Racjonalista - Strona głównaDo treści
Świadectwo

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » O wszystkim i o niczym
NapisanoAutorTytuł
16-07-2010 18:09Tamb (28 punktów)Świadectwo
Ocena 13 na 13
Witam wszystkich użytkowników Racjonalisty. Jest to mój pierwszy post na forum, mam nadzieję, że zamieszczam go w odpowiednim dziale. Chciałbym się podzielić swoją historią dotyczącą kontaktów z Kościołem. Możecie zapytać "po co to robię" i "co Was to interesuje" - będą to słuszne pytania. Nie ukrywam, że robię to głównie dla siebie, ponieważ muszę się tym podzielić z osobami o otwartych umysłach, a sądzę, że jeżeli tutaj takowych nie znajdę, to chyba nie znajdę już nigdzie.

Mam 18 lat. Od dziecka byłem wychowywany w rodzinie katolickiej. W żaden sposób nie fanatycznej - moi Rodzice jak i Dziadkowie posiadają bardzo "zdrowe" podejście do spraw wiary i Kościoła, choć nie ukrywają, że są osobami wierzącymi. Sam od najmłodszych lat umacniany byłem w wierze Rodziców (katecheza i szkoły o profilu wyznaniowym - zarówno przedszkole, podstawówka, gimnazjum jak i liceum). Można więc przyjąć, że przeszedłem najbardziej gruntowną "indoktrynację" w struktury Kościelne (nie mylić ze strukturami wiary). I absolutnie nie mam tego za złe mojej Rodzinie. Mieli jak najlepsze intencje, a szkoły do których mnie posyłali były wybierane głównie ze względu na panujący w nich wysoki poziom.

Byłem dzieckiem/jestem człowiekiem bardzo wrażliwym. Nadwrażliwym. Od samego początku śmiertelnie poważnie traktowałem prawdy przekazywane mi na lekcjach Religii i w Kościele i starałem się je pod każdym względem wprowadzać w życie. "Miłość bliźniego"; "nadstawianie drugiego policzka" itp. Całym sercem ufałem Kościołowi i jego wyrokom. Stąd określałem się jako homofob, byłem przeciwny in vitro, eutanazji. Dlaczego? Bo Kościół mówi, że jest to "złe"; "grzeszne". Kropka. Wystarczy. Nie ma dyskusji. I tym tropem doszedłem aż do gimnazjum. Tam stało się coś, co do końca życia będzie mi spędzało sen z powiek. Spotkałem prawdziwego potwora. Nie demonizuję. Osoba w klasie, która wykorzystując swoją inteligencję w sposób jak najbardziej przebiegły, szczwany i wredny, gnębiła wszystkich. Jednocześnie była bardzo religijna. Chociaż wszyscy już dawno posłali go "do diabła". Ja starałem się z nim zaprzyjaźnić, gdyż tak mi kazała religia. "Miłość bliźniego"! Obrażał mnie, poniżał a ja "nadstawiałem drugi policzek"! Gdy zorientował się, że ja jako jedyny jestem mu przychylny, zaczął być dla mnie miły, bo wiedział, że jedynie w taki sposób może przetrwać. Moi przyjaciele z klasy mnie ostrzegali, ja byłem głuchy. W końcu zaczął mnie gnębić do tego stopnia, że byłem na skraju załamania nerwowego. Szukałem winy w SOBIE (tak, w sobie), bo tak mi kazała Religia. Poszedłem do niego, chcąc z nim porozmawiać i zapytałem "dlaczego mi dokuczasz" (śmieszne, zainspirował mnie Jezus ze słowami "dlaczego mnie prześladujesz?") a on poniżył mnie jeszcze bardziej. Nie mogłem zrozumieć, ze istnieją ludzie po prostu ŹLI. Choć wszyscy naokoło już to dawno zrozumieli. Ja wybaczałem mu, bo sądziłem ze tak trzeba i że jak mu nie wybaczę to zgrzeszę. W końcu miarka się przebrała.

