 |
Czy jaźń to emergencja kwantowo-relatywistycznej dynamiki wszechświata Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Filozofia i światopogląd
| Napisano | Autor | Tytuł | | 27-06-2025 12:05 | Mixer99 (114 punktów) | Czy jaźń to emergencja kwantowo-relatywistycznej dynamiki wszechświata | Witam wszystkich.
Pozwólcie, że wprowadzę temat, który może wydać się nieco spekulatywny, ale jednocześnie potencjalnie fundamentalny dla naszego rozumienia rzeczywistości: czy świadomość - jako fenomen doświadczany subiektywnie - może być interpretowana jako emergencja kwantowo-relatywistycznej dynamiki wszechświata?
Rozważmy następujący tok myślenia:
Mechanika kwantowa ujawnia, że na najgłębszym poziomie rzeczywistości rządzą nią probabilistyczne superpozycje stanów, które kolapsują do konkretnych wartości w momencie interakcji lub obserwacji. Z kolei ogólna teoria względności demonstruje, że przestrzeń i czas są nie tyle tłem wydarzeń, co dynamicznymi strukturami kształtowanymi przez energię i masę. Obie teorie - choć pozornie niekompatybilne - wskazują na fundamentalną nielokalność, dynamizm i interaktywność rzeczywistości.
Jeśli świadomość jest w jakiś sposób sprzężona z fundamentalną strukturą wszechświata, to może nie być po prostu produktem biologicznego mózgu, lecz raczej emergencją układu, w którym kwantowa nieoznaczoność i relatywistyczna czasoprzestrzeń współtworzą subiektywną jakość doświadczania (qualia). Innymi słowy, akt świadomości mógłby być rodzajem kolapsu funkcji falowej wszechświata - nie jako mechaniczne zdarzenie w mózgu, ale jako dynamiczne zjawisko powiązane z fundamentalną strukturą czasu i przestrzeni.
Co więcej, procesy neuronalne, choć oczywiście zakotwiczone w biologicznej chemii, są podległe zasadom termodynamiki i mechaniki kwantowej. Czy zatem nie jest możliwe, że świadomość działa jak rodzaj "horyzontu zdarzeń" dla kwantowej informacji? Mózg mógłby funkcjonować jak układ interferujący - rodzaj biologicznego interferometru - w którym fale kwantowych prawdopodobieństw są przetwarzane w relatywistycznym kontinuum czasoprzestrzennym.
Nie twierdzę, że taka koncepcja rozwiązuje twardy problem świadomości, ale może sugerować, że świadomość nie jest jedynie epifenomenem biologicznej maszynerii, lecz głębszym aspektem kosmologicznej rzeczywistości, w której mózg działa jako lokalny "węzeł" w sieci kwantowo-relatywistycznych procesów.
| Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| B0R5 (58 punktów) | Odp: Czy jaźń to emergencja kwantowo-relatywistycznej dynamiki wszechś | Dziękuję za tę sugestywną propozycję - rzeczywiście, jeśli potraktujemy świadomość nie jako produkt mózgu, ale jako emergencję z dynamiki kwantowo-relatywistycznej, zyskujemy nowy punkt widzenia na relację między podmiotem a rzeczywistością.
To, że funkcja falowa kolapsuje dopiero w akcie obserwacji, sugeruje, że świadomość może być nie tylko rejestratorem, ale aktywnym uczestnikiem aktualizowania rzeczywistości. W takim ujęciu mózg działałby raczej jak biologiczny interferometr - ogniskujący napięcia pomiędzy kwantową nieoznaczonością a czasoprzestrzennym kontinuum.
Twoja metafora horyzontu zdarzeń dobrze oddaje moment przejścia: informacja staje się przeżywana, a więc przekracza próg czystej obliczalności. W tym sensie świadomość nie tyle jest w czasie, co współtworzy czasowość - jako lokalny punkt konkretności.
I może właśnie to - ten dynamiczny punkt uzgodnienia - wskazuje, że rzeczywistość, jaką znamy, nie jest absolutna, lecz może być efektem porozumienia pomiędzy bytami świadomymi. Świadomość byłaby więc nie epifenomenem, ale miejscem, w którym to porozumienie się aktualizuje - jako doświadczenie "teraz".
|
|
 | | Mixer99 (114 punktów) | Kolaps funkcji falowej, przypisywany "aktowi obserwacji" jest w rzeczywistości zagadnieniem, które wciąż budzi kontrowersje w interpretacjach mechaniki kwantowej. Redukowanie tej dynamiki do rzekomej aktywności świadomości stanowi intelektualne uproszczenie, które ignoruje bardziej prawdopodobne wyjaśnienia, takie jak dekoherencja lub podejście wielu światów.
Twoja konkluzja, że świadomość "współtworzy czasowość" wydaje się równie problematyczna - czasoprzestrzeń, opisana przez ogólną teorię względności, funkcjonuje niezależnie od jakichkolwiek procesów biologicznych.
>I może właśnie to - ten dynamiczny punkt uzgodnienia - wskazuje, że rzeczywistość, jaką znamy, nie jest absolutna, lecz może być efektem porozumienia pomiędzy bytami świadomymi. Świadomość byłaby więc nie epifenomenem, ale miejscem, w którym to porozumienie się aktualizuje - jako doświadczenie "teraz".
Rzekoma "lokalna konkretność" i świadomość jako miejsce "porozumienia bytów" to pojęcia równie efektowne, co mgliste.
W rzeczywistości nie przedstawiają one niczego ponad spekulatywną rekonstrukcję Heideggerowskiego "bycia-w-świecie" ubranej w język kwantowej mistyki.
Proponuję powrót do bardziej zdyscyplinowanego podejścia, które unika pułapki projekcji antropocentrycznych na obiektywną rzeczywistość.
.
|
|
|  | | B0R5 (58 punktów) | >Kolaps funkcji falowej, przypisywany "aktowi obserwacji" jest w rzeczywistości zagadnieniem, które wciąż budzi kontrowersje w interpretacjach mechaniki kwantowej. Redukowanie tej dynamiki do rzekomej aktywności świadomości stanowi intelektualne uproszczenie, które ignoruje bardziej prawdopodobne wyjaśnienia, takie jak dekoherencja lub podejście wielu światów. >Twoja konkluzja, że świadomość "współtworzy czasowość" wydaje się równie problematyczna - czasoprzestrzeń, opisana przez ogólną teorię względności, funkcjonuje niezależnie od jakichkolwiek procesów biologicznych. >>I może właśnie to - ten dynamiczny punkt uzgodnienia - wskazuje, że rzeczywistość, jaką znamy, nie jest absolutna, lecz może być efektem porozumienia pomiędzy bytami świadomymi. Świadomość byłaby więc nie epifenomenem, ale miejscem, w którym to porozumienie się aktualizuje - jako doświadczenie "teraz". >Rzekoma "lokalna konkretność" i świadomość jako miejsce "porozumienia bytów" to pojęcia równie efektowne, co mgliste. >W rzeczywistości nie przedstawiają one niczego ponad spekulatywną rekonstrukcję Heideggerowskiego "bycia-w-świecie" ubranej w język kwantowej mistyki. >Proponuję powrót do bardziej zdyscyplinowanego podejścia, które unika pułapki projekcji antropocentrycznych na obiektywną rzeczywistość.
Dziękuję za precyzyjną krytykę. Zgadzam się, że redukcja kolapsu do działania świadomości bywa uproszczeniem - nie rozstrzygam tej kwestii, lecz traktuję ją jako heurystyczną możliwość.
