Jestem zdania, że pan Zygmunt Freud powinien być uważany za swego rodzaju "mesjasza", tego, który wyrwał (także mnie) ze szponów totalitaryzmu katolickiego, zniewolenia sięgającego najgłębszych sfer. Piszę to zupełnie poważnie. Wprawdzie kwestionuje się wiele jego teorii, choćby kompleks Edypa, ale obserwując wnikliwie moje dzieci, przypominając sobie wczesne dzieciństwo, czytając literaturę, słuchając kazań można śmiało powiedzieć, że "jest coś na rzeczy". Freud nie był umysłem super ścisłym, wbrew pozorom odbieram go jako odważnego humanistę. Freudowski Bóg Ojciec to ten dziwny Bóg Starego Testamentu, Bóg Nowego Testamenu, neurotyczny Bóg ojców Kościoła. Oczywiście pomysły Junga, jego archetypy też mają jakąś wartość, ale Junga, pyszałkowatego Niemca, nie lubię. Uważam, że Freud jest jeszcze niedoceniony. Dobrze się dzieje, że popularny jest neofreudyzm. Można by parafrazować Meritona z Sardes, czy innych Ojców kościoła: on okrył ten totalitarny system wstydem i zadał mu cios śmiertelny. Trzeba głośno mówić, za choćby Drewermannem, niemieckim psychoterapeutą, byłym księdzem, że ortodoksja i dogmaty katolickie nie mają racji bytu, są już obalone. W tym sensie rację ma Nietzsche, twierdząć że Bóg umarł. A jest to naprawdę dobra nowina. Bo Bóg z księgi Hioba na nic innego nie zasługuje. Katolicki neurotyczny, antyerotyczny Bóg powinien umrzeć, nawet jeżeli zawali się komuś jego piękny katolicki Matrix. To co piszę, jest jak zwykle emocjonalne, ale mając pewne doświadczenie, mogąc obserwować i doświadczać "mechanizmów", nie mogę nie podzielić się moimi refleksjami na temat religii.
|