościoła (ba, nawet zdarzyło się, że codziennie przez tydzień). Zmusiłem się do całkowitej wiary itd itp. Potem zauważył mnie miejscowy ksiądz, poprosił mnie, żebym w Wielką Sobotę przyszedł i potrzymał gromnicę. Ja wielce uradowany tłumaczyłem to sobie jako "Yay, Bóg dał mi do zrozumienia, że mnie kocha i akceptuje w życiu wiernych". Ale po pewnym czasie zrozumiałem, że to nie był palec boga czy coś podobnego, tylko po prostu kac tego księżulka, albo procenty jeszcze po prostu nie wywietrzały. I po tej sytuacji wszystko zrozumiałem. Pod wpływem rodziny dorobiłem sobie ideologię, że to bóg mnie wezwał przez tego księdza, ale tak naprawdę była to zwykła delirka. I teraz analogicznie - ludzie lubią mieć wszystko wytłumaczone, stąd też powstała idea Boga. Wiem, Ameryki nie odkryłem, ale tak jakoś nawinęła mi się taka refleksja. No i ok, teraz 2 temat mojego posta. Problem leży w tym, że uświadomiłem sobie, że niby osobom wierzącym jest lepiej, bo mają tę świadomość, że ktoś nad nimi czuwa, że póki się modlą nic im się nie stanie lub po prostu mają do kogo się odezwać. Od pewnego czasu zacząłem myśleć o śmierci, po prostu będzie ciemno, totalny niebyt i zakończenie świadomości. Z 1 strony spoko, bo skoro nie będziemy mieć świadomości to nie będziemy odczuwać tego, że nas nie ma. Ale z drugiej jednak strony, jestem załamany tą myślą, że po prostu mnie nie będzie, nic po mnie nie zostanie a ja już więcej nie będę żył. Nie będę wiedział np jak będzie za kilkaset lat, już nigdy więcej nie powtórzy się dany dzień, że z każdą minutą jestem bliżej końca. Życie jest jedno, a ja (odkąd pojawiły mi się takie refleksje) mam wrażenie, że marnuję każdy dzień i będę później żałować, że spędziłem to życie tak a nie inaczej. Sam brak świadomości po śmierci mi nie przeszkadza, sam proces umierania także, tylko gorzej jest z tą myślą, że mogę to życie przeżyć tylko raz. Że będę mógł się nim cieszyć tylko raz a potem będzie ostateczny koniec...i naprawdę ciężko mi się z tym pogodzić. I niestety zaczynam się łapać na tym, że nawet najprostsza czynność wywołuje u mnie pewnego rodzaju żal typu "Prawdopodobnie robię to ostatni raz, bo nie wiadomo, czy jutro nie będzie już mojego końca". Serio, te myśli są najgorsze... Dlatego też zacząłem szukać informacji w mechanice kwantowej, a dokładniej w biocentryźmie. Twórca tej teorii, Robert Lanza, zakłada, że po śmierci nasza świadomość wędruje do równoległych wszechświatów, a mózg tak naprawdę jest tylko jej odbiornikiem. Ale zakładając, że ta teoria jest prawdziwa, nie wydaje mi się, aby świadomość mogła funkcjonować bez nośnika. Moja znajoma, która jest głęboko wierząca powiedziała mi "Słuchaj, jak Cię takie myśli nachodzą to się po prostu pomódl i zacznij wierzyć, że jest życie po śmierci. Bo naprawdę jest." Wiadomo, najprostsza droga do ogłupienia. Ja wolę umrzeć z pełną świadomością, myśląc realistycznie, że śmierć to po prostu koniec niż wmawiać sobie, że jest życie po życiu i żyć w złudnej nadziei. Tylko że czasami naprawdę jest mi ciężko z tymi myślami o których wspomniałem wcześniej i obawiam się, że sam się ogłupiam tą teorią kwantową, która ma się nijak do rzeczywistości... Stąd też moja prośba (o ile ktoś doczytał mój post do końca xD) o udzielenie jakichś rad, a jak kogoś zainteresował ten wątek to może chciałby się podzielić swoim zdaniem na ten temat  | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
1 na 1 | Wenancjusz (16441 punktów) | > Wiem,> Ameryki nie odkryłem, ale tak jakoś nawinęła mi się taka refleksja.Ksywka jaką się posługuje na tym forum (Wenancjusz, to moje prawdziwe imię)) jest też dziełem proboszcza przy chrzcie. Moi rodzice chrzestni nie mogli dojść do porozumienia co do imienia (chrzestny był po stronie mojego ojca, chrzestna po stronie matki życzeń). Rozstrzygnął ten "spór" proboszcz w ten sposób, że wziął do ręki brewiarz, i rzekł, że nie będzie patrzył i tylu za sobą go otworzył i położył palec na jakiejś stronie, a spod palca ujawniło się moje imię. Skwitował to krótko; "Bóg tak chciał". A nie było tajemnicą, że miał skłonności do nadużywania trunków (były kapelan przedwojennego Wojska Polskiego), i lubił gdy go zapraszano na weselne