 |
oszczędzanie kontra wydawanie Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » O wszystkim i o niczym
| Napisano | Autor | Tytuł | | 15-01-2011 16:52 | karol_n (11 punktów) | oszczędzanie kontra wydawanie
10 na 10 | Witam, to mój pierwszy post. Chciałbym z Wami porozmawiać o pieniądzach. A dokładniej o podejściu do pieniędzy. Mam 23 lata i prowadzę dwie, średnio prosperujące małe firmy. Obrót gotówką jest, pieniądze pojawiają się na koncie i znikają. W każdym razie mam bardzo luźne usposobienie jeśli chodzi o pieniądze. Jeżeli wchodzi mi jakiś przelew to po prostu biorę część z nich i bardzo luźno wydaję. Nie czuję się przez to źle. Nigdy na niczym nie oszczędzam. Nawet o tym nie myślę. Wchodząc do restauracji biorę to na co mam ochotę, nie myślę ile to kosztuje. Jednak ostatnio zacząłem zdawać sobie sprawę że w ten sposób niepotrzebnie wydałem wiele pieniędzy z którymi mółbym zrobić coś pożytecznego albo nawet kupić sobie niezłe auto. Mam dylemat... mój luźny i olewacki stosunek do pieniędzy (nie jestem materialistą i nie jestem skąpy), kontra odpowiedzialne traktowanie pieniędzy i wydatków. Odpowiedzialność kontra proste życie i myślenie, że "jakoś to będzie". Luźne usposobienie przejawiam również w wielu innych dziedzinach życia  Jak to jest u Was? Zapraszam do dyskusji. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| farmer (22440 punktów) | > >pojawiają się na koncie i znikają. W każdym razie mam bardzo luźne usposobienie jeśli chodzi o >pieniądze. Jeżeli wchodzi mi jakiś przelew to po prostu biorę część z nich i bardzo luźno wydaję.
No musisz mieć niezłą marżę i robisz w usługach. W handlu nie ma tak lekko.
|
|
2 na 2 | -jad- (18783 punktów) | > Odpowiedzialność kontra proste życie i myślenie, że "jakoś to będzie".Odpowiedzialność jest do bani  Oczywiście, że jakoś to będzie. Żona zawsze dręczy mnie pytaniami, kiedy i na co wydałem tyyyle pieniędzy a ja zwyczajnie tego nie wiem i niespecjalnie mnie to obchodzi. Nigdy nie pamiętam, gdzie co opłaci się kupować ani nawet ile wydałem na zakupach 10 minut temu. Próbowałem kiedyś nawet nie tyle oszczędzać, co trzymać wydatki pod kontrolą. Zapisywałem więc sobie wszystko pieczołowicie i rzetelnie a na koniec miesiąca wyszło mi, że wszystko się zgadza i tyle. Następnego miesiąca nie chciało mi się już nad tym ślęczeć. Pozdrawiam.
w pustej szklance pomarańcze- to dobytek mój
|
|
10 na 10 | stilgar (7322 punktów) | Myślę, że to kwestia wychowania. Mi została wpojona zasada szanowania wszystkiego, zwłaszcza, jeśli kosztowało to czyjąś pracę. Dlatego też staram sie szanować rzeczy moje i nie moje i ich nie niszczyć; zjadać wszystko do końca, żeby nie wyrzucać jedzenia ( i bardzo mnie irytuje jak widzę, jak współpracownicy po obiedzie wyrzucają praktycznie połowę zamówionej porcji... jaki w tym sens?) i te same standardy stosuję do pieniędzy. Staram się zawsze mieć żelazną rezerwę, która w obliczu jakiejś katastrofy życiowej pozwoliłaby mi przeżyć przez pewien czas, jaki bym potrzebował na podniesienie się. Zwykle też nie wydaję ich na pierdoły ( chociaż, różnie z tym bywa  ) Z tego co widze, wielu moich znajomych ma takie podejście jak twoje - co mają, to wydają na to co akurat im sie podoba, a potem "jakoś to będzie" - patrząc na politykę finansową, to chyba nawet nasze państwo tak uważa... Nie rozumiem takiego podejścia - bo póki jest dobrze, to jakoś sie to trzyma, ale jakiś życiowy kryzys i wszystko sie wali jak domek z kart. (plus za interesujący watek, to pewna odmiana na tym forum, po milionach wątków dotyczących religii)
|
|
 | 3 na 3 Bill Kilgore (3086 punktów) (zablokowany) | >Myślę, że to kwestia wychowania. Mi została wpojona zasada szanowania wszystkiego, zwłaszcza, jeśli kosztowało to czyjąś pracę. Dlatego też staram sie szanować rzeczy moje i nie moje i ich nie niszczyć (...).