Moje odniesienie do "porozumienia bytów" nie miało być mistyką, lecz próbą uchwycenia faktu, że nasza doświadczana rzeczywistość ma charakter intersubiektywny. To nie musi przeczyć obiektywności, ale może wskazywać, że dostęp do niej jest zawsze osadzony w strukturze poznawczej.
Doceniam potrzebę rygoru - szukam raczej mostów między językiem fenomenologicznym a współczesną fizyką, niż gotowych odpowiedzi.
|
|
| |  | | Mixer99 (114 punktów) | >Zgadzam się, że redukcja kolapsu do działania świadomości bywa uproszczeniem - nie rozstrzygam tej kwestii, lecz traktuję ją jako heurystyczną możliwość.
Sir Roger Penrose, ze swoim odważnym połączeniem geometrii nieeuklidesowej i teorii grawitacji kwantowej, sugeruje, że świadomość może wynikać z subtelnych procesów, które wykraczają poza czysto klasyczne rozumienie.
Teoria kolapsu grawitacyjnego Penrosea - Orch-OR (Orchestrated Objective Reduction) - zakłada, że kolaps funkcji falowej nie wymaga ludzkiego umysłu, lecz zachodzi w wyniku mikrograwitacyjnych fluktuacji przestrzeni czasoprzestrzennej.
Możemy zatem mówić o świadomości jako o efekcie emergentnym, niczym rozpraszanie światła w strukturach kryształów, które ujawnia nieskończoną złożoność głębszego ładu.
Świadomość według Penrosea nie jest tylko obserwatorem, ale raczej współtwórcą - punktem, w którym mechanika kwantowa i geometria wszechświata odnajdują wspólną płaszczyznę.
Czy zatem kolaps można sprowadzić do świadomości, czy świadomość sama jest efektem kolapsu w grawitacyjnej orkiestracji rzeczywistości?
Tutaj otwiera się pytanie, na które wciąż nie znajduję odpowiedzi.
|
|
| | |  | | B0R5 (58 punktów) | >>Zgadzam się, że redukcja kolapsu do działania świadomości bywa uproszczeniem - nie rozstrzygam tej kwestii, lecz traktuję ją jako heurystyczną możliwość. >Sir Roger Penrose, ze swoim odważnym połączeniem geometrii nieeuklidesowej i teorii grawitacji kwantowej, sugeruje, że świadomość może wynikać z subtelnych procesów, które wykraczają poza czysto klasyczne rozumienie. >Teoria kolapsu grawitacyjnego Penrosea - Orch-OR (Orchestrated Objective Reduction) - zakłada, że kolaps funkcji falowej nie wymaga ludzkiego umysłu, lecz zachodzi w wyniku mikrograwitacyjnych fluktuacji przestrzeni czasoprzestrzennej. >Możemy zatem mówić o świadomości jako o efekcie emergentnym, niczym rozpraszanie światła w strukturach kryształów, które ujawnia nieskończoną złożoność głębszego ładu. >Świadomość według Penrosea nie jest tylko obserwatorem, ale raczej współtwórcą - punktem, w którym mechanika kwantowa i geometria wszechświata odnajdują wspólną płaszczyznę. >Czy zatem kolaps można sprowadzić do świadomości, czy świadomość sama jest efektem kolapsu w grawitacyjnej orkiestracji rzeczywistości? >Tutaj otwiera się pytanie, na które wciąż nie znajduję odpowiedzi.
Rzeczywiście - kluczowe pytanie, które i mnie zatrzymuje, brzmi: czy kolaps funkcji falowej powoduje świadomość, czy też to świadomość powoduje kolaps? Nie stawiam tu tezy, raczej podkreślam wagę tej nierozstrzygalności.
Zwracam przy tym uwagę na dwie epistemologiczne trudności:
Postulat istnienia obiektywnej rzeczywistości - czyli takiej, która istnieje niezależnie od jakiejkolwiek świadomości - nie został dowiedziony. Każdy dostęp do niej, każda próba opisu czy pomiaru, zachodzi już wewnątrz świadomości. W tym sensie wszelka obserwacja - także naukowa - jest zawsze już zapośredniczona.
Z kolei teza o kreacyjności świadomości - że to świadomość "tworzy" rzeczywistość - również nie może być rozstrzygnięta, bo nie da się odizolować świadomości od tego, co ją warunkuje. Być może istnieje coś, co "przekracza" świadomość, ale to coś również pozostaje poza bezpośrednim doświadczeniem.
Z tej perspektywy, rzeczywistość jawi się nie tyle jako absolutna struktura, co raczej dynamiczny punkt styku - pole napięcia między możliwością bycia a aktem poznania. Kolaps (czy to fizyczny, czy interpretacyjny) może być właśnie takim momentem uzgodnienia, a świadomość jego lokalnym wyrazem.
Nie stawiam tu metafizycznej kropki. Po prostu zostaję przy pytaniu.
|
|
| | | |  | | Mixer99 (114 punktów) | > Z tej perspektywy, rzeczywistość jawi się nie tyle jako absolutna struktura, co raczej dynamiczny punkt styku - pole napięcia między możliwością bycia a aktem poznania. Kolaps (czy to fizyczny, czy interpretacyjny) może być właśnie takim momentem uzgodnienia, a świadomość jego lokalnym wyrazem.Całkowicie się z tym zgadzam. Muszę jednak dodać, że Penrose'owska idea "grawitacji kwantowej" jawi się jako swoiste epistemologiczne wyzwanie, które podważa kanoniczną asymetrię między kwantową superpozycją a deterministycznym obrazem grawitacji. Kluczowe założenie tej hipotezy, opierającej się na "grawitizacji mechaniki kwantowej" sugeruje, że natura odrzuca superpozycję metryk czasoprzestrzennych. Wprowadza to konieczność grawitacyjnego mechanizmu kolapsu funkcji falowej, który pod względem formalnym przypomina teorię Diósi'ego, lecz intelektualnie sięga ku granicom teorii obliczalności Gödelowskich ograniczeń. Sedno rozważań można zredukować do różnicy między dwiema potencjalnymi czasoprzestrzeniami generowanymi przez stany masowe w superpozycji. Penrose wyprowadza tę różnicę w kontekście energii potencjalnej, zależnej od rozkładów masowych i sprzężonej z czasem życia, przez zasadę nieoznaczoności Heisenberga. W ten sposób idea kolapsu zyskuje charakter dynamicznej konieczności, wymuszonej przez niekompatybilność zasad superpozycji z równoważnością grawitacyjną. Można porównać tę koncepcję do efektu Unruha, gdzie obserwator przyspieszony doświadczający kwantowej fluktuacji próżni znajduje się w fundamentalnej sprzeczności z klasyczną definicją stanu próżni. W analogiczny sposób, superpozycja różnych pól grawitacyjnych stawia dwa obserwacyjne punkty widzenia - "Newtonowski" i "Einsteinowski" - w nierozstrzygalnym konflikcie, prowadzącym do degeneracji ich wspólnej przestrzeni Hilberta: en.wikipedia.org/wiki/Penrose_interpretationOstatecznie problem pozostaje otwarty. Być może ostateczne rozwiązanie kryje się w jeszcze nieodkrytych nieobliczalnych elementach teorii, które wymykają się naszym dotychczasowym próbom formalizacji.
|
|
| | | | |  | | B0R5 (58 punktów) | Być może dotarliśmy do granicy tego, co da się doświadczyć w ramach paradygmatu obiektywnej rzeczywistości. Coraz wyraźniej widać, że ten model nie wytrzymuje już presji - zarówno epistemologicznej, jak i ontologicznej. To, co pozostaje, to przestrzeń wiedzy, którą trzeba współtworzyć - nie tyle odkrywać, co uzgadniać. Innymi słowy: być może nie chodzi już o to, co jest, ale o to, na co się zgodzimy, że jest.
|
|
| | | | | |  | | Mixer99 (114 punktów) | >Innymi słowy: być może nie chodzi już o to, co jest, ale o to, na co się zgodzimy, że jest.