zabawy, gdzie raczej umiaru nie miał, a mógł, oj jak mógł (taki drugi bp. Głódź). Chrzest odbywał się w niedzielę a w poprzedzającą ją sobotę był na weselnej zabawie. Tak, że wyszła z niego fantazja pijacka. > No i ok, teraz 2 temat mojego posta. Problem leży w tym, że uświadomiłem sobie, że niby osobom> wierzącym jest lepiej, bo mają tę świadomość, że ktoś nad nimi czuwa, że póki się modlą nic im się> nie stanie lub po prostu mają do kogo się odezwać. Od pewnego czasu zacząłem myśleć o śmierci, po> prostu będzie ciemno, totalny niebyt i zakończenie świadomości. Z 1 strony spoko, bo skoro nie> będziemy mieć świadomości to nie będziemy odczuwać tego, że nas nie ma. Ale z drugiej jednak strony,> jestem załamany tą myślą, że po prostu mnie nie będzie, nic po mnie nie zostanie a ja już więcej nie> będę żył. Nie będę wiedział np jak będzie za kilkaset lat, już nigdy więcej nie powtórzy się dany> dzień, że z każdą minutą jestem bliżej końca. Życie jest jedno, a ja (odkąd pojawiły mi się takie> refleksje) mam wrażenie, że marnuję każdy dzień i będę później żałować, że spędziłem to życie tak a> nie inaczej. Sam brak świadomości po śmierci mi nie przeszkadza, sam proces umierania także, tylko> gorzej jest z tą myślą, że mogę to życie przeżyć tylko raz. Że będę mógł się nim cieszyć tylko raz a> potem będzie ostateczny koniec...i naprawdę ciężko mi się z tym pogodzić. I niestety zaczynam się> łapać na tym, że nawet najprostsza czynność wywołuje u mnie pewnego rodzaju żal typu "Prawdopodobnie> robię to ostatni raz, bo nie wiadomo, czy jutro nie będzie już mojego końca". Serio, te myśli są> najgorsze...Rzeczywiście to skomplikowana sprawa mogąca wywoływać duże rozterki psychiczne i rzutować na zachowanie. Śmierć to na pewno nieuchronność i żyje się tylko raz. Świadomość to funkcja mózgu. Gdy mózg umiera, umiera też i świadomość. Refleksje nad tym co dalej mogą doprowadzić do nieomalże szaleństwa. Retrospektywnie popatrz ilu ludzi umarło przed nami od początku istnienia człowieka? Miliony, a nawet i miliardy. Dlaczego masz, jak by nazwać pretensje, że Ciebie to też dotyka? Nieuchronny koniec życia (jak to mówią usuwanie się/robienie miejsca potomkom) jedynie potwierdza spostrzeżenie, że na tym polega ewolucja każdego życia (ogólnie życia na Ziemi). Należy więc sobie to uprzytomnić. Nie ma co żałować, a swoją obecność jedynie opierać na życiu godnym na tyle by swój byt zostawić w każdej chwili posprzątany tak by nikt nie miał do Ciebie pretensji. > Dlatego też zacząłem szukać informacji w mechanice kwantowej, a dokładniej w biocentryźmie. Twórca> tej teorii, Robert Lanza, zakłada, że po śmierci nasza świadomość wędruje do równoległych> wszechświatów, a mózg tak naprawdę jest tylko jej odbiornikiem. Ale zakładając, że ta teoria jest> prawdziwa, nie wydaje mi się, aby świadomość mogła funkcjonować bez nośnika.Zgadzam się z Tobą. > Moja znajoma, która> jest głęboko wierząca powiedziała mi "Słuchaj, jak Cię takie myśli nachodzą to się po prostu pomódl> i zacznij wierzyć, że jest życie po śmierci. Bo naprawdę jest." Wiadomo, najprostsza droga do> ogłupienia.Ale się żyje spokojniej, bez rozterki. To jej wystarczy. > Ja wolę umrzeć z pełną świadomością, myśląc realistycznie, że śmierć to po prostu koniec> niż wmawiać sobie, że jest życie po życiu i żyć w złudnej nadziei. Tylko że czasami naprawdę jest mi> ciężko z tymi myślami o których wspomniałem wcześniej i obawiam się, że sam się ogłupiam tą teorią> kwantową, która ma się nijak do rzeczywistości...Spokojny bądź, bo podzielam twoje zdanie. > Stąd też moja prośba (o ile ktoś doczytał mój post do końca xD) o udzielenie jakichś rad, a jak> kogoś zainteresował ten wątek to może chciałby się podzielić swoim zdaniem na ten temat  Rady nie ma żadnej. Tak naprawdę każdy z żyjących ma ten sam problem. A ponieważ nikt nie wymyślił panaceum, to tylko znaczy, że nikt Tobie nie poradzi. Po prostu trzeba się tylko oswoić z takim porządkiem rzeczy. Zobaczysz z wiekiem, jak przestaniesz się bać Chorujący na śmiertelne choroby, z początku się miotają, walczą, nie godzą się. Później stopniowo przyswajają myśl o śmierci, bo widocznie nie mają wyjścia i muszą ją akceptować.
