Racjonalista - Strona głównaDo treści
O prawach autorskich

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Kultura
NapisanoAutorTytuł
22-01-2012 13:58Hodża (11172 punktów)O prawach autorskich
Ocena 11 na 11
Od rana słychać w mediach gorące dyskusje publicystów na temat praw autorskich, wolności sieci, piractwa i własności intelektualnej. Chciałbym podzielić się swoją refleksją na te tematy natury bardziej ogólnej, bo dotyczącej samej istoty aktu twórczego i kontekstu, w jakim umieszcza go rozwój technik informatycznych.

   Artyści i twórcy od zawsze byli zależni od kaprysów swoich mecenasów. Tę rolę spełniali monarchowie, którym artyści byli potrzebni do otoczenia aureolą splendoru okresu ich panowania i zapisania się w pamięci potomnych, religie (które wykorzystywały sztukę do samouzasadniania swojego istnienia), szlachta, arystokraci, bogaci kupcy, którym potrzebne były materialne wyznaczniki ich statusu społecznego. Przyszedł wreszcie czas i na ideologie - nie ulega wątpliwości, pominąwszy już kwestie natury estetycznej - że np. wielkie projekty Rudniewa nie byłyby możliwe w innej rzeczywistości ustrojowej.
   Tym, co łączy sytuację artystów i twórców niezależnie od epoki i rodzaju uprawianej dziedziny jest ich klientelizm. Zawsze są w sytuacji petenta poszukującego źródeł finansowania a losy najwybitniejszych malarzy często są smutną opowieścią o obojętności świata wobec piękna, które temu światu pragną dać jednostki wrażliwe i niedostosowane do jego brzydoty. Każdy w gruncie rzeczy artysta jest takim ulicznym grajkiem, którego dochody zależą w dużej mierze od tego, na której ulicy jakiego miasta uda mu się znaleźć kawałek trotuaru, na którym rozpakuje swój sprzęt.
   Wynika to z bardzo oczywistego faktu, jakim jest materialność naszej kondycji i tego, że sztuka, nie wytwarzając dóbr niezbędnych do życia nie może dyktować swoich warunków i może jedynie szukać sposobu na przetrwanie. To, że w ogóle istnieje, jest jednym z wyróżników oddzielających ludzkość od pozostałej części biosfery.

   Dzisiaj - cokolwiek dobrego się napisze, skomponuje czy sfilmuje - natychmiast mnoży się jak bakterie na agarze w milionach kopii nieodróżnialnych od oryginału. Zwróćmy uwagę na to, że cała batalia wokół "ochrony praw autorskich" jest w gruncie rzeczy batalią firm dystrybucyjnych o zachowanie tradycyjnego merkantylnego modelu zarabiania na sztuce - w którym wycena aktu twórczego - najważniejszego składnika całego zjawiska - jest zastąpiona przez pojęcie produkcji i sprzedaży jego kopii. To właśnie to dziewiętnastowieczne, merkantylne podejście do twórcy, w którym jest on jedynie producentem towaru odpowiada za obecne konwulsje kapitalizmu, próbującego zachować dotychczasowe mechanizmy swojego działania nawet kosztem demokracji i wolności słowa.