Zdecydowanie nie. To nie rzeczywistość się chwieje - to nasze narzędzia do jej badania wymagają radykalnej przebudowy.
Obiektywna rzeczywistość nie jest aksjomatem uzgodnionym przez konsensus, ale strukturą, która wymusza się na nas przez nieuchronność konsekwencji. Jej istnienie jest podobne do fundamentalnych symetrii w fizyce - niezależnie od tego, czy je rozumiemy, czy też jedynie przeczuwamy ich obecność w danych, pozostają one niezaprzeczalne. Grawitacja nie potrzebuje naszej zgody, by działać, a dualność cząstka-fala nie pyta o nasz pogląd na temat natury światła.
To, co postrzegasz jako "presję" na obiektywną rzeczywistość, jest raczej oznaką dojrzewania naukowego paradygmatu, podobnie jak kryzys w fizyce klasycznej przed narodzinami teorii kwantowej.
Rzeczywistość nie poddaje się kaprysowi interpretacji - to po prostu nasze modele stają się coraz bardziej niewystarczające, by ją uchwycić. Podobnie jak w geometrii różniczkowej przestrzeń zakrzywia się w odpowiedzi na masę, tak i nasze teorie muszą dostosować się do ciężaru dowodów.
Obiektywna rzeczywistość jest jak stała Plancka - fundamentem, który umożliwia istnienie całego matematycznego i fizycznego gmachu poznania.
Jeśli jej się wyrzekniemy, co pozostanie? Chaotyczna superpozycja przekonań, pozbawiona mechanizmu kolapsu ku czemuś, co jest niepodważalne.
|
|
| | | | | | |  | | B0R5 (58 punktów) | >>Innymi słowy: być może nie chodzi już o to, co jest, ale o to, na co się zgodzimy, że jest. >Zdecydowanie nie. To nie rzeczywistość się chwieje - to nasze narzędzia do jej badania wymagają radykalnej przebudowy. >Obiektywna rzeczywistość nie jest aksjomatem uzgodnionym przez konsensus, ale strukturą, która wymusza się na nas przez nieuchronność konsekwencji. Jej istnienie jest podobne do fundamentalnych symetrii w fizyce - niezależnie od tego, czy je rozumiemy, czy też jedynie przeczuwamy ich obecność w danych, pozostają one niezaprzeczalne. Grawitacja nie potrzebuje naszej zgody, by działać, a dualność cząstka-fala nie pyta o nasz pogląd na temat natury światła. >To, co postrzegasz jako "presję" na obiektywną rzeczywistość, jest raczej oznaką dojrzewania naukowego paradygmatu, podobnie jak kryzys w fizyce klasycznej przed narodzinami teorii kwantowej. >Rzeczywistość nie poddaje się kaprysowi interpretacji - to po prostu nasze modele stają się coraz bardziej niewystarczające, by ją uchwycić. Podobnie jak w geometrii różniczkowej przestrzeń zakrzywia się w odpowiedzi na masę, tak i nasze teorie muszą dostosować się do ciężaru dowodów. >Obiektywna rzeczywistość jest jak stała Plancka - fundamentem, który umożliwia istnienie całego matematycznego i fizycznego gmachu poznania. >Jeśli jej się wyrzekniemy, co pozostanie? Chaotyczna superpozycja przekonań, pozbawiona mechanizmu kolapsu ku czemuś, co jest niepodważalne.
Nie wyrzekam się rzeczywistości - lecz próbuję zrozumieć, gdzie dokładnie ją umiejscawiamy, skoro wszystko, co o niej wiemy, przechodzi przez filtr świadomości i języka.
Być może to nie rzeczywistość obiektywna daje nam fundament, ale sama możliwość osiągania konsensusu - wspólnego, nie-chaotycznego kolapsu znaczeń, który sprawia, że nasze przekonania mogą zbiegać się ku czemuś, co uznajemy za niepodważalne.
W tym sensie "mechanizm kolapsu" nie znika - przenosi się na poziom międzyświadomości, czyli przestrzeni, gdzie rzeczywistość się uzgadnia, a nie tylko "narzuca".
To nie chaos, ale współtworzenie ładu - może trudniejsze niż przyjęcie gotowej struktury, ale też głębiej zakorzenione w naszym doświadczeniu jako istot świadomych.
|
|
| haish (2907 punktów) | >Witam wszystkich. >Pozwólcie, że wprowadzę temat, który może wydać się nieco spekulatywny, ale jednocześnie >potencjalnie fundamentalny dla naszego rozumienia rzeczywistości: czy świadomość - jako fenomen >doświadczany subiektywnie - może być interpretowana jako emergencja kwantowo-relatywistycznej >dynamiki wszechświata? >Rozważmy następujący tok myślenia: >Mechanika kwantowa ujawnia, że na najgłębszym poziomie rzeczywistości rządzą nią probabilistyczne >superpozycje stanów, które kolapsują do konkretnych wartości w momencie interakcji lub obserwacji. Z >kolei ogólna teoria względności demonstruje, że przestrzeń i czas są nie tyle tłem wydarzeń, co >dynamicznymi strukturami kształtowanymi przez energię i masę. Obie teorie - choć pozornie >niekompatybilne - wskazują na fundamentalną nielokalność, dynamizm i interaktywność rzeczywistości. >Jeśli świadomość jest w jakiś sposób sprzężona z fundamentalną strukturą wszechświata, to może nie >być po prostu produktem biologicznego mózgu, lecz raczej emergencją układu, w którym kwantowa >nieoznaczoność i relatywistyczna czasoprzestrzeń współtworzą subiektywną jakość doświadczania >(qualia). Innymi słowy, akt świadomości mógłby być rodzajem kolapsu funkcji falowej wszechświata - >nie jako mechaniczne zdarzenie w mózgu, ale jako dynamiczne zjawisko powiązane z fundamentalną >strukturą czasu i przestrzeni. >Co więcej, procesy neuronalne, choć oczywiście zakotwiczone w biologicznej chemii, są podległe >zasadom termodynamiki i mechaniki kwantowej. Czy zatem nie jest możliwe, że świadomość działa jak >rodzaj "horyzontu zdarzeń" dla kwantowej informacji? Mózg mógłby funkcjonować jak układ >interferujący - rodzaj biologicznego interferometru - w którym fale kwantowych prawdopodobieństw są >przetwarzane w relatywistycznym kontinuum czasoprzestrzennym. >Nie twierdzę, że taka koncepcja rozwiązuje twardy problem świadomości, ale może sugerować, że >świadomość nie jest jedynie epifenomenem biologicznej maszynerii, lecz głębszym aspektem >kosmologicznej rzeczywistości, w której mózg działa jako lokalny "węzeł" w sieci >kwantowo-relatywistycznych procesów. >