W tym kryje się pewien paradoks, mianowicie: "biednego nie stać na kupowanie tandety". Zasłyszałem kiedyś ten zwrot, nie pamiętam już nawet u kogo, i po dogłębnej analizie włączyłem do grona moich pryncypiów. Czasem niektórzy pytają się mnie, czy nie jestem rozrzutny kupując pewne drogie przedmioty, dla których istnieją tańsze, niekiedy- wielokrotnie, substytuty. Najlepiej wykażę rację tego stwierdzenia na przykładzie butów, tu mam bowiem największe doświadczenie własne. Zazwyczaj kupuję te z "górnej półki" (i nie mam tu na myśli chwilowo modnych marek, kieruję się tu przede wszystkim jakością i spełnianiem pożądanej przeze mnie funkcji), wydając średnio między 400 a 600 złotych za parę. A można przecież kupić buty w Bacie (choć osobiście z pogardą uważam, iż nie są to buty a zaledwie "ciżmy"), od 40-tu złotych w większości fasonów. Jest jedno "ale". Statystycznie wydreptałem w każdej parze butów, którą zakupiłem od momentu, kiedy przestałem rosnąć około 5-ciu lat. Mało? Utrzymuję na stanie inwentarza trzy pary butów, co oznacza, że żadna para nie leży długo bezczynnie na półce. Biorąc pod uwagę znikomą "żywotność" taniego obuwia, wychodzę co najmniej "na zero" w porównaniu ze zwolennikami erzaców. A moja średnia żywotność obuwia wciąż rośnie...
|
|
|  | 2 na 2 | stilgar (7322 punktów) | > Czasem niektórzy pytają się mnie, czy nie jestem rozrzutny kupując pewne drogie przedmioty, dla których istnieją tańsze, niekiedy- wielokrotnie, substytuty.Owszem, droższe i lepsze jakościowo rzeczy często wytrzymują znacznie dłużej, niż tańsze, które sie szybko rozlatują. Jednak ta zasada, świetnie sprawdzająca się sto lat temu, teraz lekko traci na aktualności. Weźmy taki telefon komórkowy, telewizor czy komputer - kupujemy najlepszy sprzęt jaki jest dostępny. Jego jakość wykonania jest taka, że bezawaryjnie może działać przez 20 lat. Tylko, że już po 3 latach nasz telefon to przestarzały antyk. I patrzymy, jak wszyscy w około mają nowsze i lepsze rzeczy, a my się kisimy ze starą, bo szkoda nam ją wyrzucić ( w końcu kosztowała kupę kasy ), a i głupio kupować nową rzecz, kiedy stara jeszcze świetnie działa  Kupując rzeczy tańsze, wymieniamy je częściej, ale nie zostajemy w tyle za postępem technologicznym. To oczywiście dotyczy tylko i wyłącznie rzeczy, w których taki postęp się dokonuje, butów raczej nie
|
|
| |  | 4 na 4 Bill Kilgore (3086 punktów) (zablokowany) | > (...) Weźmy taki telefon komórkowy, telewizor czy komputer - kupujemy najlepszy sprzęt jaki jest dostępny. (...) Tylko, że już po 3 latach (...) to przestarzały antyk, (...) wszyscy w około mają nowsze i lepsze rzeczy, a my się kisimy ze starą, bo szkoda nam ją wyrzucić (...) i głupio kupować nową rzecz, kiedy stara jeszcze świetnie działa (...).
Przepraszam za edycję cytatu, chciałem ograniczyć go do niezbędnego minimum objętościowego i treściowego.
Cóż mogę dodać? Z elektronicznego wyścigu zbrojeń dla samego wyścigu- wycofałem się w wieku lat 12-tu. "[Inni] mają nowsze i lepsze rzeczy" -Tym lepiej dla nich! Jeśli posiadany przeze mnie sprzęt spełnia nadal swoją funkcję a przy tym nie generuje zbędnych kosztów, których z nowszym sprzętem dałoby się uniknąć (vide- kwestia ekonomii energetycznej)- nie będę kupował nowego dla samego "widzimisię". W związku z tym- a priori- należy analizować aktualne i perspektywiczne potrzeby przy zakupie elektroniki.
|
|
| | |  | 1 na 1 | stilgar (7322 punktów) |
>Cóż mogę dodać? Z elektronicznego wyścigu zbrojeń dla samego wyścigu- wycofałem się w wieku lat 12-tu. "[Inni] mają nowsze i lepsze rzeczy" -Tym lepiej dla nich!