   Nie widzę innego antidotum na tę truciznę, którą wielkie korporacje sączą w nasze życie kulturalne i polityczne, niż przywrócenie należytej rangi temu, co zawsze powinno być w całym procesie najważniejsze: aktowi twórczemu i samemu artyście. Nie ma innego sposobu na ocalenie zarówno wolności sztuki przed chciwym łapskiem macherów od reklamy i marketingu jak i podstawowych wolności obywatelskich, niż właśnie rezygnacja w obszarze sztuki z ostatecznej wyroczni handlu. Wiem, że brzmi to niedorzecznie, ale czas już dojrzał, by tę radykalną konsekwencję postępu technicznego zaczęli dostrzegać przede wszystkim sami autorzy i by - rezygnując z obłudnej "pomocy" firm medialnych - zaczęli szukać bezpośredniego kontaktu z odbiorcami, bez wikłania się w pasożytniczą sieć tych, którzy z ich pracy wysączą ostatnie krople gotówki, zanim cokolwiek dotrze do ich wyschniętych portfeli.
   Taka relacja jest możliwa tylko w jeden jedyny i radykalny sposób: kiedy to sami autorzy będą promować bezpłatne, "pirackie" kopiowanie ich dzieł. Zaś pieniądze będą uzyskiwać od części ich odbiorców, wpłacane całkowicie dobrowolnie, co będzie dla jednych źródłem satysfakcji w postaci wpisania na listę mecenasów twórcy/producentów zaś dla samego autora powodem do dumy, ba nawet sławy - kiedy jego dochody będą jednocześnie wyrazem rzeczywistej popularności (a nie sprawności biznesu medialnego). Wiem doskonale, że jest to pomysł dość ryzykowny, jednak jest możliwy a na tej zasadzie funkcjonuje już wielu np. twórców oprogramowania. Niestety, to oznaczałoby też koniec "wielkich gwiazd show-biznesu", w których kreacja wizerunku przez kampanie reklamowe znaczy często więcej niż miałka treść ukryta w kolorowym opakowaniu, koniec "wykreowanych" na rzecz "odkrytych".
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

ratus (4786 punktów)
(zablokowany)
Uważam, że sprawą pierwotną w stosunku do poruszonej wyżej (z którą się ogólnie zgadzam),jest zrewidowanie i modernizacja "świętego prawa własności", które się zdegenerowało nie tylko w odniesieniu do "własności intelektualnej" ze szczególnym uwzględnieniem "praw patentowych", ale też np. do stale i niekontrolowanie rosnących zarobków bankowców, lobbystów i innych geniuszy zasiadających w kilkunastu radach nadzorczych jednocześnie.
Lucyna Sępska Quenallata (4714 punktów)
W całej tej wojnie wcale nie chodzi o prawa twórców, tylko koncernów fonograficznych, wydawniczych, medialnych itp. Dla samego autora istnienie jego dzieła (np. książki) w internecie jest dużo bardziej korzystne niż zaleganie na półce w empiku. Jaki procent ceny egzemplarza trafia do autora? Kilka? Kilkanaście? Reszta to zarobek edytora, drukarni, hurtowni, handlowca, firmy reklamowej itd. Na drugim końcu tego łańcuszka jest czytelnik, który płaci 50zł za książkę z czego autor dostanie 4zł. Ale czy my naprawdę potrzebujemy tego kredowego papieru, wielkiego pawilonu handlowego w najdroższej części miasta itp. Nie oszukujmy się, większość książek czyta się raz i więcej do nich nie wraca. Spokojnie mogły by być one plikiem pdf, kupionym bezpośrednio ze strony internetowej autora za, powiedzmy, 5zł. W życiu nie chciałoby mi się szukać darmowego "pirata", gdybym miała możliwość legalnego zakupu za przystępną cenę. A dodatkowo jakie to przyjazne dla środowiska! Ile drzew uratuje taka forma sprzedarzy. Oczywiście są książki, które chciałabym mieć w formire papierowej, pachnące farbą może nawet z autografem autora, ale większość mogłabym czytać na czytniku, albo w razie potrzeby, wydrukować na zwykłej drukarce. Podobnie z muzyką. Zamiast pirackiej charczącej mp trójki wolałabym kupić od mojego uubionego zespołu pliki w jakości audiofilskiej. Poza tym ja kocham moje ulubione zespoły i chcę im płacić, ale właśnie im, a nie całej armii pośredników.
Ale tutaj zaczynają się wielkie pieniądze, których ktoś nie zarobi i panowie prezesi, którzy nie będą mogli już zmieniać limuzyn raz na pół roku. Więc wolą zapłacić politykom za durne prawo, chroniące ich kieszenie oczywiście pod płaszczykiem walki o prawa biednych artystów. Ale kiedy oni niszczyli małe studia nagraniowe, przytulne księgarnie czy sklepy z płytami, to jakoś tak znowu nie było im ich szkoda.
23-01-2012 02:55 
 Ocena 3 na 3
Kamil Ciura (762 punktów)
Dostęp do legalnej muzyki/książek/gier w dystrybucji cyfrowej już jest faktem. Ceny są i odpowiednio niższe niż wydań fizycznych (przeważnie). Jest jednak kilka problemów!

