WIĘZŁE PODSUMOWANIE WSZYSTKIEGO. CZYTAĆ PSUBRATY I PSUSIOSTRY!
Przełknąłem to wszystko o czym piszę duchowo, część wyplułem i czuję na sobie słońce. Jak przeczytasz, wtedy może stanie się dla Ciebie zrozumiałe co to znaczy patrzeć w szumiące łąki nie wierząc w Boga.
Człowiek jest delikatnie mówiąc bardzo niedoskonały, być z dala od ludzi z naturą to "boski stan", z tym, że Bóg umarł... Co do owej niedoskonałości, na przykład Jezus (mimo że widział więcej niż jego oprawcy, choć jak wiadomo niektórym jego wizja jest nieaktualna) nikogo nie zbawił swoją śmiercią, po prostu oszczędził ludzi (tak samo okrutnymi i chorymi jak byli). Jaki był w tym cel? Miłość do wszystkich jest niemożliwa i niewskazana (wobec śmierci jesteśmy wszyscy równi, ale śmierć to nie Bóg, od jednej małpy też nie pochodzimy wszyscy), podobnie niemożliwe, że "Bóg nas zawsze wysłucha i wspomoże", albo, że wszyscy pójdziemy do nieba-raju jak umrzemy. Zamiast żyć. Tzw. ludzie wierzący uważają, że szklanka bytu jest pełna podczas, gdy ona jest do połowy pusta. Transcendencja, inne wymiary, "oczywiście" istnieją, ale jesteśmy pomostami nad nimi a nie mostami do nich. Zaistnienie życia można porównać do sonetu Szekspira, który powstał pod wpływem walenia w maszynę do pisania przez małpy przez miliony lat. Aby to wyjaśnić wystarczy wziąć teleskop i spojrzeć w niebo, gdy jest noc. Wszechświat jest tak wielki i stary, że nazbierało się w nim tyle :"szczęśliwych" (bądź nieszczęśliwych, zależy jak kto patrzy na życie przypadków), że pojawiło się coś tak cudacznego jak nasz świat. Nie tylko twoje istnienie graniczy z cudem, ale całego świata. Jak byłem młody sam to zauważyłem maszerując po lesie, zanim o tym przeczytałem gdziekolwiek.Nad nami jest straszna lodowata otchłań. Inaczej mówiąc: noc to trzewia nieba, dzień jego skóra. Dużo krwi było przy wzrastaniu życia i jak wiadomo każde żywe istnienie umiera. Świat to wielki cmentarz, 99% gatunków istot żywych jakie kiedyś z niego wyrosły nie istnieje. Więc teraz o świadomości śmierci.
Kiedyś zastanawiałem się co będzie jak mój ojciec umrze. Ponoć przed śmiercią przewija się całe życie przed oczami, ale i gwiazdy się przewijają przed oczami. Jak napisał F. Nietzsche: kto widzi gwiazdy jako coś nad sobą ten nie ma jeszcze wzroku mędrca. Do takich samych wniosków dochodzę jak myślę o swojej śmierci. Przeczuwanie śmierci przez dziecko nie różni się wiele. Jeśli porównać ewolucję do drzewa życia, to drzewo to ma tylko jedną koronę i nie ma nic wyżej. I będąc szczerym ja mogłem się zje***ć z tego drzewa. I powiem tylko tyle że jak patrzę wstecz na swoje życie to poziom mojej frustracji jest czasem tak wysoki, że srają obłoki.
Ludzkość podobnie jak inne zwierzęta (udomowione) jest zaprogramowana na pożeranie, rozmnażanie, a później umieranie. Nie ma w tym żadnego boskiego planu i ludzi jest nazbyt wielu. Co wynika też z postępu technicznego, coraz większej wygody (starożytni Słowianie czcili Swaroga dziś zdegradowanego do rangi żarówki, boskość staje się coraz bardziej abstrakcyjna aż do zaniku nawet architektura kościołów na to wskazuje), opływania w zbytki i chciwości, gdy świat sprzedano, sprzedaje się: od karabinów dla murzynów, przez kobiety za pomocą intertnetu, po przyjemną religię, albo torturowane zwierzęta w świątecznym opakowaniu. Nie stworzył ludzi duch, słowo boże, są wytworem tworzącego ciała, nie trzeba daleko sięgać by to sobie uświadomić, zajrzyj sobie pod skórę, na swoje trzewia (zbaczając trochę z tematu to ze strony Boga nieprzyzwoite, że wszędzie nam zagląda), albo na swoje paznokcie, które kiedyś były pazurami, bądź na brodę u mężczyzny. Nikt nie opiekuje się naszą planetą z nieba, ziemia to nic nieznacząca plamka we wszechświecie (a tym bardziej ojciec wszechrzeczy nie będzie opiekował się taką "wszą" jak pojedynczy człowiek, no i starożytni Grecy nazwali wszechświat kosmosem czyli porządkiem, ale mieli tendencję do idealizowania jest w nim również wiele chaosu). Ziemia staje się ludzkim piekłem. Cywilizacja "dąży" do zniszczenia. Człowiek nie jest panem ziemi lecz jeszcze gówniarzem bardziej. Jednak zniszczeń na skalę globalną było wiele w historii ziemi wiele i wyznaczają one na przykład ery geologiczne. I pewnie powstaną nowe zwierzęta i rośliny i ludzie też nie wyginą wszyscy, będzie głód i wojna. Wojny, jednak, zwłaszcza te światowe na początku XX wieku są dla mnie odrażające, gdy życie ludzkie znaczy tyle co życie muchy w imię abstrakcyjnych tworów takich jak państwo (wielu tego nie wie więc dopiszę, że Nietzsche nienawidził, państwa, Niemców i antysemitów, przewidział nawet że może zostać zniesławiony przez jego "instytucję", Hitler był "bajkopisarzem"). Nie mogę patrzeć na ludzkie zbrodnie tych rasistów, psychopatów znajdujących radość w zadawaniu najwymyślniejszego cierpienia ("Afrykanie: przecież to wspaniała darmowa siła robocza!", albo "wieloroby: toż to fabryka mięsa!" itd.). Od kołyski w człowieku jest okrucieństwo i "radość niszczenia", a wspomniane wojny światowe nastąpiły dlatego, że rozwinięto technologię i liczba ludzi na świecie niepomiernie się powiększyła. Świat przyrody też jest straszny. Jeśli miałbym personifikować prawo dżungli i mówić o Bogu, nazwałbym go bezdusznym i okrutnym. Gdyby był łagodny jakby stworzył takie potwory jak na przykład wielkie, drapieżne, prehistoryczne gady morskie (wśród zwierząt też następował ewolucyjny wyścig zbrojeń, tudzież prawo zdrowszego, silniejszego, u ludzi jest tak samo choć w innej formie, może złagodzonej)? Wracając jednak do rodzaju ludzkiego to istota najgorsza. Żyjemy wszak w złagodzonych czasach, bardziej "ucywilizowanych". Pod tym względem widzimy postęp choć dzieje się on wolniej, niż w przypadku jednostek (np. wspomnianego Jezusa). Egoistyczna natura kryje się jednak pod tonami plastiku... Społeczeństwo i media produkują bardzo małe rozumki. O co chodzi? Chodzi o pieniądze. Tak, aczkolwiek NIE.
