Zauważyłem, że słowo ”korupcja” ma zbyt wąskie znaczenie i przez to nie oddaje dobrze patologii systemu finansowania rozwoju krajów beneficjentów w UE. Kluczowym ograniczającym zwrotem jest „nienależna korzyść”, który nie pozwala zrozumieć, dlaczego w Grecji był kryzys i dlaczego to samo czeka Polskę. Zanim jednak podejmę polemikę z tym zwrotem naszkicuję uproszczony schemat korupcyjny w UE.
Jakaś kwota unijnych funduszy przeznaczona zostaje na wykonanie np. autostrady, oczyszczalni ścieków, remontu mostu, renowacji zabytku, modernizacji systemu, założenia biznesu czy czegokolwiek, co urzędnicy unijni oceniają za inwestycję pożyteczną dla rozwoju tubylców lub całej Unii. Nazwijmy tę kwotę ogólnie budżetem projektu. Projekt ma zostać wykonany zgodnie z planem np. do końca 2014 roku. Na razie więc wszyscy wykonawcy siedzą sobie spokojnie i dzielą między siebie należne im pieniądze w postaci wynagrodzenia za pracę w tym projekcie. Ich praca polega na tworzeniu dokumentacji dla unijnych urzędników, z której wynika, że w projekcie praca wre i posuwa się naprzód. Za rok okaże się, że nic nie zostało zrobione, ale z comiesięcznych raportów wynikać będzie, że już wszystko jest prawie zrobione i wystarczy tylko wykonać kilka ostatnich zadań, aby projekt zakończyć w terminie. Jeżeli nie zdążymy, to nie dostaniemy od Unii pieniędzy na kolejny projekt zaczynający się w roku 2015. Nie ma innego wyjścia, jak się w 2014 r. sprężyć i wszystko zrobić bez odbioru jakościowego. Autostrada zamiast pięciu warstw będzie miała tylko dwie, wyremontowany most będzie za rok znów wymagał remontu, założony biznes zacznie od razu przynosić straty, które będą się powiększać, zamiast zmniejszać zgodnie z projektem, system zmodernizowany będzie działał po staremu.
Wszyscy wiedzą, że uczestniczą w wielkim przekręcie, ale nikt nie podlega pod definicję korupcji, bo każdy pracuje jak umie najlepiej i robi to, czego od niego oczekują szefowie, a Unia co roku z coraz większą radością pompuje coraz więcej pieniędzy w coraz szybszy rozwój, nikt nie bierze łapówek… a tak naprawdę wszyscy żyją ponad stan, bo dostają wynagrodzenie za bezużyteczną pracę. Interesującą kwestią jest, jaki interes ma Unia w takim strusim finansowaniu beznadziejnych projektów. Myślę, że tajemnica kryje się w warunku, że beneficjent musi część pieniędzy wyłożyć z własnej kieszeni, a na ten cel dostaje łatwo kredyt, gdyż banki czują się bezpiecznie, finansując unijne przedsięwzięcia. Wszyscy są więc zainteresowani kreacją tego wirtualnego pieniądza, mamy fikcyjny wzrost gospodarczy, fikcyjny wzrost składek i funduszy unijnych, fikcyjną poprawę wyników banków…
Mam diagnozę tego permanentnego kryzysu – brakuje w UE połączenia „płacę i wymagam”. Kto nie inwestuje własnych pieniędzy, nie wymaga jakości. Receptą na kryzys jest przeprowadzanie odbioru wykonanych prac przez tych, którzy ryzykują własne pieniądze. Recepta oczywiście nie jest prosta, bo trudno jest zidentyfikować tych, którzy ryzykują. Pewnie trzeba by coś zmienić w tym systemie finansowania rozwoju, żeby dało się łatwo zidentyfikować tych, którzy ryzykują. |