Nie chodziło mi o to, żeby ścigać się z innymi, kto ma lepszy sprzęt. Po prostu praca na 13" monochromatycznym ekranie i komputerem 386 nie jest zbyt komfortowa, zwłaszcza w porównaniu z nowoczesnymi maszynami. Owszem, stary telefon spełnia swoje funkcje, jednak nowy spełnia je o wiele lepiej.
|
|
| | | |  | 2 na 2 kulka_na_mole (20109 punktów) (zablokowany) | >Owszem, stary telefon spełnia swoje funkcje, jednak nowy spełnia je o wiele lepiej. To zależy jakie wymagania stawiasz telefonowi (komórkowemu). Jeśli ma on służyć "do dzwonienia" i wysyłania smsów, to nowsze modele nie są pod tym względem ani trochę lepsze od starszych, przy czym starsze modele mają o wiele dłużej działające akumulatory i elektronikę. Pokaż mi współczesną komórkę, której nie musisz ładować częściej niż raz w tygodniu, i która po roku/dwóch używania nie zacznie się permanentnie zawieszać.
Niezależność jest tą zdobyczą kobiet, dzięki której mogą się już kompromitować same. (Lidia Jasińska)
|
|
| | | | |  | | stilgar (7322 punktów) | > >Owszem, stary telefon spełnia swoje funkcje, jednak nowy spełnia je o wiele lepiej.> [color=#330000]To zależy jakie wymagania stawiasz telefonowi (komórkowemu).Mój telefon służy mi jako "mały komputerek" - sprawdzam w nim pocztę, zarządzam kalendarzem, sprawdzam trasy dojazdu na mapach gps. Każdy z moich nowszych telefonów spełniał te funkcje coraz lepiej. Bateria mnie nie obchodzi tak długo, jak długo telefon wytrzymuje co najmniej jeden dzień - jak idę spać i tak wkładam go do ładowarki. Jeśli komuś takie nowoczesne funkcje nie są potrzebne, mój argument o nowym sprzęcie go nie dotyczy
|
|
| | | | | |  | kulka_na_mole (20109 punktów) (zablokowany) | Rozumiem. Twoje wymagania wobec telefonu daleko wykraczają poza funkcje telefoniczne. 
Niezależność jest tą zdobyczą kobiet, dzięki której mogą się już kompromitować same. (Lidia Jasińska)
|
|
| |  | 3 na 3 | Meretseger (61860 punktów) |
>Owszem, droższe i lepsze jakościowo rzeczy często wytrzymują znacznie dłużej, niż tańsze, które sie szybko rozlatują. Jednak ta zasada, świetnie sprawdzająca się sto lat temu, teraz lekko traci na aktualności. Weźmy taki telefon komórkowy, telewizor czy komputer Sto lat temu telewizory i komputery nie istniały, a buty i odzież tak. Więc zasada sprzed stu lat wciąż się sprawdza. Elektronika to zupełnie inna bajka. Na marginesie - mój telewizor ma 16 lat. W zupełności mi wystarcza. Poprzedni telefon komórkowy służył mi 8 lat, aż padł, od 3 lat mam inny, wcale nie bajerancki i będę go miała, póki nie zdechnie. Nie ma aparatu fotograficznego ani dostępu do internetu. Telefon mi służy do tego, do czego został stworzony - do rozmów na odległość oraz przesyłania krótkich pilnych wiadomości.
Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
|
|
|  | 2 na 2 | -jad- (18783 punktów) | Jeśli chodzi o buty, to głównym powodem, dla którego kupuję te droższe, nie jest ich żywotność (choć ta też jest nie bez znaczenia) ale to jak się w tym chodzi. Szczególnie latem. W butach za np 70zł moje stopy się parzą i błagają o litość. Czuję się jak w kozakach z futerkiem. W butach z średniej półki jest o niebo lepiej.
w pustej szklance pomarańcze- to dobytek mój
|
|
3 na 3 | Kuba Śruba (3184 punktów) | Uważam się za osobę dosyć oszczędną i nie lubię ponosić dużych kosztów, co wiąże się zapewne z tym, że mało zarabiam. Jednak bardzo lubię jadać w restauracjach, cieszą mnie zakupy gadżetów elektronicznych, ale nie szaleję. Nie wiem na ile potrafię być obiektywny, ale wydaje mi się, że mam zupełnie rozsądne podejście do budżetu, jakim dysponuję.
Interesujący jest przypadek bardzo bliskiej mi osoby, która jest wręcz chorobliwie skąpa. Znajomy, już dziadek, ma zgromadzone pokaźne oszczędności, wiele lat prowadził firmę, obecnie ze względu na stan zdrowia nie pracuje i utrzymuje się z wynajęcia budynku biurowego (500m^2) - ładna emerytura.