Jednak jestem lepszy jak moja reputacja. Cholera! A może gorszy? Najgorsza ta niepewność.
|
|
 | 2 na 2 | Witho (4 punktów) | > Ksywka jaką się posługuje na tym forum (Wenancjusz, to moje prawdziwe imię)) jest też dziełem proboszcza przy chrzcie. Moi rodzice chrzestni nie mogli dojść do porozumienia co do imienia (chrzestny był po stronie mojego ojca, chrzestna po stronie matki życzeń). Rozstrzygnął ten "spór" proboszcz w ten sposób, że wziął do ręki brewiarz, i rzekł, że nie będzie patrzył i tylu za sobą go otworzył i położył palec na jakiejś stronie, a spod palca ujawniło się moje imię. Skwitował to krótko; "Bóg tak chciał". A nie było tajemnicą, że miał skłonności do nadużywania trunków (były kapelan przedwojennego Wojska Polskiego), i lubił gdy go zapraszano na weselne zabawy, gdzie raczej umiaru nie miał, a mógł, oj jak mógł (taki drugi bp. Głódź). Chrzest odbywał się w niedzielę a w poprzedzającą ją sobotę był na weselnej zabawie. Tak, że wyszła z niego fantazja pijacka.Ale przynajmniej trafił na ładnie brzmiące imię  Właśnie teksty typu "Bóg tak chciał" albo "To jest plan Boży" są uniwersalnym wytłumaczeniem na wszystko, czego człowiek nie potrafi wytłumaczyć albo po prostu wciska boga gdziekolwiek, byleby udowodnić innym, że on tam jest. > Rzeczywiście to skomplikowana sprawa mogąca wywoływać duże rozterki psychiczne i rzutować na zachowanie. Śmierć to na pewno nieuchronność i żyje się tylko raz. Świadomość to funkcja mózgu. Gdy mózg umiera, umiera też i świadomość. Refleksje nad tym co dalej mogą doprowadzić do nieomalże szaleństwa. Retrospektywnie popatrz ilu ludzi umarło przed nami od początku istnienia człowieka? Miliony, a nawet i miliardy. Dlaczego masz, jak by nazwać pretensje, że Ciebie to też dotyka?Właśnie tutaj zadałeś główne pytanie na które nawet ja sam nie potrafię sobie w miarę racjonalnie odpowiedzieć. Ale tak po dłuższym zastanowieniu się pomyślałem, że być może to dlatego, że niestety bliżej mi do egocentryka niż pewnego rodzaju altruisty. Widzisz, teraz dłużej nad tym pomyślałem i przyszła mi do głowy myśl, że inni przynajmniej coś po sobie zostawili a po mnie nie będzie żadnego śladu. Ale tutaj niestety robię błąd, bo biorę pod uwagę tylko znanych ludzi niestety... > Nieuchronny koniec życia (jak to mówią usuwanie się/robienie miejsca potomkom) jedynie potwierdza spostrzeżenie, że na tym polega ewolucja każdego życia (ogólnie życia na Ziemi). Należy więc sobie to uprzytomnić. Nie ma co żałować, a swoją obecność jedynie opierać na życiu godnym na tyle by swój byt zostawić w każdej chwili posprzątany tak by nikt nie miał do Ciebie pretensji.Teraz to poczułem się, jakby ktoś mi walnął obuchem w głowę, bo mam wrażenie, że spojrzałem na ten problem zupełnie inaczej. Dlatego może zamiast się zamartwiać, lepiej korzystać z życia ile się da, nie marnować czasu na bezmyślne kłótnie, tylko po prostu starać się żyć w zgodzie ze swoim sumieniem i z innymi ludźmi. A co najważniejsze, patrzeć się na fakt śmierci bardziej z punktu widzenia, że świadomość tego, że żyje się tylko raz może motywować do tego, żeby przeżyć życie jak najlepiej. > Zgadzam się z Tobą.Jak to miło w końcu zamienić parę słów z kimś, kto mnie rozumie w tej kwestii  Niestety za każdym razem, gdy próbowałem z kimś poruszyć ten temat, słyszałem w odpowiedzi "Ale jest nieśmiertelna dusza" albo "Daj mi spokój, takie filozofie to komuś innemu gadaj". > Ale się żyje spokojniej, bez rozterki. To jej wystarczy.No więc właśnie o to chodzi. Skoro jest jej lepiej - mnie nic do tego. Niestety kiedyś byłem taki, że uważałem takie osoby jak moja znajoma za gorsze, słabsze psychicznie i ogólnie, że sobie nie radzą w życiu. Ale teraz wychodzę z założenia, że skoro komuś to pomaga to spoko, nie moja sprawa. Byleby nie próbował mnie przeciągnąć na swoją stronę. Miałem raz do czynienia z taką jedną dziewczyną, która mega nachalnie podsyłała mi na FB po kilka modlitw dziennie, zasypywała