Będąc na granicy (myśli samobójcze) postanowiłem odrzucić przekonania i odegrać się na nim. Razem za mną poszła cała klasa. Daliśmy mu "popalić" a on nie mógł pogodzić się z tym, że jego "ofiara" się zbuntowała. W ogóle nie widział ani w przypadku moim ani w przypadku gnębienia moich przyjaciół żadnej swojej winy! To my wg niego byliśmy źli i to on robił z siebie ofiarę (zresztą tym również szantażował mnie, gdy jeszcze stałem po jego stronie). Co na to dyrekcja - osoby duchowne? Wezwały mnie i kazały "wybaczyć", "pojednać się" itd. W tym momencie całkiem odrzuciłem Religię jako taką. To przez nią pomieszało mi się w głowie, a w sytuacji gdy zacząłem z tego wychodzić stanęli po stronie oprawcy a nie ofiary! A on tylko czekał aż toś mu "wybaczy" aż ktoś się nad nim "ulituje", żeby znowu brać go na litość i gnębić. Nikt nie spełnił oczywiście sugestii dyrekcji. Ale szok pozostał. Ksiądz na katechezie powiedział że "zgniję w piekle" za to że nie wybaczam i nie mam ochoty ani zamiaru nigdy wybaczyć mojemu oprawcy (który nawiasem mówiąc kontynuuje swoje dzieło zniszczenia tylko że w innej klasie i nie czuje żadnej skruchy). Oraz, że Bóg się mnie brzydzi z powodu popierania mniejszości seksualnych - całkowicie zmieniłem swoje stanowiska moralne i etyczne. Zobaczyłem jak bezsensowne jest stanowisko Kościoła.

A oprawca jest osobą głęboko wierzącą, chodzi do Kościoła i dalej gnębi wszystkich a szczególnie tych którzy są odważniejsi, lubiani i się wyróżniają na tle innych. Każdego, który nie dał mu się stłamsić.
Być może starsi czytelnicy odbiorą ów tekst jako histeryczny krzyk nastolatka. Zapewniam że nie. Mam po tych wydarzeniach klinicznie stwierdzoną nerwicę i biorę regularnie leki psychotropowe ponieważ mam napady nerwicowe w których niczym demon powracają "demony z przeszłości" z którymi wiem, ze się nie zgadzam,które są zupełnie niedorzeczne, a które tak bluźnierczo kołaczą się w moim umyśle - "wybacz mu"; "pogódź się z nim"; "przeproś go", "to Twoja wina". Możliwe, że zostanę wysłany do jakiegoś leczniczego ośrodka. Nie żalę się. Piszę, do czego doprowadziła mnie Religia. Od tego czasu nie chodzę do Kościoła (rodzice po naświetleniu sprawy zrozumieli i zmienili mi szkołę).

Miłość do dobra jest nienawiścią do zła. Broniąc zła i wybaczając złu stajemy się źli. Kiedy niszczymy zło i bronimy dobra i bronimy dobrych ludzi przed złymi ludźmi - jesteśmy dobrzy. Jak napisał Dylan

"Even Jesus would never forgive what you do".

Piszę to, bo być może przeczyta to osoba, która znajduje się teraz w sytuacji podobnej jak moja. Żeby zareagowała wcześniej i nie przechodziła tego co przechodziłem i przechodzę ja. Bo jeszcze parę lat temu myślałem, że takie sytuacje zdarzają się tylko w filmach.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Ojciec Lesiotr (6102 punktów)
Trzymaj się! Poznałeś źródło swoich problemów, nazwałeś zło po imieniu - wyjdziesz z tego, bo jesteś silny i świadomy.

Nie wpadnij tylko w pułapkę "już nigdy nikomu nie zaufam", "w życiu nie warto być dobrym" czy podobne. Tam wpadają ludzie słabi charakterem i umysłem.
Bo warto nadal być wrażliwym, przebaczać, być dobrym, szczerym, szczodrym, przyjacielskim.

Tylko nie warto być naiwnym.

Pozdrawiam.


W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Adamiak (36436 punktów)
>Mieli jak najlepsze intencje...

   No tak, a zastanawiałeś się głębiej nad tymi intencjami?
   Intencje czego?- dla kogo jak najlepsze?