Otóż osoba ta od wielu lat jeździ rozklekotanym samochodem sprowadzonym z Niemiec, który się bez przerwy psuje, odmawia sobie niemalże wszelkich, płatnych, przyjemności, chorobliwie gasi światło, kompulsywnie sprawdza kursy walut.
Co ciekawe, znajomy ten jest naprawdę inteligentny, chciałoby się powiedzieć mądry, ma np. niezwykłą intuicję i wiedzę w dziedzinie polityki. Wydaje mi się zatem, że podejście do finansów jest bardzo głęboko zakorzenione w psychice ludzkiej i ciężko je, zwłaszcza w późniejszym wieku, zmienić.
Człowiek bez Boga jest jak ryba bez roweru. - R. A. Wilson
|
|
 | 2 na 2 | stilgar (7322 punktów) |
> Otóż osoba ta od wielu lat jeździ rozklekotanym samochodem sprowadzonym z Niemiec, który się bez przerwy psuje, odmawia sobie niemalże wszelkich, płatnych, przyjemności, chorobliwie gasi światło, kompulsywnie sprawdza kursy walut.Jak sie całe życie oszczędzało, to potem samo wydawanie rzeczy na "bzdury" musi być na tyle nieprzyjemne, aby niwelować całkowicie wpływ takiej "przyjemności"
|
|
 | 6 na 6 Bill Kilgore (3086 punktów) (zablokowany) | >Uważam się za osobę dosyć oszczędną i nie lubię ponosić dużych kosztów, co wiąże się zapewne z tym, że mało zarabiam. Jednak bardzo lubię jadać w restauracjach, cieszą mnie zakupy gadżetów elektronicznych, ale nie szaleję. Nie wiem na ile potrafię być obiektywny, ale wydaje mi się, że mam zupełnie rozsądne podejście do budżetu, jakim dysponuję.
Zanim kupię cokolwiek, co nie jest środkiem pierwszej potrzeby, zadaję sobie trzy pytania- jedno główne i dwa uzupełniające. 1. Czy naprawdę tego potrzebuję? Wydawać by się mogło, że pytanie załatwia całą kwestię. Nie. Chwilowo jesteśmy tak bombardowani reklamą starającą się nie tyle zachwalić produkt na tle konkurencji ale wmówić nam, że czegoś potrzebujemy, iż wolę się dalej upewnić. 2. Dlaczego tego potrzebuję i co zamierzam tym robić? -Pozwala wyeliminować większość "wmówionych" potrzeb. Kiedy moje własne odpowiedzi na to pytanie brzmią mało przekonująco lub zbyt długo się nad nimi zastanawiam, skreślam zakup. 3. Podaj pięć racjonalnych przykładów, co zyskasz lub na czym zaoszczędzisz dokonując tego zakupu. I znowu: brakuje argumentu albo jest on mętny- zakupu nie będzie. Po pomyślnym przejściu fazy pytań pozostaje mi jeszcze tylko odłożyć zakup na później. Daję sobie dodatkowo trochę czasu- minimum tydzień, czasem parę miesięcy. Nie koncentruję się wtedy w ogóle nad kwestią. To dodatkowe zabezpieczenie, bywa, że z czasem samo nasuwa się inne rozwiązanie, poza tym- wyczerpuje się resztka emocji, która mogłaby wpływać na decyzję. Zadziwiająco wiele hipotetycznych zakupów umiera w ten sposób śmiercią naturalną...
|
|
|  | | -jad- (18783 punktów) | > Zanim kupię cokolwiek, co nie jest środkiem pierwszej potrzeby, zadaję sobie trzy pytania- jedno główne i dwa uzupełniające. 1. Czy naprawdę tego potrzebuję? (...) 2. Dlaczego tego potrzebuję i co zamierzam tym robić? -Pozwala wyeliminować większość "wmówionych" potrzeb.  Świetna strategia, moim zdaniem. Nadmiar pieniędzy mnie nie uwiera. Potrafiłem nigdyś odkładać całkiem niezłe górki nie żałując sobie niczego ale jednocześnie nie kupując niepotrzebnych rzeczy. Czyli nie kupując niemal niczego poza jedzeniem, używkami i jakimś ciuchem od czasu do czasu.
w pustej szklance pomarańcze- to dobytek mój
|
|
 | 1 na 1 | spellbinder (8577 punktów) | Z tym światłem - mam tak samo. Z tym, że to nie jest chorobliwe - ale idę gdzieś, powiedzmy że do kibla - widzę, że w kuchni zapalone. No to gaszę, po chwili słysząc krzyk mojej kobiety, że "ja tam zaraz wracam, po co mi gasisz?!". No gaszę, bo mnie tak nauczyli - widzę że się świeci, że nikogo nie ma, no to pstryk. Z drugiej strony, siedzę w pracowni i mam zapaloną stuwatówkę, mimo tego, że kawałek dalej mam oszczędniejszą lampkę. No ale jedno może się świecić  Nawyki, nawyki.