Racjonalizując temat należałoby~powinno się doprecyzować terminy którymi posługujemy się w rozważaniach. Tak więc świadomość to pojęcie bardzo ogólne i używane niemal powszechnie w odniesieniu do stanu rozumności. Zaś stan rozumności to tylko i wyłącznie stan który towarzyszy rozumności. Świadomość to stan wynikający z relacji zmysły - mózg (percepcja), - samoświadomość to stan w którym oprócz percepcji niezbędny jest umysł. Świadome jest każde życie - nawet u bakterii występuje percepcja - reagują na czynniki zewnętrzne takie jak temperatura, wilgotność i inne - a rolę zmysłów i 'mózgu' pełni u nich błona komórkowa. W przypadku samoświadomości niezbędny jest element uzmysłowiania sobie odrębności pomiędzy ja a otoczenie - nie wystarczą do tego zmysły i mózg niezbędny jest wyedukowany umysł. Żaden człowiek nie rodzi się samoświadomy - samoświadomości uczy się na wzorcach zachowań opiekunów. I tak 'dzikie dzieci' (ukształtowane bez wzorców ludzkich) są zwierzętami. Zaś zwierzęta uczłowieczane ( nauczone przez ludzi ludzkich zachowań) jakkolwiek powielają takowe zachowania - to nie jest możliwe i nigdy nie zdarzyło się aby to czego zostały nauczone przekazały własnemu potomstwu. Kwantowi bajkopisarze i kwantowi naukowcy 'jak diabeł świnconej wody' unikają w swych rozważaniach i pracach naukowych ujednolicenia terminologii, bo w mętnym i nieprecyzyjnym rozumowaniu można dowolnie naginać, konfabulować i uprawdopodabniać - w efekcie przelewać z pustego w próżne. Takie rozważania to nic innego jak fantastyka udająca naukę. Oglądałem niedawno w internecie na 'you tybe' profesora(sic!) Dragana i on mówił o sobie, że nie wie czym jest świadomość. Taki profesor Duch Wodzisław (autorytet) powiada, że 'jest trudny problem w rozumieniu czym jest świadomość'. Cenzorzy na Wikipedii zaś dbają o to aby świadomość była mylona z przytomnością ( żywy, czyli świadomy organizm w stanie nieprzytomności jest nadal świadomy - nadal istnieje relacja zmysły - mózg, na przykład nieprzytomnego cuci się amoniakiem - pobudza się jego zmysł węchu, i inne). Aby zachodziły zjawiska kwantowe niezbędny jest udział (ŻYWEGO)OBSERWATORA. Nie jest oczywiste i nikt tego nie zbadał czy ten obserwator musi być SAMOŚWIADOMY, czy obserwatorem może być świadoma(żywa) bakteria. Oraz czy zjawiska kwantowe zachodziły w czasach przed pojawieniem się ŻYCIA na planecie Ziemia. Analogicznie do OBSERWATORA (zmysł wzroku) można porównać zmysł słuchu, ale w tym przypadku świat nauki wszelkie anomalie uważa za schizofrenię, lub audiofilizm - to sie albo leczy, albo jest nieszkodliwe, natomiast nikt nie wpadł na pomysł aby badać naukowo mechanikę drgań powietrza atmosferycznego, tak jak bada się fotony~kwanty. Matematycy na pewno wymyśliliby jakoweś wzory i równania na drgające cząsteczki gazu i ich subiektywne oddziałowywanie na błonę bębenkową ucha i przetwarzanie tych sygnałów przez mózg i umysł w zależności od 'wytrenowania' tegoż mózgu~umysłu.
|
|
 | | Mixer99 (114 punktów) | >Aby zachodziły zjawiska kwantowe niezbędny jest udział (ŻYWEGO)OBSERWATORA. Nie jest oczywiste i nikt tego nie zbadał czy ten obserwator musi być SAMOŚWIADOMY, czy obserwatorem może być świadoma(żywa) bakteria. Oraz czy zjawiska kwantowe zachodziły w czasach przed pojawieniem się ŻYCIA na planecie Ziemia.
Patrzę na to inaczej.
Kolaps funkcji falowej, będący wedle mojej hipotezy zjawiskiem wywoływanym przez jeszcze nieznane, acz obiektywne warunki fizyczne, stanowi niejako kwantowy odpowiednik bifurkacji w nieliniowej dynamice przejścia fazowego w termodynamice - moment, w którym układ zyskuje nową jakość i strukturę.
Na przykład Penrose, wiążąc kolaps z grawitacją kwantową, proponuje fundamentalną relację między mikroświatem a makroskopowym kontinuum czasoprzestrzennym.
Świadomość jako stan przytomności i autorefleksji może być interpretowana jako specyficzny, ale nie jedyny, wyraz kolapsu, który w zetknięciu z unikalnymi mikrostrukturami mózgu - swoistymi "przystankami" na tej nieskończonej przestrzeni stanów - nabiera jakości ontologicznej.
Tym samym postuluję dalsze badania nad obiektywnymi, fizycznymi kryteriami kolapsu, które wykraczają poza prostą interpretację obserwatora jako podmiotu świadomego, a zamiast tego traktują go jako element szerszej hierarchii zjawisk, w której zbiega się mechanika kwantowa i geometria czasoprzestrzeni.
|
|
 | | Mixer99 (114 punktów) | >Kwantowi bajkopisarze i kwantowi naukowcy 'jak diabeł świnconej wody' unikają w swych rozważaniach i pracach naukowych ujednolicenia terminologii, bo w mętnym i nieprecyzyjnym rozumowaniu można dowolnie naginać, konfabulować i uprawdopodabniać - w efekcie przelewać z pustego w próżne.
Owszem, kwantowi "bajkopisarze" i "naukowcy" w tej dyskursywnej przestrzeni niekiedy zdają się igrać z nieprecyzyjnością terminologiczną. Jednakże to właśnie na tych peryferiach poznania, gdzie konwencjonalne ramy językowe zawodzą, rodzą się postulaty nowej ontologii i epistemologii.
Przypomina to niejako sytuację z początków analizy matematycznej, gdzie pierwsze intuicje o granicach i nieskończonościach były równie mętne i kontrowersyjne, by z czasem stać się precyzyjnym aparatem formalnym.
Ucieczka przed wyzwaniem ujednolicenia terminologicznego jest zatem zarówno pokusą, jak i koniecznością tymczasową - manifestacją naszej epistemologicznej niedojrzałości wobec fenomenu, który nie mieści się w klasycznych ramach pojęciowych.
Stąd odrzucenie tych rozważań jako "fantastyki udającej naukę" może być zbyt pochopne.
W samej fizyce fundamentalnej - od Heisenberga po Penrose'a - kryje się nieustanna walka o język adekwatny do opisu rzeczywistości, która wymyka się klasycznym definicjom.
Prawdziwe wyzwanie polega na tym, by nie pozwolić, aby niedoskonałość języka stała się pretekstem do sceptycyzmu nihilistycznego, lecz raczej bodźcem do tworzenia nowych, bardziej elastycznych systemów pojęciowych, które choć mogą być na pierwszy rzut oka "mętne", według mnie w perspektywie pozwolą uchwycić głęboką strukturę kwantowej rzeczywistości.
|
|
|  | | haish (2907 punktów) | >>Kwantowi bajkopisarze i kwantowi naukowcy 'jak diabeł świnconej wody' unikają w swych rozważaniach i pracach naukowych ujednolicenia terminologii, bo w mętnym i nieprecyzyjnym rozumowaniu można dowolnie naginać, konfabulować i uprawdopodabniać - w efekcie przelewać z pustego w próżne. >Owszem, kwantowi "bajkopisarze" i "naukowcy" w tej dyskursywnej przestrzeni niekiedy zdają się igrać z nieprecyzyjnością terminologiczną. Jednakże to właśnie na tych peryferiach poznania, gdzie konwencjonalne ramy językowe zawodzą, rodzą się postulaty nowej ontologii i epistemologii. >Przypomina to niejako sytuację z początków analizy matematycznej, gdzie pierwsze intuicje o granicach i nieskończonościach były równie mętne i kontrowersyjne, by z czasem stać się precyzyjnym aparatem formalnym.
