Pszczoła i poeta.
Złota kropla słońca mknie w ultrafioletach, kwiaty krzyczą barwy, tkwią kolorem w zmysłach, skrzydła dziko brzęczą, lotnik nie pamięta furkoczących błonek, których silnik dźwiga. Niebo w kratach niknie, gdzieś nektar już wzywa…
Pszczoła zgina stawy o kształtach z fantazji lśniącej przez eony jej przodków pokoleń. Jest jakby witrażem przez klimat odlanym z cichych wołań łąki, z dni wartkich odrodzeń; pełna giętkich linii porusza płatkami.
I nawet teraz czas przy niej opadł czujny, obsypał ją pyłem, którym broczy trawa; jakąś drobną zmianę włożył jej na nóżki, lepkim krążkiem losu zgiął włoski owada, wieść kazał przesłanie do dalekich uli.
Drgnęły młode liście. W górę leci pszczoła przepojona światłem, które lśni wśród zasłon, jego barwą zdobna płynie w wiatru szponach, migoczą w niej mapy, jest w ogrodach łodzią, którą płynie życie o szumiących kłosach.
Wraca do królestwa plonem obarczona, siostry ją witają, pytają o drogę; ona swój lot tańczy, przez ziemię uczona abstrakcyjnej mowy zdań ruchem mierzonej, podobnej do wzoru na plastra komorach.
Aż chciałbym ją spytać, czy wierszy nie pisze piórem swego tańca tak wonnym od pyłu, gdyż z tych samych dolin nasze życie płynie, moje i to pszczoły, mimo różnic tylu, jednak jest podobne, tak samo też ginie…
Może zbyt bezmyślna jest mała poetka, lecz czy myśl jest moja, co wciąż w mózgu dźwięczy, czy nie była piaskiem, który wiatr rozwiewa, cała moja postać, z nią klatka pamięci? Tak niedawno przecież dojrzałem z nasienia.
Wcześniej była nicość, dla mnie, nie dla innych, i będzie też później, zupełnie podobna, nie do mnie należą te zgłoski zdań cichych, które w mojej głowie wciąż biegną po zwojach; tę samą historię ma owad złocisty.
Przemawia w nas chaos zdań przypadkowych, który wciąż narasta, składa się w logikę; wiersz jest jego echem, tak samo miód słodki, wciąż ślepa natura mną i pszczołą pisze, a naszej poezji nikt nigdy nie stworzył…
|