|
|
|  | 3 na 3 | Meretseger (61860 punktów) | > widzę, że w kuchni zapalone. No to gaszęJa gaszę takie światło tylko wtedy, gdy nie jest to żarówka energooszczędna
Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
|
|
|  | 1 na 1 Maddy (12885 punktów) (zablokowany) | >Z tym światłem - mam tak samo. Z tym, że to nie jest chorobliwe - ale idę gdzieś, powiedzmy że do kibla - widzę, że w kuchni zapalone. No to gaszę, po chwili słysząc krzyk mojej kobiety, że "ja tam zaraz wracam, po co mi gasisz?!".
Jeżeli to świetlówka, to ciągłe jej gaszenie i zapalenia skraca jej żywotność (koszty nowej, recycling starej) a na dodatek jak jest energooszczędna to na "rozruch" potrzebuje więcej prądu niż na kilka minut świecenia - bo ta energooszczędność się ujawnia przy dłuższych okresach ciągłego świecenia.
>No gaszę, bo mnie tak nauczyli - widzę że się świeci, że nikogo nie ma, no to pstryk.
Nie każdy nawyk dobry 20 lat temu jest tak dobry dziś.
W dzisiejszych czasach efektywne oszczędzanie wymaga sporego wysiłku intelektualnego i umiejętności planowania.
"Ateizm jest religią w takim samym stopniu w jakim nie zbieranie grzybów jest hobby"
|
|
| |  | | stilgar (7322 punktów) |
> Jeżeli to świetlówka, to ciągłe jej gaszenie i zapalenia skraca jej żywotnośćTo jest jakaś bzdura. Ani nie zużywa w czasie zapalania więcej energii, ani nie traci na żywotności - takie same świetlówki montuję w pokojach, w kuchni i w łazience - wymieniam je mniej więcej w takim samym czasie. > (koszty nowej, recycling starej) a na dodatek jak jest energooszczędna to na "rozruch" potrzebuje więcej prądu niż na kilka minut świecenia - bo ta energooszczędność się ujawnia przy dłuższych okresach ciągłego świecenia.Nieprawda! One tylko i wyłącznie gorzej świecą na początku - bo są zimne. Energii zużywają tyle samo, tylko na początku ta część która potem idzie na świecenie na początku idzie na ogrzanie. > W dzisiejszych czasach efektywne oszczędzanie wymaga sporego wysiłku intelektualnego i umiejętności planowania.Planowanie zawsze sie przydawało, nie tylko jeśli chodzi o oszczędzanie
|
|
4 na 4 Bill Kilgore (3086 punktów) (zablokowany) | Dwadzieścia trzy lata i dwie firmy, huuuu! Przedsiębiorczy z Pana człowiek! Ja mam lat dwadzieścia dwa, chwilowo studiuję, utrzymując się na poły dzięki rodzicom, po części pracą własnych rąk (na tyle, na ile pozwala czas i "zachodnie" regulacje fiskalne). Oprócz status quo podejście do kwestii pieniędzy też mam diametralnie różne: "czy wędlina marki dyskontowej A jest rzeczywiście tańsza od dyskontowej marki B, czy to tylko kwestia faktu, że A sprzedawana jest w opakowaniu 100 gram a B- 125 gram". Czyli- jak przypuszczam- typowe rozterki świadomego konsumenta. Staram się jednak nie przeglądać ulotek reklamowych sieci dyskontowych, może tu i ówdzie mógłbym zaoszczędzić parę centów ale z drugiej strony to zaproszenie do patologicznych zachowań z rodzaju: "kupię u A trzyletni zapas papieru toaletowego, bo jest chwilowo o półtora centa na rolce tańszy niż u konkurencji"- i w ten sposób, mimo, że właśnie próbujemy tego uniknąć dokonujemy przewrotnie zakupu czegoś, czego nie potrzebujemy. Bo co zrobić z furgonetką burżuazyjnego wynalazku?! Tak, oszczędzam, gdzie się da. Byle racjonalnie, nie zmuszając się do jedzenia pasztetowej całymi miesiącami. Owszem, z natury jestem raczej skąpy, w związku z tym wysilam się i toczę batalie z myślami bardziej, żeby pieniążka wydać, niż zachować w kieszeni. Wszystko jest tylko kwestią znajomości własnych słabostek i rozsądnego traktowania ich. Tak, trzymam "świętą", nietykalną, nieprzekraczalną rezerwę na koncie na "w razie W". Co robię z zaoszczędzonymi talarami? Inwestuję na giełdzie papierów wartościowych. Nie uważam się za człowieka leniwego, ale stanowczo wolę, gdy pieniądze pracują na mnie a nie ja na pieniądze. Taki mam już modus vivendi .