mnie artykułami typu "Kobieta nosząca spodnie to obraza dla Boga", tłumaczyła, że wiele ateistów się nawracało, to i ja się nawrócę... I mimo tego, że próbowałem w miarę logicznie jej wytłumaczyć, że ja nie zacznę wierzyć itd, ona jeszcze bardziej nachalnie próbowała mnie "nawrócić". Dlatego byłem zmuszony ją zablokować, bo już mnie to nudziło. Zastanawiam się, co musi siedzieć w głowach takich ludzi, którzy nie mogą zrozumieć, że ktoś ma inne poglądy... > Spokojny bądź, bo podzielam twoje zdanie.Nawet takie słowa potrafią podnieść na duchu  > Rady nie ma żadnej. Tak naprawdę każdy z żyjących ma ten sam problem. A ponieważ nikt nie wymyślił panaceum, to tylko znaczy, że nikt Tobie nie poradzi. Po prostu trzeba się tylko oswoić z takim porządkiem rzeczy. Zobaczysz z wiekiem, jak przestaniesz się bać Chorujący na śmiertelne choroby, z początku się miotają, walczą, nie godzą się. Później stopniowo przyswajają myśl o śmierci, bo widocznie nie mają wyjścia i muszą ją akceptować.Słuchaj, nie wiem, jak Ci się odwdzięczę, ale właśnie w tym momencie zmieniłeś moje podejście o 180 stopni. Wiadomo, zmiana nie zajdzie tak nagle, ale wcześniej nawet nie pomyślałem o takim porównaniu, a przede wszystkim o oswojeniu się z tą myślą, że prędzej czy później trzeba będzie umrzeć. Jedyne, co robiłem to zamartwianie się, szukanie informacji o teorii kwantowej, przewidywanie własnej śmierci, postrzeganie każdej czynności, że wykonuję ją ostatni raz itd itp, a po tym wszystkim, co mi napisałeś, nasuwa mi się 1 pytanie - dlaczego marnowałem czas na takim bezmyślnym działaniu? Zamartwianiem się niczego nie zmienię, a jeżeli zacznę cieszyć się życiem i czerpać z niego tyle, ile się da to będę miał świetne wspomnienia i tę świadomość, że nie zmarnowałem ani jednego dnia! Dzięki!!!
|
|
|  | | Wenancjusz (16441 punktów) | > Ale przynajmniej trafił na ładnie brzmiące imię Właśnie teksty typu "Bóg tak chciał" albo "To jest plan Boży" są uniwersalnym wytłumaczeniem na wszystko, czego człowiek nie potrafi wytłumaczyć albo po prostu wciska boga gdziekolwiek, byleby udowodnić innym, że on tam jest.Wyobraź sobie, że przez to imię, dawałem innym (z dychotomią epistemologiczną i prostym, buraczanym obskurantyzmem) powody do prostackich prześmiewek. Lecz z biegiem lat, stwierdziłem, że nie potrzebuję nazwiska (sic!). Musi to troszkę potrwać, zanim otoczenie się przyzwyczai i zacznie to imię akceptować. Pracowałem w instytucji, która obsługiwała teren prawie 1/3 Polski. Na oficjalnych kwartalnych odprawach zdarzył się wypadek, gdy pewien uczestnik odprawy z Nowego Glinnika miał kłopoty/problemy. Prowadzący tą odprawę odrzekł: "Jeśli chodzi o szczegóły, to proszę się po naradzie zwrócić do pana (tu pada moje nazwisko)". "A kto to jest bo nie znam. Nowy jakiś pracownik?". "No proszę pana! Wenancjusza pan nie zna? Pracuje już u nas 20 lat". Usiadł bez słowa. To nie jest tania dykteryjka. To fakt. Wtedy zacząłem to imię lubić. Bo stwierdziłem, że nie potrzebuję przezwisk, co jak wiadome ludzie lubią czynić, a moją osobę określało tylko prawdziwe imię. > Teraz to poczułem się, jakby ktoś mi walnął obuchem w głowę, bo mam wrażenie, że spojrzałem na ten problem zupełnie inaczej. Dlatego może zamiast się zamartwiać, lepiej korzystać z życia ile się da, nie marnować czasu na bezmyślne kłótnie, tylko po prostu starać się żyć w zgodzie ze swoim sumieniem i z innymi ludźmi. A co najważniejsze, patrzeć się na fakt śmierci bardziej z punktu widzenia, że świadomość tego, że żyje się tylko raz może motywować do tego, żeby przeżyć życie jak najlepiej.> >Zgadzam się z Tobą.