   Bo dość pewnie je interpretujesz, ale brakuje mi adresata tych intencji.
Tamb (28 punktów)
>>Mieli jak najlepsze intencje...
>   No tak, a zastanawiałeś się głębiej nad tymi intencjami?
>   Intencje czego?- dla kogo jak najlepsze?
>   Bo dość pewnie je interpretujesz, ale brakuje mi adresata tych intencji.

Mieli jak najlepsze intencje, gdyż nie znali INNEJ drogi. Taką przekazywali im ich rodzice, dziadkowie i ta zależność ciągnęła się od pokoleń. Zwyczajnie po ludzku nie widzieli innej możliwości i z tego względu uważali ją a najlepszą.

Po tym całym zajściu sami biją się piersi.

Cytat:

Wybaczanie nie jest złe. Nie mówię tego z pozycji religii. Wybaczając odbierasz władzę nad sobą sprawcom odczuwanych krzywd. To nie ma nic wspólnego ze słabością i nadstawianiem drugiego policzka.


Rzecz jasna, nie mówię że wybaczanie jest złe i nie należy tego robić. Jak najbardziej należy wybaczać. Tylko nie zawsze. I nie wszystkim. Można wybaczyć osobie która wyrządziła nam krzywdę, ale uznaję swoja winę, zmienia się, lub jest nam na tyle bliska, ze żywimy do niej uczucia (przyjaźń, miłość) które wykluczają jakąkolwiek niechęć czy nienawiść wobec tej osoby. Natomiast TEN przypadek, mój przypadek jest przypadkiem PATOLOGICZNYM. Osoba o której mówię czerpie radość z krzywdzenia innych i ma pełną świadomość jak nagannych czynów się dopuszcza. Więcej, jak napisałem już wcześniej, wprost liczy na wybaczenie czy litość bo w taki sposób znajduje sobie nowe ofiary. Tak jak napisał @Ojciec Lesiotr - nie można być naiwnym.

Cytat:
Wybaczanie nie oznacza też akceptacji zła lub poczucia własnej winy, lecz uporządkowanie spraw we własnym wnętrzu.


Nie w w.w. sytuacji. Od kiedy mu nie wybaczam, czuję się silny i wiem że potrafię stanąć w obronie swojej i osób mi bliskich. Wyniknęło z tego masę dobrego. Wiedząc, że mam wroga, zacząłem bardziej doceniać przyjaciół. Już nie przejmowałem się groźbami śmierci czy obelgami rzucanymi przez niego w moja stronę bo wiedziałem, że teraz to ja mam przewagę. Nie wybaczyłem mu i już więcej mnie nie oszuka.

Wiem, że pojadę teraz z "grubej rury", ale czy Żydzi wybaczyli Hitlerowi? Nie.
Adamiak (36436 punktów)
>>... brakuje mi adresata tych intencji.
>Mieli jak najlepsze intencje, gdyż nie znali INNEJ drogi.

   Nie ma przymusu odpowiadania na pytania.
finerbijk (17282 punktów)
Wybaczanie nie jest złe. Nie mówię tego z pozycji religii. Wybaczając odbierasz władzę nad sobą sprawcom odczuwanych krzywd. To nie ma nic wspólnego ze słabością i nadstawianiem drugiego policzka.

Wybaczanie nie oznacza też akceptacji zła lub poczucia własnej winy, lecz uporządkowanie spraw we własnym wnętrzu.
Kiedy brak siły lub chęci do korekty stosunków z osobami, które wg nas postępują niewłaściwie, dobrze się wycofać i unikać dalszych kontaktów, jak w twoim przypadku. Ale to nie oznacza rozwiązania problemu.

Warto wybaczyć dla siebie, nie dla niego. Że akurat księża twierdzą podobnie, nie znaczy, że wszystkie tezy tej czy innej religii są z gruntu złe.
LadyTilly (613 punktów)
Moim zdaniem nie jest to heretyczny krzyk nastolatka. Post Twój przeczytałam dość uważnie, niektóre fragmenty nawet kilka razy. Najpierw podam cytat, który na pierwszy rzut oka może wyglądać na arogancki otóż "Jezus byl wielkim matematykiem. Nadstawianie drugiego policzka to najlepsza strategia w teorii gier". Nadstawić drugi policzek to znaczy stać w postawie wyprostowanej, zachowując swoją godność. Trzeba być dość mocnym, żeby nie uciec ani nie ulec instynktowi odwetu. Myślę, że osoba, któr opisujech charakteryzuje się osobowością - The Ethereal Type z kategorii Energy Vampires.
16-07-2010 22:22 
 Ocena 4 na 4
Adamiak (36436 punktów)
>Nadstawić drugi policzek to znaczy stać w postawie wyprostowanej, zachowując swoją godność. Trzeba być dość mocnym, żeby nie uciec ani nie ulec instynktowi odwetu.