|
|
1 na 1 | Matix (5786 punktów) | Hej, nie rozumiem w czym problem. Masz prawo wydawać pieniądze jak chcesz. To nie jest żadna poważna odpowiedzialność. (dopóki nie wpływa znacząco na innych ludzi) Wygląda na to, że dopiero zdałeś sobie sprawę, że mogłeś za te pieniądze kupić samochód, ale samochód to też produkt tak samo jak jedzenie w restauracji. Nie rozumiem, czemu zakup samochodu miałby być jak to twierdzisz bardziej odpowiedzialny od drogiego jedzenia w restauracji  Ja np. oszczędzam pieniądze, ale nie z powodu jakiejś odpowiedzialności w ich wydawaniu, ale właśnie dlatego że chcę kupić samochód. Dlatego moje pieniądze na razie nic nie robią, powoli rosną, ale to tylko dlatego że nie potrafię w szybkim tempie zdobyć ich tyle, żeby szybko kupić auto. Pozdrawiam.
|
|
1 na 1 | spellbinder (8577 punktów) | Ogólnie mam podobną sytuację i podobne podejście - z tym, że istnieje bardzo ograniczona liczba rzeczy, którymi się interesuję. Nie kręcą mnie wyjazdy do nie wiadomo jakich krajów, w restauracjach nie jadam - wolę zrobić sam (i tu fakt, że na czym jak na czym, ale na jedzeniu nie oszczędzam). Nawet większe wydatki to kwestia impulsu. No i taka rzecz, że staram się jednak mieć zawsze coś w zanadrzu, o tyle łatwe, że wszystkiego nie wydaję
|
|
| DyktaFon (9281 punktów) | Temat bardzo interesujący i właściwie dla każdego: i wierzącego i ateisty  Jednak wszystkie wypowiedzi nie były z podejściem racjonalnym, a emocjonalnym. A tytuł strony to racjonalista.pl  Myślę, że ciekawie byłoby RACJONALNIE podejść do tematu i zastanowić się, czy np. wszystkie działania "oszczędnościowe" są naprawdę racjonalne, a wszystkie "rozrzutne" nie racjonalne. Wypracować jakąś strategię, do której można by dążyć. Bo twierdzenie, że "ja tak robię i to jest dobrze" raczej niczego nie rozjaśnia. Aby ukierunkować dyskusję, pozwolę sobie zadać pytania pomocnicze: po co oszczędzamy lub dlaczego jesteśmy rozrzutni? Jaki w ogóle mamy stosunek do pieniędzy i po diabła nam one?  Może to trochę za ogólne zagadnienia, ale chyba inaczej nigdy nie da się odpowiedzieć na zadane w wątku początkowe pytania.... Pozdrawiam.
|
|
 | | MUZGOJAD (276 punktów) | > Temat bardzo interesujący i właściwie dla każdego: i wierzącego i ateisty Jednak wszystkie wypowiedzi nie były z podejściem racjonalnym, a emocjonalnym. A tytuł strony to racjonalista.pl  > Myślę, że ciekawie byłoby RACJONALNIE podejść do tematu i zastanowić się, czy np. wszystkie działania "oszczędnościowe" są naprawdę racjonalne, a wszystkie "rozrzutne" nie racjonalne. Wypracować jakąś strategię, do której można by dążyć. Bo twierdzenie, że "ja tak robię i to jest dobrze" raczej niczego nie rozjaśnia.> Aby ukierunkować dyskusję, pozwolę sobie zadać pytania pomocnicze: po co oszczędzamy lub dlaczego jesteśmy rozrzutni? Jaki w ogóle mamy stosunek do pieniędzy i po diabła nam one? Może to trochę za ogólne zagadnienia, ale chyba inaczej nigdy nie da się odpowiedzieć na zadane w wątku początkowe pytania....> Pozdrawiam.> Widzisz, trafiłeś moim zdaniem w sedno sprawy. Temat wydawania i oszczędzania, jeśli wzięty na poważnie, a nie na żarty, tak jak większość tutaj to robi, jest płaszczyzną, na której racjonalizm się trochę gubi. Problem pojawia się wtedy, gdy typowy racjonalista nie wie co zrobić w sytuacji wyboru między wydawaniem a oszczędzaniem, bo przez całe życie próbuje postępować racjonalnie. Żeby dojść do porozumienia z samym sobą przy takim wyborze, trzeba porzucić bycie w pełni racjonalnym, jak i bycie emocjonalnym. Jeśli tego nie zrobimy, wytworzymy sobie obraz paradoksu, nie dającego się rozwiązać dylematu. O czym mówię? Wyobraźmy sobie prostą sytuację - stoimy przed automatem z napojami. Mamy wielką ochotę na jakiś napój. Kierujemy się głównie emocjami. Racjonalista powie: "nie ma żadnego problemu z wyborem, mam na celu doznanie przyjemności poprzez zakup i spożycie napoju