Po pierwsze, brak unifikacji platformy dystrybucyjnej - niektóre treści są dostępne w jednym źródle, a w innych nie. Problem polega na tym, że przeciętny użytkownik chciałby mieć wszystko w jednym miejscu i łatwo dostępne. Tu wchodzą pośrednicy cyfrowi, jak iTunes, którzy pobierają "haracz" za udostępnianie odbiorcy treści autora. Takich pośredników jest kilku, a żaden z nich nie oferuje wszystkiego, a przy okazji nie każdy jest dostępny dla każdego (choćby taka durna rzecz, jak akceptacja opłat przez PayPal lub jej brak, może stanowić barierę). Absurdem jest z kolei, żeby wymagać od autorów by każdy z nich posiadał własną stronę i system dystrybucji treści, bo wiąże się to z obsługa informatyczną i kosztami utrzymania serwera. Każdy artysta musiałby ponadto zabezpieczyć się w jakiś sposób przed "spiraceniem" jego plików - co jest niemożliwe jak uczy historia. Świetnym przykładem jest gra komputerowa World of Goo, opracowana przez niezależne studio. Jej twórcy umieścili plik z grą na stronie i dali odbiorcy wolną rękę - zapłać tyle, ile uważasz że gra jest warta. Można było przelać na konto nawet 1 cent i uzyskać dostęp do pobrania. Gra nie miała żadnych zabezpieczeń antypirackich, ale jej autorzy umieścili sprytny mechanizm w postaci mini-gry polegającej na zbudowaniu wierzy, a wynik był porównywany z wynikami innych graczy. Okazało się że mimo DOWOLNEJ wysokości opłaty liczba osób które grę kupiły była ponad dziesięciokrotnie mniejsza niż grających. Tak więc opieranie się na stronach autorskich to nie rozwiązanie, nie powstrzyma to piratów ani nie zagwarantuje że pieniądze trafią bezpośrednio do twórcy. W dodatku takie indywidualne rozwiązanie jest o wiele mniej korzystne jeżeli chodzi o trafienie do nowego odbiorcy.

Pani Lucyno, czy sięgnie Pani po książkę napisaną przez nieznanego Pani autora, jeżeli wcześniej gdzieś się na nią nie natknie? Nie, no właśnie problem polega na tym że nikt nie wpisze w wyszukiwarce nazwiska autora/nazwy dzieła o których nie ma pojęcia że w ogóle istnieją!!! Ja np. do zespołu Florence and the Machine dotarłem przez iTunes, muzyka mnie oczarowała, ale bez pomocy serwisu raczej na dzieła tych artystów bym nie trafił. Bo jak? Idąc do sklepu muzycznego rozglądam się za nowościami artystów znanych mi i lubianych, nie wertuję płyt wykonawców o których nie mam bladego pojęcia, nie kupuję ich ani nie biorę na odsłuch do stanowiska ze słuchawkami. Działy tematyczne też nie pomagają, bo wielu wykonawców łamie bariery gatunkowe, albo posiada unikalny styl który akurat mi przypadnie do gustu, mimo że nie przepadam za gatunkiem muzycznym który reprezentują. Gdyby nie internet np. nie trafiłbym w życiu na kapelę Pendulum, bo półki na których można znaleźć ich płyty przeważnie omijałem szerokim łukiem!

