Napis na murze w Sopocie: "Pan Bóg to jest fajny facet". Niezależnie od sugestywności tekstu lub może jego siły wyrazu - termin "Bóg" został ostatecznie skompromitowany w momencie podpisania Concordatu. Mamy zatem jednego i jedynie słusznego Boga, zdefiniowanego do ostatka, Boga obnoszącego swe wnętrze na zewnątrz z pietyzmem i egzaltacją godną lepszej sprawy. Kto dostrzega ślad Absolutu gdzie indziej, niż telewizja Polonia i Radio M. ("Marychą" zwane) zasługuje na duchową banicję, oczywiście o ile wcześniej nie skorzysta z łaski apostazji. Żyjemy przecież w kraju o wielowiekowej tradycji braku tolerancji i logiki. Nasz "Bóg" musi być zatem skrojony "na miarę" jak nieco sztywny, przyciasny i niemodny garnitur lub jak suknia balowa z szyfonu, obowiązkowo z fiszbinami i gorsetem. Współczesne Kaśki i Marychy, rozmodlone zwyczajowo po nawach ranią poczucie dobrego smaku, podobnie jak figura w koronie cierniowej rozpięta malowniczo na krzyżu i cały szereg figur w błękitach, złocistościach i malowniczo udrapowanych (zazwyczaj odlewy gipsowe) szatach. Sztuka odpustowa wdziera sie silą na salony. Artystom nie wystarcza już eksperyment i tradycje dziewiętnastowiecznej awangardy, nie wystarcza surrealizm i symbolizm, ekspresja i metaforyka. Koniec ze zgubnym (jak sugeruje duchowieństwo) postmodernizmem. W domyśle: koniec z oryginalnością, wewnętrzną dramaturgią dzieła, bohemą i własnym widzeniem świata. Obowiązuje zasada: Świat jaki jest każdy widzi pod szkalnnym okiem Opatrzności lub może raczej - "Opaczności". A co ze struktura kryształu, architekturą drzewa, przemyślnie skonstruowanym dmuchawcem? Wszystko wyjaśnić się uda. Wystarczy sięgnąć do Pisma, oczywiście jedynego, "świętego". Znakomicie mieć pewność. Świat jednowymiarowy nie wabi, ale daje poczucie bezpieczeństwa, samozadowolenia i owej cudownej sytości nasyconego do ostatka ducha. Pozdrowienia dla sytych po niedzielnym obiedzie i słowie bożym.M. |