   Mam wrażenie, że czytaliśmy różne teksty, bo to zdanie:

>Mam po tych wydarzeniach klinicznie stwierdzoną nerwicę i biorę regularnie leki psychotropowe ponieważ mam napady nerwicowe w których niczym demon powracają "demony z przeszłości" z którymi wiem, ze się nie zgadzam,które są zupełnie niedorzeczne, a które tak bluźnierczo kołaczą się w moim umyśle - "wybacz mu"; "pogódź się z nim"; "przeproś go", "to Twoja wina".

- mnie mówi coś innego o mocy autora.
spellbinder (8577 punktów)
Powiem szczerze, że ciężko mi się utożsamić mimo, że sam byłem w podobnej sytuacji. Z tym, że ja nie pasowałem do społeczności klasowej, jak już znalazłem sobie dwóch "kolegów" to byłem tak zadowolony, że robiłem wszystko żeby mnie lubili. Głównie tyczyło się to prześladowania jednego kolesia z klasy, wrzucania mu do tornistra kredy itd., ale przy tym kolesie traktowali mnie "z buta". Prócz tego kilku klasowych "osiłków" lubiło się odgrywać na mnie, wyzwiska przy wszystkich, rechot jak nie reagowałem i okazyjne bicie. Ogólnie byłem raczej człowiekiem zamkniętym w sobie.
Tutaj było dość zabawne, że w zmianie sytuacji "dopomogła" mi piosenka, nawet nie pamiętam dokładnie jak na nią trafiłem. "Hell is home" Judas Priesta.

"Say my whole life I've always been disliked
Ignored unless you're spitting insults at me
And I don't know why you felt so justified
In all the degradation that you dished on me

Oh! Now my status has changed
And you've got yourself to blame
Oh! I'll grab all the attention I crave
Now I'm running Hell - Heaven won't be the same"

No a zaczęło się od dość gwałtownej zmiany postawy. "Koledzy" ci moi zabrali mi długopis, po czym oznajmili że oddadzą jak będę grzeczny. A ja grzeczny nie byłem. Byłem raczej człowiekiem nieporadnym, grubym, w czwartej klasie liceum ważyłem 115 kilogramów. Dźwiganie takiej masy wymaga nieco siły, więc nie przyszło mi z trudem przyparcie kolesia do muru, trzepnięcie nim o ścianę parę razy i zagrożenie, że jeśli długopisu nie odda, to mu mózg uszami wycieknie tak nim trzepnę. Oczywiście oddał.

Zacząłem ostro jeździć na rowerze, przypakowałem trochę i później poszło już z górki. Zawsze było "stań na bramce", no ale do czasu, aż powiedziałem "sam sobie stań". No i znaleźli zastępstwo. Ogólnie miałem raczej gdzieś co się dzieje naokoło. No i jeden taki co chciał zdawać do szkoły wojskowej na wuefie się napalił i nie trafił w bramkę, tylko mnie w splot słoneczny, chociaż od bramki byłem oddalony w linii prostej jakieś 5 metrów. Krew mnie zalała i jak tylko odzyskałem oddech po prostu na kolesia zaszarżowałem, wyrżnąłem go kolanem w wątrobę, w szatni się stawiał, że on niechcący i mogą mi przyłożyć za to co zrobiłem, koledzy stanęli za plecami. Ja mu wtedy położyłem dłoń na twarzy i popchnąłem na ścianę. Nie fikał dalej. Potem jeszcze dorwałem po szkole dwóch takich "kolegów" którzy na samym początku liceum nieźle się nade mną znęcali, jednego dorwałem po fakultecie, jak szedł do domu w okolicach godziny 19, ciemna polanka, zero ludzi. Wyszedłem z krzaków na niego i przewróciłem, zacząłem dusić i bardzo dużą przyjemność sprawił mi widok jego łez kiedy oznajmiłem, że teraz go wykończę. Oczywiście nie wykończyłem