Przypomina, a jest tożsame to dwa różne pojęcia tak samo jak język ludzki składa się z sylab, lub liter, a 'język maszyn' składa się z kodu binarnego lub jak kto woli z liczb. Sylaby i litery są bardzo niestabilne pod względem matematycznym i pomimo że nawet ludzie różnie wymawiają (fonetycznie) to samo pismo i jego rozumienie następuje niejako automatycznie a tak na prawdę jest wynikiem funkcji wyuczonego i doświadczonego umysłu ludzkiego. Dla maszyny jak na razie jest tylko opcja 0 lub 1. Wysiłki w kierunku zbudowania komputera którego językiem zamiast liczby byłby kubit są jak na razie bezowocne, podobnie jak bezowocne są wszelkie próby stworzenia myślącej(samoświadomej) maszyny. Najdoskonalszym osiągnięciem ludzkiej nauki jest darmowa usługa tłumaczenia maszynowego Google - nikt jednak nie mówi głośno, że ta usługa, aby była na bieżąco aktualna musi korzystać z żywych i realnych wzorców translacji pomiędzy językami - maszyny uczą się na bieżąco i na bieżąco analizują rekordy poprawiane przez użytkowników. Bez tego usługa nie miałaby racji bytu i szybko by się zdezaktualizowała. Aby zachęcić jak największą liczbę ludzi(darmowych testerów) do korzystania z niej jest za darmo.
>Ucieczka przed wyzwaniem ujednolicenia terminologicznego jest zatem zarówno pokusą, jak i koniecznością tymczasową - manifestacją naszej epistemologicznej niedojrzałości wobec fenomenu, który nie mieści się w klasycznych ramach pojęciowych.
Problem terminologii jest bardzo ważny, - właściwa terminologia sama weryfikuje to co tworzy niedoedukowany ludzki umysł - często taki niedoedukowany profesor lub profesor który broni swej nauki jest zainteresowany tylko tym aby swoją katedrę utrzymać 'na fali'. Żaden ILUZJNISTA nie ujawnia publiczności swego 'warsztatu' - i podobnie żaden profesor nie będzie zainteresowany obnażaniem jego dziedziny jako 'ślepej uliczki'. Wielu takich naukowców woli lansować swe tezy i wnioski w chaosie pojęciowym, gdyż tylko w ten sposób robiąc z nauki 'religię' czerpią satysfakcję ze swych tytułów naukowych i istnieją jako 'autorytety' w świecie nauki.
>Stąd odrzucenie tych rozważań jako "fantastyki udającej naukę" może być zbyt pochopne. >W samej fizyce fundamentalnej - od Heisenberga po Penrose'a - kryje się nieustanna walka o język adekwatny do opisu rzeczywistości, która wymyka się klasycznym definicjom. >Prawdziwe wyzwanie polega na tym, by nie pozwolić, aby niedoskonałość języka stała się pretekstem do sceptycyzmu nihilistycznego, lecz raczej bodźcem do tworzenia nowych, bardziej elastycznych systemów pojęciowych, które choć mogą być na pierwszy rzut oka "mętne", według mnie w perspektywie pozwolą uchwycić głęboką strukturę kwantowej rzeczywistości.
W procesie zdobywania wiedzy niezbędnym i cennym jest zapoznanie się z argumentami ludzi którzy wnieśli wkład i przełomowe zmiany w myśleniu i postrzeganiu w swoich dziedzinach, jednak zawsze należy uwzględniać wartość jaką jest czas i teraźniejszość i niestety ale racjonalna weryfikacja dokonań minionych pokoleń powinna się przekładać na coraz wyższe standardy w nauce - współczesny język którym posługują się ludzie jest wystarczająco doskonały, aby trzymać się ustalonego porządku i nie wprowadzać chaosu pojęciowego, w tym celują ignoranci.
Kwantowa mechanika to nic innego jak metafizyka(meta - z greckiego 'po za'fizyką). Metafizyka to horoskopy, amatorska psychologia i jasnowidztwo - w tym samym worku jest 'mechanika kwantowa'. W dawnych czasach za ludzi nauki uważano alchemików, astrologów, chiromantów i innych, a dziś te dyscypliny nauki nie są uważane za naukowe, szerokie horyzonty nieubłaganie powoli zawężają się nieubłaganie nad mechaniką kwantową jako dziedziną naukową. Nie tak dawno uczeni z dziedziny mechaniki kwantowej i kleru lansowali pogląd mający na celu uprawdopodobnienia 'istnienia po śmierci' w formie fotonów-kwantów i stanowić miało dowód na istnienie 'duszy'. Obecnie ta tendencja wygasła w mediach i przekazie publicznym - to dopiero było mętne - ale mętne było tylko dla ignorantów.
|
|
| |  | | Mixer99 (114 punktów) | > Przypomina, a jest tożsame to dwa różne pojęcia tak samo jak język ludzki składa się z sylab, lub liter, a 'język maszyn' składa się z kodu binarnego lub jak kto woli z liczb. Sylaby i litery są bardzo niestabilne pod względem matematycznym i pomimo że nawet ludzie różnie wymawiają (fonetycznie) to samo pismo i jego rozumienie następuje niejako automatycznie a tak na prawdę jest wynikiem funkcji wyuczonego i doświadczonego umysłu ludzkiego.Bezsprzecznie wkraczamy tu w sferę ontologicznej dychotomii pomiędzy symboliką lingwistyczną a formalizmem informatycznym, gdzie z jednej strony mamy fenomenuarną dynamikę lingwistycznych morfemów, zaś z drugiej dyskretno-kodeksową strukturę binarną. Sylaby i litery wykazują quasi-chaotyczną niestabilność semantyczno-akustyczną, będąc jednak powierzchniowym rzutem na mnogość intencjonalnych stanów umysłu. Z kolei kod maszynowy, zbudowany z sekwencji bitów, jawi się jako perfekcyjna algebraiczna sieć, na wzór kodów korekcyjnych Hamminga: pl.wikipedia.org/wiki/Kod_Hammingatechniki, która poprzez nadmiarowość informacyjną, potrafi na bieżąco korygować dysharmonię transmisji, minimalizując entropię błędów. Analogicznie, ludzki umysł działa jako wytrenowany dekoder lingwistycznych fluktuacji, implementując złożone funkcje wielowymiarowe, które stabilizują i rekonstruują sens wypowiedzi mimo fonetycznej dywersyfikacji, co jest kwintesencją adaptacyjnej redundancji informacyjnej. W tym sensie język naturalny i język maszynowy są zróżnicowanymi manifestacjami uniwersalnej teorii kodowania informacji - pierwszym jako fluidalna, niemal biotyczna symfonia znaczeń, drugim zaś jako sztywna, aksjomatyczna matryca. Obie perspektywy jednak wpisują się w spójną ramę epistemologiczną, gdzie proces dekodowania sensu, czy to przez świadomość, czy mechanizm korekcji błędów, stanowi transcendentalny akt porządkowania chaosu semantycznego. > Dla maszyny jak na razie jest tylko opcja 0 lub 1. Wysiłki w kierunku zbudowania komputera którego językiem zamiast liczby byłby kubit są jak na razie bezowocne, podobnie jak bezowocne są wszelkie próby stworzenia myślącej(samoświadomej) maszyny.Obecny bit 0/1 to klasyczna dychotomia, podczas gdy kubit otwiera nielokalne przestrzenie kwantowe. Mimo to, zarówno pełny kwantowy komputer, jak i samoświadoma maszyna pozostają w sferze ontologicznej nieokreśloności - brak nam formalnej definicji świadomości i stabilności koherencji w złożonych systemach. Fundament epistemologiczny nadal czeka na rozwiązanie. > Najdoskonalszym osiągnięciem ludzkiej nauki jest darmowa usługa tłumaczenia maszynowego Google - nikt jednak nie mówi głośno, że ta usługa, aby była na bieżąco aktualna musi korzystać z żywych i realnych wzorców translacji pomiędzy językami - maszyny uczą się na bieżąco i na bieżąco analizują rekordyMaszyna nie tyle "uczy się" w izolacji, co raczej wchłania i rekurencyjnie przetwarza semantyczne kody z pól pola intencjonalności użytkowników - quasi-intelektualnych operatorów, których aktywność stanowi fundament ciągłej rekonstrukcji lingwistycznych makrostruktur. Darmowość usługi jest więc swoistym kantorskim paradoksem otwartej nieskończoności: im więcej wkładamy, tym