>Wyobraźmy sobie,ze wyborów nie wygra ani Komorowski ani Duda, czyli przedstawiciele dwóch >największych partii. Ale wybory wygrywa Kukiz lub Wilk,ewentualnie Korwin. Następnie, któryś z nich >jako prezydent desygnuje nowego premiera a ten przedstawia propozycję składu rady ministrów. Potem >premier musi zwrócić się do posłów z wnioskiem o votum zaufania. Sejm uchwala votum lub nie.Można >się spodziewać,że nie! Wobec czego inicjatywa budowania rady ministrów przechodzi do sejmu ( gdzie >urzędują nasi starzy znajomi) a ten wybiera nowego premiera i przedstawiony przez niego skład rządu. >Nowemu prezydentowi pozostaje jedynie przypieczętować to swoim autografem, gdyż nie może już >ingerować w skład rządu. Tak mówi konstytucja. Mając powyższe na uwadze, obojętnie kto by nie został >prezydentem nadal będzie marionetką w rękach rządzącej koalicji. >Czy ja to dobrze rozumuję???
Chyba prawie dobrze. Konstytucja ujmuje stanowisko prezydenta jako reprezentanta-strażnika Konstytucji, bez mocy decyzyjnego wpływu na bieg politycznych zdarzeń. I nie ma co się szamotać o takie określenie, bo praktyka pokazuje, że rzeczywiście jest tylko stróżem żyrandola. Czyli.....po cholerę potrzebny jest taki człowiek któremu się płaci grube pieniądze i jego sztabowi masy ludzi, który i tak wygłasza swoje zdanie nie ogółu, ale nie ma mocy by go słuchano z uwagą (vide ostatnie spotkania Komorowskiego w czasie objazdu po Polsce, gdzie został wygwizdany). Temat jest rozległy też i stąd, że Senat jest tak samo niewidoczny i praktycznie niepotrzebny, co pokazuje rzeczywistość. Nie pokazał potrzeby swego istnienia. Pozdrawiam zwłaszcza przeciwników mojej opinii.
Ich bin besser als mein Ruf
|