> Jak to miło w końcu zamienić parę słów z kimś, kto mnie rozumie w tej kwestii Niestety za każdym razem, gdy próbowałem z kimś poruszyć ten temat, słyszałem w odpowiedzi "Ale jest nieśmiertelna dusza" albo "Daj mi spokój, takie filozofie to komuś innemu gadaj".Bo tak jest najprościej. Tak jak Twoja sąsiadka. Ludzi w głębi swojego jestestwa boją się śmierci. Nie chcą o niej myśleć. Może to pierwotny instynkt naszych dalekich przodków żyjących jeszcze w jaskiniach utrwalił ten lęk? Uciekają więc do sfery marzeń i niczym nie sprawdzonych bajęd. Takie coś sugerowałoby raczej podświadomy strach przed śmiercią. Więc nie chcą jej zauważać? Tłumić w sobie myśli o śmierci? > No więc właśnie o to chodzi. Skoro jest jej lepiej - mnie nic do tego. Niestety kiedyś byłem taki, że uważałem takie osoby jak moja znajoma za gorsze, słabsze psychicznie i ogólnie, że sobie nie radzą w życiu. Ale teraz wychodzę z założenia, że skoro komuś to pomaga to spoko, nie moja sprawa. Byleby nie próbował mnie przeciągnąć na swoją stronę. Miałem raz do czynienia z taką jedną dziewczyną, która mega nachalnie podsyłała mi na FB po kilka modlitw dziennie, zasypywała mnie artykułami typu "Kobieta nosząca spodnie to obraza dla Boga", tłumaczyła, że wiele ateistów się nawracało, to i ja się nawrócę... I mimo tego, że próbowałem w miarę logicznie jej wytłumaczyć, że ja nie zacznę wierzyć itd, ona jeszcze bardziej nachalnie próbowała mnie "nawrócić". Dlatego byłem zmuszony ją zablokować, bo już mnie to nudziło. Zastanawiam się, co musi siedzieć w głowach takich ludzi, którzy nie mogą zrozumieć, że ktoś ma inne poglądy...Zwyczajna, ordynarna ksenofobia, nienawidzącą inności. Dodaj do tego samo naznaczanie się misyjnością religijną, to masz mieszankę czysto wybuchową. Brak ludziom spokojnego wyważenia. Sam ich Bóg nie zabija i nie dręczy ateistów, przecież ich także samo stworzył. Robią to ci, którzy zawsze lubią wychodzić (a tych jest naprawdę przytłaczająca większość wspomagana przy tym przez pewną grupę, zdawało by się ludzi wykształconych manifestujących swoją inność chodząc w sukienkach) "przed orkiestrę". > Nawet takie słowa potrafią podnieść na duchu  Dziękuję, ale też nie mam lekko. Dlatego omijam, jak nie muszę, sprawy religii. Mam dystans do wynurzeń o jakiejkolwiek religii, gdyż każda religia wkracza tak głęboko w sfery społecznego współżycia jednostek człowieczych, że jest przyczyną konfliktów społecznych grup środowiskowych, często prawdziwych wojen oraz jest przyczyną niszczenia bezdogmatycznej oświaty. > Słuchaj, nie wiem, jak Ci się odwdzięczę, ale właśnie w tym momencie zmieniłeś moje podejście o 180 stopni. Wiadomo, zmiana nie zajdzie tak nagle, ale wcześniej nawet nie pomyślałem o takim porównaniu, a przede wszystkim o oswojeniu się z tą myślą, że prędzej czy później trzeba będzie umrzeć. Jedyne, co robiłem to zamartwianie się, szukanie informacji o teorii kwantowej, przewidywanie własnej śmierci, postrzeganie każdej czynności, że wykonuję ją ostatni raz itd itp, a po tym wszystkim, co mi napisałeś, nasuwa mi się 1 pytanie - dlaczego marnowałem czas na takim bezmyślnym działaniu?Niechcący wpadłeś w "nową" religię. Myślę, że nie głęboko. > Zamartwianiem się niczego nie zmienię, a jeżeli zacznę cieszyć się życiem i czerpać z niego tyle, ile się da to będę miał świetne wspomnienia i tę świadomość, że nie zmarnowałem ani jednego dnia! Dzięki!!!Nie interpretuj tak moich wypowiedzi. Ciesz się życiem tak, by umieć nadążyć za jego tempem i krótkością jego trwania zachowując zasadę: "Żyj uczciwie i daj żyć innym". Szanuj każdego (nawet jego przekonania), dopóty on sam nie da powodów do lekceważenia. Pozdrawiam.
Jednak jestem lepszy jak moja reputacja. Cholera! A może gorszy? Najgorsza ta niepewność.
|
|
| wsx666 (1067 punktów) |
> nie wydaje mi się, aby świadomość mogła funkcjonować bez nośnika
Dokładnie jest tak jak napisałeś. Świadomość wymaga nośnika. Tym nośnikiem jest w naszym przypadku zarówno mózg jak i cały wszechświat. Czy świadomość poszczególnej jednostki można by zapisać na alternatywnym do mózgu nośniku ? Wierzę, że można podpiąć mózg ludzki do komputera, zeskanować całość i wgrać do elektronicznej chmury danych. Tak ja osobiście widzę przyszłość naszego gatunku.
Pozdrawiam.