w puszce". Trudno się z nim nie zgodzić, zakładając, że ma pieniądze, które przeznaczył sobie wcześniej na takie "niespodziewane wydatki". Problem pojawia się wtedy, kiedy ich nie ma. Ma ze sobą pieniądze, ale przeznaczył je wcześniej na coś innego. Ma w planie inne wydatki. Kupienie puszki z napojem oznacza, że nie będzie mógł osiągnąć swojego poprzednio ustalonego celu. Jeśli ją kupi, postąpi nieracjonalnie. Czy aby na pewno? Przecież w takiej sytuacji też ma na celu doznanie przyjemności, co jest absolutnie racjonalne. Ktoś stricte racjonalny powie, że gdyby nasz spragniony racjonalista był zawsze racjonalny, to przewidziałby taką sytuację i "zabezpieczył się", zabierając ze sobą pieniądze. Wątpię jednak, żeby można było zabezpieczyć się przed KAŻDĄ sytuacją, a nawet jeśli, to tak na prawdę po co? Po co być skrajnym racjonalistą? Najlepiej być "sobą". To określenie nam nic nie mówi, bo nikt go jeszcze nie zdefiniował (jeśli się mylę, to mnie poprawcie). Nikt nie określił czym jest "bycie sobą", a nie jest ono ani byciem racjonalnym, ani emocjonalnym. Bardziej na pewno kojarzy się z byciem racjonalnym, bo faworyzuje postępowanie zgodne z dążeniem do osiągnięcia szczęścia, które jest bardzo "cenione" i uznawane przez racjonalizm. W ogóle posiada dużo racjonalnych cech, jeśli podstawić "bycie sobą" pod różne sytuacje. Nie jest jednak tym samym, co racjonalizm. Być może da się je określić racjonalizmem, tak naprawdę UZNAĆ je za racjonalizm, ale chyba nie warto. Jeśli bym się uparł, to racjonalizmem mógłbym nazwać też postępowanie religijnego człowieka, który jest dogłębnie przekonany co do swoich "wierzeń" (dla niego nie są po prostu "wierzeniami" i taki człowiek nie ma warunków, żeby postępować inaczej). Dla mnie wyjściem z każdego takiego konfliktu racjonalizmu z emocjami (lub jakiegokolwiek innego) jest właśnie "bycie sobą", które sprecyzowałbym jako "dążenie do szczęścia bez zastanawiania się nad konsekwencjami, które nie będą miały większego wpływu na moje szczęście w przyszłości (oczywiście tylko nad takimi)". Tak, wiem co się może przewijać teraz przez głowe - hedonizm, racjonalizm, "złoty środek" Arystotelesa. Te wszystkie pojęcia obejmują jednak znacznie szerszy zakres. Ja podałem tylko jedną prostą myśl i nie chcę jej utożsamiać z jakimiś innymi systemami filozoficznymi, bo to automatycznie sprawia, że przyjmuję ich wszystkie wartości. Jeśli nazwę to racjonalizmem, to automatycznie stanę się racjonalistą, bo racjonalizm "przypisał sobie" dążenie do szczęścia jako jedną z własnośći. To taka pułapka, w którą ludzie wpadają. Działa na takiej samej zasadzie, co podpisanie na ślepo umowy. Ja umowę racjonalizmu przeczytałem, a więc nie podpisałem jej, bo nie zgadzam się z kilkoma punktami. Nie jestem racjonalistą. Gdybym był, zapewne musiałbym zastanawiać się, jak kupienie głupiej puszki wpłynie na moją przyszłość. W wypadku gdy kupienie puszki oznacza, że nie kupię biletu na autobus i zaryzykuję dostaniem mandatu, musiałbym obliczać ile wynosi prawdopodobieństwo wystąpienia w autobusie kontrolera biletów. Nawet jakby mi się chciało, to nie posiadam wystarczających danych, a prawdopodobieństwo i tak pozostanie jedynie prawdopodobieństwem, a nie gwarantem i wpłynie na moją decyzję razem z emocjami i innymi czynnikami, których NIE DA się racjonalnie wyliczyć, bo nie posiadają logicznych czy matematycznych wartości. Nie jestem racjonalistą, więc zamiast stać przed tym automatem przez 15 minut i się zastanawiać, uznaję, że mam to wszystko, za przeproszeniem, w dupie. Kupuję. Jak ktoś nie kupi, to nie znaczy, że postąpił "źle". Nie da się postąpić "źle", no chyba, że ktoś się na prawdę zmusza, a to już jest choroba psychiczna. Nie musimy postępować ani racjonalnie, ani emocjonalnie, po prostu postępujmy. Jeśli nie będziemy się zmuszać do postąpienia inaczej, zawsze postąpimy zgodnie z samym sobą.