Po co o tym piszę? Nie mam pojęcia, tak mi się przypomniało. Ale wydaje mi się, że człowiek nie przylepia się do innych ludzi tak tylko z przykazania bożego. To jest jakiś rodzaj osobowości zależnej, musiał Ci ten koleś imponować na tyle, że się do niego przyssałeś niezależnie od jego podejścia. Ja tak miałem z tymi od długopisu, aż wreszcie we mnie "pękło".

Dlatego też myślę, że "nadstawianie drugiego policzka" jest w jakimś stopniu oznaką strachu i słabości. Takie nieme przyzwolenie na robienie sobie krzywdy. No i przy tym mniej oberwiesz, jeśli nic nie zrobisz. Stawanie naprzeciwko kilku kolesi jest z kolei głupią brawurą, ale mi się przynajmniej udało, jedna osoba sterroryzowała pół klasy. W jakiś sposób oberwali wszyscy, od tych którzy bezpośrednio mnie gnębili, po tych którzy tylko stali i głupio się gapili.

Autentycznie jestem ciekawy co ten koleś Ci robił, że zareagowałeś na to aż tak mocno?
Tamb (28 punktów)
>Autentycznie jestem ciekawy co ten koleś Ci robił, że zareagowałeś na to aż tak mocno?

Jak już wspomniałem wcześniej, byłem homofobem. On opowiadał naokoło, że jestem gejem. Bardzo mnie to bolało, zakomunikowałem mu to. Nie przestawał. Jakiś czas potem chciał ode mnie pożyczyć CD (jakby nigdy nic) na co ja odparłem, że zrobię to, jeżeli obieca że przestanie rozpowiadać o mnie takie teorie. Zgodził się.

Na następny dzień przyniosłem mu płytę pełen nadziei, że koszmar się skończy.
Wziął, ja mu przy tym jeszcze przypomniałem jaką mamy "umowę". Nic nie odparł.
Parę minut później gdy mijaliśmy się na korytarzu przystanął przy mnie i szepnął mi do ucha, że "prawda się nie ukryje".

Nogi się pode mną załamały. Byłem autentycznie zrozpaczony i nie widziałem co robić.
Przecież nic mu nie zrobiłem, wręcz przeciwnie, broniłem go przed resztą klasy (która jak już wspomniałem wcześniej zorientowała się jakiego typu jest to osoba, a on robił przed wszystkimi ofiarę z siebie). Teraz jeszcze to - "jaki miał w tym cel"? - myślałem. "Może rzeczywiście robię coś co go może prowokować?" - nawet do takich absurdów dochodziłem.

Na kolejnej długiej przerwie wziąłem go na rozmowę i tak jak już napisałem, zapytałem czemu to robi. On odparł, żebym się cieszył że mnie nie bije i w ogóle poniżył mnie całkowicie. Czułem się jak gówno.

Mój najlepszy kolega z klasy (notabene, ten osobnik również się na niego uwziął, ale ten zareagował wcześniej co zaowocowało, że mój wróg opowiadał mi o nim niestworzone historie żebym się z nim nie zadawał), zapytał go na gg czemu to robi mnie? Odpowiedział - "bo wiem że mu to sprawia ból".

A wspaniałomyślni księża mówią mi, ze on jest moim "bratem", powinienem się z nim "pogodzić" itd.

Żyłem w tak wyidealizowanym świecie że sytuacja posiadania prawdziwego WROGA była dla mnie nie do pomyślenia. Przerażała mnie. Do dzisiaj pojawia się to w moich nerwicowych atakach. Są one duchem myślenia, które wyznawałem w przeszłości.
18-07-2010 01:38 
 Ocena 2 na 2
spellbinder (8577 punktów)
No dobra, ale dlaczego aż taka reakcja z Twojej strony? W sumie to koleś nie był agresywny, sam się do niego pchałeś.
Często reakcja na zaczepki jest zachętą do dalszego gnębienia i tak jak są ludzie "zachęcający" do tego, żeby im przywalić - miałem takiego sąsiada, koleś ciągle obrywał, od każdego praktycznie, nawet od nieznajomych, jakoś jego postawa namawiała, nęciła, zachęcała do walnięcia go w sadło, tak samo Ty dałeś temu kolesiowi pożywkę.
Gdybyś mu dla przykładu tej płyty nie dał, albo dał mu znak, że tym razem koleś przegiął pałę, zmienił swoje zachowanie w stosunku do niego, to wszystko by było ok.