Jeżeli nie realizujesz swoich marzeń, na pewno znajdzie się ktoś, kto Cię zatrudni do realizacji swoich.
|
|
1 na 1 | Morgotheron (42 punktów) |
> Dlatego też zacząłem szukać informacji w mechanice kwantowej, a dokładniej w biocentryźmie. Twórca> tej teorii, Robert Lanza, zakłada, że po śmierci nasza świadomość wędruje do równoległych> wszechświatów, a mózg tak naprawdę jest tylko jej odbiornikiem. Ale zakładając, że ta teoria jest> prawdziwa, nie wydaje mi się, aby świadomość mogła funkcjonować bez nośnika. Moja znajoma, która> jest głęboko wierząca powiedziała mi "Słuchaj, jak Cię takie myśli nachodzą to się po prostu pomódl> i zacznij wierzyć, że jest życie po śmierci. Bo naprawdę jest." Wiadomo, najprostsza droga do> ogłupienia. Ja wolę umrzeć z pełną świadomością, myśląc realistycznie, że śmierć to po prostu koniec> niż wmawiać sobie, że jest życie po życiu i żyć w złudnej nadziei. Tylko że czasami naprawdę jest mi> ciężko z tymi myślami o których wspomniałem wcześniej i obawiam się, że sam się ogłupiam tą teorią> kwantową, która ma się nijak do rzeczywistości...> Stąd też moja prośba (o ile ktoś doczytał mój post do końca xD) o udzielenie jakichś rad, a jak> kogoś zainteresował ten wątek to może chciałby się podzielić swoim zdaniem na ten temat  > Robert Lanza już dawno został skrytykowany przez szerokie grono za ten biocentryzm, tu jest choćby co nieco (rozdział 4.7) wwwold.fiz(*)ch/Wyklady/Kog1/04-manowce.htmBardzo dobrze, że to wszystko się skończy. Nic złego w nieistnieniu nie widzę. Teraz tylko jest trochę gorzej. Wieczny sen bez marzeń sennych. Szczerze to ja też wychowywałem się w katolickiej rodzinie. Zerwałem ze strachem związanym z tym, że jak nie będę dobry to Bóg mnie ukarze, po śmierci będę cierpiał itd. Zerwałem ze złudną nadzieją typu teraz pocierpię, ale będę miły dla Boga i on mnie wynagrodzi i w życiu wiecznym będę całą wieczność szczęśliwy. Katolicy chyba jakoś pewnie łatwiej znoszą życie, bo odwołują się do Boga. Ja wolę działać niż spędzać czas na modlitwach.
|
|
1 na 1 Jolanta Komorowska (1321 punktów) (zablokowany) | > Witam wszystkich. Śledzę to forum od długich miesięcy i w końcu zdecydowałem się do Was dołączyć i> napisać jakiś post. (Uprzedzam, mogę się rozpisać). Pokrótce powiem, że przez 22 lata wychowywałem> się w ultra katolickiej rodzinie, co niestety odbiło się trochę na mojej osobowości. Na szczęście w> porę się ogarnąłem.> Jakoś nigdy nie czułem specjalnie przywiązania do boga, ale z drugiej strony w ogóle nawet nie> zastanawiałem się czy istnieje. W zeszłym roku coś mi odbiło, próbowałem zaangażować się w religię,> zacząłem chodzić do kościoła (ba, nawet zdarzyło się, że codziennie przez tydzień). Zmusiłem się do> całkowitej wiary itd itp. Potem zauważył mnie miejscowy ksiądz, poprosił mnie, żebym w Wielką Sobotę> przyszedł i potrzymał gromnicę. Ja wielce uradowany tłumaczyłem to sobie jako "Yay, Bóg dał mi do> zrozumienia, że mnie kocha i akceptuje w życiu wiernych". Ale po pewnym czasie zrozumiałem, że to> nie był palec boga czy coś podobnego, tylko po prostu kac tego księżulka, albo procenty jeszcze po> prostu nie wywietrzały. I po tej sytuacji wszystko zrozumiałem. Pod wpływem rodziny dorobiłem sobie> ideologię, że to bóg mnie wezwał przez tego księdza, ale tak naprawdę była to zwykła delirka. I> teraz analogicznie - ludzie lubią mieć wszystko wytłumaczone, stąd też powstała idea Boga. Wiem,> Ameryki nie odkryłem, ale tak jakoś nawinęła mi się taka refleksja.> No i ok, teraz 2 temat mojego posta. Problem leży w tym, że uświadomiłem sobie, że niby osobom> wierzącym jest lepiej, bo mają tę świadomość, że ktoś nad nimi czuwa, że póki się modlą nic im się> nie stanie lub po prostu mają do kogo się odezwać. Od pewnego czasu zacząłem myśleć o śmierci, po> prostu będzie ciemno, totalny niebyt i zakończenie świadomości. Z 1 strony spoko, bo skoro nie> będziemy mieć świadomości to nie będziemy odczuwać tego, że nas nie ma. Ale z drugiej jednak strony,> jestem załamany tą myślą, że po prostu mnie nie będzie, nic po mnie nie zostanie a ja już więcej nie> będę żył. Nie będę wiedział np jak będzie za kilkaset lat, już nigdy więcej nie powtórzy się dany> dzień, że z każdą minutą jestem bliżej końca. Życie jest jedno, a ja (odkąd pojawiły mi się takie> refleksje) mam wrażenie, że marnuję każdy dzień i będę później żałować, że spędziłem to życie tak a> nie inaczej. Sam brak świadomości po śmierci mi nie przeszkadza, sam proces umierania także, tylko> gorzej jest z tą myślą, że mogę to życie przeżyć tylko raz. Że będę mógł się nim cieszyć tylko raz a> potem będzie ostateczny koniec...i naprawdę ciężko mi się z tym pogodzić. I niestety zaczynam się> łapać na tym, że nawet najprostsza czynność wywołuje u mnie pewnego rodzaju żal typu "Prawdopodobnie> robię to ostatni raz, bo nie wiadomo, czy jutro nie będzie już mojego końca". Serio, te myśli są> najgorsze...