Dlatego pośrednicy muszą istnieć, bo segregują treści tematycznie, prezentują, filtrują wg. upodobań konsumenta, pozwalają artyście i odbiorcy trafić na siebie. Jednak znowu wchodzi tutaj sprawa wielu "pośredników" na raz - kupię ebook u jednego, drugi tego nie odnotuje i nie zaproponuje mi drugiego o podobnej tematyce. Więc najlepiej byłoby gdybyśmy mieli molocha który zawiera wszystko, tak? Otóż nie - ponieważ oznacza to monopol cenowy. Nie ma konkurencji, ceny są sztywne. Po za tym, jak należałoby zdecydować, kto i dlaczego miałby prawo do prowadzenia takiego "uniwersalnego" serwisu? Przecież mówimy tu o pieniądzach wręcz niewyobrażalnych.

Sklepy konkurują ze sobą, te wirtualne też, zbijając cenę co jest plusem dla konsumenta - jedna stawka z pewnością by nie była dobra. Dystrybucja cyfrowa eliminuje także całkowicie rynek wtórny - kupując książkę, wchodzimy w fizyczne posiadanie tego przedmiotu i możemy go komuś dać lub sprzedać. Kupując ebook nabywamy jedynie prawa do użytkowania go - nie możemy go sprzedać, podarować, wymienić się ze znajomym na inny. Ta "wolność" treści cyfrowej na nośniku fizycznym jest solą w oku wydawców - niektórzy próbują dodawać prezenty jednorazowego użytku do nowo nabytej kopii, najczęściej w postaci kodu który przypisuje jakiś bonus do konta w danej usłudze (gry - np. trochę dodatkowych poziomów czy broń, muzyka - teledysk, bonusowa piosenka) by walczyć z rynkiem wtórnym, ale to syzyfowa praca tak czy inaczej. Nowe książki kupuję rzadko i to tylko pozycje na których mi wyjątkowo zależy z jakiś względów - np. chcę wspierać autora, wydawnictwo, czy dlatego że chcę zwyczajnie je posiadać. Po co mam wydawać pieniądze w empiku czy innym salonie, skoro handlarze używanymi książkami moje potrzeby w tej materii zaspokajają?Biblioteki tez nie gryzą, książek które chcę przeczytać a niekoniecznie chcę posiadać jest masa. Po co zagracać sobie dom stertami papieru? Ale w ten sposób pieniądze nie trafiają ani do wydawcy, ani do autora - czy czyni to kupowanie używanych nośników własności intelektualnej piractwem, czy przedmiot powinien być przypisany do nabywcy "na dobre i na złe"?

Tutaj nie ma prostego rozwiązania - Pani się wydaje że w idealnym świecie wystarczyłoby zapłacić, kliknąć, ściągnąć. Sieć zależności jest zbyt skomplikowana. By Pani model funkcjonował, wszyscy musieliby być uczciwi - niestety, nie są i takie rozwiązanie uderzyłoby w twórców. Konsument może postrzegać pośredników jako zło, ale dla autora są niezbędni. Przecież autorowi nie robi różnicy, czy zarabia 5zł i nie ma pośrednika, czy zarabia 5zł a pośrednik przy tej okazji 30zł. Tyle że w opcji "brak pośrednika" zarobienie tych 5zł jest o wiele mniej pewne...
Ratatoskr (4439 punktów)
>   Taka relacja jest możliwa tylko w jeden jedyny i radykalny sposób: kiedy to sami autorzy będą
>promować bezpłatne, "pirackie" kopiowanie ich dzieł.

Tylko zawsze będą autorzy i "autorzy". Widzisz bojsbend uszyty na miarę badań rynkowych i wytresowany przez producenta, którego jedynym atutem jest marketing i który nagle decyduje się grać sam z siebie?

seksualnosc-kobiet.pl

Wróć do listy wątków działu Kultura
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365