|
|
3 na 3 | Rafaela (2059 punktów) | Gdy miałam 23 lata też miałam luźny stosunek do pieniędzy. Z wiekiem było coraz więcej marzeń, coraz więcej ambitniejszych celów i zmieniło się podejście z luźnego na odpowiedzialne. Dzięki temu dziś jestem w tym, a nie innym miejscu i mam to co mam. Nikt nikomu nie da za darmo. Nigdy jednak nie żałowałam tamtej młodzieńczej rozrzutnosci, bo wszystko ma swój czas. Pozdrawiam 
*życie to moja pasja - nie boję się żyć*
|
|
 | | MUZGOJAD (276 punktów) | >Z wiekiem było coraz więcej marzeń, coraz więcej ambitniejszych celów i zmieniło się podejście z luźnego na odpowiedzialne.
Dla mnie więcej ambitniejszych celów i marzeń to większe wydatki. Rozumiem, że wiąże się to z oszczędzaniem... ale ciężko mi sobie wyobrazić godny oszczędzania cel, który jest w stanie sprawić, że przestanę traktować "luźno" pieniądze. Jedyne co mi przychodzi do głowy to podróże. Tanie nie są, trzeba oszczędzać, ale oszczędzanie na zasadzie "nie wyjadę na wakacje do xxx, bo wolę w następne wakacje wyjechać do yyy", to chyba trochę lekka przesada. Z tym mi się kojarzy odpowiedzialność.
|
|
|  | 1 na 1 | Rafaela (2059 punktów) | >Dla mnie więcej ambitniejszych celów i marzeń to większe wydatki. Dokładnie!
>Rozumiem, że wiąże się to z oszczędzaniem... nie tyle z oszczędzaniem, co z przemyślanym wydatkowaniem.
>ale ciężko mi sobie wyobrazić godny oszczędzania cel, który jest w stanie sprawić, że przestanę traktować "luźno" pieniądze. Nie chodzi mi o oszczędzanie typu kupię tańsze buty, bo wystarczyło jeszcze na torebkę do nich, choć tego nie potępiam, czy zamówienie naleśników zamiast droższej potrawy w dobrej restauracji zamiast zjeść coś fantastycznego w tańszej. Chodzi mi o rozsądnie zainwestowanie zysku, by go nie 'przejeść'. Bez względu na to ile pieniędzy posiadałam rozrzutność na prawo i lewo, bez przemyślenia, nigdy nie była moją domeną, także nadmierna oszczędność. Jest dużo ludzi, którzy muszą sobie każdego dnia odmawiać, którzy wydatki prowadzą z ołówkiem w ręku, dla których oszczędzanie jest priorytetowe. Znam wiele młodych osób, które spłacają kredyty, żyjąc bardzo oszczędnie, ale we własnym mieszkaniu.
>Jedyne co mi przychodzi do głowy to podróże. Tanie nie są, trzeba oszczędzać, ale oszczędzanie na zasadzie "nie wyjadę na wakacje do xxx, bo wolę w następne wakacje wyjechać do yyy", to chyba trochę lekka przesada. To co dla jednych jest przesadą, dla innych nie. To także umiejętność dokonywania wyborów.
*życie to moja pasja - nie boję się żyć*
|
|
| PKowalski (1042 punktów) | > Jak to jest u Was? Zapraszam do dyskusji.Masz rodzinę na utrzymaniu? Nie? No właśnie  Żartuję sobie trochę, mam nadzieję, że nie urażam. Sam 'odruchowo', gdy tylko zacząłem za siebie odpowiadać finansowo (a nawet wcześniej, gdy w grę wchodziło kieszonkowe) robiłem plany wydatków i starałem się oszczędzać. Nie twierdzę jednak, że mi to wychodziło, i że podobne myśli mnie nie nachodziły. W każdym razie -- konieczność odpowiedzialności za coś więcej, niż za samego siebie (a może i trudniej przychodzące pieniądze), bardzo mobilizuje. Spotkałem się też z różnymi regułami. Typu -- z każdego dochodu należy odłożyć 20%, a dopiero resztę wolno wydawać.
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|