> Dlatego też zacząłem szukać informacji w mechanice kwantowej, a dokładniej w biocentryźmie. Twórca> tej teorii, Robert Lanza, zakłada, że po śmierci nasza świadomość wędruje do równoległych> wszechświatów, a mózg tak naprawdę jest tylko jej odbiornikiem. Ale zakładając, że ta teoria jest> prawdziwa, nie wydaje mi się, aby świadomość mogła funkcjonować bez nośnika. Moja znajoma, która> jest głęboko wierząca powiedziała mi "Słuchaj, jak Cię takie myśli nachodzą to się po prostu pomódl> i zacznij wierzyć, że jest życie po śmierci. Bo naprawdę jest." Wiadomo, najprostsza droga do> ogłupienia. Ja wolę umrzeć z pełną świadomością, myśląc realistycznie, że śmierć to po prostu koniec> niż wmawiać sobie, że jest życie po życiu i żyć w złudnej nadziei. Tylko że czasami naprawdę jest mi> ciężko z tymi myślami o których wspomniałem wcześniej i obawiam się, że sam się ogłupiam tą teorią> kwantową, która ma się nijak do rzeczywistości...> Stąd też moja prośba (o ile ktoś doczytał mój post do końca xD) o udzielenie jakichś rad, a jak> kogoś zainteresował ten wątek to może chciałby się podzielić swoim zdaniem na ten temat  Czasami chciałabym żeby był jakiś tamten świat. Dlaczego? Bo mam tam kilka osób, które kocham nadal. Chwilami pociesza mnie zmienność stanu materii, a materia nie umiera. Fakt, materia powinna być widoczna czy też widzialna ale to zależy od jej stanu. Nadal uważam, że życie to jednorazowe zdarzenie i tego właśnie żal, że nie do powtórzenia. Ale... materia przecież nie umiera.
|
|
 | 1 na 1 | Wenancjusz (16441 punktów) | >Czasami chciałabym żeby był jakiś tamten świat. Dlaczego? Bo mam tam kilka osób, które kocham nadal. Chwilami pociesza mnie zmienność stanu materii, a materia nie umiera. Fakt, materia powinna być widoczna czy też widzialna ale to zależy od jej stanu. Nadal uważam, że życie to jednorazowe zdarzenie i tego właśnie żal, że nie do powtórzenia. Ale... materia przecież nie umiera.
Nie ma "tamtego świata". W pewnym sensie gdy umiera człowiek, to wcale materia z której jego jestestwo się składało, nie ginie. Jego biologiczna konstrukcja oparta na biochemii pozostaje cały czas na Ziemi. No a biochemia to przecież atomy pierwiastków, tworzące tą konstrukcję. Więc materia pozostaje na Ziemi(*). Ciało zmarłego choćby skażone nieuleczalnie najgorszą chorobą wraca w zdrowej postaci do obiegu materii. Zdrowej?? Ano tak, bo atomy nie chorują i nie przenoszą nawet najgroźniejszych chorób. Atom węgla w ciele trędowatego jest taki sam jak moim ciele. Ciało po śmierci staje się natychmiast obiektem zainteresowania najbardziej prymitywnych form życia tj. bakterii (zwanych gnilnymi) jak i bardziej skomplikowanych jak robaki ogólnie biorąc. Człowiek zasilając w ten sposób obieg materii, przyczynia się tworzenia/podtrzymania łańcucha pokarmowego. Rozważając wątek duchowy(??) nie wyjaśniony przez żadną z religii, jego odmianę kwantową (co to ludzka wyobraźnia nie wymyśli), czy też świadomość istniejącą tylko wtedy, gdy mózg człowieczy (nie tylko człowieka zresztą) sprawnie jeszcze pracuje, mają postać niematerialną. Niematerialną a więc nie posiadającą energii bo nie mają masy. Czytałem kiedyś, traktując jako ciekawostkę, o szarlatańskich eksperymentach w XIX wieku okultystów i im podobnym, dokładnego ważenia umierającego przed i zaraz po śmierci, w celu udowodnienia że dusza ludzka istnieje. Oczywista, że nic nie udowodniono, tak jak rosnące paznokcie i włosy po śmierci. (Włosy i paznokcie są produktem przemian w żyjącym organizmie. Gdy funkcje życia zanikają więc i nie ma przemian postaci materii w organizmie. Śmierć to proces zatrzymania tych funkcji). Zauważając kwantowe tłumaczenie (kwant to najmniejsza porcja energii), nie zgadzam się z tym że forma życia może emitować po śmierci jakieś kwanty energii. No bo jak? Co miałoby stymulować kwantową emisję energii? W jakim obszarze miałby emitować energię? Z jaką mocą? Przecież energia jest równoważna masie. Czyli faktycznie po śmierci człowiek winien być lżejszy. Czy są na to dowody? Dochodzę więc do wniosku, że nie ma czegoś niematerialnego, więc i nie ma "tamtego świata". Tym samym religijna dusza to tylko wymysł/narzędzie wyznawców religijnych, a że logicznego wytłumaczenia istnienia duszy nie ma bo wszystkie uzasadnienia racji duszy przepadają już w formie "in statu nascendi" w konfrontacji z logiką i racjonalnym myśleniem człowieka XXI wieku. Rodzi się więc nowa religia kwantowego przejścia do "tamtego świata" i co dziwniejsze ma swoich gorących zwolenników. P.S. Pisałem jedno zdanie z (*). Wyjaśniam, że Ziemia, to nazwa własna największego, samowystarczalnego statku kosmicznego jaki zna ludzkość.