więcej otrzymujemy, w dynamicznej spirali wzajemnego sprzężenia zwrotnego. Bez tej nieustannej ingerencji żywego umysłu, algorytmiczna entropia szybko by pochłonęła całą sensowność systemu. > Problem terminologii jest bardzo ważny, - właściwa terminologia sama weryfikuje to co tworzy niedoedukowany ludzki umysł - często taki niedoedukowany profesor lub profesor który broni swej nauki jest zainteresowany tylko tym aby swoją katedrę utrzymać 'na fali'. Żaden ILUZJNISTA nie ujawnia publiczności swego 'warsztatu' - i podobnie żaden profesor nie będzie zainteresowany obnażaniem jego dziedziny jako 'ślepej uliczki'. Wielu takich naukowców woli lansować swe tezy i wnioski w chaosie pojęciowym, gdyż tylko w ten sposób robiąc z nauki 'religię' czerpią satysfakcję ze swych tytułów naukowych i istnieją jako 'autorytety' w świecie nauki.Jednak chaos pojęciowy nie zawsze musi implikować fałsz - bywa też przestrzenią kreatywności, gdzie rodzą się nowe idee, często na granicy starej terminologii. Nie sposób zatem odrzucać całej nauki przez pryzmat jej niedoskonałości - raczej trzeba je dostrzegać i naprawiać, ale z zachowaniem szacunku dla złożoności procesu poznawczego. > Metafizyka to horoskopy, amatorska psychologia i jasnowidztwo (...) Obecnie ta tendencja wygasła w mediach i przekazie publicznym - to dopiero było mętne - ale mętne było tylko dla ignorantów.Nie jest to zaskakujące, skoro sam Heisenberg, Pauli czy Schrödinger poruszali się na granicy epistemologicznych paradoksów, a interpretacje mechaniki kwantowej zahaczają o pytania niemal egzystencjalne, których nie potrafimy jednoznacznie rozstrzygnąć - jak choćby natura pomiaru czy rola obserwatora. To nie "mętne" próby ignorancji, ale przejaw nieuchwytności rzeczywistości, która wykracza poza klasyczne ramy "fizyczności". Każda wielka nauka jest - w swoim początku - "mętna", aż do chwili, gdy stanie się ortodoksją, której nikt już nie kwestionuje. Przykład tego najlepiej ilustruje historia Galileusza, który, broniąc heliocentryzmu, zmuszony był do rewolucji nie tylko w modelu wszechświata, lecz i w całym systemie pojęciowym dotyczącym ruchu. To on wprowadził ideę względności ruchu, podważając absolutne rozumienie przestrzeni, co wówczas było po prostu herezją naukową. "Mętność" jest naturalnym etapem rewolucji naukowej - koniecznym stanem przejściowym, zanim nowe idee staną się fundamentem kolejnej, choć tymczasowej, ortodoksji. Mechanika kwantowa jest dziś właśnie na takim etapie - balansując między odkrywaniem a redefinicją granic tego, co możemy uznać za obiektywną rzeczywistość.
|
|
| | |  | | haish (2907 punktów) |
> Bezsprzecznie wkraczamy tu w sferę ontologicznej dychotomii pomiędzy symboliką lingwistyczną a formalizmem informatycznym, gdzie z jednej strony mamy fenomenuarną dynamikę lingwistycznych morfemów, zaś z drugiej dyskretno-kodeksową strukturę binarną.> Sylaby i litery wykazują quasi-chaotyczną niestabilność semantyczno-akustyczną, będąc jednak powierzchniowym rzutem na mnogość intencjonalnych stanów umysłu.> Z kolei kod maszynowy, zbudowany z sekwencji bitów, jawi się jako perfekcyjna algebraiczna sieć, na wzór kodów korekcyjnych Hamminga:> pl.wikipedia.org/wiki/Kod_HammingaUsiłujesz przekonać forumowiczów, że człowiek i jego umysł z racji niemożności z naukowego punktu widzenia zdefiniowania i zapanowania nad nim u jednostki 'nie umaszynowionej' jest niedoskonały. Tak, nie jest to maszyna - każda maszyna stworzona przez człowieka jest niedoskonała(nawet 'doskonały kod z sekwencji bitów jawiący się jako perfekcyjna algebraiczna sieć' nic nie pomoże - podobnie jak na nic wymysły kabalistów i argumentacja na podstawie algebry liczbowej wartości liter w słowie wobec metod językoznawstwa i lingwistyki), ponad wszelką wątpliwość człowiek nigdy nie stworzy maszyny doskonalszej od siebie. Według historii i tradycji panuje powszechne przekonanie, że człowiek stał się rozumny dzięki ingerencji czynnika 'boskiego' i uważa się że bóg jest rozumem doskonałym, a człowiek jest tylko podobny do boga i tym podobieństwem jest rozumność. Na przykładzie tłumacza Google, aby stworzyć coś doskonalszego niż wyedukowany rozumny człowiek potrzeba aby 'taka maszyna' była trenowana zamiast przez ludzi to przez 'umysł Boga' - jak na razie to się nie wpisuje w 'boski plan kreacji' - maszyny trenowane przez ludzi zawsze pozostaną maszynami - brak im tej 'bożej iskry'. Na wikipedii są między innymi hasła świadomość i samosświadomość - co z nich wynika - ano nic. Na wikipedii są hasła cenzurowane przez 'wikipedystów' dla danego kraju i języka - to przekłada się na totalny chaos - nie jest niemożliwym aby z tego chaosu wyprowadzić ład - niestety jest to praca dla samej pracy i satysfakcja z tego jest tylko taka, że wiemy, ale wiemy dla siebie. Środowiska naukowe uważają, że lepiej ciągle gonić króliczka, niż o złapać. > techniki, która poprzez nadmiarowość informacyjną, potrafi na bieżąco korygować dysharmonię transmisji, minimalizując entropię błędów.> Analogicznie, ludzki umysł działa jako wytrenowany dekoder lingwistycznych fluktuacji, implementując złożone funkcje wielowymiarowe, które stabilizują i rekonstruują sens wypowiedzi mimo fonetycznej dywersyfikacji, co jest kwintesencją adaptacyjnej redundancji informacyjnej.> W tym sensie język naturalny i język maszynowy są zróżnicowanymi manifestacjami uniwersalnej teorii kodowania informacji - pierwszym jako fluidalna, niemal biotyczna symfonia znaczeń, drugim zaś jako sztywna, aksjomatyczna matryca.> Obie perspektywy jednak wpisują się w spójną ramę epistemologiczną, gdzie proces dekodowania sensu, czy to przez świadomość, czy mechanizm korekcji błędów, stanowi transcendentalny akt porządkowania chaosu semantycznego.> Obecny bit 0/1 to klasyczna dychotomia, podczas gdy kubit otwiera nielokalne przestrzenie kwantowe ....Powiadają że człowiek uczy się całe życie i niektórym udaje się w wieku senioralnym dojść do rozumu. Wadliwe rozumienie u podstaw(chaos) zawsze generuje błędy poznawcze. Aby odnaleźć właściwą drogę częstokroć ponownie zaczynamy analizę od podstaw i szukamy błędów - po wnikliwej korekcie często cudowne teorie i idee 'idą się jeebać'. > Nie jest to zaskakujące, skoro sam Heisenberg, Pauli czy Schrödinger poruszali się na granicy epistemologicznych paradoksów, a interpretacje mechaniki kwantowej zahaczają o pytania niemal egzystencjalne, których nie potrafimy jednoznacznie rozstrzygnąć - jak choćby natura pomiaru czy rola obserwatora. To nie "mętne" próby ignorancji, ale przejaw nieuchwytności rzeczywistości, która wykracza poza klasyczne ramy "fizyczności".> Każda wielka nauka jest - w swoim początku - "mętna", aż do chwili, ...> "Mętność" jest naturalnym etapem rewolucji naukowej - koniecznym stanem przejściowym, zanim nowe idee staną się fundamentem kolejnej, choć tymczasowej, ortodoksji. ....Niestety ale nie zdarzyło się nigdy, aby z mętnych spraw narodziła się prawda - czym innym jest udowodniona faktami teoria i często taka teoria jest w opozycji do panującej w danym czasie mniemanologii. Zaś to co leży poza granicami ludzkiej percepcji zawsze dla ludzkości będzie stanowić tajemnicę. Nawet przyrządy i instrumenty badawcze tylko przesunęły granicę mikro i makro kosmosu, a granica jak była tak jest.
