Po 35 latach od wprowadzenia stanu wojennego, 27 latach od obalenia komuny, 12 latach od przystąpienia do UE mamy w Polsce sytuację, gdy na ulicach obywatele protestują przeciwko władzy, która wprowadza dyktaturę. Dyktaturę starszego pana, który był nikim w czasach PRLu-, a dziś usiłuje zrealizować swoje ówczesne marzenia i leczyć kompleksy z tamtych czasów.
Mowa oczywiście o Jadosławie Kłamczyńskim, osobniku z
osobowością paranoiczną, przez lata najpierw lekceważonym przez komunę, mimo iż tak się jej starał przypodobać pisząc pracę doktorską nt. wyższości prawa socjalistycznego nad kapitalistycznym (słynna jest jego żałosna wypowiedź, że 13.12.1981 miał gorszą sytuację niż internowani), potem wykopanym wraz z bratem z kancelarii Lecha Wałęsy, przez lata dostającym kopy od wyborców, aż w końcu wygrywającym wybory parlamentarne rok temu.
Pamiętam wypowiedzi polityków, dziennikarzy i przeróżnych autorytetów w 2015 roku, kiedy twierdzili, że PiS nie ma szans na rządzenie, bo nie ma zdolności koalicyjnej. No i okazało się, że głosami mniejszości uprawnionych do wyborów PiS tej zdolności nie potrzebuje, bo zdobył bezwzględną większość w parlamencie i może robić co tylko strzeli do głowy panu JK.
Nikt nie przewidział, że JK ustawi się w roli szarego posła, który oficjalnie nie bierze odpowiedzialności za rządzenie państwem, choć faktycznie tę rolę pełni.
W tym względzie pełen szacun dla pana JK, który wydymał (doświadczenie pierwsze w życiu?) nie tylko swoich przeciwników politycznych, ale i swoje marionetki czyli premierzycę i pisoprezydenta, którzy mogą kiedyś stanąć przed Trybunałem Stanu, bo panu JK to nie grozi.
Póki co marsze/manifestacje przeciw wszech władzy pana JK są mało skuteczne, ale kto wie do czego dojdzie w przyszłości?
Obawiam się, że zakompleksionemu panu JK może przyjść do głowy, aby podkręcić sytuację i zacząć prowokacje, których wynikiem będzie użycie przeciw społeczeństwu janczarów przygotowywanych przez ministra Macierewicza.
Obyśmy nie mieli czasów gorszych niż stan wojenny w 1981 roku...