Jednak jestem lepszy jak moja reputacja. Cholera! A może gorszy? Najgorsza ta niepewność.
|
|
|  | 1 na 1 Jolanta Komorowska (1321 punktów) (zablokowany) | >>Czasami chciałabym żeby był jakiś tamten świat. Dlaczego? Bo mam tam kilka osób, które kocham nadal. Chwilami pociesza mnie zmienność stanu materii, a materia nie umiera. Fakt, materia powinna być widoczna czy też widzialna ale to zależy od jej stanu. Nadal uważam, że życie to jednorazowe zdarzenie i tego właśnie żal, że nie do powtórzenia. Ale... materia przecież nie umiera. >Nie ma "tamtego świata". W pewnym sensie gdy umiera człowiek, to wcale materia z której jego jestestwo się składało, nie ginie. Jego biologiczna konstrukcja oparta na biochemii pozostaje cały czas na Ziemi. No a biochemia to przecież atomy pierwiastków, tworzące tą konstrukcję. Więc materia pozostaje na Ziemi(*). Ciało zmarłego choćby skażone nieuleczalnie najgorszą chorobą wraca w zdrowej postaci do obiegu materii. Zdrowej?? Ano tak, bo atomy nie chorują i nie przenoszą nawet najgroźniejszych chorób. Atom węgla w ciele trędowatego jest taki sam jak moim ciele. Ciało po śmierci staje się natychmiast obiektem zainteresowania najbardziej prymitywnych form życia tj. bakterii (zwanych gnilnymi) jak i bardziej skomplikowanych jak robaki ogólnie biorąc. Człowiek zasilając w ten sposób obieg materii, przyczynia się tworzenia/podtrzymania łańcucha pokarmowego. >Rozważając wątek duchowy(??) nie wyjaśniony przez żadną z religii, jego odmianę kwantową (co to ludzka wyobraźnia nie wymyśli), czy też świadomość istniejącą tylko wtedy, gdy mózg człowieczy (nie tylko człowieka zresztą) sprawnie jeszcze pracuje, mają postać niematerialną. Niematerialną a więc nie posiadającą energii bo nie mają masy. Czytałem kiedyś, traktując jako ciekawostkę, o szarlatańskich eksperymentach w XIX wieku okultystów i im podobnym, dokładnego ważenia umierającego przed i zaraz po śmierci, w celu udowodnienia że dusza ludzka istnieje. Oczywista, że nic nie udowodniono, tak jak rosnące paznokcie i włosy po śmierci. (Włosy i paznokcie są produktem przemian w żyjącym organizmie. Gdy funkcje życia zanikają więc i nie ma przemian postaci materii w organizmie. Śmierć to proces zatrzymania tych funkcji). Zauważając kwantowe tłumaczenie (kwant to najmniejsza porcja energii), nie zgadzam się z tym że forma życia może emitować po śmierci jakieś kwanty energii. No bo jak? Co miałoby stymulować kwantową emisję energii? W jakim obszarze miałby emitować energię? Z jaką mocą? >Przecież energia jest równoważna masie. Czyli faktycznie po śmierci człowiek winien być lżejszy. Czy są na to dowody?
Jest masa. Podobno jest też coś takiego jak bioenergia. A jak jest energia to musi/powinna mieć jakieś miejsce dla siebie, no powiedzmy jakieś wyładowanie lub zamianę w zależności być może od mocy.
|
|
| |  | | Wenancjusz (16441 punktów) | >Jest masa.
Masa czego? Ducha?
>Podobno jest też coś takiego jak bioenergia.
Oczywiście, że jest, ale organizmu żyjącego a nie truposza.
>A jak jest energia to musi/powinna mieć jakieś miejsce dla siebie, no powiedzmy jakieś wyładowanie lub zamianę w zależności być może od mocy.
Założenie jest takie, że energia (jakaś tam) opuszcza ciało po śmierci. Nie jest to bioenergia, którą można widzieć u żyjącego. Co za bioenergię zauważasz u trupa? A co Ty bredzisz o wyładowaniach w umarłym ciele? A jak widzisz "zamianę w zależności od mocy"? Zamianę czego w co w martwym organizmie? Co miałoby być stymulacją takich przemian skoro martwy organizm jest materią nieożywioną? Dobra nic więcej nie będę pisał. Wierz w to co uważasz i daj spokój innym, bo rozpraszasz i pleciesz androny.
Jednak jestem lepszy jak moja reputacja. Cholera! A może gorszy? Najgorsza ta niepewność.
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|