DON JUAN
Kiedy rzuciłem mu wyzwanie, byłem młody. W przyszłości widziałem siebie tak: w pustym pałacu, przy stole obficie zastawionym - ja czekam. Płoną świece, a naprzeciwko miejsce dla kamiennego gościa. I widziałem siebie, jakim wtedy byłem, wyprostowany, oczy błyszczące, zachwycone własną zuchwałością. Rosnącą aż do upojenia w miarę jak zbliża się północ.
Nie przewidziałem, że minie czas. To znaczy, że wszystko będzie tak samo, jak miało być, ale ja nie będę ten sam.
Noc, a w pustym pałacu przy stole obficie zastawionym ja czekam. I świece płoną, a naprzeciwko miejsce dla kamiennego gościa. I choć wyprostowany, to jakże chętnie bym się pochylił i wsparł rękami o stół. I rośnie znużenie w miarę, jak zbliża się północ.
Oczy, tak, widzą jeszcze, ale niczego już widzianemu nie narzucają ani nie odmawiają niczego. Zastawa, owszem, wielka, ale jednakowa z migotaniem srebra jest ta ciemna plamka na skórze tej brzoskwini, mała jeszcze.
Przeciągi. Czy wtedy myślałem o przeciągach? Na pewno nie. (...) Ale przede wszystkim ukłucia w czaszce. Czy dawniej miewałem newralgie? Nie.
Kiedyś chciałem się bać, bo strach przetwarzałem w zuchwalstwo. Im większa groza, tym wspanialsze moje bluźnierstwo, pyszne i złotogłowe. Dzisiaj strach do niczego mi nie służy. Pozostaje strachem powszednim i nudnym jak newralgia.
Czy dotrwam? Odejdę przed czasem? Ach, nie ze strachu nawet, ale ze zwątpienia. Bo ja w to wszystko już nie wierzę. Kiedyś potrzebowałem świata, a świat potrzebował mnie. Dlatego rzuciłem mu wyzwanie. Bez tej wzajemnej potrzeby nie miało ono sensu, a teraz już jej nie ma. Więc dzisiaj - dla kogo to przedstawienie? Bo ono już nie dla mnie, ani nie dla świata.
Przychodzi myśl, żeby je odwołać, jakoś załatwić to z Komandorem. Pomówić z nim, jak dojrzały mężczyzna z mężczyzną. Wyjaśnić okoliczności, przedstawić, jak teraz wygląda początek tej sprawy z jej obecnego, prawie już obecnego końca. Jak inaczej. Może i Komandor już nie ten sam co wtedy, może i on się zmienił, więc zrozumie?
Ale on przecież kamienny, a kamień się nie zmienia. Kiedy go zabiłem w pojedynku, skamieniał w posąg nagrobny i takim już pozostał. Kamienny już był, gdy go zaprosiłem na ucztę i potem też, w ciągu tych wszystkich lat, kiedy ja się starzałem, bo wciąż byłem żywy, niezmienny, kamienny przyjdzie za chwilę. Wciąż taki sam. El Convivador de Piedra. Więc łudzić się nie należy.
Mysz chrobocze. Co robi mysz w tym marmurowym, bezludnym pałacu? To, co musi, żyje, a że wypadło jej żyć akurat tu, tym gorzej dla niej. Czym ona tutaj się żywi? Ciężko jej chyba.
Więc ostatecznie mysz ma być świadkiem tego przedstawienia? Tak kosztownego, bo przeznaczonego dla tak wielkiej publiczności. Zapłacę życiem doczesnym i potępieniem wiecznym, oto jest cena.
A teraz, tutaj - mysz, tylko mysz.
A czemu by właściwie do Dony Anny nie wrócić, nie prosić jej o przebaczenie. Przecież mylą się ci, którzy sądzą, że porzuciłem ją tak łatwo, jakbym nie był człowiekiem. To tylko część mej legendy, której - przyznaję - nie starałem się zaprzeczyć. O wiele łatwiej by mi było przy niej pozostać, niż od niej odejść mi było. Więc czemu nie, z ambicji, z dumy, honoru? Z wierności własnej legendzie?
Jakiej legendzie, nie bądźmy śmieszni. Co do honoru, od dawna wiem, że tak nazywa się pycha, czyli nicość. Przynajmniej w tym wypadku. Ale jakżeby wyglądał ten powrót? Oto pojawia się pod murami jej klasztoru postarzały, były kochanek. "Znów jestem - woła - Wyjdź do mnie, razem odkopiemy trupa naszej miłości. Przebacz mi, że ją zabiłem, posadźmy ją między nami i przytulimy się do niej, bo osłabły już moje kolana i przygarbiły się moje plecy, zimno mi". Czy tak mam jej powiedzieć?
A nawet jeżeli inaczej, bo żywe są wspomnienia...
Właśnie: wspomnienia, w tym sedno. Myślę o niej, o takiej, jaką zostawiłem, obecna jest dla mnie, jak była przed laty, tak samo. Tak samo - i to właśnie, ta prawda, nie może być prawdą, bo ona przecież już nie ta sama, dziś Dona Anna nie może być tą samą, jaką była przed laty. Ona także. Spaliło, przepaliło ją cierpienie. Więc czego chciałbym od niej, czego chcieć miałbym prawo?
Lecz nawet gdyby mnie przyjęła, co dalej i jak?
Tyleż wtedy żądać od dłoni odciętej od ramienia, żeby odnalazła rękawiczkę rzuconą w morze. Wymagać od wiosny, żeby nastąpiła po lecie, spodziewać się, że minie przemijanie.
A nawet, a nawet...
Jeżeli wszystko, co było, nie przeminęło, to nie przeminęło również i to, co sprawiło kiedyś, że ją porzuciłem.
Więc wytrwam, ale bez przekonania. Uczynię zadość legendzie. Ale moje zatracenie, tak pełne znaczącej grozy dla potomnych, dla mnie będzie puste. Pójdę do piekła w znużeniu i nijakości, choć chciałem inaczej. Chciałem coś za coś, okazało się, że oddałem coś za nic. I sam stałem się niczym. To nawet i lepiej, bo piekło pochłonie nicość. Nie tylko ja, piekło też będzie oszukane.
Pozostanie tylko mysz. Pożywi się, tego jadła na stole wystarczy dla całego dworu, cóż dopiero dla jednej myszy, choćby i wygłodzonej. I tylko ona jedna będzie miała z tego pożytek.
Lecz nie, nawet i ona nie... Przecież ten stół zapadnie się w piekielne otchłanie razem ze mną. Bo przewidziane jest tak: gdy wybije północ, z najdalszych komnat rozlegną się kamienne kroki, kamienne echo odbije je od kamiennych ścian, głośniej i głośniej, bliżej i bliżej. Tu wreszcie, tuż obok, aż go zobaczę w drzwiach. Wtedy uniosę się z miejsca, ażeby go powitać. Gdy stanie przede mną, wyciągnie rękę, podam mu swoją. Jego kamienna dłoń zaciśnie się na mojej ludzkiej dłoni. Błyskawica, grom. Rozstąpi się ziemia, buchną płomienie i wśród zapachu siarki całe to bogactwo, te srebra, owoce, wina, aksamity i ja sam w uścisku Komandora runiemy w głąb. Dla myszy nie zostanie nic.
Więc póki czas biorę chleb ze stołu, odkładam na uboczu dla myszy, poza piekielny krąg. Niech ma i niech będzie szczęśliwa. Nie mnie sądzić, czy to mało znaczy czy wiele. A nawet jeżeli niewiele, lepiej tyle niż nic.