|
|
| | | |  | | Mixer99 (114 punktów) | > Niestety ale nie zdarzyło się nigdy, aby z mętnych spraw narodziła się prawda - czym innym jest udowodniona faktami teoria i często taka teoria jest w opozycji do panującej w danym czasie mniemanologii.Twierdzenie, że z "mętnych spraw" nigdy nie narodziła się prawda, świadczy o nieznajomości historii nauki. Jak już wspomniałem historia Galileusza doskonale to ilustruje. Chcąc obronić model heliocentryczny, nie tylko musiał zmierzyć się z arystotelesowskim systemem pojęciowym, ale i sam popadł w paradoksy. Twierdząc, że Słońce jest nieruchome, jednocześnie kwestionował absolutność ruchu - co logicznie podważało sens samego pojęcia nieruchomości absolutnej. To właśnie w tej sprzeczności widać, jak rewolucyjna była jego praca. Zburzenie arystotelesowskiego systemu pojęciowego nie odbywało się (jak naiwnie wyobrażają sobie laicy) w sposób prosty i elegancki - wymagało to heroicznych wysiłków, wynalezienia nowych narzędzi, takich jak teleskop, stworzenia zupełnie nowych interpretacyjnych ram, które kolidowały z wciąż używanymi przez Galileusza starymi pojęciami (inaczej komunikacja byłaby niemożliwa). Uświadommy sobie kilka podstawowych rzeczy: 1. Nie istnieje teoria, która byłaby w pełni zgodna ze wszystkimi "faktami" - jednak nie zawsze winne temu są same teorie. Często "fakty" są wspierane lub wręcz implikowane przez stary system pojęciowy. W czasach Galileusza takim "faktem" był na przykład tzw. "argument wieży", którym arystotelicy obalali ideę ruchu Ziemi. Pytali: dlaczego, jeśli skoczę, ląduję w tym samym miejscu, skoro Ziemia porusza się pod moimi stopami? Aby odpowiedzieć na takie zarzuty, Galileusz musiał opracować nowy system pojęciowy, oparty na względności ruchu i zasadzie bezwładności obrotowej. Warto jednak pamiętać, że wówczas nie istniała jeszcze dynamika Newtona, a koncepcje dynamiki, które Galileusz tworzył ad hoc, były później odrzucone jako błędne. Jego podejście polegało na nieustannym generowaniu nowych hipotez, aby uzasadnić wcześniejsze idee - co pokazuje, jak trudne było wprowadzenie rewolucyjnych zmian w naukowym obrazie świata. 2. Aby wzmocnić tworzony przez siebie nowy system pojęciowy, Galileusz stosuje subtelne chwyty psychologiczne, odwołując się do "metody anamnezy"Anamneza_(filozofia)i pojęcia "wiedzy wrodzonej," znanych z dialogu Platona "Menon". Podobnie jak Platon, Galileusz konstruuje swoje teksty w formie dialogów, w których stara się przekonać czytelnika do akceptacji nowego systemu pojęciowego. Słynnym przykładem jest analogia sytuacji obserwatora na Ziemi do obserwatora pod pokładem poruszającego się statku - retoryczny trik, który ma skłonić odbiorcę do przyjęcia idei względności ruchu i zmusić go do zakwestionowania tradycyjnych arystotelesowskich pojęć i założeń. 3. Galileusz wprowadził również nowe narzędzie obserwacyjne jakim jest teleskop. Jednak argumentacja oparta na tym urządzeniu była pełna mętności i niejasności. Nie tylko brakowało spójnej teorii optycznej, która w świetle dzisiejszej wiedzy mogłaby wyjaśnić zasady działania teleskopu, ale i same wyniki obserwacji były naznaczone licznymi artefaktami. Soczewki używane przez Galileusza były prymitywne i generowały znaczące błędy optyczne - aberracje, zniekształcenia oraz efekty chromatyczne. Na podstawie takich niedoskonałych obrazów Galileusz formułował swoje wnioski o fazach Wenus czy księżycach Jowisza. Wielu współczesnych mu naukowców (np. Kepler) odrzucało te obserwacje jako iluzje wynikające z defektów instrumentu, a nie rzeczywiste właściwości nieba. U podstaw interpretacji teleskopowych obserwacji Galileusz nie dysponował jednolitymi regułami, ale improwizował, opierając się na założeniu, że widziane przez teleskop zjawiska muszą być prawdziwe, ponieważ są "nowe i niespotykane". Niejasność ta była potęgowana przez sam sposób prezentowania danych. Galileusz, aby przekonać o słuszności swoich obserwacji, nie tylko przemilczał ograniczenia teleskopu, ale często wplatał argumenty o charakterze bardziej retorycznym niż naukowym. Chaos argumentacyjny był wpisany w obronę jego twierdzeń. Jeśli to nie jest "mętność", to co nią jest?