Mówił, że jesteś gejem, ale przecież skoro tego gościa nikt nie lubił, to nawet chyba nie było jakiejś presji społecznej? Wierzyli mu ci ludzie?

To wygląda trochę tak jakbyś koniecznie chciał zrzucić winę na kościół, na religię, że to ona poprzez istotę diabła wcielonego Cię psychicznie zdewastowała. To nieprawda. Kościół każe robić różne dziwne rzeczy, ale akurat zmienne osobowościowe tak łatwo się nie zmieniają, dlatego też cały ten biznes doskonale się kręci (bo ludzie nie mogą między innymi powstrzymać się od grzechu, gdyby mogli, to stosunek do duszpasterzy byłby zupełnie inny, a i taca napełniana w geście polepszenia swojej osoby nie tak pełna ).
Byłeś po prostu naiwny, nie przyszło Ci do głowy, że niektórym ludziom po prostu wielką przyjemność sprawia gnębienie innych ludzi. Przy tym oczywiście problemy jakie ma ten koleś i rekompensuje je tak debilnym zachowaniem to już zupełnie inna bajka. Ale szukasz według mnie winnego zupełnie nie tam, gdzie on jest.

Używasz też przy tym wszystkim bardzo dużych słów. Nie był ten koleś Twoim wrogiem, a zwykłym, za przeproszeniem "dupkiem". Nic więcej. Dzieci robią różne rzeczy i zasadniczo nawet czasami nie zdają sobie sprawy z tego, jaki to ma wpływ na inne osoby.

Potwór? Potworem to był facet z którym moja babcia siedziała w obozie, stary rusek, który w swoim życiu zamordował ponad sto osób, z tego jedną czwartą tego w obozie i nawet go to nie rajcowało, zero emocji. Zabijał, bo to dla niego nic nie znaczyło.

Z drugiej strony dziadek siedział w ruskim więzieniu w celi razem z kilkunastoma osobami, w tym jakimiś chorymi na syfilis w zaawansowanym stadium. Ci sobie tak radzili przy dzieleniu posiłku, że kazali dawać sobie więcej, bo jak nie to do gara naplują. W końcu ludzie się wkurzyli (to mało powiedziane) i nie zważając na nic zatłukli tych typów, tak że podobno po ścianach aż krew pryskała. Potwory? Nie. Raczej ludzie przyparci do muru. I taki jest właśnie ten Twój "potwór", zgnębiony człowieczek, który musi odreagować, a nie może na tym, kto go załatwił.

Masz jeszcze całą masę, w moim odczuciu, nagromadzonych emocji w tej sprawie i dlatego też ciężko jest w takiej sytuacji pozostać obiektywnym i racjonalnie ocenić zdarzenia. Przede wszystkim chyba też tej sprawy w żaden sposób nie "zamknąłeś". Koleś robił to co robił, potem drogi się rozeszły, ale Ty nie masz poczucia, że to jest temat skończony. Że chodzi sobie taki "potworek" po świecie i zadaje ludziom ból, bo to lubi, a to jest bardzo kiepska motywacja, bo kryje się za nią coś więcej.
Wystarczy tak naprawdę, że się o nim dowiesz czegoś głębiej. Dlaczego tak się zachowywał? Zobaczysz jak mały i pokręcony, jak biedny jest ten diabełek, jak skrzywdzony i niepewny siebie, że aż musi w odwecie ulżyć sobie na słabszych, a samopoczucie się poprawi
18-07-2010 09:25 
 Ocena 2 na 2
Adamiak (36436 punktów)
>... jego postawa namawiała, nęciła, zachęcała do walnięcia go...

   Wiktymologia już się zajęła takimi ofiarami.

Wróć do listy wątków działu O wszystkim i o niczym
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365