|
|
| | | | |  | | haish (2907 punktów) | > >Niestety ale nie zdarzyło się nigdy, aby z mętnych spraw narodziła się prawda - czym innym jest udowodniona faktami teoria i często taka teoria jest w opozycji do panującej w danym czasie mniemanologii.> Twierdzenie, że z "mętnych spraw" nigdy nie narodziła się prawda, świadczy o nieznajomości historii nauki.W kwestji historii nauki należy zauważyć, że uczeni byli na miarę swych czasów i adekwatnie do swych czasów formułowali swe wnioski z badań i przemyśleń. Czasy w których żyli ograniczały ich możliwości percepcji, w tym możliwości technicznych którymi w swoich czasach mogli dysponować. Niejaki Mikołaj Kopernik uważany jest za twórcę teorii, - tak przynajmniej było to lansowane w minionych czasach. Obecnie dla dociekliwych nie jest tajemnicą, że Mikołaj to plagiator, podobne wnioski co Mikołaj opisał Arystrach z Samos. Arystrach z kolei o teorii dowiedział się od uczonych z Mezopotamii. Ogólnie grecki geniusz polegał na kradzieży dorobku intelektualnego z kultur podbitych przez Aleksandra Macedońskiego. Wiedza na tabliczkach klinowych świadczy o dokonaniach ludzi posługujących się tym systemem pisma. Paradoks polega na tym, że greccy uczeni bazowali na dorobku Mezopotamczyków i dla świata alfabetu(zamiast sylab w piśmie klinowym) byli 'genialnymi myślicielami' i po dziś dzień wszyscy powołują się na Greków. W średniowieczu na najwyższym poziomie w Europie stała nauka arabska - łaciniacy kopiowali niektóre księgi z języka arabskiego na język łaciński i autorstwo przypisywali sobie. Na nieszczęście Greków i Rzymian ostatnie stulecia pozwoliły odczytać i ujawnić wiedzę z pism klinowych. Księga Bereszit( po łacinie Genesis) to nic innego jak historie z pism klinowych, ale tłumaczenie i interpretacja godna pożałowania. "3700-letnia gliniana tabliczka, odkopana z piasków starożytnej Mezopotamii, szepcze matematyczną tajemnicę, która poprzedza Pitagorasa o ponad tysiąc lat, przepisując podręczniki historii geometrii. Ten niepozorny artefakt, znany jako IM 67118, stanowi świadectwo wyrafinowanej matematycznej sprawności Babilończyków, ujawniając ich głębokie zrozumienie i zastosowanie zasady, którą obecnie nazywamy twierdzeniem Pitagorasa na długo przed narodzinami Pitagorasa. Ta niezwykła tabliczka, pochodząca z około 1770 r. p.n.e., zawiera lekcję babilońskiego nauczyciela wyrytą pismem klinowym na mokrej glinie. Napis skrupulatnie opisuje kroki obliczania przekątnej prostokąta. Co naprawdę zadziwiające, zastosowana metoda jest dokładnie tym, co dzisiaj znamy jako twierdzenie Pitagorasa: $a^2 + b^2 = c^2$. Tutaj *a* i *b* oznaczają długości boków prostokąta, a *c* oznacza długość jego przekątnej. To odkrycie ostatecznie dowodzi, że Babilończycy nie tylko znali tę podstawową zależność geometryczną, ale także aktywnie jej nauczali i stosowali w swoich praktykach matematycznych w epoce brązu, gdy Grecja była jeszcze w okresie kształtowania się. Do zaawansowanej wiedzy matematycznej Babilończyków dodaje jeszcze starsza tabliczka Plimpton 322, szacowana na około 1800 r. p.n.e. Tabliczka ta zawiera starannie zorganizowaną listę trójek pitagorejskich - zestawów trzech dodatnich liczb całkowitych, które spełniają twierdzenie Pitagorasa, takie jak dobrze znane 3-4-5. Systematyczne ułożenie tych trójek sugeruje, że Plimpton 322 był prawdopodobnie czymś więcej niż tylko zbiorem przykładów; wydaje się, że służył jako wyrafinowane narzędzie matematyczne, być może nawet podręcznik dla zaawansowanych studentów badających teorię liczb i geometrię. Oprócz tego przełomowego zrozumienia trójkątów prostokątnych, Babilończycy pozostawili kolejny niezatarty ślad w naszym współczesnym świecie poprzez swój pomysłowy system liczbowy oparty na podstawie 60. Ten system sześćdziesiętny, mający swoje korzenie w starożytnym Sumerze, może wydawać się archaiczny, jednak jego wpływ trwa w samej strukturze naszego codziennego życia. Nadal dzielimy nasze godziny na 60 minut, a nasze minuty na 60 sekund, co jest bezpośrednim dziedzictwem babilońskich konwencji matematycznych. Podobnie podział koła na 360 stopni zawdzięcza swoje pochodzenie temu starożytnemu systemowi. To trwałe dziedzictwo podkreśla głęboki i trwały wpływ babilońskich osiągnięć intelektualnych na rozwój matematyki i jego późniejszy wpływ na nasz pomiar czasu i przestrzeni. Dlatego też, podczas gdy Pitagoras jest niewątpliwie kluczową postacią w historii matematyki, tabliczki babilońskie służą jako potężne przypomnienie, że innowacja matematyczna rozkwitła na długo przed erą klasycznej Grecji. Ci starożytni skrybowie, pracujący z gliną i pismem klinowym, odkryli już podstawowe zasady geometrii i ustalili systemy liczbowe, które nadal kształtują nasz świat, udowadniając, że twierdzenie Pitagorasa było w rzeczywistości starożytnym babilońskim klejnotem."  To pokazuje jak z prawdy narodziły się sprawy mętne.
|
|
| | | | | |  | | Mixer99 (114 punktów) | >Niejaki Mikołaj Kopernik uważany jest za twórcę teorii, - tak przynajmniej było to lansowane w minionych czasach. Obecnie dla dociekliwych nie jest tajemnicą, że Mikołaj to plagiator, podobne wnioski co Mikołaj opisał Arystrach z Samos. Arystrach z kolei o teorii dowiedział się od uczonych z Mezopotamii.
Stwierdzenie, jakoby Arystarch z Samos jedynie "dowiedział się" o heliocentryzmie od uczonych mezopotamskich, a Kopernik był jego plagiatorem, to klasyczny przykład postrukturalistycznej mitologizacji źródeł - próby wpisania całej historii idei w prostą narrację kopiowania. Tymczasem nie istnieją żadne bezpośrednie dowody tekstualne świadczące o tym, że Mezopotamczycy kiedykolwiek sformułowali model heliocentryczny, nie mówiąc już o jego matematycznym i fizycznym uzasadnieniu. Ich wiedza astronomiczna, choć niewątpliwie zaawansowana jak na epokę brązu, była z gruntu mieszanką obserwacji empirycznych, rytualistycznych kalendarzy i astrologiczno-religijnych konstrukcji, w których ciała niebieskie były nie tyle obiektami fizycznymi, co symbolicznymi reprezentacjami bóstw.
Gdy patrzymy na teksty klinowe z Babilonu, widzimy, że zamiast wyabstrahowanych modeli ruchu planet, znajdujemy tablice wróżebne, instrukcje rytualne i zodiakalne systemy oparte na cyklach Wenus i Jowisza, ale bez jakiejkolwiek próby oderwania się od geocentrycznego punktu widzenia. Ówczesna "nauka" funkcjonowała na zasadzie praktyczno-rytualnej heurystyki, a nie spekulatywnej teorii fizycznej.
Nawet jeśli Arystarch znał fragmenty mezopotamskich tradycji, jego własna próba zbudowania systemu heliocentrycznego była czymś radykalnie nowym: próbą opisu świata fizycznego w kategoriach geometrycznych, a nie metafizyczno-astrologicznych. Co więcej - była próbą odważną i filozoficznie wywrotową, która nie zyskała popularności właśnie dlatego, że stała w rażącej sprzeczności z dominującym arystotelesowsko-platonicznym światopoglądem.
>To pokazuje jak z prawdy narodziły się sprawy mętne.
Jeśli już więc mówić o "mętności" w historii nauki, to nauka mezopotamska stanowi wzorcowy przypadek takiej epistemologicznej nieprzejrzystości - pomieszania astronomii z wróżbiarstwem, teorii z rytuałem, obserwacji z mitologią.
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|